środa, 21 listopada 2018

(Na tej wyspie, jak między snami, kręcę się wolno)

Wioletta Grzegorzewska

Czas mew

Na tej wyspie, jak między snami, kręcę się wolno,
jestem podwójna, choruję na przewlekle tygodnie.
Mgła na stromych ulicach jak ruchliwy Ariel
wypływa z drzew, skręca włosy kobiet.

W czasie odpływu żaglówki kiwają się na piasku.
Lokale przy High Street cuchną frytkami, groszkiem
i baraniną w miętowym sosie. Turyści nad rumem
od zmierzchu do świtu trwonią się w knajpkach.
Poduszkowce jak białe skorupiaki uciekają z wody.
Do filiżanek spadają piwonie: usta - płatki - usta.
Wypełniają się salony gier. Zwijają pola golfowe.

Zabierz mnie z tego raju, gdzie czuję się mdło
jak herbata z mlekiem. Zabierz zanim wyparuję.


[Lubię wiersze Wioletty Grzegorzewskiej, choć zapewne nie dogadalibyśmy się w wielu sprawach, także (czy przede wszystkim) tych dotyczących sztuki. Ostatnio autorka Czasów zespolonych przeżyła załamanie nerwowe, a na facebooku szczegółowo opisała swoją próbę samobójczą. Takie to czasy, że odbieranie sobie życia także zagarnęły social media... Ponieważ właśnie na facebooku umieszcza ona regularnie selfiki, czyli kolejne wersje swej persony (większość poetek, pisarek tak postępuje), wrzuciłem do googla jej nazwisko i popatrzyłem na wyniki w grafice. Bardzo symptomatyczne, nie tylko w kontekście biograficznym czy aspekcie autokreacyjnym... W momencie załamania psychicznego jej profilowym zdjęciem była ta sama fotografia, która pojawiła się na skrzydełku Czasów zespolonych.]

[Trochę autokreacji...]

wtorek, 20 listopada 2018

Widok zza bliska (II)

[Postaci z rzeźby Józefa Piłata Sklepik żydowski w Dębskiej Woli, Muzeum Narodowe w Kielcach]

Jeszcze raz praca Józefa Piłata Sklepik żydowski w Dębskiej Woli i sportretowane w niej osoby (w porządku od lewej strony): Mejer Lowenstein, zwany Majorem lub Majorkiem, jego córka Ruchla Orzech i jej mąż Mejloch Orzech, zwany Mejlokiem.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Widok zza bliska. Inne obrazy Zagłady

[Fragment rzeźby Józefa Piłata Sklepik żydowski w Dębskiej Woli, Muzeum Narodowe w Kielcach]

30 listopada w Muzeum Etnograficznym w Krakowie otworzy się wystawa pod tym tytułem. Będzie można na niej zobaczyć także widoczny powyżej portret Ruchli Orzech, stworzony przez Józefa Piłata (a sfotografowany w zbliżeniu przeze mnie), pochodzący z jego fenomenalnej pracy Sklepik żydowski w Dębskiej Woli (1964). Na wystawie zdjęcie to będzie miało dwa metry wysokości. Więcej informacji już niebawem.

niedziela, 18 listopada 2018

MIĘSO JAKO METAFORA (15)

Tadeusz Różewicz


DO SERCA

Widziałem
specjalistę kucharza
wkładał rękę
do pyska
i przez tchawicę
wpychał ją do wnętrza
owcy
i tam w żywym
chwytał serce
zaciskał [place
na sercu
wyrywał serce
jednym szarpnięciem
tak
to był specjalista

1959


CORRIDA
(afisz)

Czarny wulkan
dymi krwią
wyrzuca 
białe piany 
byk
naszpikowany
ostrzami
ogłuszony rykiem
ludzkiej masy

opada
spływa na arenę
łagodnieje
jak wykrwawiona flaga

rogi
nozdrza
w górze mięsa
oko
zachodzi mgła
lawa zastyga
w słońcu

białe pończochy
lakierowane pantofle

1969


GODZINA KARMIENIA

Miasto wyłania
z dymów i mgieł
gruby odwłok
powleczony neonami

wygasa

prostytutki
wykonują mechaniczne
ruchy
z twarzą daleką i martwą

głosy
parzących się
dorosłych osobników
trwożą
dzieci
za parawanem

tygrys bóg zamknięty
w żelaznej klatce
w ZOO
mruży żółte ślepia

jeszcze nie przyszła
godzina karmienia
godzina otwarcia
tygrys bóg drzemie
wśród własnych
odchodów


[Zaniedbałem ostatnio cykl poetyckich prezentacji Mięso jako metafora... Więc niniejszym nadrabiam (jakkolwiek wczorajszy wpis doskonale się do tej serii nadaje). Teksty Tadeusza Różewicza pochodzą z  tomów: Zielona róża (1961) - wiersz Do serca i Regio (1969) - wiersze Corrida i Godzina karmienia. Miłej (jeżeli to możliwe w tym przypadku?) lektury!]

sobota, 17 listopada 2018

"Ryba" po raz drugi

Elizabeth Bishop

                Ryba

Przekład Andrzej Sosnowski

Złowiłam potężną rybę
i trzymałam ją obok łodzi
w pół nad wodą, na moim haczyku
tkwiącym mocno w rogu jej pyska.
Nie walczyła.
Wcale nie podjęła walki.
Zwisał chrapliwy kolos
pokonany i zasłużony,
nieprzyjemny. Tu i ówdzie
jego brązowa skóra zwisała
płatami jak wiekowa tapeta,
a wzorek najciemniej brązowy
był jak tapeta:
zarysy wybujałych zbóż
w plamach i zaniku ze starości.
Usiany był skorupkami pąkli,
ładnych wapiennych rozetek
i pokryty chmarą
maleńkich białych wszy morskich,
a spod jego brzucha zwisały
dwa lub trzy strzępy zielska.
Gdy jego skrzela wdychały
przeokropny tlen
- straszne skrzela,
czerstwe i świeże od krwi,
które mogą tak paskudnie skaleczyć - 
myślałam o brzydkim białym mięsie
ubitym w nim jak pierze,
o dużych ościach i małych, 
od dramatycznych czerwieniach i czerniach
jego połyskliwych wnętrzności,
o różowym pęcherzu pławnym
jak duża piwonia.
Patrzyłam w jego oczy
sporo większe od moich,
lecz płytsze i zażółcone,
tęczówki cofnięte, owinięte
w wytartą cynfolię,
widziane przez grube szkła
ze starej porysowanej galarety.
Odrobinę się przesunęły, lecz nie po to,
by odwzajemnić spojrzenie.
- Z grubsza tak, jak się przechyla
jakiś eksponat ku światłu.
Podziwiałam posępne oblicze,
mechanizm jego paszczęki,
i wtedy zobaczyłam,
że z dolnej wargi
- jeśli to można tak nazwać - 
zawziętej, wilgotnej, morderczej
zwisa pięć starych linek w kawałkach,
a właściwie cztery i stalowy przypon
z krętlikiem wciąż na swoim miejscu,
z całą piątką ich wielkich haczyków,
które zwyczajnie wrosły w jego pysk.
Jedna zielona, wystrzępiona na końcu,
gdzie ją obciął, dalej dwie grubsze
i cienka jak nić czarna,
wciąż skręcona po naprężeniu i cięciu,
kiedy strzeliła, a on pierzchł.
Jak ordery z ich wstążkami,
które siepią się i powiewają,
pięć włosów brody mądrości
wlokła jego obolała szczęka.
Gapiłam się tak i gapiłam,
a triumf powoli napełniał
małą wypożyczoną łódź,
począwszy od kałuży w zęzie
z tęczą rozpostartą przez olej,
dookoła zardzewiałego silnika,
po czerpak z rdzą pomarańczową,
ławki spękane od słońca,
dulki przymocowane sznurkami,
okrężnice - aż wszystko to 
była tęcza, tęcza, tęcza!
I wypuściłam rybę.

Santarém (2018)


                         The Fish

I caught a tremendous fish
and held him beside the boat
half out of water, with my hook
fast in a corner of his mouth.
He didn’t fight.
He hadn’t fought at all.
He hung a grunting weight,
battered and venerable
and homely. Here and there
his brown skin hung in strips
like ancient wallpaper,
and its pattern of darker brown
was like wallpaper:
shapes like full-blown roses
stained and lost through age.
He was speckled with barnacles,
fine rosettes of lime,
and infested
with tiny white sea-lice,
and underneath two or three
rags of green weed hung down.
While his gills were breathing in
the terrible oxygen
− the frightening gills,
fresh and crisp with blood,
that can cut so badly –
I thought of the coarse white flesh
packed in like feathers,
the big bones and the little bones,
the dramatic reds and blacks
of his shiny entrails,
and the pink swim-bladder
like a big peony.
I looked into his eyes
which were far larger than mine
but shallower, and yellowed,
the irises backed and packed
with tarnished tinfoil
seen through the lenses
of old scratched isinglass.
They shifted a little, but not
to return my stare.
– It was more like the tipping
of an object toward the light.
I admired his sullen face,
the mechanism of his jaw,
and then I saw
that from his lower lip
– if you could call it a lip –
grim, wet, and weaponlike,
hung five old pieces of fish-line,
or four and a wire leader
with the swivel still attached,
with all their five big hooks
grown firmly in his mouth.
A green line, frayed at the end
where he broke it, two heavier lines,
and a fine black thread
still crimped from the strain and snap
when it broke and he got away.
Like medals with their ribbons
frayed and wavering,
a five-haired beard of wisdom
trailing from his aching jaw.
I stared and stared
and victory filled up
the little rented boat,
from the pool of bilge
where oil had spread a rainbow
around the rusted engine
to the bailer rusted orange,
the sun-cracked thwarts,
the oarlocks on their strings,
the gunnels – until everything
was rainbow, rainbow, rainbow!
And I let the fish go.

 North & South (1946)

[Przekład Andrzeja Sosnowskiego przepisałem z książki: Elizabeth Bishop, Santarém, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018, s. 21-23.]

wtorek, 13 listopada 2018

We wtorek, trzynastego...

[Cybinka, cmentarz żołnierzy Armii Radzieckiej, 07.01.2018]

I w odniesieniu do widocznego powyżej dyptyku przyszedł mi na myśl słynny wiersz Krzysztofa Jaworskiego Wszyscy równi, wszystko wspólne, żadnej władzy! A tu szczególnie jego końcowe wersy, poczynając od linijki "niech dziennikarze wydupczą się sami". Polecam Państwu zdecydowanie lekturę tego utworu...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Brzeg, ul. Oławska (09/11/2018)


Znalazłszy się na tej ulicy, jej widok wydał mi się dziwnie znajomy i przypomniałem sobie zaraz cykl Wojtka Sienkiewicza Ulica Oławska... Tyle, że miejsce sfotografowane przez niego znajduje się kilkaset metrów dalej. Wyjazd, z którego wróciłem wczoraj wieczorem okazał się być nadzwyczaj owocny, jakkolwiek wolałbym, żeby dzień trwał dłużej. Nie można jednak mieć wszystkiego... 

piątek, 9 listopada 2018

Odblaski z Østerdalsgade

[2104]

Chciałoby się wrzucać kolejne kadry z Blue Pueblo, ale cykl liczy tylko 16 ujęć, a większość już tutaj została zaprezentowana. Owszem, mógłbym pogrzebać w archiwum, a właściwie to musiałbym na nowo zeskanować filmy z Kopenhagi, ponieważ przy zmianie komputera tego właśnie folderu nie zarchiwizowałem. Więc być może coś by się jeszcze znalazło?

czwartek, 8 listopada 2018

Odblaski z Østrigsgade

[Kopenhaga, 2013]

Chyba jedyna fotografia w cyklu, na której pojawia się element ludzki na ulicy (owszem, zdarzają się inne elementy ludzkie, ale zawsze w pojazdach mechanicznych). Kurier z paczką dzwoni do drzwi pod numerem 21.

Dzisiaj w Krakowie takie lśnienie, jakie zdarza się w Kopenhadze. Tylko powietrze pachnie zupełnie inaczej (śmierdzi jak cholera!).

środa, 7 listopada 2018

Dzisiaj tylko dobre wiadomości


Chciałoby się nic nie mówić, tylko słuchać... Od bardzo dawna żadna płyta tak mną nie wstrząsnęła. Giuliamo Carmignola w najwyższej formie. Ale przecież to nie są zawody sportowe! Carmignola, uczeń Nathana Milsteina i Henryka Szerynga, gra sonaty oraz partity JSB nadzwyczaj precyzyjnie i - szukałem długo właściwego słowa, a to użyte za chwilę, wszystkim przecież znane, mimo pewnych obciążeń, wydaje mi się jak najbardziej na miejscu - mistycznie. Ciekawe jak poradziłby sobie z Sonatami różańcowymi Heinricha Ignaza Franza von Bibera czy z sonatami Arcangelo Correllego z opusu 5. Może jeszcze nagra te utwory?



Efekt pasażu. Konfrontacje i negocjacje tożsamości we współczesnych praktykach artystycznych - świeżo wydana, obszerna książka Romana Lewandowskiego (pomyślana także jako podręcznik akademicki), gdzie i o projekcie Niewinne oko nie istnieje jest napisane, a zreprodukowana praca, to fotografia (mój wybór) przedstawiająca budynek byłej synagogi w miejscowości Kargowa w Lubuskiem. Bardzo lubię to zdjęcie, jakkolwiek historia w tle tego kadru do dobrych wiadomości nie należy...


wtorek, 6 listopada 2018

Dębica, ul. Ignacego Paderewskiego (04/11/2018)


Ciemno już się robiło, a miejsca było tutaj tyle, co kot napłakał, tak że nawet szerokie przecież 15mm Irixa ledwie dało radę... 
Blok stoi vis a vis boiska Iglopolu Dębica, a tam, na konstrukcji utrzymującej trybunę wisiał baner z hasłem: 11 LISTOPADA WSZYSCY NA MARSZ.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Architektura symetryczna z Krosna



Przed chwilą wrzuciłem to zdjęcie na sąsiedniego bloga. Jak wyczytałem w lokalnej prasie, chciano ten pomnik zdekomunizować (czyli rozebrać), ale... ponieważ stoi on na wojennym cmentarzu żołnierskim, wedle obowiązującej ustawy takiej procedurze nie podlega. Obok cmentarza (po prawej stronie) znajduje się kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, gdzie w czasie gdy robiłem zdjęcia trwała parafialna suma. Chcąc nie chcąc, wysłuchałem więc trwającego ze dwadzieścia minut kazania, w którym nieznany mi z twarzy kapłan głosem ex-księdza Międlara, mówił jak wielkim zagrożeniem dla Polski są muzułmanie, elgiebete i dżender.