niedziela, 24 września 2017

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną...

[Giovanni Antonio Canal, Weneckie dachy, widok z okna mieszkania artysty, The British Museum, Londyn - skan z albumu Canaletto, Bernardo Belotto Paints Europe, Hirmer, Munich 2014, str. 29.]

Obaj weneccy malarze, posługujący się pseudonimem Canaletto (Giovanni Antonio był wujkiem Bernardo), nie przestają mnie zadziwiać. Bardzo ciekawe są ich rysunkowe szkice do przyszłych wedut. Więc może niebawem co nieco tu powklejam (coś mnie ostatnio zdecydowanie odrzuca od zdjęć...). A Wenecja wręcz przeciwnie, jest jak w tytule wpisu, który pożyczyłem od wieszcza.

sobota, 23 września 2017

ODLOT, a pykanie

W kwestii samolotu ze strony 169 Jedynki Macieja Rawluka przeprowadziłem małe śledztwo z pomocą wuja googla, z którego wynika, że rzeczona restauracja „Odlot” mieszcząca się w Kościelsku vis a vis DK-1, rozpoczęła swą działalność w roku 1994. Podobno latający wcześniej w barwach LOT-u Ił-18, miał zagrać w filmie Bohdana Poręby Katastrofa w Gibraltarze (1983), ale chyba nie wystąpił w roli Liberatora, który uległ wypadkowi, bo tutaj obsadzony był An-26. Wydawało mi się, że samolot w Kościelsku stał tam już nieco wcześniej, bo jego widok był stałym elementem podróży jedynką, ale oczywiście moment jego pojawienia się może być późniejszy (ostatecznie minęły od tego momentu ponad dwie dekady).

 [Wojciech Prażmowski, zdjęcie z cyklu biało-czerwono-czarna, str. 35]

Jak wspomniałem w komentarzu pod poprzedni wpisem, zdjęcie Iła pojawiło się w dokumentalnym projekcie Wojciecha Prażmowskiego biało-czerwono-czarna (1999-2000), który jest w ogóle pierwszym tak obszernym zapisem dotyczącym Polski po ustrojowej transformacji z 1989 roku. Prażmowski swój cykl realizował używając średnioformatowej kamery Mamiya 6, której specyfikacja (tryb automatyczny przy preselekcji przysłony) umożliwiała mu błyskawiczne robienie zdjęć, jak sam to określał „podnoszę aparat do oka i pyk” (oczywiście potem należało przewinąć film na następną klatkę). No i pyk, i mam zdjęcie z Kościelska. Do swojej książki Prażmowski wybrał dwie setki pykniętych kadrów.


Olympus Mju 2, którego używał Michał Szlaga robiąc zdjęcia do swojego cyklu Polska, pracuje tylko w trybie automatu, ma autofokus i silnik przewijający film, więc można nim pykać do woli (do końca taśmy) i w miarę szybkim tempie. I to trochę widać na załączonym obrazku, który skleiłem z kadrów wykonanych podczas jednego pobytu w „Odlocie”, zamieszczonych w blogowym wpisie z 25 maja 2010 roku. Pyk, pyk, pyk... czy raczej pyk-pyk-pyk-pyk-pyk... Podczas autorskiego oprowadzania po wystawie Polska, którą można obecnie oglądać w sali im. Heleny Modrzejewskiej Starego Teatru w Krakowie, Szlaga mówił, że podczas pracy nad cyklem naświetlił 1000 małoobrazkowych negatywów, co daje sumę ok. 36000 pykniętych klatek...

piątek, 22 września 2017

Fotografie z „Jedynki‟ Macieja Rawluka, które są w książce i bardzo mi się podobają...

...odkąd je po raz pierwszy zobaczyłem (w przypadku kilku było to ze 3 lata temu co najmniej). W ten sposób nawiązując do procederu udostępniania przez autora Jedynki na swoim blogu zdjęć, jakie się w książce nie znalazły, pozwolę sobie wkleić poniżej kilka moich faworytów z zestawu albumowego. Myślę, że te nie zawsze oczywiste portrety ludzi związanych pracą z tytułowym szlakiem komunikacyjnym, są mocną stroną najnowszej książki Rawluka, który zdecydowanie warto posiadać! Ciekaw jestem, kiedy ktoś z szanownych komentatorów życia kulturalnego w Polsce ruszy się wreszcie, żeby coś o tym napisać?

[Maciej Rawluk, Jedynka, Włodzimierz]
[Maciej Rawluk, Jedynka, Wiesław]
[Maciej Rawluk, Jedynka, Joanna]
[Maciej Rawluk, Jedynka, Rafał]
[Maciej Rawluk, Jedynka, Agata]
[Maciej Rawluk, Jedynka, Grzegorz]


[Maciej Rawluk, Jedynka, Łukasz, Bożena, Janusz]

[Maciej Rawluk, Jedynka, NN]

czwartek, 21 września 2017

Żarki Żydowskie

Żarki żydowskie to książka niezwykła i ważna. Wydana przez Fundację Brama Cukermana publikacja, którą przygotowali Karolina i Piotr Jakoweńko, zawiera zdjęcia przedstawiające mieszkańców Żarek, wykonane kilka lat przed wojną oraz w czasie okupacji (według redaktorów wydawnictwa są to lata 1937-42). Fotografie zamieszczone w albumie w większości wyszły spod ręki (oka) Józefa Baciora, który prowadził tam usługi fotograficzne. Ponieważ nie posiadał on wówczas stałego atelier, portrety powstawały na ulicach miasteczka lub w tzw. lesie fabrycznym – lokalnym terenie rekreacyjnym, przez co sprawiają wrażenie bardziej naturalnych, niż typowe studyjne zdjęcia z tamtych czasów Nie jest też bez znaczenia, że w swojej pracy Bacior posługiwał się kamerą małoobrazkową, więc jego portrety maję pewne cechy - jak to wtedy nazywano - „laikarstwa” i przypominają amatorskie fotografie pamiątkowe… Żarki przed drugą wojną światową zamieszkiwało 5000 mieszkańców, z czego ok. 3000 stanowili Żydzi. W miasteczku ocalała jedna z synagog (jej zdjęcie jest oczywiście w książce Niewinneoko nie istnieje), zaś układ urbanistyczny oraz wygląd wielu domów nadal nie pozostawia żadnych wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z dawnym sztetlem. Na zdjęciach Baciora widzimy anonimowych dzisiaj mieszkańców Żarek (wydawcom udało się do tej pory zidentyfikować sześć personaliów), Polaków i Żydów, których odróżnić od siebie można dopiero w momencie, gdy ci ostatni już w czasie okupacji niemieckiej pozują do portretów z opaskami z gwiazdą Dawida na przedramieniu... Ponieważ klientami żarskiego fotografa nie byli chasydzi, ani ortodoksi (być może nie mieszkało ich zbyt wielu w Żarkach lub po prostu nie angażowali Baciora?), na zdjęciach oglądamy ubranych z małomiasteczkową elegancją obywateli przedwojennej Polski, których „żydowskość” lub „chrześcijańskość” trudno dzisiaj zidentyfikować... (choć być może nie doceniam w tym momencie wprawnego oka współczesnego polskiego antysemity?). Józef Bacior zmarł tragicznie w 1989 roku, więc niestety nie można go zapytać o okoliczności wykonywania portretów, ani o jego relacje z klientami. Z wypowiedzi syna fotografa zamieszczonej w książce dowiedzieć się możemy, że po likwidacji żarskiego getta (którego mieszkańców wywieziono do komór gazowych Treblinki), przeprowadził się on do pożydowskiego domu przy rynku, gdzie mieścił się zakład fotograficzny. Józef Bacior używał go do swojej śmierci. Przechowywane na strychu negatywy przekazał Fundacji Brama Cukermana wnuk fotografa Damian Kot. Ciekawa jest też tutaj historia w jaki sposób Karolina i Piotr Jakoweńko trafili na omawiany zbiór zdjęć i dotarli do potomków fotografa z Żarek. Wszystko zaczęło się od pudła z fotografiami, jakie znaleźli Państwo Jolanta i Wojciech Gałeccy, podczas porządkowania w Będzinie mieszkania po rodzicach Pani Jolanty i przekazali znalezisko Fundacji Brama Cukermana. Okazało się, że zdjęcia należały wcześniej do rodziny małżeństwa Heleny i Jehoszuy Najmanów, którzy przeżyli Zagładę, a w 1965 roku wyemigrowali do Australii. Na części odbitek znajdowały się pieczątki zakładu Józefa Baciora.



Fundacja Brama Cukermana działa w Będzinie od 2009 roku i powołana została w celu opieki nad domem modlitwy, mieszczącym się w tzw. Bramie Cukermana (jest to dawny pasaż handlowy - między dzisiejszą Aleją Hugona Kołłątaja, a Placem 3 Maja). Oczywiście fotografia tego obiektu także znalazła się w książce Niewinne oko nie istnieje. Kiedyś rozmawialiśmy o pokazie projektu w przestrzeni dawnego domu modlitwy, ale nic z tego nie wyszło... (nie pamiętam już z jakiej przyczyny). Z Karoliną i Piotrem spotkaliśmy się na wiosnę tego roku w Nieporęcie na corocznej konferencji Liderów Dialogu (gdzie miałem prelekcję dotyczącą Świętej Wojny) i tam właśnie dowiedziałem się o ich książce. 


środa, 20 września 2017

O „Realizmie‟ w Nowych Książkach

W Nowych Książkach to chyba miałem recenzję tylko raz i dotyczyła ona albumu Niewinne oko nie istnieje. Tekst napisała Marta Leśniakowska, ale ponieważ dowiedziałem się o tym poniewszasie, nie dotarłem do tego numeru miesięcznika (a pismo niestety nie miało - ten stan trawa zresztą nadal - witryny internetowej...). A tutaj proszę, jakie zaskoczenie!


Myślę, że tytuł tego omówienia (ciekawe czy pochodzi od autora?) śmiało mógłby się zmieścić na szortliście Memoriału im. Karola Maliszewskiego... ;)

wtorek, 19 września 2017

Transporty jadące na rzeź



Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz kupiłem papierową Gazetę Wyborczą… Aż do wczoraj, gdy zobaczyłem w sieci zapowiedź fotoreportażu Dawida Chalimoniuka o transporcie zwierząt do rzeźni (obecnie miejsca takie funkcjonują pod nazwą ubojni). A ponieważ zdjęcia na witrynie wyborcza.pl fatalnie się oglądało, więc pomyślałem, że może na papierze będzie to wyglądać jak w dawnych czasach (właściwie nie tak dawnych…). No i tu się oczywiście zawiodłem, bo w wersji papierowej Dużego Formatu wydrukowano zaledwie pięć fotografii, omijając (jak się należało tego spodziewać) te najbardziej drastyczne. To co zostało sfotografowane dzieje się tuż obok nas i na masową skalę! I skandalem jest, że na tę jawną zbrodnię nie reagujemy, prawie nie reagujemy, bo przecież powstał ten bardzo potrzebny zapis Dawida Chalimoniuka. Kiedyś czytałem wspomnienia Edmunda Wiercińskiego z okupacji niemieckiej, który opisywał plażę nad Świdrem latem 1942 roku i relaksujących się tam ludzi, a obok nich (czy też nad ich głowami) po kolejowym moście przejeżdżały pociągi wiozące do Treblinki Żydów z warszawskiego getta. I nikogo z plażowiczów to nie ruszało… 



[trzy widoczne powyżej kadry to print screeny zdjęć Dawida Chalimoniuka z portalu wyborcza.pl]

poniedziałek, 18 września 2017

adrenalina-podpowiada-jeszcze-jeden-metr

[ROZMOWA Z GROTOŁAZEM]

"Dobry zwyczaj nakazuje,
by cięższe nieczystości
wynieść ze sobą na powierzchnię"

[http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,22375356,adrenalina-podpowiada-jeszcze-jeden-metr.html]


[Michał Szlaga, z cyklu Polska, zdjęcie z ekspozycji w Tatrze Starym w Krakowie, sala im. Heleny Modrzejewskiej]

niedziela, 17 września 2017

Inaczej niż w Ustce

Czyli katowicka (w salach tamtejszego BWA) odsłona wystawy Inaczej niż w raju. Tym razem sfotografowałem wyłącznie swój własny set oraz obrazy Grzegorza Wróblewskiego (i w takiej właśnie kolejności prace się pojawiają na zdjęciach). A na pierwszej fotografii kurator tego przedsięwzięcia - Roman Lewandowski i jeden z uczestników - Lesław Tetla. Wystawa potrwa do 15 października 2017.










sobota, 16 września 2017

For peace on earth, for pity's sake, for peace, for peace

Jackie Kay


In My Country

walking by the waters,
down where an honest river
shakes hands with the sea,
a woman passed round me
in a slow, watchful circle,
as if I were a superstition;
or the worst dregs of her imagination,
so when she finally spoke
her words spliced into bars
of an old wheel. A segment of air.
Where do you come from?
'Here,' I said, 'Here. These parts.'


George Square

My seventy-seven-year-old father
put his reading glasses on
to help my mother do the buttons
on the back of her dress.
'What a pair the two of us are!'
my mother said, 'Me with my sore wrist,
you with your bad eyes, your soft thumbs!'

And off they went, my two parents
to march against the war in Iraq,
him with his plastic hips. Her with her arthritis,
to congregate at George Square, where the banners
waved at each other like old friends, flapping,
where they'd met for so many marches over their years,
for peace on earth, for pity's sake, for peace, for peace

[pierwszy wiersz pochodzi z tomu Other Lovers (Bloodaxe Books, 1993), drugi z książki Life Mask (Bloodaxe books, 2005), a ja skopiowałem je ze stron www.poetryarchive.org i www.poemhunter.com (skądinąd mało zachęcająca nazwa portalu z poezją...), na pierwszym z portali można też posłuchać jak poetka czyta wiersz In My Country]

piątek, 15 września 2017

„Poezja przydrożna” Władysława Hasiora

Sala audiowizualna w MOCAK-u przedwczoraj, na widowni ledwie kilkanaście osób, promocja nowego zeszytu NOT. FOT. (Notatnika Fotograficznego), w którym można zobaczyć kolejną porcję zdjęć z archiwum Władysława Hasiora. Łukasz Gorczyca (Galeria Raster), Joanna Trznadel (Muzeum Tatrzańskie) i Katarzyna Wincenciak (prowadząca spotkanie) opowiadają o slajdach robionych przez Hasiora i o sposobie pracy nad tym zbiorem (ok. 20.000 klatek w kolekcji MuzeumTatrzańskiego w Zakopanem). Bardzo to wszystko ciekawe, zwłaszcza, że w drugim NOT. FOCIE. zalazły się zdjęcia przedstawiające propagandę wizualną z czasów PRL-u, przez samego fotografującego nazwane Poezją przydrożną. Zawsze mnie intrygowało, że te wszystkie hasła, transparenty, banery i durnostojki, mało kto wtedy (w latach 70. czy 80.) rejestrował. Owszem, trochę zdjęć z terenowym agitpropem znajdziemy w archiwum Jerzego Lewczyńskiego (które w postaci broszury wydał ArtBazar, o czym wspominałem kiedyś na hiperrealizmie), ale nie ma tego zbyt dużo, a i jakość zdjęć jest dość… umowna. Propagandowe motywy zdejmowali czasem „fotoreporterzy narzekający”, oni jednak zazwyczaj robili sobie z tego tematu rzewne jaja, fotografując (cytuję z pamięci) np. slogan o budowie „drugiej Polski” umieszczony na ruderze i co ciekawe omijając raczej te wszystkie deklaracje o sojuszu i wieczystej przyjaźni z ZSRR... A wystarczyłaby tutaj prosta rejestracja, praca o charakterze typologicznym, no ale taki sposób działania poprzedzony musiałby być jakimś namysłem, dystansem do medium, co związane jest z kwestią (posiadania) świadomości wizualnej, a z tym u fotopstryków bywa(ło) różnie... Takowych problemów nie miał Władysław Hasior, kiedy zdecydował się na fotografowanie peerelowskiego propagandowego outdooru, świadczy o tym zresztą wybrany przez niego tytuł dla tych rejestracji. Zapis Hasiora ma charakter surowych notatek i przypomina trochę współczesne fotografowanie z użyciem smartfonów, więc chyba nie powinno być teraz specjalnych problemów z odbiorem jego zdjęć? Ciekawi mnie jednak niezmiernie, co temat tych fotografii myśleli współcześni mu fotograficy ze ZPAF-u (o ile w ogóle znali sprawę…)? Oprócz wybranych co smakowitszych przykładów Poezji przydrożnej w powiększeniach, w drugim numerze FOT. NOT., czytelnik znajdzie także eseje Łukasza Gorczycy i Katarzyny Wincenciak, stenogram wykładu Hasiora z 1993 roku (dla grupy Akademickiego Centrum Rehabilitacji), zdjęcia Andrzeja Tobisa z serii AZ, wreszcie 330 miniatur slajdów z tytułowego cyklu (czyli także wybór - Łukasz Gorczyca pisze w swoim tekście, że pełna liczba to ok. 600 klatek). Mocno mnie zaskoczyło i zasmuciło zarazem, że promocja tej arcyciekawej publikacji została olana przez publiczność, no ale chyba musimy się powoli przyzwyczaić do takiego przefejsbuczonego odbioru wydarzeń artystycznych... Z drugiej strony jednak - czy poezja (nie tylko w Polsce) jest czytana przez dużą grupę osób?


Fotografie Władysława Hasiora z cyklu Poezja przydrożna można także oglądać na stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

czwartek, 14 września 2017

Oczkami okrągłymi jak ziarna soczewicy

Wioletta Grzegorzewska

Karmicielka szczurów na farmie w Wootton Bridge

Wyłaziły z nor, gdy stukała drewniakami
po betonowej wylewce. Niosła kosz
z odpadkami chleba, kaszy i buraków.

Za nią na podwórko wylewała się
ciemna masa, piszcząc przeraźliwie,
jakby nożem ktoś jeździł po niewidzialnej tafli.

Wciąż śni i mi się ten wypełzający za szczelin
demon głodu - samice z poszarzałymi dziąsłami,
które zagryzały się za ochłap marnego żarcia.

Gdy farmerka wracała do przybudówki,
przewodnik stada obserował ją bacznie
oczkami okrągłymi jak ziarna soczewicy.

[wiersz z tomu: Wioletta Grzegorzewska Czasy zespoloneWydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2017, str. 59]

Myślę, że tekst w sam raz na ten dzień... Ewidentnie wieje halny w Tatrach, które zapewne (jak zawsze w takich okolicznościach) doskonale widać dziś z Wawelu czy jakiegoś wyższego budynku. Więc na Podhalu i nie tylko tam, fruwają ciupagi, ludzie kopią pod sobą stołki lub próbują dewastacji układu krwionośnego na rękach. Wiatr typu fenowego skutkuje myślami samobójczymi lub co najmniej depresją. Zdaje się, że właśnie podczas wiania mistrala Vincent van Gogh postanowił podarować swoje ucho Racheli...
Czytam sobie ostatnio Grzegorzewską na przemian z poetkami angielskimi i widzę, że on też je czytała. I fajnie. Taki rodzaj dykcji, który w Polandzie nie jest specjalnie popularny w poezji, bardzo mi odpowiada.

środa, 13 września 2017

Differentia specifica


Przedczoraj dotarło zamówione w sklepie multikulti.com oratorium Benedetto Marcello Il pianto e il riso delle quattro stagioni dell'anno, Oratorio in due parti per la morte, esultazione e la coronazione di Maria sempre vergine Assunta in Cielo, napisane przez kompozytora w 1731 dla jezuickiej kongregacji św. Jana w Macerata (ale wykonywane także w Wenecji)  i nie mogę się od niego oderwać. Benedetto Marcello (miał starszego brata Allesandra, takźe świetnego kompozytora – ktoś przypomina sobie Koncert Włoski JSB, tak kapitalnie grany przez Glenna Goulda? - to transkrypcja koncertu na obój i orkiestrę Alessandro Marcello) był weneckim szlachcicem, wziętym prawnikiem pracującym dla republiki, poetą i kompozytorem. Ponieważ był niezależny finansowo (+ szlachectwo), tworząc swoje oratoria, msze, kantaty czy koncerty, mógł sobie pozwolić na większą swobodę, niż kompozytorzy pracujący na zlecenie, czego zresztą można się dosłuchać w jego utworach. Wykonawców rzeczonego oratorium nie kojarzę zupełnie (śpiewacy: Silvia Frigato, Elena Biscuola, Raffaele Giordani, Mauro Borgioni, orikiestra i chór: Venice Monteverdi Academy & Ensemble Lorenzo da Ponte, dyrygent: Roberto Zarpellon), ale grają i śpiewają fajnie, może tylko reżyser nagrania przesadził ze wzmocnieniem basów, które miejscami brzmią tak jakby kontrabasiści mieli podpięte pickupy do instrumentów... Od pewnego czasu staram się skompletować płytotekę z utworami napisanymi przez kompozytorów późnego baroku, głównie włoskich (lecz z honorowymi miejscami zarezerwowanymi dla: Handla, Hassego  i Zelenki), co wcale nie jest takie proste, bo jeżeli słuchanie muzyki barokowej ma charakter niszowy (bo to jest nasza Ojczyzna, synku), to włoski barok (może poza Quattro Stagioni) jest niszą niszy, a oratoria takie jak Il pianto e il riso delle quattro stagioni dell'anno to niszowa niszy w niszy... Co bynajmniej nie zniechęca mnie do rozbudowywania kolekcji. Gdy w 2014 mieszkaliśmy z moją żoną Martą przez dwa tygodnie w Wenecji (robiłem dokumentację fotograficzną dla Instytutu Architektury, który prezentował wtedy w Polskim Pawilonie wystawę Figury niemożliwe na Biennale Architektury), a byłem tam po raz pierwszy, zaskoczyło mnie jak niezwykle ścisła relacja wiąże to miejsce z kompozycjami Vivaldiego, Albinoniego, Galuppiego czy obu Marcellów... W ogóle nie słuchałem wtedy ich muzyki, nie było takiej potrzeby! Wystarczyło wyjść na umieszczony na dachu taras w naszej kwaterze (mieszkaliśmy w Castello) i rozglądać się dookoła (mając nadzieję, że widoku nie przysłoni nam jakiś transoceaniczny kolos wycieczkowy z tauzenami pierdolonych turystów na piętrowych galeriach pokładu, przepływający właśnie kanałem między Giudeccą a Dorsoduro...). Któregoś wieczoru po skończonej pracy poszliśmy z Martą na spacer do San Marco, a potem przez Ponte dell'Accademia do Dorsopduro w stronę cyplu, na którym stoi piękny kościół Santa Maria della Salute Baldassare Longheny, tak często malowany przez tutejszych wedutystów, a na miejscu okazało się, że świątynia jest otwarta i trwa właśnie nabożeństwo. I mimo, że była to msza w rycie posoborowym, odprawiana i śpiewana po włosku, to brzmiało to wszystko kapitalnie i adekwatnie do architektury miejsca (i nie przypominało nic a nic jękliwego wycia z jakim zwykle można się spotkać w polskich kościołach – ot taka to i differentia specifica…).

wtorek, 12 września 2017

Maska złego demona, pociągnięta złotym lakiem

Bertolt Brecht


WIOSNA 1938

Dziś, w niedzielę wielkanocną rano,
Nagła burza śnieżna przeszła przez wyspę.
Między zielonymi krzewami legł śnieg. Mój młodszy syn
Powiódł mnie do drzewka morelowego u muru domu
Oderwawszy mnie od wiersza, w którym wskazywałem palcem na tych,
Co szykują wojnę, która
Kontynent, tę wyspę, mój naród,
Moja rodzinę i mnie
Musi zniszczyć.
Milcząc położyliśmy worek
Na marznące drzewko.


MASKA ZŁA

Na mojej ścianie wisi japońska rzeźba,
Maska złego demona, pociągnięta złotym lakiem.
Współczując widzę
Napięte żyły u skroni, świadczące
Co to za wysiłek być złym.

[dwa wiersze Bertolta Brechta w przekładzie Stanisława Wygodzkiego przepisałem z książki: Bertolt Brecht, Wiersze wybrane, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954, str. 151, 152]




Polowałem na tę książkę od kilku miesięcy... I w końcu pojawiła się na allegro, i do tego w przyzwoitej cenie. Chciałem ją mieć ze względu na mocny zestaw wierszy rewolucyjnych, które teraz niezbyt chętnie są przekładane (...a tak zniesmaczyły znajomego z okolic bruLionu, co wyznał mi w rozmowie, kiedy popijaliśmy w Pięknym Psie po poetyckim wieczorku Kultury Niepodległej, jaki się odbył w Lokatorze). Mam zamiar powrzucać tu niebawem trochę takich komunizujących tekstów Brechta, które sìę nieźle bronią po tych siedemdziesięciu-osiemdziesięciu latach... Oczywiście nie wszystkie.
Czytelnicy hiperrealizmu z pewnością odnotowali, że fotografie pojawiają się teraz na blogu dość rzadko. Owszem, zamierzam wspomnieć o kilku fotograficznych albumach, które stały się ostatnio moją własnością, ale też - proszę wybaczyć - mam poczucie, że nie bardzo jest o czym pisać... Być może, gdy wrócę do realizacji (co stanie się jesienią) obszernego projektu, nad którym pracuję od kilku lat, jakieś foty z marszu się tutaj pojawią. Być może.
Stanisław Wygodzki, którego przekłady przepisałem powyżej, to bardzo ciekawa postać, niestety zupełnie (i niesłusznie) dziś zapomniana. Jego życiorys zamieszczony na wikipedii jest dość dobrze opracowany (co nie zawsze ma miejsce na tym portalu), więc warto się z nim zaznajomić, a potem przystąpić do lektury utworów Wygodzkiego, np. opowiadania Sprzymierzeńcy.  

niedziela, 10 września 2017

i mroczne kwiaty wiosny

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska


Telefon

farbuję swoje pierdolone siwe włosy
henną rubin spływa cała wanna farbą

ręczniki zajebane (dzięki Bogu spierają się)
jak fazy księżyca to menstruacyjne farbowanie

(pamiętam komunistyczną ligninę ocierała mi co miesiąc uda)

pod siedemdziesiątkę znowu się z tym wszystkim pierdolę
z farbą do włosów jak wtedy z krwią

jeszcze przypominam sobie:

radio marki Stolica Rozgłośnię Wolna Europa
stację Radia Luksemburg

kultową reklamę PRL-u prusakolep
pierwszy jabol tamto rzyganie

i mroczne kwiaty wiosny


Stalinogród (dokument na Planete+HD)

wracanie pamięci

najlepsi synowie tej ziemi budowali hotele robotnicze
azbest len kamieny brał nas w ramiona

w pokojach hotelowców palenie picie skat
śląski brydż do rana

straciłam błonę dziewiczą (w kolejowym hotelowcu)
sucha była komunistyczna prezerwatywa

krwawiłam lekko różą dziką

bardziej w drodze na PKP
szpilki otarły mi pięty

w pończochach skrzywił sie szew

tyle mam z komuny odebranie cnoty na żywca
pod koniec kwietnia

i pochód pierwszomajowy

[dla własnej i czytelników hiperrealizmu przyjemności pozwoliłem sobie przepisać dwa wiersze Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej z jej najnowszej książki: Genowefa Jakubowska-Fijałkowska Paraliż przysenny, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, str. 12, 25, 38.]


Bardzo lubię wiersze, w których pojawiają się konkretne miejsca, sytuacje, obiekty. I tego całkiem sporo można znaleźć w tekstach Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, jakkolwiek "kultowa reklama" wynalazku o nazwie Prusakolep, to już głęboki schyłek PRL-u. Spot reklamowy powstał i był emitowany w 1989 roku, czyli w momencie transformacji gospodarki centralnie sterowanej w stronę modelu neoliberalnego (czego teraz radośnie wszyscy doświadczamy...).

sobota, 9 września 2017

REALNI JAK HAK PIĘKNOŚCI

Petr Hruška


PRZY POCHYLENIU

przy pochyleniu
po resztkę mydła która spadła
nagle widać
jak to wszystko jest zrobione –

spuchnięte kolana rur
wyłażą ze ściany
zionięcia szpar
głowy wysilonych śrub
trzymają na dole
kawał łazienki
z przyklejonymi włosami


NOCLEG

tiry ryczały jak głodna
nocna zwierzyna
krzyczałaś do mnie cenę
za pokój dwuosobowy
facet od dystrybutora
skostniały od niewyspania
prowadził nas potem po stromych schodach
Berlin Kraków Triest wszystko
było za nami
nigdy nie widziałem
tak wąskiego pokoju
gdy chcieliśmy się odwrócić
musieliśmy się objąć


SZCZEKANIE

Matka patrzy,
jak syn naśladuje szczekanie retrievera.
On ma dwadzieścia siedem lat,
ona czterdzieści pięć,
oboje na świecie aż po uszy.
Doświadczyli wiele,
w większości przez ogłoszenia i przez doktorów.
Oboje chyba wierzący.
Oboje regularnie w tym non-stopie, 
realni jak hak piękności
Syn wsparty o stół,
matka nieruchomo nasłuchująca,
gdzie aż tu może dobiec
szczekanie retrievera.


OSTATNI BAR W LUBLANIE

Moja żona
śpiewa po latach
z ogromnej odległości.
Nawet to,
jaki ze mnie skurwiel,
nie jest teraz ważne.


[wiersze w tłumaczeniu Franciszka Nastulczyka przepisane z książki: Petr Hruška Mieszkalne niepokoje, Instytut Mikołowski, Mikołów 2011, str. 78, 116, 135, 137]



Petr Hruška był gościem tegorocznej edycji Festiwalu Miłosza, ale niestety nie mogłem być na jego spotkaniu autorskim. Kupiłem za to dwie jego książki (obie z przekładami Franciszka Nastulczyka), które wydał Instytut Mikołowski. No i jak to zwykle w Polszcze, choć wiersze świetne, ich autor nie jest tutaj specjalnie znany, ani komentowany...

piątek, 8 września 2017

Fotografia, która nie zmieniła świata


Widoczny na zdjęciu Krzysztofa Millera mężczyzna z tatuażem przestawiającym Adolfa H. to Grzegorz H., bohater reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Skin społecznik”, który ukazał się w Dużym Formacie w czerwcu 2002 roku. Nie pamiętam już czy tekst był ilustrowany tym zdjęciem (co można sprawdzić udając się do biblioteki), w wersji elektronicznej, jaka jest dostępna w sieci fotografii brak. Przez ostatnich kilka dni media eksploatowały temat polskiego kibica, pobitego przez kopenhaską policję przed przegranym cztery do zera meczem z Danią. Ponieważ przy charakterystyce ofiary dziennikarze wspominali o skinowskiej przeszłości oraz skrupulatnie opisywali widoczne na ciele tatuaże – oprócz wspomnianego już Adolfa H., także swastykę, trystykę oraz wydziarane gotykiem hasło Waffen SS Meine Ehre heißt Treue (moim honorem jest wierność) – przypomniałem sobie oglądane całkiem niedawno zdjęcie z albumu „Fotografie, które nie zmieniły świata” oraz (mgliście) wspomniany reportaż Grzebałkowskiej. I co z tego wszystkiego wynika? Na filmiku, jaki jest szerowany w sieci można zobaczyć, że to raczej policjanci są stroną agresywną, istnieje jednak też nagranie – zamieściła je na swej stronie duńska policja oraz dziennik Ekstrabladet - gdzie sytuacja jest odwrotna. Z artykułu zamieszczonego w dzienniku Fakt dowiaduję się, że w 2001, czyli tuż przed powstaniem reportażu w Wielkim Formacie o założonej przez niego amatorskiej drużynie futbolowej w Sopocie, Grzegorz H. został skazany na 4,5 pozbawienia wolności za brutalne pobicie, jednak uchylał się od stawienia w więzieniu, a potem były kolejne przestępstwa i wyroki… No cóż, wszystko to dość smutne i niepokojące, „fotografie, które nie zmieniły świata”, reportaże, które nikogo i niczego nie zmieniają, światy równoległe (vide polecany wczoraj artykuł Jakuba Majmurka). Zaraz po opisywanym wydarzeniu polski MSZ ustami Witolda Waszczykowskiego zapowiadał interwencję w sprawie pobicia, o czym jednak najwyraźniej „zapomniał”…

środa, 6 września 2017

I wypuściłam rybę

Stary numer Literatury na Świecie (3/1994), który czytałem/przeglądałem po informacji o śmierci Johna Ashberego... Rok później także w przekładzie Stanisława Barańczaka ukazał się w Wydawnictwie Znak tom: Elizabeth Bishop 33 wiersze. Uwielbiam tę narracyjną (nazwijmy ją tak roboczo) formę w anglosaskiej poezji...




wtorek, 5 września 2017

Cisza wokół albumu Konrada Pustoły

[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Transformacja (2014) str. 92-93]

Jeszcze przed wakacjami, a właściwie to przed rozpoczęciem remontu mieszkania, dowiedziałem się, że zapowiadany album ze fotografiami zmarłego dwa lata temu Konrada Pustoły jest już w dystrybucji. Szybko zajrzałem więc na stronę księgarni MOCAK-u i upewniwszy się, że książka jest u nich dostępna, pojechałem do muzeum. I tu spotkały mnie dwa zaskoczenia, po pierwsze cena tej publikacji wynosząca 49 zł, a książka ta to solidny album, po drugie (a właściwe to także po pierwsze)  jej zawartość - po dokonaniu zakupu, jeszcze w muzealnym holu niecierpliwie zdarłem z okładki ochronną folię, żeby zobaczyć co jest w środku. W przygotowanym przez Karolinę Ochab wydawnictwie, a opublikowanym przez Fundację Nowych Działań, które zatytułowane jest po prostu Konrad Pustoła, możemy oglądać  zdjęcia z dziewięciu projektów artysty i mniej więcej połowa tego zestawu, to prace wcześniej nie pokazywane. Fotografie ułożone są cyklami, ale bez uwzględnienia chronologii ich powstania, seria przechodzi w serię bez oddzielania zdjęć od siebie, obrazy mają mówić same, nie są podpisane czy też datowane, dopiero na końcu książki pojawiają się miniatury, tytuły projektów i krótkie ich opisy. Taki sposób prezentacji dorobku Konrada Pustoły nazwany został tutaj esejem wizualnym i faktycznie jest to próba zmierzenia się z tym, co jest dostępne w archiwum autora. Oczywiście tego typu działania to rodzaj interpretacji archiwalnej zawartości, więc w przypadku omawianego albumu, bardziej zwracamy uwagę na pewną konsekwencję w wyborze konwencji obrazowania - powiedzmy, że można nazwać ją werystyczną, zapominając o performatywnym czy interwencyjnym aspekcie innych przedsięwzięć artysty, które tutaj nie zostały uwzględnione.

Taka interpretacja, taki wybór i sposób prezentacji zdjęć Pustoły zupełnie mi nie przeszkadza, ponieważ to co w książce zostało udostępnione odbiorcy, to obrazy przyciągające uwagę swym kształtem (wyborem motywów i sposobem ich prezentacji), wciągające treścią widoczną w ich powierzchni, uwodzące widza jednym i drugim. Obszerna grupa zdjęć pochodzących z serii Transformacja, ostatniego projektu realizowanego przez artystę w 2014 roku, na których oglądamy współczesne, działające pełną parą obiekty industrialne, sfotografowane w minimalistyczny i zarazem atrakcyjny wizualnie sposób, świetnie koresponduje z wcześniejszą o dekadę serią opuszczonych domów oraz fabryk (Pustoła fotografował je podczas podróży po Polsce, kiedy był przewodnikiem Marka Powera, pracującego nad materiałem, który znalazł się później w książce The Sound of Two Songs). Oba cykle prezentowane w albumie w bezpośrednim sąsiedztwie i z zakłóconą chronologią (Transformacja przed Opuszczonymi domami...) to nie tylko dokumentalna rejestracja realnego, a bardziej konkretnie - efektów ekonomicznych trendów, ale też – jak myślę - mocno symboliczny i znaczący zapis sytuacji rugowania pracowników z procesu wytwarzania dóbr. Oglądając wspomniane industriale Pustoły przyszły mi do głowy zdjęcia Taryn Simon, gdzie spotkać się możemy z podobnym sposobem obrazowania oraz wykorzystania obrazów i być może jest to jakiś rodzaj odniesienia w sensie metody/metod używania fotografii? Oczywiście nie sugeruję tutaj (co jest zwyczajem niektórych rodzimych krytyków fotografii), że Pustoła amerykańską fotografkę bezwolnie kopiował, zwracam tylko uwagę na powinowactwo istotnych aspektów ich działań.

Omawiany album wszedł do dystrybucji jakieś trzy-cztery miesiące temu (choć w stopce tego wydawnictwa figuruje data 2016), można go bez problemu kupić w sieci księgarni artystycznych i... od premiery książka nie doczekała się żadnego omówienia! Owszem wspomniała o nim na swoim blogu AnetaSzyłak, a poza tym cisza. Cisza. Cisza. Cisza... To niezrozumiałe!  I zarazem skandaliczne! Dostajemy do rąk kawał świetnej fotografii i nikomu w tych wszystkich mniej lub bardziej niszowych pismach kulturalnych nie chce się zamówić tekstu na temat tej publikacji? Nikt nie odczuwa potrzeby skomentowania tej ważnej książki? Jest to tym bardziej dziwne, że Pustoła nie miał wcześniej - tzn. kiedy żył -  problemów z krytycznym odbiorem swoich działań. Recenzja, komentarz, to formy dialogu, jaki musi być obecny w kulturze, nawet jeżeli z punktu widzenia tej czy innej redakcji jest to skrajnie niedochodowy proceder (bo żeby mieć dobre teksty, trzeba za nie płacić...). Rugowanie tego rodzaju aktywności sprowadzi nas wszystkich do komunikacji na poziomie tweetów lub memów (tudzież blurbowych lansów na facbooku), czego sobie i Państwu szczerze nie życzę!

[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Niedokończone domy (2005) str. 106-107]

Więcej zdjęć Konrada Pustoły można oglądać na witrynie konradpustola.org.

poniedziałek, 4 września 2017

PÓŹNE ECHO


Z osób widocznych na powyższym zdjęciu wśród żywych pozostaje jeszcze tylko Vincent Warren (autor fotografii opuścił ten świat w 1998). Wczoraj The Guardian podał wiadomość o śmierci Johna Ashberego. I co ciekawe, na facebooku informację tę szerowali wyłącznie poeci, prawdę mówiąc można ich było policzyć na palcach jednej ręki*... Nie mieliśmy więc do czynienia z wylewem powszechnego żalu, tudzież klespydro-laurek jak np. po zgonie Davida Bowiego. Co pokazuje też skalę odbioru awangardowej (kiedyś) poezji**, zresztą nie tylko takiej. Twórczość Johna Ashberego niewątpliwe spopularyzował w Polsce Piotr Sommer, choć nie tylko on przekładał wiersze amerykańskiego poety (także: Kacper Bartczak, Julia Fiedorczuk, Jacek Gutorow, Tadeusz Pióro, Agata Preis-Smith, Andrzej Sosnowski, Bohdan Zadura i Jan Zieliński). 


Widoczne wyżej skany wykonane zostały z kultowego (kultowego kiedyś?) wydania Literatury na Świecie, nr 7 (180) z 1986 roku, poświęconej poetom "szkoły nowojorskiej".


W roli komentarza pozwolę sobie na koniec przytoczyć wiersz Grzegorza Wróblewskiego Nieporozumienie, który zeskanowałem z reedycji tomu Ciamkowatość życia, wydanego w 2003 roku przez wydawnictwo Lampa i Iskra Boża:



-----
* Aktualizacja 10:25. Niszowe pisma i oficyny zaczęły właśnie wspominać poetę... oczywiście na facebooku.
** Aktualizacja 14:45. Jak widzę i Gazeta Wyborcza podała tę wiadomość. Czas zamieszczenia artykułu 12:50. Imponujący timing ;)