niedziela, 17 czerwca 2018

"Pełen chytrości uśmiech podważa uczciwość transakcji"

Fotografia strony z albumu Antologia fotografii polskiej, który dziewiętnaście lat temu opracował i wydał Jerzy Lewczyński. Podpis pod zdjęciem autorstwa Michała Greima w całości brzmi następująco: "Fein silber to fotografia z 1890 roku, która przedstawia wzmiankowany już w Biblii typ żydowskiego handlarza srebra. Pełen chytrości uśmiech podważa uczciwość transakcji. Jest to jeden ze znakomitszych portretów w naszej fotografii. Wrażenie upływu czasu potęguje rysa, pękniecie na szklanym negatywie".


No tak, teraz to już jestem całkowicie przekonany, że w Polsce nie ma, nie było i nigdy więcej już nie będzie antysemityzmu... 

czwartek, 14 czerwca 2018

Lśnienie z Sundby Kirkegård

[Z wydanej w 2016 roku przez Fundację Archeologia Fotografii książki/antologii Lux (koncepcja i projekt graficzny: Marta Przybyło-Ibadullajev), która w końcu dotarła w moje ręce.]

sobota, 9 czerwca 2018

MC5 at Tartar Field, Wayne State University, Detroit on July 19th 1970


Chyba jakoś w 1976 roku zacząłem regularnie kupować śp. miesięcznik Jazz, gdzie w którymś z numerów znalazłem artykuł o MC5 (chyba rok później przeczytałem o koncercie Sex Pistols w Sztokholmie - tekst nosił tytuł "Nienawiść na sprzedaż"...). Rzecz jasna, upłynęło trochę czasu zanim trafiłem na ich nagrania, a wtedy słuchałem już punk rocka, za którego prekursorów uważa się zresztą zespół z Detroit. Próbowałem znaleźć w sieci więcej nagrań z koncertu na Wayne State University, ale bezskutecznie. Zawsze kiedy słucham tych trzech kawałków, ich - jak to inaczej wyrazić? - całokształt podnosi mnie na duchu. Tak było i tym razem. Dobranoc Państwu.

piątek, 8 czerwca 2018

(Wiadro przyjmuje i oddaje wszystko, co dostaje.)

Jane Hirshfield


Ryza papieru

Mam ryzę papieru,
pojemnik z tuszem,

migdały,
kawę,
ciepły wełniany szal.

Przyniosłam tu wszystko,
co krępuje duszę.

Przyniosłam tu wszystko,
co oddala serce.

Sarna staje na zadnich nogach,
żeby sięgnąć po jabłko na gałęzi,

choć na ziemi leży wiele jabłek.

                                   08.08.2017


Wiadro zapomina swoją wodę

Wiadro zapomina swoją wodę,
swoje mleko, swoją farbę.
Można je umyć, użyć powtórnie i znów umyć.

Podziwiam amnezję wiader.

Ich szczerość i wewnętrzną nieskończoność,
prostotę celu,
ich pojedynczy szew, zwięzły jak ośle żebro.

Wiadro odwrócone do góry dnem
też jest przydatne - jako podnóżek,
półka na narzędzia, podstawa pod bęben, stolik.

Wiadro przyjmuje i oddaje wszystko, co dostaje.
Nie chowa urazy, lęków
ani żalu.

Wiadro uderzając o zlew dzwoni najczyściej, gdy jest puste.

Ale nigdy nie ryczy.

                                          02.06.2014


[Dwa zenistyczne wiersze Jane Hirshfield w przekładzie Mieczysława Godynia z książki: Jane Hirshfeld Słodycz jabłek, słodycz fig. Wiersze wybrane, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 201 i 183.]

czwartek, 7 czerwca 2018

USTA MLECZARZY

Ron Padgett


BEZUSTY

W ogrodzie kwiatowym za domkiem stojącym na
fundamentach kładzionych wśród łagodnych wzgórz
hrabstwa Sussex w Anglii, około roku 1920, mały
czarno-biały terier goni za własnym ogonem na trawniku
i prycha radośnie, prycha, bo coś mu każe gonić i prychac
w słońcu pod błękitnym niebem, a potem kłusować do
cienia i kłaść pysk na skrzyżowanych łapach i czekać,
aż ze szkoły wróci Marian, mała Marian, która karmi go
smakołykami i całuje w to, co byłoby ustami, gdyby je
miał!


USTA MLECZARZY

Jest północ, i trzynastu mleczarzy pracuje gorączkowo,
czyniąc rozpaczliwe wysiłki, żeby uratować swoją firmę,
niewielką mleczarnię na wzgórzach. I śpiewają pieśń ze
starego kraju, tęskną pieśń o pogromie dokonanym na
nich przez Kozaków, która miast przygnębiać, napełnia
ich wewnętrznym ciepłem, ulatującym przez zsiniałe usta.
Na zaokrąglonych bokach srebrnych kadzi refleksy ich ust
wyginają się, błyskają, by zaraz zniknąć.


WARIACJE GOLDBERGOWSKIE

Słyszałem dzisiaj w radiu, jak mówił
Glenn Gould - w nagraniu sprzed lat -
i pomyślałem, że choć by był nie wiem
jak ekscentryczny, czy trudny, czy zrzędliwy,
to i tak uwierzyłbym we wszystko, co mówi,
i uwierzyłem, bo tak pięknie budował
zdania i wyrażał się tak precyzyjnie,
że przez chwilę
było mi przykro, że nigdy go nie poznałem,
ale nie sądzę, że mógłbym przegadać z nim
całą noc przez telefon, choć może mógłbym,
zwłaszcza wówczas, kiedy byłem dość młody,
by dla sztuki dać się pokrajać.


[wiersze w przekładzie Andrzeja Szuby z książki: Ron Padgett Bezczynność butów, Instytut Mikołowski, Mikołów 2018, s. 3, 17, 37. Oglądać i słuchać Rona Padgetta na żywo, dzisiaj między 16:45 a 17:45, w Krakowie na Festiwalu Miłosza, BEZCENNE!]

niedziela, 3 czerwca 2018

(Spotkanie żywego poety z żywym poetą pod drapieżnym spojrzeniem śmierci)

Julia Hartwig

SPOTKANIA 

                                                     dedykowane Z.H.

Spotkanie i rozmowa z Michaux na ulicach
Buenos Aires którą Borges zapamiętał
jak intensywna muzykę
i na ulicy Saint Jacques spotkanie
Allena Ginsberga z tymże Michaux
którego przywołał przez jezdnię Corso
okrzykiem: Ej Henry!
Spotkanie żywego poety z żywym poetą
pod drapieżnym spojrzeniem śmierci

Kiedy się spotkali
byli już sobie znajomi
Znali swoje krajobrazy
stworzone pamięcią i wzruszeniem
i znajdowali upodobanie w swojej odmienności
zbuntowani przeciw jałowym uprawom
martwych wierszy
do których nie próbuje nawet dotrzeć słońce
Ach jakże tajemniczą rzeczą jest wiersz żywy!
Nie do naśladowania jest w nim kołysanie się drzew
poruszanych wewnętrznym oddechem
i nieregularny bieg wody
uderzającej jakby w takt serca
cala ta wstydliwa intymność
o której wprost mówić nie uchodzi

Kiedy więc spotkali się przypadkiem
mieli prawo czuć się zażenowani
Michaux pożyczył po prostu Ginsbegowi
kilka tysięcy franków na zapłacenie komornego
Z Borgesem mówili być może
o niesymetrycznym układzie wszechświata
w każdym razie nie o tym



[Historia jest taka, że kupiłem tę książkę niemal równo 30 lat temu w Kamiennej Górze. Pracowałem tam wtedy przy renowacji malowidła, jakie zdobiło wejściowy hol do zakładów Intermoda (była to przemysłowa szwalnia), które wkrótce potem w ramach procesu uwłaszczania się peerelowskiej nomenklatury zmieniły nazwę na Kamodex. Polichromia pochodziła z końca XIX wieku i była niewiele warta, niejako w przeciwieństwie do apanaży jakie inkasowałem. Poznałem wtedy trochę to robotnicze miasto (gdzie gros mieszkańców pracowała w przędzalniach lnu), noszące w niemieckich czasach nazwę Landeshut. Był to bardzo ważny czas dla mnie, formujący, pisałem wtedy intensywnie i - jak myślę - były to zupełnie niezłe teksty (miały się one znaleźć w planowanej i nigdy nie wydanej książce... Hiperrealizm). Po pracy szwendałem się po okolicy i np. odkryłem, że tamtejsze cmentarze są niemal całkowicie wyczyszczone z niemieckich nagrobków (nie miałem wtedy pojęcia o planowej akcji dewastacji poniemieckich nekropoli, jaka miała miejsce w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych...). Odkryłem też - a lepiej powiedziawszy - zdałem sobie z tego sprawę, że pierwotnie protestanckie świątynie (w Kamiennej Górze znajduje się jeden z sześciu "kościołów łaski"), po 1945 roku uległy transformacji na katolickie. Jak już wspomniałem, Kamienna Góra była wtedy robotniczym miastem, a ulice ożywiały się tylko w godzinach, kiedy do pracy w przędzalniach i fabrykach przychodziła nowa zmiana, a wcześniejsza szła do domu. Około siedemnastej, osiemnastej, prawie wszyscy przechodnie byli pijani, a ponieważ była to końcówka PRL-u piwo kończyło się godzinę, dwie, później, więc żeby skorzystać z dobrodziejstw ożywczych substancji, trzeba się było zakręcić (pracowaliśmy zwykle do dwudziestej, skądinąd zarabiałem wtedy pięcio-sześciokrotnie więcej, niż robotnicy w tamtejszych zakładach). Podczas jednej z wędrówek po Ex-Landeshut odkryłem nieźle zaopatrzoną księgarnię, gdzie na półce z poezją stało pięć tomików Obcowanie Julii Hartwig. Zajrzałem do środka (autorkę znałem wtedy przede wszystkim z tłumaczeń francuskiej poezji) i kupiłem dwa egzemplarze, dla siebie i ówczesnej narzeczonej. W następnym roku też pracowałem w Kamiennej Górze, a gdy odwiedziłem księgarnię pozostałe trzy tomiki Juli Hartwig ciągle tam były...]

sobota, 2 czerwca 2018

(NAD NAMI)

Julia Hartwig


MINIATURA ZNAD JEZIORA COMO

To wszystko jest mi dane w żywej miniaturze
Jezioro po horyzont
półkręgiem góry lekko ośnieżone
i dużo nieba więc góruje niebieskość i srebro
Na wodzie małe łódki rybackie
bliżej stok wzgórza murawa wiosenna i świeża
Na murawie drzew mnóstwo ale wielkim ładzie stojących
a każde widoczne z osobna
rzuca cień wyrazisty bo blisko południe
i słońce świeci żywo choć przez bladą mgiełkę
Drzewa w wielu odmianach cyprysy i brzozy
oliwki migdałowce jabłonie i grusze
szare oliwki grusze właśnie w kwiatach
podobnie jak jabłonie Nad brzegiem jeziora
stary klasztor łatają miejscowi majstrowie
Klęcząc na szczycie pilnie układają
dachówkę przy dachówce z wypalonej gliny
sposobem wyuczonym od wielu pokoleń
Dachówki są czerwone słoneczna czerwienią
dacharze noszą czapki wełniane jaskrawe
i tak malutcy są z daleka
że gdyby nie stukanie młotków
ich obecność mogłaby ujść nie spostrzeżona
Pośród trawy się wije żwirowana droga
pusta o tej godzinie Wszystko trwa w bezruchu
oprócz tej grupki ludzi
Teraz ogrodnik schodzi niosąc na plecach
koszyk pełen ściętej trawy
Zaledwie wzrok odwrócisz już znika za wzgórzem
Ja zaś co patrzę na to
tak samo niewidoczna jak miniaturzysta
dawnych modlitewników
chwalę wzrok który widzi uszy które słyszą
i upór świata w trwaniu


NA PROMIE PŁYNĄCYM PO JEZIORZE COMO

Ludzie powinni być szczęśliwi tu gdzie jest tak pięknie
w tej sielskiej krainie gór i dostatku
a przynajmniej wdzięczni życzliwi

A jednak twarze tych dziewcząt są jak zamknięte kłódki
oczy niechętne i pełne cienia
ciała ociężałe i gnusne
powiedziałbyś - istoty w które stwórca zapomniał tchnąc życie

Więc cała energia idzie teraz w kartofle?
W ściemniałe ścierniska?
W północną ziemię pod skłębionymi chmurami?
Więc wolność nie rodzi piękna?
Wdzięku i dobrych manier?
Więc dobro nie rodzi dobra?


NAD NAMI

Chłopcy kopiący piłkę na rozległym placu pod obeliskiem
i apokaliptyczne niebo zachodu w tle
Skąd w tym widoku taka nagła groza
jakby ktoś chciał to wszystko obrócić w czerwony pył
I słońce to już wie I niebo to już wie
I woda w rzece
Z głośników bucha muzyka jak dziki śmiech
Tylko nad nami w górze gwiazda
z palcem na ustach stoi zamyślona


[wiersze z tomu: Julia Hartwig Obcowanie, PIW, Warszawa 1987, s. 69, 71, 67]

poniedziałek, 28 maja 2018

Chiesa di San Lorenzo

[25.05.2018]

Zdecydowanie nie ta puszka, być może inny obiektyw, zupełnie inna pora roku, ale na pewno ten obiekt, to miejsce i (w przybliżeniu) podobna perspektywa.
Od kilku lat przymierzam się do sfotografowania niektórych kościołów w Wenecji i chyba w końcu wiem jak to zrobić. 

czwartek, 24 maja 2018

ARCHITEKTURA SYMETRYCZNA (2)

[Venezia, Chiesa di San Lorenzo]

Dzisiaj wieczorem (20:17), jakoś nie przyszło mi do głowy podczas wcześniejszych pobytów, żeby spojrzeć na nigo od strony fasady... Błąd. Ale do nadrobienia.

poniedziałek, 21 maja 2018

Wadowice, ul. Kazimierza Pułaskiego

[19.05.2018]

Tak poza tym, to nie tylko w papieskim mieście TUJA RULEZ (te na zdjęciu powyżej są jeszcze dość ładnie prowadzone). Piotr Bekas kiedyś zrobił cykl o tym zagadnieniu. Szkoda, że go bardziej nie rozwinął...

niedziela, 20 maja 2018

BLISKO, CORAZ BLIŻEJ


Jesteśmy coraz bliżej prawdy. Zespół Antoniego Macierewicza idzie ku prawdzie z wielką siłą, z wielką determinacją.
Jesteśmy coraz bliżej prawdy. Antoni! Antoni zaczynał od niczego. Można powiedzieć miał tylko głowę i dwoje rąk, a dzisiaj zgromadził wraz z innym ogromny materiał, miażdżący materiał, który zbliżył nas do prawdy.
Nie możemy ustępować, bo tylko dzięki temu może przyjść ten dzień, na który wszyscy czekamy, dzień zwycięstwa! Dzień prawdy!
Ciągle jest to zadanie, ciągle się musimy do niego zbliżać. Ale zbliżamy się.
Wierzę także, że dojdziemy do prawdy.
Jesteśmy blisko tego momentu, w którym zacznie być wyjaśniana sprawa katastrofy smoleńskiej.
Jesteśmy coraz bliżej prawdy, prawdy o Smoleńsku.
Będziemy zmierzali ku prawdzie.
Sadzę, że za chwilę rozpocznie się solidne śledztwo w tej sprawie.
Przed nami jeszcze niełatwa droga, wciąż idziemy do góry, wciąż rzucają w nas kamieniami.
Niewielu ich będzie, kiedy usłyszymy już prawdę.
Będzie prawda, będzie prawda, nie będzie kłamstwa smoleńskiego.
Dziś jesteśmy na tej drodze, drodze do tego celu nieporównanie bliżej, niż byliśmy kiedyś.
Chcą walczyć dalej, chcą przeciwstawiać się temu, co jest naszym celem, to znaczy prawdzie o Smoleńsku.
Już niedaleko do momentu w którym będziemy znali prawdę.
Zadaniem, któremu poświęciliśmy już 76 tych marszów jest dotarcie do prawdy.
Ale może przejść do przeszłości tylko wtedy, gdy to nasze zadanie, gdy ta nasza misja zostanie zakończona.
Jesteśmy blisko, coraz bliżej prawdy i tego dnia, w którym staną tutaj pomniki.
Idziemy przez cały czas tą drogą, która doprowadzi i to już niedługo, doprowadzi do prawdy, do zwycięstwa.
Ujawnienie prawdy o Smoleńsku jest już bliskie.
Będą pomniki i będzie prawda.
I będzie prawda. Prawda, której dzisiaj jeszcze nie znamy. I ja jej nie znam, ale prawda.
Mogę powiedzieć to, o czym mówię od dawna. Jesteśmy coraz bliżej.
Ale jesteśmy już blisko prawdy.

10.04.12 – 10.03.18

piątek, 18 maja 2018

Kompleks Anioła

Zbigniew Herbert

Miron

Mirona znałem mało raz wszedł w mój życiorys
w kolejce elektrycznej relacji Otwock-Warszawa Główna
Nawet nie powiedział cześć tylko ostro zapytał czy mam ważny bilet
Przytaknął[em] A on "To pan mi go da" Ja "A jak będzie kontrola?"
"To łupnie pan[u] mandat Ja nie mam nawet na bilet
więc skąd mam wziąć na mandat." Dałem bilet i do końca
życia będę myślał bez fałszywej skromności: zrobiło się coś dla poezji
Raz powiedziano mi że jest ciężko chory i leży na Lwowskiej 55 pierwsza oficyna
na lewo nie pukać tylko nacisnąć klamkę
wchodzę cisza siadłem na stołku który przypominał centaura-inwalidę
z pierwszej wojny światowej na oknach sine koce ciemno
Przyniosłem wszystko co potrzeba ciężko chorym
samogon w flaszce zatkanej kaczanem ostatni numer Trybuny Ludu
W powietrzu woń kapuśniaku na żeberkach [...?]
aromaty Wschodu ściślej Dworca Wschodniego
zapach zdechłego na parapecie gołębia

Żeby go rozśmieszyć palnąłem "Artur umarł - ten
akrobata metafory i administracji" "Ato dobrze,
to bardzo dobrze" - głos z siennika pod ścianą
a właściwie dwa głosy czysty jak źródło głos Mirona
chrapliwy głos Demiurga "Źle Ogolonych"
z kolczykiem zastygłego mydła za uchem
Wiem że Artur nie lubił Mirona "Zalega ze składka[mi]
nie przychodzi na zebrania i bierze stypendia
A inni harują jak osły" - Wedle stawu grobla - chciałem
powiedzieć coś mnie zatkało. A w koła roztaczała swoje zapachy
Pani Kapusta zapach zdechłego na parapecie gołębia aromaty Orientu
ściślej Dworca Wschodniego

Nigdy za życia - liczę że także potem - nie mówiliśmy o pięknie
o Panu Bogu i braku papieru
Jestem dumny że go znalem co opiszę w książce wspomnień
warto to utrwalić - bo przecież bądźmy szczerzy - nie każdy spotkał Anioła


[Nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić tę książkę ? Chyba właśnie wiersz o Mironie Białoszewskim, na którym tom (Zbigniew Herbert Utwory rozproszone. Rekonesans2, Wydawnictwo a5, Kraków 2017, s. 335-336) przypadkowo mi się otwarł w krakowskiej Głównej Księgarni Naukowej. Jest to jednak tekst wyraźnie w roboczej wersji... Prawdę mówiąc nigdy nie przepadałem (eufemizm) za poezją Herberta i pod tym względem książka nie sprawiła mi zawodu (eufemizm). Publikowanie rzeczy nieukończonych jest zawsze problematyczną sprawą... W kwestii motywu anioła w polskiej kulturze współczesnej, to zwykle jest to facet ze skrzydłami - vide okładka wywiadu-rzeki z Marcinem Świetlickim, zresztą przykładów można by podać więcej. Kobiety ze skrzydłami pojawiają się zdecydowanie rzadziej.]

czwartek, 17 maja 2018

EKOLOGIA I DESIGN

[16.05.2018]

Tak w ogóle, to jest mój heimat. Po drugiej stronie ulicy Marii Konopnickiej (Maria Konopnicka, Leopold Staff, Günter Grass...) znajduje się Osiedle Podwawelskie, na którym mieszkałem przez 21 lat. Na tyłach tego obreklamionego budynku pofabrycznego jest (ciągle jeszcze) ulica Turecka, czyli zachowany fragment proletariackiej dzielnicy Ludwinów, którą mam nadal pod powiekami. Ponieważ zanim w 1972 roku przenieśliśmy się do bloku przy ulicy Komandosów 2, mieszkałem z rodzicami w domu (który wybudował zaraz o pierwszej wojnie światowej mój dziadek Józef Wasilewski) przy ulicy Bzowej 17. Skąd do ulicy Barskiej (jej fragmenty jeszcze istnieją, w przeciwieństwie do ulicy Bzowej) i do Ludwinowa, przez który prowadziła, był rzut beretem. Niestety Ludwinów oraz boisko KS Garbarnia z piękną altanową trybuną w stylu angielskim (podobno pierwszą na ziemiach polskich) poległy, gdy w połowie lat siedemdziesiątych postanowiono na ich miejscu postawić ten paskudny betonowy kloc, czyli niegdysiejszy Hotel Forum, który nasi historycy architektury uważają za wybitny (sic!) rodzimy przykład brutalizmu...

wtorek, 15 maja 2018

(Ten krajobraz przebija strzała)

Aleksander Wat

*     *     *

Naprzeciw skwer.
Dzieci bawią się w klasy.
Mleczne mamy robią na drutach.
Ten krajobraz przebija strzała, 
a nikt jej nie widzi. Poza starcem,
choć głowę ma zwieszoną,
patrzy w piasek, liczy ziarnka,
słucha jak po blasze nieopodal ściekają wody.
Te wody dają mu wspominać inną - wielką
wielką. Opływającą kontynenty.
Którą skaziła ongi jedna kropla
goryczy.

[Z książki: Aleksander War Wiersze wybrane, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987, s. 259. W wydanych pięć lat później przez ZNAK Poezjach zebranych nie ma tego wiersza...]


piątek, 11 maja 2018

Późne echo...

Nie wiem, co mnie wzięło dzisiaj na słuchanie Pink Floydów i utworu Echoes z koncertu, a właściwie to filmu nagranego w amfiteatrze w Pompejach w 1971 roku? Być może dlatego, że odwiedziłem to miejsce w lutym, a obecność zespołu mocno była wyeksponowana w muzealnej ekspozycji? Jadąc kolejką linii Circumvesuviana, przez pomyłkę wysiedliśmy przystanek wcześniej (trzeba było pilniej obserwować turystów z Japonii, którzy zawsze doskonale mają rozpracowane marszruty...) i używając z nawigacji w smartfonie błądziliśmy przez godzinę z okładem (mapy firmy Google zupełnie się tu nie sprawdzają) przez tamtejsze osiedla... To zresztą temat na osobną opowieść, podobnie jak równie upiorny wygląd przedmieść Neapolu oglądany z okna pociągu. Patrzyłem na to wszystko tak zszokowany, że aż zapomniałem o możliwości robienia zdjęć czy kręcenia filmu telefonem. Wracając do rejestracji pobytu Pink Floyd w Pompejach, to rzeczony film zobaczyłem po raz pierwszy w połowie lat '80 podczas jakiegoś maratonu filmów muzycznych w klubie studenckim Rotunda lub kinie Mikro w Krakowie. Stare dzieje... aż się wzruszyłem. Oglądając ten film, a raczej słuchając ścieżki dźwiękowej, można dojść do wniosku, że materiał z The Dark Side of the Moon (no offence) to był jednak zdecydowany regres.




czwartek, 10 maja 2018

(Od pustki po ciemność rozciąga się ulica Armii Czerwonej)

Krzysztof Jaworski

KRAJOBRAZ AZJATYCKI

Najdłuższa jest ulica Armii
Czerwonej. Ciągnie się od lewej do prawej albo
z góry na dół. Ja tam nie mieszkam, 
ale są tacy co pytają o drogę.
Między pustką a ciemnością mówię wtedy.
Od pustki po ciemność rozciąga się ulica
Armii Czerwonej. Ale ja tam nie mieszkam.
Bliżej ciemności skręcam w rozpacz,
tu gdzie kiwa się księżyc. Bo nawet na księżycu,
myślę, musi być ulica Armii
Czerwonej, od horyzontu po horyzont.
Jak tęcza.

[Wiersz książki: Krzysztof Jaworski Kameraden, Wydawnictwo Miniatura, Kraków 1994, s. 24.]
-----

Dopisek z 11.05.18 - 16:36. "Od pustki po ciemność"... No właśnie się zreflektowałem, że tej wiersz Krzysztofa Jaworskiego już się na hiperrealizmie pojawił. Nie szkodzi, bo bardzo lubię ten tekst. Durny googiel, gdy wpisałem do niego tytuł utworu, nie wyświetlił mi posta z wierszem... 

środa, 9 maja 2018

Narodowy program prokreacyjny

Grzegorz Wróblewski


Rechot fal

My nie zabiegamy
I nie możemy ulegać naciskom
Żeby mieć większość

My nie zabiegamy
Można ponownie wybrać
Wybranych przez większość

My nie zabiegamy
Wybrani przez większość
Żeby mieć większość

My nie zabiegamy
I nie możemy ulegać naciskom
Musimy iść swoją drogą

My nie zabiegamy
Można ponownie wybrać
wybranych przez większość

My nie zabiegamy 
Wybrani przez większość
Żeby mieć większość


Narodowy program prokreacyjny

Niedrożne jajowody, niedługo
będziemy mieć 
atom
wracają więc barchanowe majtki.

Od dzisiaj zero
obcisłej bielizny! Kalendarzy zamiast
in vitro.
Będą zapładniane zdrowe dziewczyny.

O właściwych cechach rasowych.
Kalendarzyk zamiast
in vitro. Barchanowe majtki,
a w roli zapładniaczy...

Niedrożne jajowody.
Woda
święcona, koniecznie potrzeba nam
głowic.

Niedługo będziemy mieć
atom!
Kalendarzyk,
barchanowe majtki.

[Wiersze z książki: Grzegorz Wróblewski Choroba Morgellonów, WBPiCAK, Poznań 2018, s. 25, 28.]

poniedziałek, 7 maja 2018

PO KOŃCU FOTOGRAFII


To najnowsza książka Adama Mazura, gdzie jest i o mnie całkiem spory rozdział. Tekst  ten wcześniej pojawił się w albumie Święta Wojna, no a teraz można go znaleźć obok monograficznych esejów poświęconych takim osobom jak: Nicholas Grospierre, Aneta Grzeszykowska, Zofia Kulik,  Konrad Pustoła  czy Krzysztof Zieliński. Polecam czytelnikom hiperrealizmu tę lekturę, jakkolwiek z wyrażoną w tytule tezą (oraz z traktującym o tym zagadnieniu szkicem) nie bardzo się zgadzam... Skądinąd ciekawe jak na tom Mazura zareagują pominięci przez niego fotografowie wywodzący się z fotoreportażu prasowego, którzy teraz zaczęli wydawać książki artystyczne? Akurat w ich przypadku - pozwolę sobie na małą złośliwość - tytuł rzeczonej publikacji pasowałby idealnie, to zresztą temat na osobne opracowanie.

[Adam Mazur Po końcu fotografii, Państwowa Galeria Sztuki, Sopot 2018]

piątek, 4 maja 2018

Unisław Śląski

[Unisław Śląski, 04.05.2018]

Dzisiaj rano, dokładnie o 05:46 (przynajmniej ten kadr, fotografowanie rozpocząłem 10 minut wcześniej). Tutejszy kościół ewangelicki wybudowano w roku 1742, w wieku XIX obiekt przebudowano i dostawiono dzwonnicę. Po 1945 roku świątynia popadła w ruinę (to bardzo wygodnie brzmiący eufemizm...) jak wiele protestanckich kościołów na terenie Dolnego Śląska. Po lewej stronie budynku na łagodnym zboczu (tam gdzie drzewa) znajduje się zdewastowany i zarośnięty cmentarz.

czwartek, 3 maja 2018

(Dlaczego wszystkich nagle ogarnął niepokój?)


Konstandinos Kawafis

Czekając na barbarzyńców (przekład Ireneusza Kani)

– Na co czekamy, zebrani na rynku?

       Na barbarzyńców, mają przybyć dzisiaj.

– Skąd dziś w Senacie taka bezczynność?
Czemuż Senatorowie siedzą, praw nie stanowią?
   
       Bo dziś mają przyjść barbarzyńcy.
       Na cóż teraz komu prawa Senatorów?
       Gdy przyjdą barbarzyńcy, ustanowią prawa.

– Czemu nasz cesarz wstał z łoża tak wcześnie
i zasiadł w największej bramie miasta
na tronie, dostojny, z koroną na głowie?

       Bo dziś mają przyjść barbarzyńcy,
       A cesarz czeka, by powitać
       ich wodza. Przygotował nawet
       dla niego pergamin, w którym wypisał
       liczne tytuły i nazwy godności.

– Czemu dwaj konsulowie i pretorzy wyszli dziś
w swoich czerwonych haftowanych togach;
czemu bransolety włożyli ciężkie od ametystów
i pierścienie z przezroczystymi szmaragdami;
czemuż wspierają się na drogocennych laskach
wykwintnie inkrustowanych srebrem i złotem?
      
       Bo dziś mają przyjść barbarzyńcy,
       A takie rzeczy olśniewają barbarzyńców.

– Czemu, inaczej niż zwykle, nie zjawiają się retorzy,
by swe wywody prezentować, wypowiadać kwestie?

       Bo dziś mają przyjść barbarzyńcy,
       a ich mowne popisy i oracje nudzą

– Ale skąd raptem ten niepokój, skąd
zakłopotanie. (Nagle spoważniały twarze).
Dlaczego szybko pustoszeją ulice i place,
a wszyscy, zamyśleni, wracają do domów?

       Bo już noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
       Parę zaś osób, przybyłych znad granic,
       mówi, że nie ma już tam barbarzyńców.

– Cóż teraz poczniemy bez barbarzyńców?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.



Czekając na barbarzyńców (przekład Zygmunta Kubiaka)

Na cóż czekamy, zebrani na rynku?

       Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy.

Dlaczego taka bezczynność w senacie?
Senatorowie siedzą – czemuż praw nie uchwalą?

       Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
       Na cóż by się zdały prawa senatorów?
       Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

Dlaczego nasz cesarz zbudził się tak wcześnie
i zasiadł – w największej z bram naszego miasta –
na tronie, w majestacie, z koroną na głowie?

       Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy.
       Cesarz czeka u bramy, aby tam powitać
       ich naczelnika. Nawet przygotował
       obszerne pismo, które chce mu wręczyć –
       a wypisał w nim wiele godności i tytułów.

Czemu dwaj konsulowie nasi i pretorzy
przyszli dzisiaj w szkarłatnych, haftowanych togach?
Po co te bransolety, z tyloma ametystami,
i te pierścienie z blaskiem przepysznych szmaragdów?
Czemu trzymają w rękach drogocenne laski,
tak pięknie srebrem inkrustowane i złotem?

      Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
      a takie rzeczy barbarzyńców olśniewają.

Czemu retorzy świetni nie przychodzą, jak zwykle,
by wygłaszać oracje, które ułożyli?

      Dlatego że dziś mają przyjść barbarzyńcy,
      a ich nudzą deklamacje i przemowy.

Dlaczego wszystkich nagle ogarnął niepokój?
Skąd zamieszanie? (Twarze jakże spoważniały.)
Dlaczego tak szybko pustoszeją ulice
i place? Wszyscy do domu wracają zamyśleni.

      Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
      Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,
      mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.

Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.