piątek, 30 grudnia 2011

ULICA ROBOTNICZA 1


30-12-2011, 14:02 (Nokia 2700)

we Wrocławiu. Przed 1945 Arbeiterstraße? To chyba mało prawdopodobne... ;)

Wybrałem się na Robotniczą za podpowiedzią Wojtka Sienkiewicza, żeby zrobić kolejne zdjęcie do Afterlife, konkretnie chodziło o Trabanta z olbrzymią oponą na dachu, reklamującego - jak nie trudno się domyślić - zakład wymiany opon. Ale ponieważ znajduję się tam wjazd do firmy Archimedes, więc parking, na którym to autko stoi jest permanentnie zapchany i tak też było dzisiaj. Dodatkowo aura/światło takie sobie. Więc odpuściłem, ale ponieważ sama ulica Robotnicza jest zjawiskowa, więc postanowiłem się nie przewieźć w obie strony i wracając, tuż obok dawnego Dworca Świebodzkiego trafiłem na powyższą artystyczną instalację prima sort. Jak dobrze jest błądzić.

Zamontowany na dachu baru dla taksówkarzy samochód (tzn. jego lewy bok), mający się chyba kojarzyć z nowojorskimi taksówkami, to całkiem europejski Opel Rekord P1. Model ten był produkowany w latach 1957-1961. Piękne auto!

czwartek, 29 grudnia 2011

Krzysztof Pijarski w tekście „Po końcu fotoreportażu” m.in. o „Nowym Mieście”

Artykuł wydrukowany w miesięczniku Foto (nr 9/2011), można teraz przeczytać na stronie POLSKA.DOC, za którą stoi Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę. Pod tekstem znajdują się też linki do rejestracji wideo cyklu wykładów Krzysztofa Pijarskiego Po końcu fotoreportażu, jakie wygłosił w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Polecam.

Elżbieta Janicka/Wojciech Wilczyk Nowe Miasto, ul. Śliska -- 15.04.2001

wtorek, 27 grudnia 2011

„ZACHODNI KURS IMPERIUM”


Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Columbia and Western #20, 2000

Tak sobie roboczo przetłumaczyłem tytuł projektu, a także albumu Marka Ruwedela, który w przypadku serii „Machine in the Graden” Jeffa Brouwsa, przywołany został przez jej autora, jako jedna z istotnych inspiracji (obok „Walking the High Line” Joela Sternfelda). „Westward the Course of Empire” to wizualna eksploracja zachodnich obszarów (zgodnie z tytułem zresztą) USA oraz Kanady, a bardziej konkretnie – miejsc, którymi przebiegały budowane w XIX wieku szlaki kolejowe. To dążenie na zachód, przy okazji którego z terenów tych wypierano rdzennych mieszkańców Północnej Ameryki, czyli indiańskie plemiona, ma oczywiście fotograficzną dokumentację. Fotografowie byli uczestnikami wypraw naukowych, towarzyszyli budowniczym kolejowych tras, dokumentowali też zasiedlanie wspomnianych ziem, budowę miast oraz obiektów industrialnych. Wspomniany proces dobrze można obserwować w wydawanej na przełomie XIX i XX stulecia przez Detroit Publishing Company serii barwnych fotolitografii pt. „Obrazy z Ameryki Północnej” (a jeszcze lepiej, oglądnąć zeskanowane negatywy z archiwum tej firmy, dostępne na stronie Biblioteki Kongresu USA). Kolonizacja „Dzikiego Zachodu” przy pomocy obrazów odbywała się w kilku etapach, których swego rodzaju zwieńczeniem było, przeniesienie ich wizualnych reprezentacji na teren „sztuki wysokiej”, by przywołać nietknięte przez cywilizację przemysłową tereny amerykańskich parków narodowych, tak chętnie fotografowane przez Ansela Adamsa czy Edwarda Westona.

Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Tonopah and Tidewater #25, 2002

Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Denver and Rio Grande Western #7, 1996

Monochromatyczne obrazy Marka Ruwedela zrobiły na mnie spore wrażenie i myślę sobie, że ich kształt jest świetnie sporządzoną i pojawiającą się w różnych proporcjach mieszanką, wymienionych wcześniej tradycji obrazowania amerykańskiej fotografii z wyraźnym dodatkiem tego, co pojawiło się na słynnej wystawie „New Topographics: Photographs of a Man-Altered Landscape” Williama Jennkinsa. Zdjęcia Ruwedela są rodzajem dokumentacji, ale bardzo atrakcyjnie podanej, w której znajdziemy też sporo wizualnych odniesień do dokonań ludzi z F64, do Williama Henry Jacksona (od 1897 udziałowca Detroit Publishing Co.) czy stricte użytkowych zdjęć, prezentujących szlaki kolejowe, np. autorstwa Williama Henry Raua (zlecenia dla Pennsylvania Railroad i Lehigh Valley Railroad, zrealizowane w ostatniej dekadzie XIX w.). Pisząc o tych wizualnych nawiązaniach, muszę od razu zastrzec, że pojawiają się one wtedy, gdy pozwala na to sam fotografowany motyw (uwzględniając jego kształt, aurę, światło etc.) i nic nie jest tutaj robione na siłę. Amerykańscy krytycy fotografii podkreślają silny związek Redewela z „nowymi topografami” i trudno się z takim sadem nie zgodzić. Podobnie jak uczestnicy wystawy kuratorowanej przez Jenkinsa, tak samo jak ma to miejsce w przypadku serii zdjęć Edwarda Ruschy z lat 60. XX w. (przywoływanego zresztą przez kuratora „New Topographics”), Rudewel w swym przedsięwzięciu o nazwie „Westward the Course of Empire”, które składa się z monochromatycznych zdjęć wykonanych aparatem wielkoformatowym, zdecydowanie i konsekwentnie posługuje się „stylem zerowym”, co nie wyklucza przecież aluzji (że o ironii nie wspomnę). 

Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Canadian Pacific #3, 2000

  Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Tecopa #1, 1996

Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire - Tonopah and Tidewater #6, 1995

Mark Ruwedel, z cyklu Westward the Course of Empire  - Deep Creek #2, 1999

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Wałbrzych, ul. Skarżyska, 26.12.2011, 09:26


(Nokia 2700)
  
Tego pięknego "kartona" zobaczyłem najpierw w albumie Andrzeja Ślusarczyka "Wałbrzych powidoki" (zdjęcie było oczywiście czarno-białe i byłem przekonany, że naturalny kolor tej sześcsetjedynki to jasny beż). Na podstawie tego co widać w tle i przy pomocy maps.google.com zlokalizowałem obiekt. Na miejscu okazało się, że druga połowa "kartonika" przymocowana jest na dachu hali napraw samochodów, od Skarżyskiej właśnie. Ale ponieważ dzisiaj zakład był oczywiście zamknięty i było to idealnie pod słońce (które akurat zaczęło coraz mocniej przebłyskiwać zza chmur), więc odpuściłem sobie fotografowanie drugiej części tego wraku. Muszę się tam wybrać jeszcze raz popołudniową porą.

piątek, 23 grudnia 2011

„Żyletkowiec” z Bełchatowa


Bełchatów, ul. Czapliniecka, 21.12.2011

***

Ponieważ pora jest przedświąteczna (chociaż specjalnie nie celebruję i nie partycypuję...), przyszedł mi do głowy wiersz Krzysztofa Jaworskiego pt. „Jezus na prezydenta. Jak myślę, w jakiś sposób na czasie ;) 
Tekst pierwotnie ukazał się w zbiorze opowiadań „Batalion misiów”, do którego zrobiłem zdjęcie na okładkę, a wcześniej w piśmie Bundesstrasse 1 (nr 10, 1996/1997).


Krzysztof Jaworski

Jezus na prezydenta

Jezus kandyduje na prezydenta.
Telewizja pokazuje Jezusa, który przemawia do tłumów.
Jezus mówi coś o dwóch latarkach, z których jedna ma popsute baterie i nie świeci.
- Co to znaczy Jezu? - pyta najbliżej stojący dziennikarz, przyciskając  mikrofon do ust Jezusa.
- Kto ma uszy niechaj słucha - mówi Jezus. Odsuwa ręką mikrofon i dziennikarze nie są zadowoleni.
Jezus przemawia przez megafon.
Dziennikarze robią sondę o Jezusie, który kandyduje na prezydenta.
Rozmawiają z innymi kandydatami.
- Czy to prawda, że Jezus pomieszał wam szyki?
Jezus wśród tłumu niespokojnych dziennikarzy.
- Pójdźcie za mną - nawołuje Jezus.
Ale oni dalej ściskają mikrofony w swoich spoconych dłoniach, które wypadałoby poobcinać.
Mrugają oczami, które wypadałoby wyłupić.
Jezus kandyduje na prezydenta.
Na murach pojawiły się plakaty z jego wizerunkiem i programem wyborczym.
Nikt się jakoś nie kwapi do rozdawania ubogim.
Wreszcie pada nazwa: radykalny lewicowo.
Gdzieniegdzie szemrają o pochodzeniu kandydata.
Program telewizyjny z udziałem Jezusa.
W kuluarach dochodzi do małej przepychanki.
Dziennikarze szarpią się, kto zada pierwsze pytanie.
Twarze nabrzmiałem od wysiłku. Każdy chce być pierwszy.
Pytanie ma brzmieć:
- Kto jest sponsorem pańskiej kampanii?

czwartek, 22 grudnia 2011

środa, 21 grudnia 2011

Bełchatów, 21.12.11, 11:35


(Nokia 2700)

Dzisiaj szybka teleportacja do Zelowa i z powrotem, z postojem w Bełchatowie na ulicy Czplinieckiej, a cała ta podróż w celu sfotografowania ostatniej osoby do projektu o mniejszościach etnicznych w Polsce. Bełchatowski przystanek wymuszony został najpierw przez "żyletkowca", zrobionego z Fiata 126p, który reklamuje skład złomu (fotografowałem go 6 lat temu, ale bez specjalnego powodzenia i teraz też niczego wyjątkowego się nie spodziewam,  ze względu na fatalną lokalizację tego wraku), a w drodze powrotnej zrobiłem zdjęcie widocznemu powyżej walcowi. I tu też może być różnie - obiekt stoi idealnie pod słońce. Ale ponieważ niebo by mocno zachmurzone, a pułap chmur wysoki, więc... się zobaczy po wywołaniu filmu ;)

niedziela, 18 grudnia 2011

Siechnice, ul. Świętej Katarzyny


18.12.2011, 14:02 (Nokia 2700)

Kontynuując mój cykl „byle jak, byle co i byle gdzie”, tytułową triadę uzupełniam niniejszym o czwarty istotny element: „byle czym” ;)))

Fiacik podpowiedziany mi przez Wojtka Sienkiewicza. W momencie gdy robiłem tam zdjęcia, akurat przez dziurę w chmurach zaczęło zaglądać słońce. Powinno być więc nieźle. I mam też nadzieję, że trafiłem w chwile, gdy ten umieszczony na słupie samochód się nie poruszał. Ponieważ wiało dzisiaj dość mocno od południa, a sposób zamocowania tej „reklamy” jest daleki od perfekcji. Używany przez mnie Ektar 100, jak sama nazwa wskazuje ma czułość 100 ASA, więc przy przysłonięciu obiektywu do 11, czas ekspozycji wynosił maksymalnie 1/8 sek., czyli i tak dość długo, jak na mający tendencję do swingowania wrak…


***


Po powrocie do domu dowiedziałem się, że umarł Václav Havel.
Pomyśleć, że impulsem do powstania słynnej Karty 77, było prześladowanie przez czechosłowacką milicję i bezpiekę muzyków zespołu Plastic People of the Universe...

piątek, 16 grudnia 2011

MASZYNY W OGRODZIE


Jeff Brouws z cyklu 'The Machine in the Garden' - former Poughkeepsie & Eastern Railroad right-of-way, abandoned 1938, MP 92, view south, Spring, New York, 2009

Ne Jeffa Brouwsa zawsze można liczyć, pomyślałem sobie, gdy pod dłuższej nieobecności na jego stronie, zobaczyłem tam wczoraj nowy cykl pt. „The Machine in the Garden”. Idea tego projektu jest prosta (zresztą sam autor opatrzył go obszernym komentarzem) i polega na sfotografowaniu szlaków/śladów zamkniętych linii kolejowych w okolicach Stanfordville w stanie New York, a dokładniej w promieniu dziesięciu mil o aktualnego miejsca zamieszkania Brouwsa. Budowane w 70. i 80. latach XIX wieku szlaki, służyły głównie do transportu żywności produkowanej na tym terenie (głównie przemysł mleczny), a ponieważ były to inwestycje realizowane raczej żywiołowo przez niewielkie towarzystwa kolejowe, w momencie wzrostu popularności transportu samochodowego, nie wytrzymały tej konkurencji i zostały zamknięte. Swoje mocne trzy grosze dołożyła tu też ekonomiczna depresja lat 30. XX wieku. Wspomniane szlaki kolejowe, nie obsługujące prawie w ogóle ruchu pasażerskiego, wytyczone czasem niemal równolegle względem siebie, przebiegały przez malowniczy krajobraz Dutchess County w południowo-wschodniej części Stanu Nowy Jork.

Jeff Brouws z cyklu 'The Machine in the Garden' - former Newburgh, Dutchess & Connecticut right-of-way, abandoned 1938, MP 5,6, crossing private land, view east, Winter, near Husteads, New York, 2011

Jeff Brouws z cyklu 'The Machine in the Garden' - former Poughkeepsie & Eastern Railroad right-of-way, abandoned 1938, MP 92, view south, Winter, McIntyre, New York, 2010

Jeff Brouws z cyklu 'The Machine in the Garden' - former Newburgh, Dutchess & Connecticut right-of-way, abandoned 1938, MP 16,5, Mashomack preserve, view north, Summer, Briar Hill, New York, 2011

Jeff Brouws, który jest bacznym obserwatorem zmian zachodzących w amerykańskim pejzażu, pod wpływem hulającej sobie jak chce i gdzie chce wolnorynkowej ekonomii (warto w tym miejscu przywołać jego znakomity cykl pt. „Krajobraz zdegradowany”), wybrał tym razem motywy zdecydowanie kameralnym charakterze. Seria „Maszyny w ogrodzie” zrealizowana jest w formacie prostokątnym  - Mamiya 7, a nie jak do tej pory dającym kwadraty Hasselbladem, ale i w tym projekcie pojawiają się charakterystyczne dla tego autora panoramy, składane z kilku kadrów. Te kilkanaście klatek, które możemy zobaczyć na internetowej stronie Brouwsa, to tylko zapowiedź większej całości, która przyjmie oczywiście postać albumu (sam autor mówi o tym w wywiadzie, który można przeczytać tutaj). Oglądając piękne kadry z cyklu „The Machine in the Garden”, pomyślałem niemal automatycznie o terenach Dolnego Śląska oraz o tamtejszych opuszczonych szlakach kolejowych, które niestety… A ponieważ w Krakowie świeci dzisiaj słońce, mam dzień wolny od zajęć i przed chwilą znów zanurzyłem się w krajobrazach z Dutchess County, nie chce mi się poprzedniego zdania kończyć.

Jeff Brouws z cyklu 'The Machine in the Garden' - former Newburgh, Dutchess & Connecticut right-of-way crossing Buttercup Wildlife Preserve, MP 18, view north, Late Fall, near Stissing, NY, New York, 2010

czwartek, 15 grudnia 2011

PROCES MYŚLOWY


Kraków, ul Śląska, 08.05.2011 

Proces myślowy - a może lepiej powiedziawszy - proces myślowo-decyzyjny w przypadku tego napisu, trwał, trwał, trwał, trwał... i jeszcze raz trwał (bagatela, osiem miesięcy!), tak, że straciłem wszelką nadzieję. Tymczasem wracając dzisiaj z lablabu ze świeżym wydrukiem w ręce i kierując się do firmy ramiarskiej na ulicy Sławkowskiej, wybrałem trasę przez ulicę Śląską i tu czekała mnie niespodzianka. Czyli jednak można. Nie wspominając już, że trzeba.

 15.12.2011, 14:38 (Nokia 2700)

środa, 14 grudnia 2011

„Byle co, byle jak i byle gdzie”



A bardziej konkretnie - w Augustowie. Wylotówka na Suwałki.
Przydałoby się słońce ze strony zachodniej, tak żeby doświetliło bebechy i zawieszenie tego Fiata 600 (Zastawy 750?), z nieco chyba przerobionym napędem (silnik od 126p? tak można by sądzić po widocznych w tylnej części błotnika otworach wentylacyjnych…).

Ze względu na to, że o 13:30 umówiony w byłem Białymstoku na sportretowanie kolejnej osoby do edukacyjnego projektu o polskich mniejszościach narodowych, a do pokonania zostało 90 kilometrów, więc dałem sobie tylko 15 minut na naświetlenie kilku klatek. Ponieważ wspomniany portret miałem robić plenerze, konkretnie z prawosławną katedrą pod wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy w tle, więc godzina pół do drugiej w grudniu i to przy niskim pułapie chmur, to był właściwie ostatni moment, żeby taką sesję w ogóle rozpoczynać…

***

Słuchając wczoraj nacjonal-populisty Jarosława Kaczyńskiego, który podczas pochodu w 30 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wykrzykiwał do mikrofonu: Gdyby nie to chore państwo... parlibyśmy do przodu jak Chiny... Stalibyśmy na czele świata... Obudź się, Polsko! Pomyślałem, że jak zwykle zgrabnie nawiązał do nacjonalistycznych europejskich tradycji o odcieniu brunatnym (Obudź się, Polsko! - Deutschland Erwache!), ale też to przywołanie Chin w roli poztywnego przykładu, przypomniało mi czołgi tratujące demonstrantów na placu Tian'anmen. O tak, gdyby nie przeszkoda w postaci chorego państwaparlibyśmy do przodu jak Chiny, może nawet jak Korea, oczywiście ta Północna.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dariusz Czaja o „Niewinnym oku” w Roczniku Muzeum Etnograficznego w Krakowie, tom XVI, 2010.



I jeszcze jeden remanent, hm, nazbyt spóźniony... Bardzo ciekawy i ważny dla mnie tekst Dariusza Czaji, zamieszczony w cyklicznym wydawnictwie Muzeum Etnograficznego w Krakowie, gdzie latem 2009 roku miała prezentacja projektu „Niewinne oko nie istnieje” (w ramach 19 Festiwalu Kultury Żydowskiej). Dariusz Czaja dobrze znany z książek takich, jak: „Anatomia duszy. Figury wyobraźni i gry językowe” (Kraków 2005, Wyd. UJ), „Lekcje ciemności” lub Gdzieś dalej, gdzie indziej (Wołowiec 2009 i 2011, Wydawnictwo Czarne) jest antropologiem kultury i pracuje w Zakładzie Teorii i Antropologii Kultury Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Co ciekawe, książka „Niewinne oko nie istnieje” często jest omawiana na uniwersyteckich seminariach (sam też byłem zapraszany na kilka takich spotkań) lub wykorzystywana po prostu w procesie dydaktycznym. Na zachętę fragment eseju Dariusza Czaji pt. „Rekolekcja”. Przy tej okazji dziękuję autorowi oraz Dyrekcji Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie za wyrażenie zgody na udostępnienie tekstu.

***

 Wstępne przekonanie, że mamy do czynienia zaledwie z pewną wariacją na temat uprawianej przez historyków sztuki rutynowej dokumentacji zabytków wzmacnia jeszcze retoryka pomieszczonych w książce opisów. Każdy z tekstów towarzyszących zdjęciu synagogi czy domu modlitwy utrzymany jest niezmiennie w tym samym, techniczno-rzeczowym, języku. Dowiadujemy się kiedy budowla powstała, jak wyglądała, jakich zmian i przeróbek dokonano w kolejnych latach. To neutralny, osadzony mocno w detalu język, znany z katalogów zabytków architektury. Pełno tu więc ryzalitów, gzymsów, fryzów, gurtów, okulusów, blend i lizenów. Ale to, jak się orientujemy po pewnej chwili, tylko warstwa powierzchniowa zjawiska. Rodzaj technicznego umocowania, świadczącego, że sfotografowane obiekty (albo czasem to, co z nich pozostało) należą najpierw do obszaru architektury. A ta właśnie okoliczność narzuciła stosowny język prezentacji. Ale kiedy już przyzwyczaimy się nieco do narracji dokumentacyjno-konserwatorskiej, z każdą oglądaną stroną czeka nas niespodzianka. Okazuje się bowiem, że to, co najciekawsze w tej książce, dzieje się zupełnie gdzie indziej. Wychodzi daleko poza architektoniczny szczegół, sięga o wiele  głębiej.

 Historie opowiadane przez Wilczyka (bo jest to wyraźnie pewna fotograficzna narracja) tak naprawdę dzieją się w strefie  p o m i ę d z y.  Pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, pomiędzy obecnością a brakiem, pomiędzy pamięcią a zapomnieniem. Już po kilkunastu fotografiach widzimy wyraźnie, że zamysłem autora nie była jedynie rejestracja „żydowskich zabytków”, że ideową sprężyną tego przedsięwzięcia nie był tylko dokumentalny zapis fotograficzny. O czym zatem jest jego dzieło?

 Świadomie wychłodzone, pozbawione estetycznego poloru, niby zwyczajne, „obiektywistyczne” fotografie dokumentują zanik, albo lepiej: wymazywanie pewnego świata. Dokładniej: wymazywanie żydowskiego świata z polskiej pamięci. Świadectwem tego procesu stają się niegdysiejsze budowle kultu religijnego sfotografowane w ich dzisiejszej formie i funkcji. Co z nich zostało? Na co można przerobić synagogę czy dom modlitwy? Okazuje się, że w tej materii nasza wyobraźnia nieomal nie zna granic: skład, magazyn, hurtownia, sklep, apteka, kino, piekarnia, cukiernia, pływalnia, salon urody, biblioteka, muzeum, archiwum państwowe, bank, zakład pogrzebowy, zakład stolarski, zakład krawiecki, zakład fryzjerski, fabryka okien, dom kultury, sala sportowa, sala katechetyczna, cerkiew prawosławna, remiza strażacka, urząd miejski, galeria, pizzeria, restauracja, kawiarenka internetowa, pub (o nazwie „Jerycho”!)...
      
 Wbrew początkowym domniemaniom czytelnika, fotografie zamieszczone w książce okazują się finalnie wielowarstwowymi komunikatami. Nie są tylko faktograficznym zapisem (neutralna data umieszczona pod zdjęciem –  znaczy!), czy suchym, dokumentalnym, odrysowaniem obecnego stanu rzeczy.

sobota, 10 grudnia 2011

SZTUKA W KULTURZE



Remanenty. Podczas pobytu w Poznaniu na VII Biennale Fotografii, Maciej Szymanowicz wręczył mi książkę, na której okładce wykorzystane zostało moje zdjęcie synagogi w Sompolnie. Samo wydawnictwo, to częściowo posesyjna publikacja, w każdym razie rozdział pt. Fotografia i ideologia, w którym znalazły się teksty (w takiej właśnie kolejności): Stanisława Czekalskiego. Magdaleny Wróblewskiej, Witolda Kanickiego, Macieja Szymanowicza i mój własny, to rozszerzone wersje referatów, jaki wygłoszone były jesienią 2009 roku, podczas sesji naukowej na Wydziale Pedagogiczno-Artystycznym UAM w Kaliszu.

[Mam ogromny sentyment do tej fotografii z Sompolna. W końcówce grudnia 2007 wybrałem się w rejon, znanego chyba wszystkim z lekcji geografii trójkąta Konin-Koło-Turek, żeby sfotografować znajdujące się tam synagogi do projektu Niewinne oko nie istnieje. Dwudziestego dziewiątego dnia ostatniego miesiąca roku pogoda była upiornie słoneczna, ale zupełnie nie przeszkodziło mi to w zrobieniu zdjęć w Krośniewicach, Dębie, Turku, Koninie, Kleczewie i w końcu  w okolicach godziny piętnastej, czyli jak na zimę bardzo późno, dotarłem do Sompolna. Początkowo wydawało mi się, że nic z tego nie będzie, ponieważ zachodzące właśnie słońce, bardzo mocno oświetlało górną część białej fasady budynku, zaś reszta elewacji i ulica pozostawały w głębokim cieniu. Jednak nie zrażając się tym, zamontowałem moje ArcBody na statywie,  ustawiłem parametry ekspozycji na cienie, ale tak żeby górna część kadru nie była zbyt prześwietlona i zacząłem robić zdjęcia. Początkowo intensywnie żółty kolor słonecznego bliku na fasadzie,  robił się z minuty na minutę coraz bardziej krwisty i w końcu zgasł. Po zdjęciach udałem się w kierunku Słupcy, gdzie miałem zarezerwowany nocleg, a następnego dnia wieczorem po skończonej pracy podjechałem do Wrześni, żeby spotkać się z Erykiem Zjeżdżałką i to był ostatni raz kiedy się widzieliśmy.]

Sompolno, synagoga, ul. Piotrkowska 8, 29.12.2007

piątek, 9 grudnia 2011

O Foto Art Festivalu w A&B


Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

W grudniowej edycji A&B polecam mój tekst na temat bielskiej imprezy.
Tegoroczna edycja była niezwykle udana, a 3 wystawy: obszerny pokaz zdjęć Alexandra Gronskiego, „Congo in Limbo” Cedrica Gerbehaye i „God is everywhere” Bela Doki, to crème de la crème całego festiwalu.

O tym ostatnim zestawie, piszę w A&B tak: (…) zrealizowana w Ameryce Łacińskiej seria „Bóg jest wszędzie” węgierskiego fotografa Bela Doki, to kapitalny przykład wizualnej antropologii, która unikając manieryzmu współczesnej fotoreporterki, bierze za temat obecność religijnych wizerunków w przestrzeni prywatnej i publicznej (oglądamy w niej np. zdjęcie figury Najświętszej Marii Panny w sklepie rzeźnika). Po zapoznaniu się z zestawem Doki, można nabrać apetytu na podobne przedsięwzięcie, zrealizowane w naszym kraju, który obfituje przecież w równie wszechobecną bogobojną symbolikę.

Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

W sumie to dziwne, że u nas taki projekt nie powstał...
Węgry, kraj katolicki przecież, też chyba mogły by być ciekawym poligonem dla tego rodzaju eksploracji.
U Bela Doki bardzo spodobał mi się, ten jego lekko nonszlancki sposób kadrowania,  idealnie sprawdzający się w przypadku podjętej tematyki.

Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

czwartek, 8 grudnia 2011

„ARCHIWUM JAKO PROJEKT” jako książka



Jakoś niespełna miesiąc temu, ukazała się książka „Archiwum jako projekt” pod redakcją Krzysztofa Pijarskiego, będąca pokłosiem sesji pod tym samym tytułem, która miała miejsce w maju tego roku w Warszawie. W wydarzeniu tym wzięli udział: John Tagg, Wolfgang Ernst, André Gunhert, Helen Petrovsky, Sven Spiker, Nataša Petrešin-Bachelez, Nina Lager Vestberg, Ariella Azoulay, Akram Zaatari, Mikloś Tamási, Tone Rash, Grayson Dantzic, Zuzana Meisnerová-Wismerová, Nikodem Bończa-Tomaszewski, Karolina Lewandowska, Karol Radziszewski, Tomasz Basiuk, Ewa Klekot, Roman Babjak oraz niżej podpisany, z którym dialog prowadziła Iwona Kurz (w kolejności za Akramem Zaatari). Książkę można zamówić w Fundacji Archeologia Fotografii, ja natomiast pozwolę sobie zacytować wypowiedź Johna Tagga, który jako drugi zabrał głos w dyskusji po naszym wystąpieniu, noszącym tytuł „Fotografia dokumentalna i archiwum” i odniósł się do pokazywanych przez mnie zdjęć z projektów: Czarno-Biały ŚląskNiewinne oko nie istnieje oraz realizowanego wspólnie z Elżbietą Janicką Nowego Miasta .

John Tagg: W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie zataczająca coraz szersze kręgi debata dotycząca fotografowania Detroit. Miasto stało się magnesem, koniecznym celem dla wszystkich, którzy chcą fotografować industrializację. Dyskusja na ten temat rozgorzała zresztą w blogosferze, nie wśród krytyków zawodowych. Jej uczestnicy dość wrogo oceniają sposób przedstawiania miasta. Przypomina to reakcję na inne fotografie miast, np. Nowego Orleanu po przejściu huraganu Katrina. Z tej debaty Glogerów amatorów, opisujących inwazję na Detroit, wykluł się termin ruin porn – „pornografia ruin” – zaskakująca kategoria, która daje wiele do myślenia. Uderza mnie pańskie staranie, by nie popaść pod tę kategorię czy też postawę, której ona dotyczy (nawet jeśli nie do końca wiem, co znaczy). To z jednej strony kwestia retoryki obrazu, z drugiej jednak – ustanowienie relacji emocjonalnej z widzem, próba przyciągnięcia widza. Starania, by zachować dystans wobec takich emocjonalnych więzi z odbiorcami, różnią pana od fotografów związanych z Farm Security Administration i podobnej tradycji dokumentalnej, lokując pańskie praktyki bliżej Walkera Evansa.

środa, 7 grudnia 2011

W młodości mej niesytej…



Wstałem sobie wcześnie rano, jak to ja, otwieram pocztę, a tam mail z zaproszeniem od Rastra na wystawę pod tytułem „W młodości mej niesytej”, w której udział biorą: Johana Billing, Milena Korolczuk oraz Michał Wasążnik. A ponieważ zdjęcie tego ostatniego ilustruje wspomniane zaproszenie, zapuściłem żurawia na jego stronę www i zobaczyłem, że zaszły na niej dosyć istotne zmiany. Nie zaglądałem tutaj od publikacji albumu „Generacja” (wyd. Ha!art 2010), który średnio jednak mi się podobał, a tymczasem… Tymczasem po wydaniu tejże książki, Michał Wasążnik musiał gruntownie przetrzepać swoje archiwum i teraz na jego stronie można zobaczyć aż 72 kolorowe fotografie z klubowych koncertów, z Jarocina 1983 i 1984 lub po prostu pozujących muzyków TZN Xena, Izraela (pisanego wówczas jeszcze jako ISSIAEL), Deutera czy Dezertera oraz koncertową publiczność i tzw. „załogi”. Tzn. to wspomniane przeglądnięcie archiwum nastąpić musiało przed publikacją „Generacji”, bo sporo fotografii jest w albumie, ale gdy po raz pierwszy oglądałem tą książkę, jakoś słabo na mnie podziałały, być może za sprawą beznadziejnego składu tej publikacji. No więc, jeżeli krytycznie się odnosiłem do nich wtedy, to uroczyście odszczekuję ;) 
Komentując niedawno niezbyt fortunnie nabyty album „Jarocin w obiektywie bezpieki” (wydany przez IPN, więc czego się właściwie spodziewać?), wspominałem o dużej liczbie fotoreporterów robiących tam zdjęcia i o ich typowo fotoreporterskim podejściu, tzn. uprawianiu tzw. „fotograficznego safari”. Pisałem wtedy, że prostym patentem na wykonanie ciekawych i nieszablonowych fotografii z tej imprezy, mogłaby być konwencja „reportażu uczestniczącego”. No i kolorowe zdjęcia Wasążnika zebrane w jedną sekwencję na jego stronie, są czymś takim właśnie. Tym razem szczególnie spodobała mi się fotografia z Jarocina 1983, na której widać Helenkę i Skandala podczas słynnego występu (zarejestrowanego zresztą chyba?), kiedy ta pierwsza odczytała artykuł dziennikarza gazety „Razem” Mariana Butryma, poświęcony scenie punkowej, a szczególnie zespołowi „o paranoicznej nazwie Dezerter” (próbowałem znaleźć w sieci ten tekst, spreparowany w formie klasycznego donosu prasowego – zupełnie jakby przeczytać jakiś elaborat na portalu Gazety Polskiej lub wPolityce – niestety bez powodzenia). 

Miachał Wasążnik, Jarocin 1983, Helenka i Skandal.

Tytuł wystawy w Rastrze zaczerpnięty został z wiersza Andrzeja Bursy:

***

Uliczki takie dobrze znam
Skrzypiące szczudła domów
Chodziłem nimi tu i tam
W dzieciństwie rozmarzonym

Uliczki takie dobrze znam
Nie muszę drogi pytać
Chodziłem nimi tu i tam
W młodości mej niesytej

1955

A mnie po głowie chodzi inny, późniejszy o dwa lata tekst autora Zabicia ciotki”, chyba bardzo w kontekście punkowych czasów (szczególnie jego dwie ostatnie zwrotki):


Andrzej Bursa

Sobie samemu umarłemu

Kiedy umarłem już na amen
Cicho do żony rzekłem:
Bardzo przepraszam cię kochana
Lecz wyjdę na chwileczkę

Gdy na Krupniczą mój upiór wchodził
Szepnąłem do koleżanki:
Wiesz ja nie żyję... nie przeszkadzajcie sobie
Ale nie mogłem ukryć żem jest martwy

Koledzy mnie obsiedli gwarnie
Z papierosami żywi spoceni
Pytali: Co z tobą umarłeś?
To nic Andrzejku tylko się nie łam

Ulicami co świat mi zamknęły na rygle
Na dworzec i przez kolejowe tory
Chodziłem cichy i wystygły
Gdzie kiedyś żywym chodziłem upiorem

Szlakiem w nudzie straconych najgorzej
Dni młodości stęsknionej i pustej
Uderzonej w żywe serce nożem
Uderzonej kastetem w usta

1957

niedziela, 4 grudnia 2011

NASI TAM BYLI


Krynki, ul. Piłsudskiego, 03.12.2011 (Nokia 2700)

Nasi nazi... 

Widoczne na zdjęciu miejsce znajduje się vis a vis budynku synagogi o nazwie Kaukaski Bejt ha-midrasz. Po 1945 kino, obecnie dom kultury. 

***

Przez ostatnie 4 dni fotografowałem działaczki i działaczy mniejszości etnicznych w Białymstoku i okolicach. Wszystko to dla projektu o edukacyjnym charakterze. Ponieważ nocowałem w Kruszynianach (przed tamtejszym meczetem robiłem zdjęcie przedstawiciela Tatarów), więc wczoraj po pracy wybrałem się do pobliskich Krynek. Było już dosyć późno, ok. 14:30, szybko zapadał mrok, a moja prościutka Nokia 2700, rejestrowała kadry z purpurową dominantą.

Krynki, ul. Grochowa, 03.12.2011. Budynek z motywem gwiazdy Davida na elewacji. W tle Sztibl Chasydów Słonimskich, stojący przy ul. Czystej - niestety od czasu, w którym go ostatnio widziałem, mocno podupadł (Nokia 2700).

Łaziłem po wszystkich znanych mi miejscach w Krynkach (w 2008 fotografowałem tutejsze synagogi do projektu Niewinne oko nie istnieje), pstrykałem zdjęcia, a ulice miasteczka były niemal zupełnie puste. Pustka i bezruch. Zapadający mrok. 

Wstąpiłem do sklepu obok trzech krzyży i kupiłem kilka butelek Łomży Niepasteryzowanej, potem w kolejnym sklepie nabyłem pęto palcówki (lokalna dojrzewająca kiełbasa z siekanego mięsa, REWELACJA!) i poszedłem w kierunku ruin Wielkiej Synagogi (wysadzono ją w powietrze w 1970...). 

Zaczęło się już robić naprawdę ciemno, więc pokręciłem się trochę po Zaułku Szkolnym i Zaułku Gminnym oraz ulicy Mokrej i... wróciłem do auta.

Krynki, ul. Kościelna, 03.12.2011 (Nokia 2700).  

Krynki, róg Zaułku Szkolnego i ulicy Mokrej - vis a vis ruin Wielkiej Synagogi, 03.12.2011 (Nokia 2700).

czwartek, 1 grudnia 2011

AFTERLIFE (& HOLY LIFE)


Rybnik-Chwałowice, Parafia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, 23.05.2011

Czyli pół tzw. kredensa w stalowym kolorze z symboliczną rejestracją-datą śmierci ks. Jerzego Popiełuszki oraz pomnik błogosławionego. Miałem się tam wybrać w czerwcu, kiedy rozkwitną krzaki róż, widoczne na pierwszym planie, ale nic z tych zamierzeń nie wyszło...
A teraz, tzn. na początku listopada, gdy tam pojechałem, róże wprawdzie kwitły jeszcze, ale na ekstremalnie długich badylach, zasłaniających tę przepiękną rzeźbiarską instalację. I nie wiem zupełnie, dlaczego pominąłem wcześniej ten kadr? Bo z tamtego majowego wyjazdu jest najlepszy...

poniedziałek, 28 listopada 2011

50 000 !!!

Dokładnie o 15:40:27, IP ze Szczecina.

Tymczasem licznik platformy blogspot wykazuje 70 868 wyświetleń strony.
Co by się jakoś zgadzało (no, nie do końca jednak...), bo na statystyce STAT4u mam wyłączone przeładowania strony. A tych ostatnich jest 21 765.

:)))

niedziela, 27 listopada 2011

ArtPunkt Opole



Dotarła do mnie wreszcie przesyłka z papierową edycją A10. Prezentacja obiektu zaprojektowanego przez Małgorzatę i Antoniego Domiczów wygląda świetnie. I w sumie wykorzystano 8 zdjęć. Mam duży sentyment do tej sesji (wykonanej rok temu w październiku), ponieważ budynek ArtPunktu bardzo dobrze się fotografowało, a zmiana położenia słońca, wydobywała z jego fasad coraz to nowe elementy. Podobnie było po zapadnięciu zmroku, kiedy zapaliły się lampy we wszystkich pomieszczeniach (prawdę mówiąc, iluminacja ta została sprokurowana na użytek sesji), kapitalnie podświetlając półprzezroczyste panele elewacji. 



sobota, 26 listopada 2011

Photo Proxima - fotografia zbliżająca

Na stronie www.photoproxima.eu ukazały się właśnie abstrakty referatów, wygłoszonych podczas podczas ostatniej sesji projektu Photo Proxima - fotografia zbliżająca, realizowanego przez krakowskie Muzeum Etnograficzne. Impreza odbyła się w dniach 3-4 listopada 2011 w klubie lokator przy ulicy Mostowej 4. 
Niniejszym zachęcam więc do lektury wystąpień André Rouillé - Czy fotografia cyfrowa jest fotografią, Givanniego Fiorentino - Społeczne obiegi fotografii w XXI wieku oraz mojego własnego - Fotografia dokumentalna to nie tylko mechaniczna forma pamięci.

piątek, 25 listopada 2011

Kominy!



[Kilka tygodni temu wybrałem się do Raciborza, żeby sfotografować Fiacika 126p - żyletkę, którego namiary podesłał swego czasu mi Wojtek Sienkiewicz. I w drodze, gdzieś w okolicach Rydułtowych, natrafiłem na ten wspaniały obiekt.

Kominy!
Uszczelnianie kominów
Kominy zewnętrzne izolowane
Wkłady kominowe ze stali nierdzewnej
Nasady kominowe

Czysta i konkretna poezja.]

środa, 23 listopada 2011

Fotografia ojczysta i Polska dla Polaków


Na portalu „Teologii Politycznej” pojawił się w ostatnim czasie tekst Marty Turkot Ato Polska właśnie” - rzecz o fotografii ojczystej, więc czytam dalej przytaczany w poprzednim poście wstęp mistrza Jana, a właściwie cofam się pierwszego akapitu, gdzie nasz „ojczysty fotografik” pisze, co następuje:

Zagadnienie fotografii ojczystej jest w Polsce jeszcze nowe, a więc niedość sprecyzowane i bywa pojmowane rozmaicie, czasem w sposób nieco ogólnikowy i mętny. By je lepiej określić przypomnijmy, że któryś z wielkich Polaków powiedział: „im bardziej uszlachetnicie dusze wasze, tym więcej rozszerzycie granice ojczyzny”. Dzisiejsza fotografia ojczysta rodzi się niewątpliwie z prądów zdrowego nacjonalizmu, nurtujących całą Europę, z pragnienia by wszystko, co własne, narodowe, poznać, zobrazować, pokazać, a następnie – pomnożyć, wywyższyć, rozwinąć, wzbogacić. Dzisiejsza fotografia dobrowolnie zaprzęga się w służbę idei mocarstwowej, służbę idei państwa, zespolonego ściśle z narodem i ojczyzną.

Według spisu z 1931 skład narodowościowy II RP przedstawiał się następująco:  Polacy – 68,9%, Ukraińcy – 10,1%, Żydzi – 8,6%, Rusini – 3,8%, Białorusini – 3,1%, Niemcy – 2,3%.

Wystawa „Piękno Ziemi Śląskiej” pokazywana była w Katowicach między 1-15 listopada 1938. Dwa tygodnie wcześniej oddziały wojska polskiego powodowane zapewne „prądami zdrowego nacjonalizmu” oraz w ramach „służby idei mocarstwowej”, przyłożyły się do rozbioru Republiki Czeskiej, zajmując tzw. Zaolzie. Przy tej okazji ukuto termin „ziemie odzyskane”, który po 1945 świetnie się sprawdził się jako nazwa zachodnich i północnych terenów Polski, które właśnie „powróciły do macierzy”.

Tekstu apologetycznego względem Jana Bułhaka na jakimś prawicowym portalu, spodziewał się od dawna, obstawiałem jednak Frondę, Gazetę Polska lub blog poety Wojciecha Wencla. Marta Turkot pisząc o Bułhaku pomija szereg niewygodnych faktów.

Jak szczegółowo to opisał Maciej Szymanowicz w eseju „W służbie idei. Uwagi o fotografii ojczystej” nasza ojczysta fotografia była klonem niemieckiej Heimatfotografie i jak ona powstała na skutek działania „prądów zdrowego nacjonalizmu”. Ale Heimat to tylko „mała ojczyzna”, pojęcie szersze to Vatterland. Fotografia ojczysta propagowana przez Jana Bułhaka przed II wojną, a także po 1945 roku to zdecydowanie raczej… Vaterlandfotografie.

Teraz przeskoczmy do końcowego akapitu bułhakowskiego wstępu do katalogu „Piękno Ziemi Śląskiej”:

Tyle na razie powiedzieć można o istocie fotografii ojczystej. Jęsli ma ona być nie pustym frazesem i nową zabawką dla snobów, lecz sprawą ważną i płodną w następstwa, jeśli ma stworzyć wielki, piękny skarbiec rodzimej prawdy i rodzimego piękna, obraz polskiej pracy, polskiego budowania, polskiej tradycji, wizerunek ziemi, człowieka, obyczaju, stroju, narzędzia, słowem obraz całego polskiego życia w jego różnolitej krasie i wymowie bogatej, samorodnej i swoistej, to trzeba się zabrać do dzieła poważnie i energicznie: na pomoc sentymentowi – wezwać ukształcenie estetyczne i wiedzę krajoznawczą i baczyć – by te trzy czynniki szły zawsze razem i razem tworzyły prawdziwy, wierny obraz plastyczny naszej ojczyzny.

„Rodzimej”, „rodzimego”, „polskiej”, „polskiego”… a wszystko to przy cytowanym wcześniej składzie etnicznym II RP.

Swój program „ojczystej fotografii” Bułhak bez problemu, ale i też bez specjalnych skrupułów zaadoptował na potrzeby propagandy Polski powojennej, która przecież - przynajmniej tak o niej piszą autorzy kojarzeni z Teologią Polityczną - nie była całkowicie niezależnym państwem. Skąd jednak decyzja ówczesnych władz komunistycznych, by skorzystać z usług przedwojennego nacjonalisty i twórcy nieszczęsnego terminu „fotografik”? Powróćmy raz jeszcze do Maciej Szymanowicza i jego eseju „W służbie idei. Uwagi o fotografii ojczystej”:

Protektorat władz komunistycznych nad fotografią ojczystą posiada jeszcze jeden, znacznie szerszy aspekt. Był on związany z ówczesną próbą narodowej legitymizacji władz komunistycznych, która stanowi istotne dla naszych rozważań tło historyczne. Komuniści obejmujący władze w Polsce wraz z postępami armii czerwonej doskonale zdawali sobie sprawę z braku poparcia społecznego. Brak wiarygodności oraz przeświadczenie większości społeczeństwa o agenturalnym charakterze władz, wpłynęły na konieczność unarodowienia wizerunku partii. Pisze o tym Marcin Zaremba w swojej pionierskiej pracy na temat nacjonalistycznej legitymizacji władz komunistycznych: „Aby przekonać naród, że nowe państwo polskie jest rzeczywiście <> i <>, podjęto wiele zabiegów o charakterze propagandowym i instytucjonalnym. Wachlarz tych działań był bardzo szeroki – poczynając od otaczania się narodowymi symbolami, posługiwania się językiem bardziej Romana Dmowskiego niż Róży Luksemburg, manipulowania historia i instrumentalnego traktowania dorobku polskiej kultury, a kończąc na umacnianiu ksenofobicznej wspólnoty narodowej poprzez wzbudzanie atmosfery narodowego zagrożenia”. Próba wsparcia się komunistów autorytetem przeszłości była koniecznością choćby dlatego, że wojna niebywale wyostrzyła podziały narodowe. Starano się przywoływać w sposób niejednokrotnie nachalny historię, której kontynuacją miały być ówczesne władze. Jak pisze Jadwiga Kiwerska: „Koncepcja <> została […] wylansowana jako wykładnia polityki komunistów (jako przykład ich związku z tradycją i historią), a później państwa polskiego. Innymi słowy, był to sposób legitymizacji władzy komunistycznej w Polsce” . Podobnie jak historia, również folklor został zawłaszczony przez propagandę, stając się jednym z elementów mitologii narodowej, co szczególnie było widoczne w corocznych obchodach dożynek. Proces ten nazwijmy za Piotrem Osęka „legitymizacją etniczną” władzy, dzięki której nie tylko odnoszono się do historycznej tradycji Ziem Odzyskanych, ale również nieustannie akcentowano powojenne „zjednoczenie” słowiańskie tłumaczące „braterskie więzy” ze Związkiem Radzieckim.

Jak to celnie ujął Czesław Miłosz w swoim poemacie „Trakt moralny” (1957): „Jest spadkobiercą ONR-u partia”. Miał na myśli oczywiście komunistyczną monopartię o nazwie PZPR, ale patrząc na prawą stronę współczesnej sceny politycznej w Polsce, znalazło by się też kilka organizacji, do których pasowałoby stwierdzenie poety.

wtorek, 22 listopada 2011

AMERICAN BIKINI (i fotografia ojczysta)


Mysłowice, 20.11.2011

[Jak czytam we wstępie do katalogu wystawy Piękno Ziemi Śląskiej” (1938) autorstwa Jana Bułhaka: 

Przymiotnik „ojczysty” posiada barwę subiektywną - uczuciową.  Każdemu człowiekowi jest wrodzone przywiązanie do ziemi ojczystej, do rodzinnego zakątka, więc i początkujący fotoamator, który grasuje z aparatem po kraju i odtwarza na chybił trafił te lub inne przedmioty i miejscowości, może łudzić się, że uprawia fotografię ojczystą. Ale tak nie jest - w przeciwnym bowiem razie tym mianem należałoby ochrzcić całą niezmierną produkcję amatorską, choćby zupełnie bezwartościową, czynioną bez wyboru, umiejętności i poczucia artystycznego tylko dlatego, że tematowo pochodzi z kraju ojczystego i przedstawia jakiś jego fragmencik. A to by zepchnęło fotografię ojczystą do poziomu zabawki. Trzeba więc stwierdzić w pierwszym rzędzie, że fotografowanie byle czego i byle jak choćby z sentymentem lokalnym, nie wchodzi jeszcze w zakres naszego zagadnienia.]