sobota, 5 kwietnia 2014

GAZ-12 na pięknym zdjęciu Haralda Kirschnera do sobotniej kontemplacji


Świetna fotografia, piękny samochód. Na początku produkowany jako ZIM-12 (Zawod imieni Mołotowa), a po XX Zjeździe KPZR i wdrożeniu destalinizacji (która objęła też Wiaczesława Michajłowicza Skriabina), wytwarzany pod nazwą GAZ-12 (Gorkowskij Awto Zawod). 
Na przeciw szkoły podstawowej, do której chodziłem w Krakowie znajdował się warsztat samochodowy. Jego właściciel jeździł taką właśnie limuzyną, tyle że w czarnym kolorze. Jak wyczytałem teraz w necie, w latach 1950-1960 wyprodukowano zaledwie 21.527 egzemplarzy tego modelu.

14 komentarzy:

  1. Mój ojciec prenumerował pismo "Ameryka" i tam w którymś numerze z końca lat 50. natrafiłem na zdjęcie Mostu Williamsburskiego w NY, gdzie jechały same takie ZiM-y czy też GAZ-y... ;))
    Bo to dizajn amerykańskich aut z lat 1948/1949. Pisze się, że "inspiracją" dla Lwa Jeremiejewa - projektanta karoserii, był Cadillac Fleetwood 61 z 1948 roku. Tyle, że ZiM-12 miał sześcicylindrowy rzędowy silnik z cieżarówki, a rzeczony Cadillac jednostkę V8...

    OdpowiedzUsuń
  2. mój ojciec był inżynierem w pobliskim kombinacie chemicznym i pomieszkiwaliśmy w Halle w tamtych latach, bardziej w Halle Neustadt, ale do Halle się ciągle jeździło. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tej dewastacji tkanki miejskiej. Dla 10 letniego chłopaka, to jednak to całe NRD wydawało się bardziej kolorowe niż Polska. Pamięć, która tworzy własne obrazki, zupełnie oderwane od realiów. Dziękuję za ten wybór do kontemplacji.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z drugiej strony np. w Berlinie na Prenzlauerbergu, miejsca podobne do tego na zdjęciu po zjednoczeniu uległy błyskawicznej gentryfikacji... Cały czas mam przed oczami piękną i opuszczoną Oderbergerstrasse, która po "rewitalizacji" stała się hipsterska do zarzygania ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "gentryfikacja" ładne słówko. Tu niestety masz rację, cała ta quasi kolonizacja NRD stworzyła miasta wydmuszki (nie mówię o Berlinie) i niby jest tak pięknie, ale "plaster bez miodu". Inna sprawa, że ten ból istnienia cały czas jest odczuwalny we Wschodnich Niemczech (to znaczy ja go odczuwam), jak w prozie Christopha Heina.

      Usuń
    2. Akurat Berlin zaliczany jest do czołówki miast-wydmuszek, jak to Pan zgrabnie określił. Pisał o tym K. Nawratek we "Wstępie do miejskich rewolucji". Jego zdaniem, Berlin czy Barcelona utrzymywane są sztucznie przy życiu poprzez siły zewnętrzne. Nie chodzi tu jednak o gentryfikację, a koncepcję miasta kreatywnego, czyli takiego, które koncentruje ludzi nie wokół przemysłu ciężkiego, jak to było u zarania wielkich miast, lecz wokół przemysłu artystycznego. Nawratek, wobec powyższego, wróży im rychły upadek.

      Usuń
    3. Pewnie ma Pan/Pani i K. Nawratek trochę racji. Moja perspektywa jest raczej amatorska i osobista. Nie czytałem tej książki, ale słyszałem, że jest ważna, po tym komentarzu przeczytam. Miałem na myśli, że Berlin żyje, że się tam jeździ do np. filharmonii, albo na wystawę (rzeczywiście to nie jest przemysł ciężki), że mnóstwo ludzi chce tam mieszkać (mimo ciągłego narzekania na to miasto), że się dobrze po Berlinie jeździ na rowerze, że ostatnio mnóstwo młodych Żydów z Izraela chce tam mieszkać (to jednak jest coś), że coraz więcej firm ma tam swoje siedziby i pojawia się szansa, żeby wpaść tam służbowo (a jeszcze 5 lat temu to nie bardzo było po co). W tym sensie dla mnie to nie wydmuszka, a porównuję do miasteczek (zachowując proporcje) obok i w całych Niemczech Wschodnich, gdzie nie jest niestety dobrze. W wielu miejscach liczba ludności spadła o kilkadziesiąt procent i pomimo nakładów, mądrych różnych pomysłów to nic nie działa. Zgadzam się również, że koncepcja miasta kreatywnego jest mocno szemrana (znam ją oczywiście amatorsko;-)

      Usuń
    4. Krzysztof Nawratek, ale książki/artykułu nie czytałem.

      Jak powiedziała ciotka Marcela Reicha-Ranickiego, gdy przyjechał do niej do Berlina przed wojną - cytuję z pamięci - "Chłopcze przybywasz do miasta, gdzie jest kultura". Więc na pewno chodzi się na wystawy czy do filharmonii, bo... jest po co ;))
      Ale jak przypominam sobie wygląd Prenzlauerbergu w latach 1993-1996, kiedy się tam szwendałem z aparatem, to trochę żałuję, że proces rewitalizacji tak szybko się odbył...
      Moi dobrzy znajomi mieszkają od 12 lat tuż obok w Mitte i w ciągu tego czasu - to okolice Rosenthaler Platz - to miejsce uległo kompletnej gentryfikacji, połączonej z inwazją młodocianych turystów (w okolicy powstało mnóstwo hosteli), którzy hałasują po nocach i żłopią lurowatego Beck'sa...

      Berlin jest potężnie zadłużony, ale mało jest prawdopodobne, że rychło upadnie ;))

      Usuń
    5. Mam nadzieję, że moja wypowiedź nie została odebrana jako jakiś przytyk, chciałem bowiem tylko sprzedać taką ciekawostkę. Nawratek, o ile dobrze pamiętam, połączył pozorną stabilność miasta kreatywnego z płynną nowoczesnością Baumana, wskazując, że miasta takie czy inne pełnią dziś raczej rolę jakiejś takiej magistrali ruchu aniżeli portu. Jakkolwiek (niestety) w Berlinie nie byłem, to choć trochę się z tą diagnozą co do miast w ogóle zgadzam.

      Ciekawym tematem dot. miast-wydmuszek (także fotograficznym) wydają mi się rosyjskie monomiasta, czyli osady zbudowane w ZSRR wokół jednego zakładu produkcyjnego. Całe miasto było zatrudnione w tym miejscu. W Rosji Putina zdarzyła się taka historia, kiedy właściciel sprywatyzowanej fabryki w takim monomieście chciał zakład zamknąć. Zbliżały się chyba wtedy wybory. Putin zorganizował zebranie pracowników i zarządu firmy i zwyczajnie zrugał lokalnego oligarchę-właściciela. Spektakl poniżenia zakończył się złożeniem podpisów na dokumencie, w którym zarząd zobowiązał się nie zamykać zakładu. To wszystko można nagrane znaleźć na YT :)

      Usuń
    6. Jak już mówiłem, nie znam tekstu Nawratka...
      Właściwie prawie wszystkie miasta przemysłowe, to takie właśnie "monomiasta". Po likwidacji fabryki, huty czy kopalni, następuje ich daleko idąca degradacja - co można obserwować u nas na Górnym Śląsku.

      Usuń
  4. Nie czytałem Heina... Ale widzę, że jest kilka jego książek na allegro.
    Dla mnie jest ciekawe, że zarówno w schyłku NRD, jak i po "kolonizacji", oni fotografowali te tereny. I jak dobrze to robili! Tymczasem w Polsce... to jest ciągle terra incognita ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pewnie jest wiele powodów, że u nas brak takich projektów, o artystycznych się nie wypowiadam. Mam tylko taką refleksję, że znikanie NRD było tak gwałtowne i zaplanowane, że gdyby nie te zdjęcia to nic by nie zostało. Porusza mnie zdjęcie z serii Leipzig-Grunau nr 24 http://www.bonnie.berta.me/projekte/ Tam jest to tempo, socjalistyczny burdel niedokończonej budowy nawet nie został uprzątnięty, a już był zachodni bank. Hein może Ci się spodobać, tak mi się wydaje.

    OdpowiedzUsuń

Żeby zamieścić komentarz, trzeba się po prostu zalogować na googlu i przedstawić.