sobota, 24 września 2016

Gowanus Canal (3)

Z albumu: Photorealism at the Millennium Louis K. Meisel, Harry N. Abrams, Inc, New York 2002. Najpierw strona 84 a potem 83. Ciągle to samo miejsce na Brooklynie. Pierwszy obraz (kadr) to właściwie końcówka tego szlaku wodnego, na drugim widzimy budynek, który pojawia się na obrazie z 1986 roku. Ciekawi mnie te obiekt z cegły po prawej stronie, którego nie ma na wspomnianym płótnie... Czyżby obraz powstał na podstawie wcześniej (przed 1986) zarejestrowanego zdjęcia? Widoczne tam samochody (ich marki i modele) mogłyby tutaj być podpowiedzią.
Randy Dudley, Wyckoff Housing Project from Union St. 1990. Olej na płótnie, 28 1/2 x 54".

Randy Dudley, 199 East from Carrol Street Retractile Bridge. 1992. Olej na płótnie, 33 x 48".

piątek, 23 września 2016

Gowanus Canal cd.

Krajobraz namalowany przez Randy'ego Dudley'a w 1986 roku jest tak powabny, że postanowiłem sprawdzić, co się z nim teraz dzieje. Nie było to trudne, ponieważ w tytule obrazu zawarte są dość konkretne dane, więc serwis google.maps od razu przeniósł mnie wirtualnie do przemysłowej części Brooklynu, gdzie ten szlak wodny jest zlokalizowany.


Zacznę od widoku z 1st St, skąd lepiej widać nabrzeże - z tym charakterystycznym przemysłowym budynkiem ze zbiornikiem wodnym na dachu - namalowane (a wcześniej sfotografowane) przez Dudley'a.


Rzut oka w drugą stronę.


A teraz 2nd St, stąd widać niewiele... Tzn. googlowóz nie miał tutaj  możliwości, żeby obfotografować nabrzeże po drugiej stronie kanału.


Od czego jednak jest googlołódź? Aczkolwiek nie jest to specjalnie malarska perspektywa...


I najświeższe zdjęcie z kwietnia 2016, z okolic końca 2nd St. Banalnie to wszystko wygląda.
No właśnie, a na obrazie Randy'ego Dudley'a niebanalnie. Panoptyczny googlorealizm jest najzwyczajniej do dupy...

czwartek, 22 września 2016

Gowanus Canal

Bardzo lubię ten hiperrealistyczny obraz Randy Dudley'a, choć prawdę mówiąc nigdy nie widziałem go w realu. Jednak żeby go zobaczyć, musiałbym się teleportować do Brooklyn Museum, co w najbliższej przyszłości nie wchodzi raczej w grę... Ci którzy kliknęli na hiperłącze w nazwie muzealnej placówki, zobaczą to płótno w zupełnie inne gamie kolorystycznej (ciekawe, która reprodukcja jest bliższa oryginału?).

Randy Dudley, Gowanus Canal from 2nd Street, olej na płótnie, 1986 (86,4 x 161,6 cm)

środa, 21 września 2016

Zabłocie cd.

[Kraków, ul. Zabłocie, maj 1985]

Ulica ta sama, sprzęt także.
Wydaje mi się, że właśnie to zdjęcie poszło do Herito.
Budynki widoczne po prawej stronie już nie istnieją.
Ktoś pamięta, kiedy konne platformy zniknęły z ulic Krakowa?

poniedziałek, 19 września 2016

Zabłocie

[Kraków, ul. Zabłocie, maj 1985]

Porządkując foldery na zewnętrznym dysku trafiłem na skan tego negatywu.
Z tego co pamiętam, to widoczne wyżej zdjęcie zrobione zostało Zenitem TTL + Helios 58mm f/2 + film Foto 65.
Ponad 31 lat temu...
Budynków składnicy węgla, które widać w kadrze nie ma już od  dobrych dwóch dekad. Niedokończony wieżowiec na drugim planie (miał się on stać Pałacem Prasy w Krakowie), to teraz tzw. błękitek przy Rondzie Kotlarskim.
Fotografia miała być wykorzystana kilka lat temu w kwartalniku Herito, ale czy do tego doszło? No właśnie, nie wiem...

niedziela, 18 września 2016

KLAPS

KLAPS (nieznany wiersz Łukasza Warzechy,
po lekturze którego można dojść do wniosku,
że tytułowa kara w jego przypadku dotyczyła
także głowy...)

Obrona klapsa jako wyjątkowej i ostatecznej 
metody wychowawczej jest w gruncie rzeczy 
obroną zdrowego rozsądku. To on pozwala 
odróżnić klapsa od katowania dziecka. On też 
pozwala pojąć, że są rodzice, którzy – nadużywając 
fizycznych metod – swoje dzieci autentycznie 
kochają. Państwo, które zakazuje klapsów, 
zachowałoby się tutaj bezdusznie i dzieci 
po prostu odebrało. Państwo mądre i rozsądne 
powinno pomóc sytuację naprawić.

[źródło: wpolityce.pl]

sobota, 17 września 2016

(OSŁABIENIE ZASADY ESTETYCZNEJ)

To prawda, że w fotografii istnieje pewien sekret, który trzeba chronić. Mówię o tym jako dziki, okazjonalny użytkownik i praktyk. Czego żałuję, to estetyzacji fotografii, tego, że ten rodzaj obrazów stał się jedną ze sztuk pięknych i spadł w czeluść kultury. Obraz fotograficzny wyprzedza estetykę albo następuje po niej, rodzi się z istoty własnej techniki i właśnie dlatego stanowi wielką rewolucję w naszym sposbie przedstawiania. Wybuch fotografii stawia pod znakiem zapytania samą sztukę z jej estetycznym monopolem w dziedzinie obrazu. Tymczasem to raczej sztuka pożarła fotografię niż odwrotnie (Zapłaciła za to, ponieważ krok po kroku pozbyła się własnej substancji). Fotografia pochodzi skądinąd i powinna tam pozostać. Należy do innej tradycji, tradycji bezczasowej i, ściśle rzecz biorąc, nie estetycznej, do tradycji wzrokowego złudzenia (tromoe-l`loeil), która biegnie przez całą historię sztuki, ale pozostaje obojętna na jej perypetie. Złudzenie to dotyczy oczywistości świata i podobieństwa tak drobiazgowego, że może być tylko w oczywisty sposób realistyczne (w istocie jest magiczne). Fotografia zachowuje magiczny status obrazu, podczas gdy sztuka skręca w stronę estetyki po krzywej, która prowadzi od świętości do piękna, a później do estetyki uogólnionej. Tymczasem antropologiczna siła obrazu stanowi przeciwieństwo dobrze utemperowanej reprezentacji i w ogóle wszelkiej wizji realistycznej - ocala coś z pierwotnej wizji świata.

Stąd forma dzika, niedająca się sprowadzić do estetyzacji rzeczy, związana z ich zewnętrznym wyglądem, z ich oczywistością, ale oczywistością złudną. Całkowicie przeciwna podwójnemu przeznaczeniu, jakie jej narzucono: realizmowi i estetyzmowi. Obraz fotograficzny jest dla mnie dzisiaj ponadto mniej ważny, gdy rozpatrywać go w kategoriach jakości czy treści, liczy się natomiast jako czysta fascynacja. Jest bliższy początku i udręk reprezentacji. Dzięki nierealistycznej grze z techniką, absolutnemu odcięciu , absolutnej nieruchomości, milczeniu, fenomenologicznej redukcji ruchu i koloru, jest to obraz najczystszy i najbardziej sztuczny. Nie jest piękny, jest gorszy. I właśnie jako taki nabiera siły przedmiotu w świecie, który prowadzi do osłabienia zasady estetycznej. W ten sposób wciągnąłem się do gry w tę fetyszystyczną immanecję przedmiotu, w zbieżność między obiektywną techniką i samą potęgą przedmiotu. Działanie fotograficzne jest rodzajem ècriture automatique, rodzajem odbicia oczywistości świata, jednym z wielu.

[Jean Baudrillard Przed końcem. Rozmawia Philippe Petit, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, str. 118-119]



czwartek, 15 września 2016

(ISTNA PROSTYTUCJA OBRAZU)

Kiedy mowi Pan o przedmiocie, odnosi się to także do fotografowanego podmiotu. W ustępie poświęconym heroicznej epoce fotografii mówi Pan o podmiocie, że posiada on rangę umarłego. Tymczasem dzisiaj według Pana nicość zniknęł z obrazów, z fotografii. Czy to z tego powodu nie istnieje już sztuka fotograficzna?

Ta historia o umarłym to po prostu myśl, że w sercu obrazu fotograficznego znajduje się figura nicości, nieobecności i nierzeczywistości. To właśnie ta nicość w sercu obrazu przesądza o jego magii. Właśnie tę nicość wygnano na wszystkie możliwe sposoby, nasycając fotografię odniesieniami i znaczeniami wszelkiego rodzaju. Na festiwalach fotoreportaży i w galeriach zdjęcia ociekają świadectwem, estetyczną czy demagogiczną czułostkowością, stereotypami podobieństwa. Istna prostytucja obrazu, tego, co on znaczy, wzięcie go w jasyr przez włsną treść. W obecnym zalewie obrazów śmierć i przemoc są wszędzie, ale jest to śmierć patetyczna, ideologiczna, spektakularna - a to co Barthes nazywa punctum, to nieobecne miejsce, ta nicość w sercu obrazu, która decyduje o jego sile, to juź nie istnieje. Dla mnie jest to błąd, nawet z punktu widzenia przekazu, ponieważ żadna bieda czy zbrodnia na świecie już nas nie poruszy, jeśli odrzuciliśmy tę specyfikę. O sile obrazu decyduje symboliczna pustka. Również dlatego tak trudno jest fotografować istoty ludzkie, istoty żywe, ponieważ one same są tak bardzo obarczone znaczeniem, że jest prawie rzeczą niemoźliwą wyizolowanie ich i odnalezienie tajemniczej formy ich nieobecności.

[Jean Baudrillard Przed końcem. Rozmawia Philippe Petit, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, str. 122]

wtorek, 13 września 2016

TO

Niewolnik z Ukrainy. Robił 90
godzin tygodniowo aż
maszyna ugotowała mu rękę

Pierś z kurczaka to
nuda? Nie w tej wersji.
Polubi cała rodzina

Życie namalowane na liściach.
Palestyńczyk tworzy niesamowite
obrazy na… kaktusach

Niesamowita historia z RPA.
Rekin odgryzł mu nogę. Dziś
zawdzięcza im wszystko

Zbliża się jesień. Wiemy, co
zrobić, żeby twoje trampki
były... wodoodporne

Zamówił paczkę z Chin.
Kiedy ją otworzył, znalazł
w środku TO

[podziękowania dla: gazeta.pl]

poniedziałek, 12 września 2016

No to go zamalowali...

[Żywiec, ul. Kazimierza Przerwy-Tetmajera, 11.09.2016]

Zacytowany na muralu Jan Paweł II powiedział dokładnie "Rasizm jest grzechem, który stanowi ciężką zniewagę Boga", a miało to miejsce 26 sierpnia 2001 r. w Castel Gandolfo podczas przemówienia, które poprzedziło modlitwę Anioł Pański.

Nacjonalizm staje się religią.

niedziela, 11 września 2016

Live at Checkerboard Lounge, 22nd November, 1981

Miałem to wczoraj wrzucić... Ostatnio prawie non stop słucham nagrań artysty o nazwisku McKinley Morganfield alias Muddy Waters (słucham i nie mogę się oderwać). I szukając na youtubie rejestracji jego występów z lat 50. i 60. przypadkowo trafiłem na w miarę kompletny zapis koncertu z klubu Checkerboard Lounge z 22 listopada 1981 roku, gdzie obok bluesmana pojawia się trzech członków The Rolling Stones (to z inicjatywy zespołu doszło do tego wspólnego występu oraz jego rejestracji) - a także Buddy Guy (właściciel klubu), Junior Wells i Leftly Dizz. Stonesi są po wydaniu takiej sobie płyty Tattoo You i od niespełna dekady (niespełna, bo w 1972 wychodzi rewelacyjny album Exile on Main St) odcinają kupony od swojej kariery, Muddy Waters ma na karku 68 lat i - jak można zobaczyć podczas tego koncertu - jest w świetnej formie. Czy we współczesnej muzyce pop mogłoby dojść do podobnego wydarzenia? Wątpię...


piątek, 9 września 2016

Z bloku do bloku

W 1972 roku pojechaliśmy na wakacje do Bułgarii. Pojechaliśmy, jak to się mówi "na pałę", bez rezerwacji noclegów, mimo że mama starała się nakłonić ojca, żeby to zrobił. Najpierw pociągiem do Warny, gdzie w biurze Bałkanturistu okazało się, że w okolicy nic nie wynajmiemy, więc za radą przygodnie spotkanego rodaka udaliśmy się wodolotem (podróż autobusem nam odradził) do Burgas. Na miejscu ojciec faktycznie bez problemu znalazł kwaterę, która mieściła się w... bloku stojącym w pobliżu plaży.


Osiedle nazywało się wtedy Nowyj Prospekt Tołbuchin (na cześć marszałka Związku Radzieckiego, którego oddziały wyzwalały w 1944 roku Bułgarię).


Nie pamiętam, jak się 44 lata temu ta ulica nazywała...


Teraz jej patronem jest Konstantin Wieliczkow (nie mam pojęcia kim był). W widocznym na zdjęciu bloku mieściła się nasza kwatera.


W mieszkaniu rodziny Pietrowych (drzewa mocno urosły...).


Na podwórku parkowały wtedy głównie motorowery Bałkan, a nie samochody. Wydaje mi się, że to ta klatka schodowa po prawej?


Piąta lub szósta kondygnacja. Mieszkanie Pietrowych składało się z kuchni, łazienki oraz trzech pokoi, z których dwa (te od strony morza) wynajmowali turystom. Wyposażenie było więcej niż skromne. Dymitr Pietrow był ślusarzem (parkował swojego Bałkana na podwórku), jego żona pracowała jako dozorczyni, mieli dwoje dzieci - córkę (nie pamiętam jak miała na imię), która paradowała w mundurku bułgarskiego odpowiednika Komsomołu i syna Pietię, mojego rówieśnika.


Elewacja od strony Morza Czarnego, czyli tam gdzie mieliśmy swój pokój (ale wszystko zarosło...).


No właśnie, piąta lub szósta kondygnacja. W bloku były windy, ale żeby nimi pojechać, trzeba było wrzucić do automatu jedną stotinkę (bułgarski grosz - ówczesna średnia pensja wynosiła ok. 100 lewa).


Za drzewami kryje się budynek handlowo-usługowy, który widać było z naszego balkonu. Kiedyś odbywało się tam wesele (musiała więc mieścić się także restauracja w tym pawilonie) i goście weselni tańczyli w rzędzie trzymając się za ręce do bałkańskiego folku (granego na żywo). Coś jak w Greku Zorbie.


Jeszcze raz widok z góry. Nasz blok zaznaczony na czerwono, wspomniany wyżej pawilon na niebiesko. To zabawne, bo w 1972 roku wynieśliśmy się z domu w ogrodzie do czteropiętrowego bloku na Osiedlu Podwawelskim w Krakowie. I rok później na wakacjach wylądowaliśmy też w bloku... Na własne życzenie.

czwartek, 8 września 2016

BALLADA Z KRESÓW


[Dające znać o sobie od pewnego czasu zjawisko o nazwie Septemberlicht (to także tytuł fenomenalnej powieści Horsta Bienka o Gliwicach) nie usposabia mnie zbyt optymistycznie do oglądu rzeczywistości... W najlepszym przypadku (naprawdę najlepszym) nostalgicznie, w nieco gorszym - sentymentalnie i może w tym punkcie zakończmy tę ponurą wyliczankę. No więc, na tej ogólnej fali myślałem ostatnio o widocznym powyżej tekście, który został napisany przez mnie w 1989 roku, czyli... 27 lat temu. Jakoś go ciągle lubię i nawet przy tej naznaczonej wrześniowym lśnieniem najświeższej lekturze - akceptuję (choć coś tam bym jednak zmienił...). Tekst powstał we wrześniu podczas pobytu w Kamienne Górze (primo voto Landeshut), gdzie wykonywałem pewną stolarską robótkę (sic!) dla firmy mającej słowo Constans w swej nazwie. Rok 1989 to moment tzw. transformacji ustrojowej, jednak w Kamiennej Górze nie bardzo widać było jakiekolwiek zmiany, no może poza rosnącymi skokowo - na skutek ówczesnej hiperinflacji - cenami żywności. Atmosfera tego miasta bardziej odpowiadała słowu w nazwie firmy, gdzie byłem zatrudniony - kiedy późnymi popołudniami po skończonej pracy szwendałem się po ulicach i najbliższej okolicy, raz po raz napotykałem na ślady niemieckiej przeszłości. Elementy miejskiej infrastruktury, architektura mieszczańskich kamienic, wygląd protestanckich świątyń, wszystko to sprawiało wrażenie constans. Oczywiście z pewnymi wyjątkami, np. podczas oglądania barokowego Kościoła Łaski p.w. Matki Bożej Różańcowej, po pierwsze - zdałem sobie sprawę, że była to pierwotnie świątynia protestancka (p.w. Trójcy Świętej), po drugie - zaskoczył mnie wtedy wygląd pobliskiego cmentarza, gdzie nie było żadnych nagrobków niemieckich, tylko rodzime lastrikowce. Przy tej okazji dowiedziałem się od mojego szefa, że niemieckie nekropolie na tzw. Ziemiach Odzyskanych były planowo niszczone, zaś największa fala takich dewastacji miała miejsce w latach 1971-1972 (czyli zaraz po sygnowaniu przez Willi Brandta i Józefa Cyrankiewicza traktatu o nienaruszalności granic na Odrze i Nysie). Na własny użytek i trochę z przekory względem osiedlonych tutaj po 1945 roku Zabużan, nazywałem ten teren "Kresami". Wiersz powstawał dość wolno, pisałem go wieczorami, półleżąc na wygniecionym tapczanie w wynajmowanej kwaterze na poddaszu domu Pani Krause - jeżeli tylko nie wychodziłem do pobliskiego baru (mieścił się on w przyziemiu nieotynkowanego domu), gdzie rodzinnie biesiadował miejscowy proletariat. W Kamiennej Górze funkcjonowało wtedy kilka przędzalni lnu oraz zakłady odzieżowe, wielu mężczyzn pracowało w kopalniach w Wałbrzychu, Boguszowie-Gorcach i Nowej Rudzie (można było ich zidentyfikować po czarnych obwódkach wokół oczu). We wspomnianej knajpie zawsze było tłoczno i często można zobaczyć żonę górnika w jednej ręce dzierżącą kufel, a w drugiej rączkę od dziecięcego wózka, którym rytmicznie kołysała - wyglądało to wszystko jak sceny z wiejskich gospód, malowane przez Breughla Starszego. Wychodziłem z tego przybytku we wrześniową noc i momentalnie oblepiał mnie jesienny mrok. Miejsca i krajobrazy, jakie pojawiają się w wierszu naszkicowane są dość wierne, dotyczy to także zacytowanego napisu z kolejowej poczekalni - nie jestem jednak teraz stuprocentowo pewny, czy zobaczyłem go w Kamiennej Górze, czy też gdzieś w okolicy?

Tekst pojawił się w książce Steppenwolf wydanej w serii Barbarzyńcy i nie przez Centrum Sztuki - Teatr Dramatyczny w Legnicy w 1997 roku.]
---
Aktualizacja - 13:38.


[A powiększyłem jeszcze to ksero (książki z tej serii naprawdę były wydawane przy pomocy kserokopiarki...), dla lepszej widzialności ;)
Artur Burszta zawsze się rajcował, że te broszury (zaiste są to broszury) z biegiem lat staną się niewidzialne z powodu blaknięcia tonera. Minęło 19 lat i ni chu chu.
Skoro już wymieniłem z nazwiska "szefa Biura Literackiego", które wyewoluowało z instytucji wydającej te broszury, to wypada też wspomnieć, że tekst ten miał szansę się ukazać w antologii 100 wierszy polskich stosownej długości, ale odmówiłem ponieważ propozycja udziału w tym przedsięwzięciu została wyrażona - w przypadku działań Burszty to sytuacja constans - w mało stosowny sposób...]

środa, 7 września 2016

SEJM

Grzegorz Wróblewski

SEJM

Na placyku Ålholm protestuje
brodaty mężczyzna. Jest po 10
ŚWIATŁACH PÓŁNOCY i marzy mu się
zielona Sahara. Jego towarzysz
dorzuca, że mordowanie delfinów
to afera polityczna i wszystkiemu
jest winien reakcyjny Ku-Klux-Klan.
Oprócz tego to będzie szycie
i krojenie, przedłużone wakacje
w Królestwie, bo przeszła sprawa
miękkich organów.
Zwykłe kombinacje milionerów
– warczy brodaty i sięga
po jedenastą butelkę.

[powyższy wiersz ukazał się pierwotnie w książce Dolina królów (Kartki, Białystok 1996), ale niestety nie mam tej publikacji. Posiadam natomiast wydany przez Ritę Baum w 2010 roku tom Hotelowe koty - zawierający wiersze zebrane Grzegorza Wróblewskiego z lat 1980-2010, do którego zresztą popełniłem jeden z wprowadzających esejów. Poza tym na okładce znalazło się także zdjęcie mojego autorstwa (kadr zarejestrowany w Chorzowie - 26.10.2005), co ciągle - gdy patrzę na obwolutę Hotelowych kotów - sprawia mi dużo radości.]