poniedziałek, 28 lutego 2011

I JESZCZE JEDEN, I JESZCZE RAZ...


Tomasz Mielech, Jelenia Góra, 2000 (ul. Zamenhofa)

No właśnie. Jeszcze jedno ujęcie, bo dom i ta bliźniacza brama przy ulicy Zamenhofa 1/3 są najwyraźniej bardzo fotogeniczne.
Powyższe zdjęcie ściągnąłem ze strony Tomasza Mielecha jakiś czas temu (albo może z jego prezentacji na stronie ZPAF-u? nie pamiętam). Ale najnormalniej je przeoczyłem. I dopiero dzisiaj, kiedy podczas zajęć w Akademii Fotografii w Krakowie, pokazywałem studentom fotografie autorstwa - jak ich nazywam - starych dokumentalistów, zwróciłem uwagę na ten kadr...

niedziela, 27 lutego 2011

Jelenia Góra, ul. Zamenhofa 1/3, jesień 1991




Tak mi się wydaje, że jesień, aczkolwiek nie jestem tego pewny na 100%.

Wpatrując na jedno ze zdjęć Wojciecha Zawadzkiego z jego cyklu „Moja Ameryka”, nagle zdałem sobie sprawę, że przecież… znam ten dom. Te charakterystyczne półkoliste bliźniacze bramy z okulusem i zwisającą nad nimi girlandą, stanowiącą stiukową oprawę okna na pierwszym piętrze, utrwaliły mi w pamięci, zwłaszcza, że prawie 20 lat temu (jak ten czas leci) je sfotografowałem. Pracowałem wtedy dla firmy, wykonującej remonty zabytkowych obiektów i właśnie gdzieś w okolicy, wynajmowała ona mieszkanie na pakamerę dla robotników. Przy okazji wspomnianej pracy, zjeździłem wówczas podjeleniogórskie okolice  i przy tej okazji dość dobrze je poznałem. I kiedy na wystawie „Fotografia ‘98”, organizowanej przez Fundację Tuleja, zobaczyłem zestaw zdjęć z „Mojej Ameryki” właśnie, bardzo się ucieszyłem, że ktoś podjął się fotografowania tamtych, fascynujących swym wyglądem terenów. Chociaż po czasie (i po zobaczeniu serii Zawadzkiego w Galerii B&B w Bielsku-Białej), mój entuzjazm osłabł i bynajmniej nie z powodu nieco innych preferencji wizualnych. Myślę teraz, że projektowi temu wyraźnie zabrakło „terytorialnego” rozmachu.

Wojciech Zawadzki, z cyklu Moja Ameryka (1997-2003), Jelenia Góra (ul. Zamenhofa)

piątek, 25 lutego 2011

„Walenty”


w kwietniu 1993.

Ruda Śląska, koksownia „Walenty”, kwiecień 1993

Ilford Pan F, naświetlany na 50 ASA (jak czytam na stykówce) i wołany w ID-11 w rozcieńczeniu 1:1. Zależało mi wtedy na dobrej jakości obrazu: ostrości i małym ziarnie. Ale zamiast użyć po prostu średnioformatowego Praktisixa ze wspaniały Tessarem, wolałem się męczyć małym obrazkiem… I zmagałem się z nim aż do 1997, kiedy w komisie na ulicy Szpitalnej nabyłem Hasselblada (w międzyczasie Praktisxowi padła migawka i nie było sensu jej naprawiać).
To chyba był początek kwietnia, do Rudy pojechałem w niedzielę o świcie, więc nie było tam pracowników rozbierających koksownicze instalacje, ani złomiarzy, którzy właśnie w święta głównie tam grasowali, ale znowuż nie tak wcześnie rano.
Po wywołaniu filmu i zrobieniu płachty, doszedłem do wniosku, że warto jeździć i fotografować „Walentego”, co czyniłem przez najbliższe 3 lata, aczkolwiek uzyskiwane efekty nie były dla mnie satysfakcjonujące. Zupełnie.

Ruda Śląska, koksownia „Walenty”, kwiecień 1993

środa, 23 lutego 2011

Epitafium dla F90 i koksowni „Walenty”


Ruda Śląska, koksownia „Walenty”, luty 1996

Bardzo lubiłem nim robić zdjęcia. Idealnie leżał w dłoni, dobrze mierzył parametry ekspozycji, precyzyjnie otwierał migawkę. Kupiłem go wiosną 1993 w Berlinie w sklepie fotograficznym Foto Meyer, mieszczącym się na Victoria Luiza Platz. Podczas fotografowania Walentego właśnie, w trakcie mroźnej zimy w 1995, w paru miejscach delikatnie popękała mi obudowa pryzmatu. Poza tym nigdy żadnej awarii. A po kilkunastu latach użytkowania, wnętrze wyglądało niemal jak nowe. Rok temu znalazłem podobny egzemplarz na Allegro z ceną wywoławczą 100 zł… Co za upadek.
Walentego od dawna już nie ma. W lutym 2002 wysadzono w powietrze widoczne na tych zdjęciach „dziesięcionożne” betonowe silosy (młyny węglowe?), czyli w sumie dość późno, bo gdy pierwszy raz ujrzałem je w oknie samochodu, jadąc z Wirka w stronę Rudy jesienią 1992, koksownia była już nieczynna. Zobaczone przez szybę cementowe konstrukcje, przypominały mi jakoś dekoracje do filmu sf o upadku cywilizacji po konflikcie nuklearnym, więc postanowiłem się tam wybrać z aparatem fotograficznym. I zrobiłem to dopiero w kwietniu 1993. Po czym przez kolejne 4 lata jeździłem tam robić zdjęcia, z których byłem kompletnie niezadowolony. Tak samo, jak z wystawy w 1997 w krakowskiej Galerii ZPAF, zatytułowanej „Pejzaż symboliczny”.

Ruda Śląska, koksownia „Walenty”, luty 1996

Ruda Śląska, koksownia „Walenty”, luty 1996

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kalwaria Zebrzydowska, Wielki Piątek, 18.03.2003



No i sprawa zniknięcia gwiazd Davida z rogatych nakryć głowy Annasza i Kajfasza się chyba wyjaśniła. Poniżej news agencji PAP sprzed pięciu lat:

PAP | dodane 2006-04-26 (22:30)

Centrum im. Szymona Wiesenthala w liście skierowanym do ministra spraw zagranicznych Stefana Mellera zaprotestowało przeciwko "antysemickiemu wydźwiękowi" Drogi Krzyżowej, która miała miejsce w Wielki Piątek w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Swoje zaniepokojenie wyraził dyrektor Centrum Wiesenthala ds. zagranicznych Shimon Samuels stwierdzając, że Droga Krzyżowa w Kalwarii Zebrzydowskiej była obrzędem o "antysemickim wydźwięku". Samuels uważa, że podczas procesji, w której brały udział osoby ubrane w stroje z epoki, Żydzi zostali przedstawieni w sposób stereotypowy. Uważa, że wydarzenie naruszyło zobowiązania Polski wobec UE i ONZ.

W procesji wielkopiątkowej w Kalwarii Zebrzydowskiej co roku biorą udział dziesiątki tysięcy osób. W tym roku przewodniczył jej arcybiskup Krakowa Stanisław Dziwisz.

MSZ odmówiło komentarza w tej sprawie. Rzecznik resortu Paweł Dobrowolski powiedział, że ministerstwo "zupełnie nie zajmuje się religią".

Również Bernardyni z sanktuarium kalwaryjskiego nie skomentowali stanowiska Centrum Szymona Wiesenthala.

Niemniej jednak wymowa sceny, którą osiem lat temu zarejestrowałem rosyjskim Horizonem 202, jest raczej… jednoznaczna i wcale się nie dziwię reakcji Centrum Wiesenthala. Zresztą odgrywana tutaj sytuacja, jest też mocno na bakier z przekazem, jaki zapisany jest w Ewangeliach.

środa, 16 lutego 2011

Śląsk z szuflady



A więc jedna z szuflad wreszcie się otworzyła! Jadąc wczoraj do Bytomia na promocję albumu Marka Meschnika, przedstawiającego nabytki Kolekcji Sztuki Współczesnej, jaka powstaje w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu, zahaczyłem o katowickie GCK i Galerię „Pustą”, w której wnętrzu trwa właśnie wystawa zdjęć autorstwa Krzysztofa Pileckiego pt. „Wilson, Wilhelmina i inne...”.
Krzysztof Pilecki, członek Grupy Fotograficznej KRON (należeli do niej także: Michał Cała, Zbigniew Podsiadło i Piotr Szymon), fotografował w Górny Śląsk w latach 80. O jego zdjęciach z tego terenu, do tej pory właściwie tylko słyszałem, więc bardzo byłem ciekaw jak wyglądają. Wystawa w „Pustej” to zestaw kilkudziesięciu czarno-białych fotografii, wykonanych aparatem małoobrazkowym, na których zobaczyć możemy industrialne instalacje tytułowego szybu „Wilson”, być może Huty „Wilhelmina” (tego nie byłem w stanie rozpoznać, zresztą jak mi się wydaje, zakład o tej nazwie został zlikwidowany w latach 30. ubiegłego wieku) i na pewno rozbiórkę wielkiego pieca w Hucie „Pokój” w Rudzie Śląskiej-Nowy Bytom. Kwestię właściwiej atrybucji widocznych na zdjęciach obiektów, utrudnia brak… jakichkolwiek podpisów (sic!). 
Od strony fotograficznego obrazowania, zdjęcia Pileckiego prezentują pewien rodzaj „samowystarczalności”, tak jak i u Michała Cały, o który pisałem poprzednio, tyle że gdyby przyrównać je do fotografii tego ostatniego, widać tutaj zdecydowaną różnicę, tzn. wyraźny brak jakiegokolwiek pomysłu na przedstawienie widoku, tych potencjalnie atrakcyjnych industrialnych instalacji. I oglądają prace Krzysztofa Pileckiego, przypomniał mi się, wspomniany w poprzednim poście Krzysztof Jurecki, który w przypadku monochromatycznej fotografii przedstawiającej obiekty industrialne, niejako „automatycznie” (jak w pewnym wojskowym dowcipie z brodą) ma zwyczaj przywoływać twórczość małżeństwa Becherów. I nieco złośliwe pomyślałem sobie, że lektura któregoś z ich albumów, bardzo by się autorowi wystawy „Wilson, Wilhelmina i inne...” przydała.

wtorek, 15 lutego 2011

„Śląsk” Michała Cały


Michał Cała, Wałbrzych, 1979

Na wczorajszych zajęcia w Akademii fotografii pokazywałem studentom „Śląsk” Michała Cały. Ten cykl zrealizowany w latach 1978-1992 (takie ramy czasowe podaje autor na swojej stronie), po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć w krakowskiej Galerii ZPAF w roku 1987, albo 1986, a może w 1988? Teraz nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że ta ekspozycja zbiegła się w czasie z publikacją w ówczesnej „Fotografii”.
Jako początkujący wóczas fotograf, krakowską Galerię ZPAF (mieściła się wtedy przy ulicy św. Anny) odwiedzałem dość regularnie, ponieważ po prostu chciałem się czegoś nauczyć od starszych wiekiem i stażem kolegów („kolegów” - ma się rozumieć - in spe). No i z tą edukacją było tak, że faktycznie proces dydaktyczny zaszedł, ale dopiero w momencie kontaktu ze śląskimi  fotografiami Michała Cały. Bo wcześniej, kiedy oglądałem kolejne prezentacje ogólnozpafowskich pawi, niejako z definicji o nauce mowy być nie mogło.
Zdjęcia Cały dosłownie mną wstrząsnęły. Zobaczyłem wtedy, że można być bardzo blisko konkretu (wizualne realia śląskiej konurbacji były mi wtedy raczej znane) i potraktować go jako materiał do fotograficznego, czytaj - „artystycznego” cyklu. Po kilku latach, jakoś w 1993 albo 1994, zobaczyłem ponownie te prace na wystawie w Galerii B&B w Bielsku-Białej i przeżyłem lekkie rozczarowanie. Dotyczyło ono jakości powiększeń, które podczas tej prezentacji miały rozmiary w okolicach 50x60cm (wydaje mi się, że na wystawie w Krakowie odbitki nie były zbyt duże, ale Michał Cała twierdzi że wręcz przeciwnie) i jakoś przy tej wielkości nieco siadła na nich ostrość brzegowa oraz kontrast, a także rozpiętość tonalna. Natomiast samo podejście do tematu, sposób jego prezentacji, wybór motywów, wszystko to nadal działało.

Michał Cała, Wałbrzych-Sobięcin, 1979

Michał Cała, Wałbrzych, 1979

W 2006 Galeria Zderzak wydała album pt. „Śląsk”, gdzie znalazło się 101 fotografii ze śląskiego cyklu Cały. I właśnie taki zestaw w albumowym układzie pokazywałem studentom na zajęciach.
Oglądając trwającą kilkanaście minut projekcję, zastanawiałem się nad płaszczyzną/płaszczyznami odniesień oraz nawiązań do polskiej i zagranicznej fotografii. I nie znalazłem takowych… (pytałem o to studentów i im też nic nie przychodziło do głowy) Wygląda na to, że cykl Cały jest zjawiskiem niemal kompletnie osobnym i w pewnym sensie „samowystarczalnym”. Jednocześnie, patrząc na bardziej współczesne zdjęcia tego autora (czarno-biała seria „Śląsk i Zagłębie. 2004-2010” oraz kolorowa „Miasta Śląska i Zagłębia. 2004-2010”
), dostrzec można z pewnym zdumieniem, że jego metoda pracy: sposób kadrowania, wybór motywów, etc., na przestrzeni tych nieco ponad 40 lat, nie uległy właściwie żadnym zmianom… Czy to już jest ten „styl”, którego domaga się od fotografów Krzysztof Jurecki?
Pomimo wyrażonych powyżej zastrzeżeń, myślę, że „Śląsk” Michała Cały to przedsięwzięcie o wybitnym charakterze. W latach 80. ubiegłego wieku, oprócz „Zapisu socjologicznego” Zofii Rydet, nikt właściwie z taką konsekwencją i determinacją nie starał się tworzyć dużego dokumentalnego cyklu fotograficznego o charakterze wizualnej monografii (no chyba, że w końcu poznamy te „pękające w szwach archiwa”…).
Przeglądając przed chwilą album Michała Cały, znowu uwagę moją przyciągnęły kapitalne zdjęcia z Wałbrzycha z 1979 roku, z czasów gdy pracowały tam jeszcze kopalnie węgla, a koksownie  „Thorez”, „Chrobry”, „Mieszko” i „Wiktoria” (sic!), wypluwały w powietrze kłęby śmierdzącego dymu. Tamtejsze górzyste ukształtowanie terenu, umożliwiało wykonywanie zdjęć z „wysokiej perspektywy” i Cała świetnie to wtedy wykorzystał.

 Michał Cała, Wałbrzych, 1979

 Michał Cała, Wałbrzych 1979

Michał Cała, Wałbrzych 1979 

niedziela, 13 lutego 2011

Exquisite Corpse


Grzesiek Wróblewski podesłał mi linka do swojej najnowszej publikacji w piśmie Exquisite Corpse, GRATULACJE!!!
6 wierszy w tłumaczeniu Adama Zdrodowskiego.
Kolejno są to:
Ambient
Psycho Taiga
Two Grilled Tuna
Highway of the Sun  
Drunken Children
Cinnamomum Bark

Więc wklejam poniżej ostatni z tekstów, pochodzący z najnowszego tomu pt. „Kandydat” - w wersji angielskiej i polskiej.


CINNAMOMUM BARK

Out of cinnamomum bark emerged chitin
knights. Alex’s smoking a cigar.
In his childhood he signed a pact with the devil,

but back then people still believed in dragons.
Yesterday he split a pillow and an armchair.
He was looking for diamond cones.

***

KORA CYNAMONOWCA

Z kory cynamonowca wyszli chitynowi
rycerze. Alex pali cygaro.
Podpisał w dzieciństwie cyrograf,

ale wtedy wierzono jeszcze w smoki.
Wczoraj rozpruł poduszkę i fotel.
Szukał w nich diamentowych stożków.


***

Kiedyś, to znaczy 12 lat temu (jak ten czas leci…) chcieliśmy wydać wspólną książkę. W lipcu oraz listopadzie 1999 wybrałem się do Kopenhagi i zrobiłem trochę (całkiem sporo) zdjęć. Już po pierwszej sesji byłem zadowolony z materiału, więc w kwartalniku Fa-art, puściliśmy zajawkę przyszłego (niedoszłego) wydawnictwa pt. „Kopenhaga”. Z planów tych (wspólnych) nic nie wyszło, ale tamte dwie wyprawy do Storkøbenhavn, były dla mnie niezwykle ważne. Po raz pierwszy fotografowałem miasto o tak totalnym (od strony wizualnej) charakterze. Totalnie ceglanym przy okazji. Ponieważ zestaw zdjęć miał korespondować z cyklem krótkich prozatorskich zapisów, musiał mieć on spójny oraz „narracyjny” charakter. Spodobała mi się taka filozofia pracy i chociaż planowana książka zaistniała jedynie w postaci wydawniczej makiety, to kilka miesięcy później, gdy zacząłem intensywnie fotografować Górny Śląsk, tamte wcześniejsze kopenhaskie doświadczenia i przemyślenia bardzo mi się przydały.
Więc kilka fotografii z Kopenhagi z listopada 1999, wykonanych na Assistens Kirkegard czyli Cmentarzu Asystentów (spoczywają tam i Andersen, i Kierkegaard), co jakoś koresponduje też z nazwą amerykańskiego periodyku ;)





piątek, 11 lutego 2011

Drażniące przyjemności


Wygląda to trochę na festiwal poezji Krzysztofa Jaworskiego, ale czytam sobie właśnie po raz kolejny „Drażniące przyjemności” i raz po raz natrafiam na kapitalne wiersze. Tym razem dwa teksty z tomiku „Kameraden”. Książka ujrzała światło dzienne w 1994, czyli (jak ten czas leci) 17 lat temu. I nie miała szczęścia, najpierw do wewnątrz-bruLionowych recenzentów (którzy tom odwalili), potem do wydawnictwa Miniatura (które ją wydało nie wydając), no i wreszcie zaistniała w tomie wierszy zebranych. Z tym, że nikt z osób zawodowo komentujących literaturę, nad tym tomikiem się nie zająknął. Co wcale nie dziwi, jeśli per analogiam popatrzymy na poziom i zakres recenzji plastycznych…

***

Krzysztof Jaworski

Prawdziwa i wierna relacja
o tym co przez kilka sekund
działo się pomiędzy rewolucyjnie
nastawionym tłumem a sztandarami
organizacji robotniczej

Wystarczy mieć swojego
boga, lekarza czy poetę, żeby od razu
poczuć się wartościowym człowiekiem.
Na przykład Święty Augustyn zastanawia się
w swoich wyznaniach nad słowem, które
dało początek światu, zupełnie
jakby mu samo istnienie nie wystarczało.
Wszędzie te hierarchie.
O wszechświatowej rewolucji, która to zmieni
na razie głośno się nie mówi.
Pewnego dnia przechodzące sztandary
uśmiechnęły się do nas, a ja pomyślałem
o pokonaniu śmierci, wypiciu morza, rozproszeniu ciemności,
obracając w ustach słowo: proletariat.


Tak jak powinien zrobić to każdy
dorastający syn wysłuchawszy jednej
z fascynujących historii z obfitującego
w przygody życia swego ojca

Idą Abraham z Izaakiem przez pustynię
a Izaak mówi: - Tato, dlaczego
kosmici i rząd amerykański
sterują naszym myśleniem
z dachu Empire State
Building?
A potem chce dyskutować nad reprodukcją
obrazu Duane’a Hansona Race Riot, 1969-71,
czy jest gorszy, czy lepszy niż Rafaela
Canogara, Policja, 1969?

Czyż życie ludzkie kiedykolwiek nabierze godności?

– Słuchaj synu – powiedział ojciec, który szedł.


***
Oczywiście Race Riot Duane Hansona, to hiperrealistyczna rzeźba, w właściwie grupa rzeźb.




czwartek, 10 lutego 2011

poniedziałek, 7 lutego 2011

PORWANIE PARYŻA


Coś bardziej à propos. Wiersz, który jakoś do tej pory omijałem. Niesprawiedliwie! Bo jest genialny! Pierwodruk w nieistniejącym już piśmie Bundesstraße 1 (nr 6/7, 1995), potem tekst ten pojawił się w książce „Pięć poematów” (Kielce, 1996), a następnie w wyborze wierszy „Drażniące przyjemności. 1988-2008” (Biuro Literackie – Wrocław 2008).

***

Krzysztof Jaworski

PORWANIE PARYŻA

Bieda określa świadomość. Szczególnie na Rue des 4
Fils – un, deux, trois, quatre – moje alabastrowe
stopy błogosławią, a dłonie ogrzewają zimne
powietrze Rue des 4 Fils. Tyle mogę im dać na Rue
des 4 Fils – kapłan samotności, książę
melancholii. Mogę policzyć gwiazdy: un, deux,
trois, quatre –
– parowanie i dłoń przytknięta do nieba.

Cinq.

Trocki nie zagrzał tu miejsca. Paryż
wygonił Trockiego. Paryż dał kopa Trockim
wszystkich krajów. Od tej pory Paryż nazywa swoje
ulice imionami komunistów.

W Paryżu siadywałem tu i tam, spokojny
i opanowany.
Tu: przy Place de Stalingrad z widokiem na napis
Place de Stalingrad.
Tam: przy Pont Neuf z widokiem na napis
Tut był Wasia.
Siadałem i myślałem o Paryżu.

Trocki w tym czasie podżegał do rewolucji,
pochłaniał französisches Frühstück, krztusił się
grzanką.

Na Rue St. Denis bije serce Paryża.

– Wszystko jest możliwe – tłumaczył
Trocki – Faust strugający Pinokia,
Geppetto paktujący z diabłem. – Chcę mieć ogromne,
silne dłonie – mówi Geppetto. – Chcę pojechać do
Paryża z ogromnymi, silnymi dłońmi.

Paryż dał mi pół franka, żebym się stąd wyniósł.

Trocki odwiedził kawiarnię Croissant, w której
został zabity Jaurès. Trocki dziwi się, bo Jaurès
płacił za swoje śniadania.

Paryż przewrócił się na plecy i wierzga nogami
udając martwego Jaurèsa.

Trocki zawitał do smutnego Paryża, gdy zeppeliny
krążyły nad miastem.
– Liczyłem je jak gwiazdy – chwali się Trocki –
wielkie nadmuchane gwiazdy, które łatwo policzyć.

Paryż jest kobietą. Wszystkie historie biorą swój
początek w Paryżu, oprócz historii o Trockim i
jego Pinokiu.

Paryż wypluwa ludzi w beton La Défense.
W Paryżu Trocki spotkał się z Martowem, a fałszywe
paszporty wystawały im z kieszeni. Gdyby Martow
miał drewnianą nogę, stukałby tą nogą chodząc po
Paryżu.

Paryż naigrywa się.

– Widzisz jak tu ładnie, Martow – mówi Trocki. –
Chyba wpadnę tu z Armią Czerwoną.

Paryż podkręca swoje słowiańskie wąsy.

– Jak wrócisz z Paryża, to przywieź mi trochę Paryża.

No nie, być w Paryżu i nie zobaczyć Trockiego?

– Patrz Martow – mówi Trocki i patrzy na
Paryż, kurwy, Murzynów, Martowa, zabite zające,
Pederastów, psie gówna, bilety do metra, białe
Wytrawne, grób Morrisona, jednofrankówki, migające
burdele –
wszyscy równi wobec prawa i siły nabywczej
pieniądza.

Jak stąd uciec?

Wiele dróg prowadzi do Paryża, mówiąc: Paryż,
Paryż, Paryż.

Liebknecht nie zjawił się w Zimmerwaldzie.

Otworzyłem oczy, ujrzałem Liebknechta sunącego Rue
des 4 Fils, wcale nie udawał się w kierunku
Zimmerwaldu.

Przywiozę, przywiozę.

Paryż lśni jak perła.
Szczur biega po pokoju.
Zdzichu mówi, że awangarda to gówno, na którym
dopiero wyrosną kwiaty, przy czym nie zalicza mnie
do kwiatów. Gorzała się kończy.
Pozostaje: złapać szczura, zasadzić kwiaty, kupić
nową gorzałę.

Paryża nie ma.

       Paryż, listopad 1994

niedziela, 6 lutego 2011

Bez związku


Zupełnie nie w kontekście „doświadczeń paryskich”, przypomniał mi się ten wiersz Krzyśka, pochodzący z książki „Jesień na Marsie”, wydanej w oszałamiającym nakładzie 100 egzemplarzy przez instytucję o nazwie „Fort Legnica” w 1997 (która po przenosinach do Wrocławia stała się Biurem Literackim). Pierwotnie myślałem o wstawieniu tekstu „Monsieur Pologne” (nieco bardziej w związku z w/w), ale… czy wszystko zawsze musi się tak ściśle ze sobą wiązać?

***

Krzysztof Jaworski

Na urodziny przyjaciela

W dziewięćdziesiąty drugim, w siedemdziesiąte piąte
urodziny Roberta Mitchuma, a wiecie do kogo

i w jakim filmie dobierał się Robert
Mitchum!, piliśmy z Dirkiem 50 procentową

wódkę z Polski, każda okazja jest dobra, aż tu nagle
wódka się skończyła, wszystko ma swoje granice. No to

Robert, my już myśleliśmy, że Mitchum, ale
to nie był Robert Mitchum, tylko nasz Robert, omylność

ludzka nie ma granic, powiedział:
Musimy iść na staję benzynową w celu

Zakupienia sześciu i pół
procentowego piwa. Dlaczego piwa, zapytałem. Dlatego piwa,

odpowiedział Robert, ale nie Mitchum, jednak, jak się okazało,
bo tutaj wódka jest dwudziesto, no, najwyżej 28

procentowa, na dodatek ohydna. Aha, odpowiedziałem, ten
to ma łeb, przypominając sobie, jak to wczoraj, w przeddzień

urodzin Roberta Mitchuma, piliśmy Ouzo. Tfu,
tak mi się przypomniało. I poszliśmy. Po drodze

mogliśmy śpiewać z Dirkiem Horst-Wessel-Lied, ale
kto o tej porze poznałby się na dowcipie? Więc

zaśpiewaliśmy Wenn-ich-die-blonde-Inge,
z Dirkiem to się śpiewa,

niech go nie znam, chociaż na przykład nie zna
kilku czołowych partyzanckich piosenek,

nic to, ten system i tak nie ma szans.
Facet

ze stacji benzynowej nie wpuszczał nas do środka, bo
się bał napadu. Czego, zapytał przez radio, a pod stołem

ściskał magnum, założę się o dwa piwa. Czego.
Jest piwo, zapytał Robert. Jest, mówi facet.

A jakie, zapytał Robert.
Facet się załamał.

Wchodźta, powiedział, nacisnął guzik i drzwi się otworzyły.
Na stacji benzynowej było piwo Früh Kölsch, owszem,

było wcześnie – 3 nad ranem, ale cztero i pół
procentowe. W życiu nie widziałem

tyle piwa 4,5 procentowego. A, niech tam,
powiedział Robert, łap się

za skrzynkę. Do mnie tak powiedział. Złapałem się. I
dostojnie skierowaliśmy się w kierunku wyjścia z napisem

Eingang. Co za pech, powiedział Robert,
mogliśmy trafić na piwo Słoń, a ono ma siedem i pół

procenta, jak Boga kocham, Słoń,
tak się nazywa, powiedział Robert. A ja zapytałem:

Ty,
Czy dzisiaj są twoje urodziny?

***
Wymieniany trzykrotnie Dirk, to Dirk Perschke, autor okładki książki Jaworskiego „Kameraden”, grający wówczas także w punkowym zespole o nazwie Die Gebirge.
Früh Kölsch to świetne piwo górnej fermentacji, którego nikt w Koloni nie nazywa piwem, ale właśnie Kölschem. Pija się go z wysokich szklanek o wyglądzie menzurek.
Piwo Słoń to produkt koncernu Carlsberg o nazwie Elephant, wysokoprocentowy i niespecjalnie smaczny.
Wenn ich die blonde Inge to foxtrott z lat 20. ubiegłego stulecia (muzykę i słowa popełnił niejaki Schwarz).
Horst Wessel Lied to piosenka popularna w kolejnej dekadzie, szczególnie podczas marszów z pochodniami i sztandarami z hakenkreuzem oraz napisem: Deutschland Erwache! (Niemcy obudźcie się!), co może nasuwać niejakie skojarzenia z rocznicowym spotkaniami na Krakowskim Przedmieściu i hasłami „Polsko obudź się!”, widocznymi na dzierżonych tam transparentach. Jej pierwszy wers brzmiący: Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! (Sztandary w górę! Szeregi mocno zwarte!), umieścił swego czasu na swoim komunikatorze gadu-gadu pewien poseł PiS ze Śląska.
Roberta (nie Mitchuma) nie znam.

czwartek, 3 lutego 2011

Paris Paris…


I feel love, Paris Paris
Love to love, Paris Paris
Feelings so close to my heart

Itd., itd., piejący koguta za kogutem „ojciec punk rocka” i dystyngowana Catherine Deneuve w kiczowatej piosence na kiczowaty temat z kiczowatym teledyskiem. I właśnie refren tego utworu towarzyszył mi w myślach podczas wernisażu mojej wystawy w L’Espace Pierre Premier, wczoraj w środę, z tym, że close konsekwentnie zamieniałem na distant

Ludzi przyszło całkiem sporo, książki sprzedawały się nieźle, wiele osób gratulowało mi projektu, ale z oficjalną inauguracją wernisażu czekaliśmy na Corrine Evens z Evens Foundation, współorganizatora przedsięwzięcia. Mniej więcej ok. godziny 19:30 rozpoczęło się uroczyste otwarcie, które trwało długo, bardzo długo, stanowczo zbyt długo.

Najpierw długo po francusku przemawiała pani Corrine, potem mikrofon przejął mężczyzna w mundurze lotnika armii izraelskiej (mogę się w tym względzie mylić, być może był pilotem cywilnym?), który też sobie pofolgował, jeśli idzie o czas wypowiedzi, potem wystąpił ambasador Izraela we Francji (co mnie szczególnie ucieszyło, mówił po angielsku z mocnym amerykańskim akcentem…), następnie dyrektorka Instytutu Polskiego Klaudia Podsiadło (po francusku), po niej mówiła Eleonora Bergman (w języku angielskim), dyrektorka Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, a ja oraz Jacek Michalak, wywołani na środek podczas pierwszego w kolejności przemówienia Corinne Evens, staliśmy i słuchaliśmy przedmówców, z tym, że ja w tym momencie głęboko zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem na wernisażu swojej własnej wystawy?

Z tym użyciem i przekazywaniem mikrofonu od razu pojawiły się problemy, bezprzewodowy od razu odmówił posłuszeństwa, wydając przy tym kilka sprzężeń, przypominających beknięcie dinozaura. Chwilę potem pojawił się mikrofon podpięty do kabla, ale ilekroć Corrine Evens próbowała się zbliżyć do publiczności lub też wykonać jakiś gwałtowniejsze gesty, kabel wysuwał się z gniazdka i nic nie było słychać. Cała ta scena z mikrofonem przywołała mi na myśl pewną sekwencję z filmu „Zwariowany weekend” z Louisem de Funes, a mianowicie scenę kazania w kościele, gdzie urządzenie nagłaśniające sprawiało wygłaszającemu je księdzu dość podobne problemy. Jak ktoś nie zna, polecam.

W końcu mogłem przemówić. Zrobiłem to w miarę szybko, bez mikrofonu i po angielsku. Przedstawiłem istotę projektu i jego części składowe (wystawa 20 wielkoformatowych wydruków, projekcja 403 fotografii i album ze zdjęciami 306 obiektów, wraz z opisami i tekstami komentującymi), a następnie podziękowałem organizatorom pokazu: Corrine Evens i fundacji  Evensa, Liliane Zafrani (prawdziwej spiritus movens paryskiej prezentacji) oraz Jackowi Michalakowi, prezesowi Atlasa Sztuki, który wystawę wyprodukował i jest współwydawcą pierwszej i drugiej edycji albumu. No i zostałem nagrodzony бурными аплодисментами. Potem głos zabrał uczestniczący w wystawie Jérémie Dres (mówił też bez mikrofonu, dłużej i po francusku). Następnie przejąłem inicjatywę i zaprezentowałem stojącego obok mnie Jacka Michalaka, prezesa Atlasa Sztuki, oddając mu głos.

Pan Jacek przemawiał po angielsku i opowiadał, o historii projektu „Niewinne oko nie istnieje”, o jego poziomach znaczeniowych oraz o miejscach, gdzie dotąd był i gdzie jeszcze będzie prezentowany.
Potem przez mikrofon (z kablem) zaczęła mówić Corrine Evens, a właściwie weszła w rodzaj polemiki z przedmówcą (wypowiadała się po angielsku), miejscami o dość niestety agresywnym charakterze, zadając mu np. pytanie, „co czuje przeciętny mieszkaniec Polski, patrząc na zdewastowany budynek synagogi w swoim sąsiedztwie”.
Prezes Atlasa Sztuki starał się jej wytłumaczyć istotę projektu oraz zaangażowanie instytucji, którą kieruje, w produkcję wystawy i publikację książki oraz o odbiorze „Niewinnego oka” w Polsce, ale odpowiedzi te wywoływały jeszcze większą irytację szefowej Evens Foundation, a sytuacja z wyrywaniem kabla od mikrofonu z gniazdka wzmacniacza powtórzyła się kilkakrotnie.

Dostrzegłem na twarzach osób słuchających jej wypowiedzi rodzaj zdziwienia czy może nawet zniesmaczenia? Uśmiechający się pojednawczo w moim kierunku ambasador Izraela, podczas kolejnej z tyrad, podszedł do mnie i ostentacyjnie uścisnął mi dłoń oraz pogratulował projektu.
Korzystając z okazji podszedłem do mikrofonu (z kablem) i powiedziałem, że pytanie postawione przez Corrine Evens, skierowane zostało ewidentnie pod niewłaściwym adresem, lecz dalszego ciągu tej dyskusji już nie było, ponieważ pani Corrine wyszła z sali.

Być może jej zdenerwowanie związane było z miejscem ekspozycji komiksu Jérémiego Dres (który pojawił się na mojej wystawie, jako support narzucony przez współorganizatora) i którego bazgroły (sorry Winnetou) umieściliśmy w dolnej kondygnacji galerii?
Drugim supportem ekspozycji w L’Espace Pierre Premier była rzeźba autorstwa Nicolasa Schöffera, skądinąd bardzo ciekawa, ale nie wiem w jaki sposób mająca pasować do zdjęć dawnych synagog? No więc, zaproszona na wernisaż wdowa po panu Schöfferze, czekała podczas tego otwarcia na swoją kolej w prezentacji, ale się nie doczekała, ponieważ zdenerwowana Corinne Evens najwyraźniej o jej istnieniu zapomniała…

środa, 2 lutego 2011

Obraz Jana van der Heydena,


przedstawiający amsterdamski kanał i stojące przy nim domy, przed którym stanąłem dłużej w Luwrze i do którego kilkakrotnie wracałem, na reprodukcjach znalezionych w sieci (zapewne są to skany z albumów) wygląda tak:


albo tak:


Czyli zupełnie inaczej niż przy naocznym oglądzie. Całkowicie siada tutaj efekt trompe l'oeil, światło jest spłaszczone, a kolory to już tylko barwy.

***

O 17:00 wernisaż „Niewinnego oka” w L’Espace Pierre Premier (17 avenue Pierre 1er de Serbie). Trochę się denerwuję…