czwartek, 31 stycznia 2013

200.000


odsłon od 9 grudnia 2009. 

Nie zauważyłem nawet, kiedy to się wczoraj stało...

Dziękuję wszystkim odwiedzającym hiperrealizm i zapraszam ponownie!

środa, 30 stycznia 2013

W HOŁDZIE KRÓTKIM POBYTOM


Grzegorz Wróblewski

W HOŁDZIE KRÓTKIM POBYTOM

Może to wina zamieszek w Albanii
albo działa tak na nas gliniany bożek
Ganeśa. Na nic przyjemnego
nie powinienem dziś liczyć.

(Drażnią mnie nawet słodkie mango,
które wczoraj kupiłaś u Pakistańczyka)
Chyba tylko dlatego nazwałem ostatnią 
grafikę "Loneliness".

Choroba cywilizacji... - mówi o niej
zdenerwowana właścicielka galerii.
Równie dobrze mógłbym
nadać jej tytuł: "Eyes".

Ale wyszłoby na to samo.



[Grzegorz Wróblewski Deep Blue Adventures]


MIŁOŚĆ, EKOLOGIA I MOON

Przysłuchujemy się śpiewającym w oddali
myśliwcom: sekta Moona nie odkryła
jeszcze naszej podmiejskiej kryjówki!

Chwilowa idylla... Tutaj liczą się tylko
białe muszle i ptaki wynurzające się 
z czystych chmur.

Znaczysz dla mnie więcej niż  elektrownia

atomowa Barsebäck.



[Grzegorz Wróblewski Copenhagen Fashion Week]


RANDKA HENRIETTY

Polny konik schował się za koszykiem rozebranej
do naga Henrietty. Henrietta zrywa gorące liście
i bawi się kukurydzianą kolbą.

Spocona czeka na swojego mężczyznę, który
pojawi się dopiero za 4 miesiące
po zakończeniu urzędniczej praktyki w Odense.



[Grzegorz Wróblewski Statistics nad Informatics]


ANITA

Nie znoszę lizania w policzek - jęczy obrażona
Anita. W trakcie stosunku czyta na głos artykuł
o pielęgnacji wrażliwego na ciepło skalara.

Potem zagryza miłość szwedzkimi dietetycznymi
chrupkami.  Gładzi swoje błyszczące włosy i pije
pomarańczowy napój z domieszką niezbędnych witamin.



-----
[Wszystkie wiersze przepisałem z tomu: Grzegorz Wróblewski Dwie kobiety nad Atlantykiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011. 


W HOŁDZIE KRÓTKIM POBYTOM str. 19
MIŁOŚĆ, EKOLOGIA I MOON str. 18
RANDKA HENRIETTY str. 23
ANITA str. 22

Obrazy pochodzą z profilu autora na Facebooku.
Prawdę mówiąc szukałem wymienionej w pierwszym wierszu grafiki o tytule Loneliness, będąc pewny, że ją widziałem podczas wizyty w Kopenhadze, jednak bezskutecznie...]

wtorek, 29 stycznia 2013

Fördermaschine


Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauFördermaschine, 1898 

Czyli po polsku "maszyna wyciągowa". Przedwczoraj napisał do mnie maila Sławoj Dubiel, w którym znajdował się link do jego bloga efekt niedoskonałości, a konkretnie do posta z grudnia 2011 (zupełnie o nim zapomniałem), gdzie również pojawia się powyższe zdjęcie Maxa Steckla oraz fotografia Sławoja także przedstawiająca Fördermaschine.

Sławoj Dubiel, Zabrze, kopalnia Królowa Luiza, 2006 [fotografia z katalogu wystawy Dwie tradycje]

Z tym, że Steckel sfotografował będącą w ruchy maszynę w Hohenzollern Grube i jego zdjęcie miało intencjonalnie - by tak powiedzieć - "charakter użytkowy", a Sławoj rejestrując swój kadr na terenie muzeum skansenu górniczego Królowa Luiza, używając werystycznej konwencji sporządzał już "dokument artystyczny". Na tym przykładzie widać chyba wyraźnie, czym dokumentacyjne zapisy z przełomu XIX i XX wieku, różnią się od bardzo do nich podobnych (jeśli chodzi o sposób prezentacji motywów), dokumentalnych serii wykonywanych współcześnie.

Wystawa "Dwie tradycje", na której powyższe zdjęcie było prezentowane (inna fotografia Sławoja znalazła się też na okładce katalogu), nie była niestety przedsięwzięciem zbyt udanym. W pokazanym w Galerii Pustej zestawie prac, właściwie tylko zdjęcia Dubiela i Andrzeja Jerzego Lecha się broniły. Klapa tego przedsięwzięcia, przez kilka dobrych lat obmyślanego przez Jakuba Byrczka (tytułowe "dwie tradycje" odnosić się miały do likwidowanego górnictwa oraz odchodzącej w przeszłość wielkoformatowej fotografii analogowej) wynikała po części z... jego logistyki. Terminy realizacji zapisów wyznaczono bowiem na późną wiosnę i przyjeżdżający na Górny Śląsk fotografowie z Polski oraz Czech musieli się zmierzyć przede wszystkim z niemożliwie słoneczną aurą. Poza tym, kilka dni pobytu w Katowicach, Chorzowie czy Bytomiu (oraz "obowiązkowym" Nikiszowcu), to jednak zbyt krótki okres czasu, żeby zrobić dobry zapis (trafić na ciekawe czy też ważne obiekty oraz właściwą pogodę...).

Na koniec dorzucam własną ferdermaszynę z nieistniejącej już (a wtedy będącej w fazie intensywnej rozbiórki) Kopalni "Siemianowice Śląskie". 

[KWK Siemianowice Śląskie, 01.12.2002]

poniedziałek, 28 stycznia 2013

ZAPROSZENIE DO BWA W ZIELONEJ GÓRZE


Jeżeli kto na miejscu lub w okolicy, to zapraszam do BWA w Zielonej Górze, w czwartek 31 stycznia 2013 o godz. 19:00 na mój wykład "Fotografia i interpretacja". Zgodnie z tytułem wystąpienia będę mówić o interpretowaniu zdjęć, ale też o "znaczeniach" fotografowanych motywów, na które można  zwrócić uwagę odbiorcy projektu dokumentalnego, rozumianego jako działanie o charakterze artystycznym. ZAPRASZAM SERDECZNIE!

[Powiedzmy, że zdjęcie to nosi tytuł Nowy wymiar smaku. Wykład w Zielonej Górze reklamuje fotografia szybów KWK Polska ze Świętochłowic, ale ponieważ była już tutaj prezentowana, więc dokonałem podmiany. Jeśli idzie o faktografię, to zdjęcie było zrobione w 2007 i widzimy na nim ulicę Rzgowską w Łodzi (tuż przed skrzyżowaniem z Ignacego Paderewskiego). Widoczny na obrazku trabant pick-up powędrował w międzyczasie na dach budynku obok "myjni bezdotykowej" po lewej stronie (które są tutaj poza kadrem).]

niedziela, 27 stycznia 2013

Tagesstrecke


czyli odkryta część pochylni/pochyłego chodnika (jak mi to przetłumaczył z niemieckiego Mariusz Bednarski, DZIĘKI!), która być może posiada jakąś własną nazwę w rodzimej terminologii górniczej (?). 
P i ę k n e   z d j ę c i e !!!

Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauTagesstrecke, 1898

Przy okazji odkrycia płytek ze skanami z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen Bergbau wrzuciłem do googla nazwisko jej autora i dowiedziałem się np. o wystawie "Czarne diamenty. Górnośląskie górnictwo XIX i XX wieku w fotografii Maxa Steckla", jak odbyła się w 2009 w Muzeum Miedzi w Legnicy. Materiał wizualny pokazywany na tej ekspozycji (jak można zobaczyć na zdjęciach z wernisażu), stanowiły powiększenia sporządzone ze wspomnianego wyżej wydawnictwa z 1898 roku, teki Czarne Djamenty z 1928 oraz... z wcześniejszej o rok Księgi pamiątkowej Wyższego Urzędu Górniczego (o  istnieniu tego ostatniego zbioru fotografii Steckla nie miałem bladego pojęcia - ciekawe jaką formę ma ta publikacja i jakie zdjęcia zostały w niej wykorzystane?).
Dowiedziałem się też o wystawie "Au jour et au fond" sprzed roku w Centre Historique de Nord w Lewarde, na której pokazano fotografie wykonane na Śląsku i w regionie Nord-pas de Calais w latach 20. XX w., między innymi kadry pochodzące z teki Czarne Djamenty (ze zbiorów Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu).
Prawdę mówiąc googlując Maxa Steckla miałem nadzieję, że być może ukazał się w ostatnim czasie album z jego fotografiami... Wydawnictwo, o którym nic nie wiem, bo takich książek się raczej u nas nie komentuje, tak jak np. świetnego albumu  6 metres avant Paris Eustachego Kossakowskiego, który został wydany przez francuską oficynę Nous, a recenzji tej ważnej książki ciągle brak (gazetowi recenzenci z pisaniem o fotografii mają - by tak to oględnie określić - dość podstawowy problem...).

Poniżej Hohenzollern Grube (po 1945 KWK Szombierki), której podziemia sfotografowane przez Maxa Steckla, znalazły się w tece Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen Bergbau. Część widocznej na zdjęciu zabudowy, można było jeszcze mniej więcej 12 lat temu oglądać z wiaduktu nad torami w ciągu ulicy Zabrzańskiej, prowadzącej z Bytomia przez Szombierki do Bobrka.


Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauGesammt-Ansicht der Grubenlage, 1898

sobota, 26 stycznia 2013

Max Steckel odnaleziony


Okazało się, że płytki wypadły z przepełnionej szuflady i spoczywały na samym dnie szafy (zasłonięte skutecznie przez ostatnią z szuflad). Te skany były robione chyba w 2006 albo 2007 roku w bibliotece AGH pod kątem artykułu do Kwartalnika Fotografia, którego ostatecznie nie napisałem, ale nie pamiętam już dlaczego tego nie zrobiłem. Tak w ogóle to we wspomnianej bibliotece mają też oryginał "Czarnych djamentów" oraz dwie wydane przed 1914 rokiem książki: o wytopie stali i koksowaniu węgla, gdzie poglądowe ilustracje to także zdjęcia Steckla. Kiedy teraz otwierałem pliki ze zeskanowanymi grawiurami, fotografie te wydały mi się nieco sztywne (jego modeli najwyraźniej zmuszono do spędzenia więcej niż chwili w bezruchu) i porównując te kadry do niewiele późniejszych zdjęć Lewisa Hine'a,  przestawiających młodocianych górników z Pensylwanii, można dostrzec - by okreęlić to oględnie - dość  wyraźne różnice. Oczywiście intencje, jakie przyświecały obu fotografom były diametralnie inne. Hine robił swoją dokumentację dla National Child Labour Committee, organizacji lobbującej w Kongresie za wprowadzeniem ustaw zakazujących pracy nieletnich w USA (co ciekawe, ostatnie regulacje prawne weszły w życie w 1938 roku - prawdziwy to triumf wolnorynkowej demokracji...), fotografie Steckla powstawały zwykle na zamówienie koncernów węglowych, co zresztą trochę (czy też nawet bardzo) jest widoczne na tych kadrach.

 Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauKohlenförderung am Sprunge (Kohlenrutsche), 1898

Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauPleilerabbau am Sprunge, 1898

piątek, 25 stycznia 2013

Kohlenförderung


albo rzeczywiste "Piękno Ziemi Śląskiej" pokazane nieco inaczej i bez sentymentalnych lasów kominów czy bezdroży krajobrazów górnośląskich (siłą rzeczy także bez: żubrów, Matek Polek, Beskidów i górali...). Przypadkowo natrafiłem na płytkę ze skanami  z wydawnictwa pt. "Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen Bergbau. 40 Ansichten vom Bergbau und Redendenkmal. Preisgekrönte Bilder von Max Steckel." (CD ma napisaną flamastrem cyfrę 3, ciekawe gdzie podziały się numery 1 i 2?). Nie była to książka, ale teka z graviurami o zielonkawej tonacji, a wszystko to ukazało się w... 1898 roku (!!!) w Königshutte czyli w Hucie Królewskiej (dzisiejszym Chorzowie), nakładem oficyny Verlag von R. Giebler.


No więc może w tytułowy Kohlenförderung w dwóch wersjach: PferdebetriebElektrischer Betrieb.

Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauKöhlenforderung (Pferdebetrieb), 1898

Max Steckel z teki Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen BergbauKöhlenforderung (Elektrischer Betrieb) Kuppelstation, 1898

Teka Vom Obeschlesischen Stein-Kohlen Bergbau to w zasadzie monografia  kopalni Hohenzollern (później Szombierki), gdzie oglądamy krok po kroku ówczesny proces wydobywania węgla. Max Steckel był nazywany "mistrzem magnezji" ponieważ do perfekcji opanował posługiwanie się tym rodzajem sztucznego światła. Przy zdjęciach fabrycznych hal podpalał poszczególne porozmieszczane w różnych miejscach ładunki, tak żeby mieć równomiernie oświetlone wnętrze - czyli był to ówczesny rodzaj techniki open flash (nie wiem jak było w przypadku kopalnianych chodników, czy stosował magnezję, czy też kilkupunktowe oświetlenie elektryczne?).

Mam nadzieję, że odnajdę płytki z cyframi 1 i 2...

środa, 23 stycznia 2013

Jan Bułhak i "Piękno Ziemi Śląskiej"


Okładka katalogu wystawy z 1938 roku wygląda tak (na egzemplarzu, który posiadam ktoś sobie coś zawzięcie notował):


A wśród 523 zdjęć (pokazanych podczas ekspozycji? czy tylko będących w kolekcji?) autorstwa 47 fotografów, motywów industrialnych (sądząc po tytułach, bo tylko 32 prace są reprodukowane w tym wydawnictwie) naliczyłem około setki. Co ciekawe, w tym zestawie tytułów pojawia się np. "Matka Polka" oraz "Portret Matki Polki" (obie mamy autorstwa Józefa Dańdy), dwa "Żubry", a także mnóstwo beskidzkich krajobrazów z obowiązkowymi góralami (ich nie liczyłem).
Jan Bułhak na wystawie pokazał 14 prac i zdobył II nagrodę (czyli był to także konkurs) za zdjęcie pt. "Wicher", którego jednak postanowiłem nie skanować (banał przeraźliwy...). Wklejam natomiast dwie fotografie industrialne, bo w przypadku autora "Fotografii Ojczystej" motywy to raczej rzadko przez niego rejestrowane.


W 2007 roku Muzeum Górnośląskie w Bytomiu pokazało wystawę "Jan Bułhak. Ziemia Śląska 1936". Okazało się bowiem, że w muzealnych zbiorach znajduje się kolekcja ok. 100 szklanych negatywów naświetlonych przez Bułhaka latem 1936 roku, kiedy na zlecenie Oddziału Sztuki przy Śląskim Urzędzie Wojewódzkim i Wojewódzkiej Komisji Turystycznej podróżował po regionie i robił zdjęcia. Kuratorem wystawy był nie pracujący już niestety w tej instytucji Marek Meschnik, zaś fotografie zaprezentowano w postaci stykowych kopi z negatywów 13x18cm, które podano w wersji soute, bez żadnych doświetleń i interpretacji w zakresie tonalnym (klisze te zresztą były mocno zniszczone i widać było na emulsji plamy, świadczące o procesie utleniania - ciekawe, czy poddano je planowanej wtedy konserwacji?). W pokazanym zestawie znalazły się widocznej powyżej kadry, ale motywów o stricte industrialnym charakterze nie było tam zbyt wiele i ewidentnie było też widać, że taka tematyka niespecjalnie Bułhaka pociągała... 

W przypadku zdjęcia pt. "Las kominów" mającego wg. organizatorów wystawy przedstawiać Hutę Falva (secundo voto "Florian") w Świętochłowicach (wydaje mi się jednak, że jest to raczej huta cynku "Silesia" w Lipinach), na prezentowanej podczas wystawy stykówce widać było np. szczegóły na budynkach hutniczych hal... (a tu mamy ciemne bryły) i niebo nad kominami wyglądało zdecydowanie mniej "dramatycznie". 
Zastanawiam się też, jaki konkretnie "Krajobraz górnośląski" pojawia się na drugiej fotografii, czy jest to może widok w kierunku Chorzowa Starego i dymiącej Huty Piłsudski (primo voto Königshütte) od strony Michałkowic lub Maciejkowic? Może ktoś z odwiedzających hiperrealizm ma jakiś pomysł w tym względzie?

wtorek, 22 stycznia 2013

Jan Bułhak i "zdrowe prądy nacjonalizmu, nurtujące całą Europę"


W wstępie do katalogu I Wystawy Fotografiki Śląskiej, pod hasłem "Piękno Ziemi Śląskiej" w swoim programowy tekście Istota fotografii ojczystej Jan Bułhak pisze m.in.: Dzisiejsza fotografia ojczysta rodzi się niewątpliwie z prądów zdrowego nacjonalizmu, nurtujących całą Europę, z pragnienia, by wszystko, co własne, narodowe, poznać, zobrazować, pokazać, a następnie - pomnożyć, wywyższyć, rozwinąć, wzbogacić. Dzisiejsza fotografia dobrowolnie zaprzęga się w służbę idei mocarstwowej, służbę idei państwa, zespolonego ściśle narodem i ojczyzną. Brr... ITD, itd. 
Poniżej wklejam skany tego manifestu z 1938 roku i nie mogę przestać myśleć o tym, co niemal równolegle działo się np. w USA. I mam tu na myśli także "programowo" działających fotografów, którzy pracowali dla FSA... Różnica kolosalna i w sensie jakości wykonywanych zdjęć, i oczywiście - to chyba bardziej ważne - w sposobie podejścia do tematów (owszem, narzucanych przez Roya Strykera)...
A po 1945 Jan Bułhak bardzo szybko zaadoptował swoją Heimatfotografię (bo to przecież programowy klon tego "zdrowego nurtu" w fotografii III Rzeszy) na potrzeby i usługi Polski Ludowej...





  

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rurociąg. Termitiera.



Tekst skończony (i wysłany).
Więc na koniec zdjęcie, które też bardzo lubię. W ogóle ta sekwencja z "Powidoków", gdzie na kolejnych kadrach pojawiają się nieczynne rurociągi, przecinające raz po raz krajobraz jest kapitalna!


Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki (skan z katalogu wystawy z 2000 roku)

I jeszcze może skan wstępu, jaki do katalogu wystawy z 2000 roku napisała Olga Tokarczuk. W tym krótkim tekście autorka "Domu dziennego, domu nocnego" bezbłędnie rozpoznaje intencje autora cyklu, chociaż nie pisze dosłownie o wybranej przez niego konwencji obrazowania, mogącej kojarzyć się z fotografiami amerykańskich modernistów z lat 30. i 40. XX w., którzy robili zdjęcia tzw. "dzikiej przyrody".


sobota, 19 stycznia 2013

...skrzyżowanie publicystyki, reportażu i refleksji humanistycznej...


Dwa skany z "odkopanego" wczoraj katalogu wystawy "Wałbrzych-Powidoki", którą najpierw pokazywano w Muzeum Przemysłu i Techniki w Wałbrzychu (maj-sierpień 2000), a potem w Dolnośląskim Centrum Fotografii - Domek Romański we Wrocławiu (luty 2001). Moje ulubione kadry (szczególnie ten drugi).

 Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki (skan z katalogu wystawy z 2000)
Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki (skan z katalogu wystawy z 2000)

A na okrasę tekst (zapewne fragment większej całości) autorstwa Wojciecha Zawadzkiego, który nosi wszelkie cechy rekomendacji, napisanej dla adepta, starającego się o członkostwo w ZPAF (Ślusarczyka przyjęto do związku w 1999), ale ponieważ jest... hm, by tak to określić... bardzo "charakterystyczny", więc go poniżej w całości przepisuję:

"...Jego cykle zdjęć dotyczące zderzeń świadomości ludzkiej ze współczesną urbanistyką i dążenie do normalności czy kameralności (osiedla ogródki działkowe), czy też obserwacje miasta zza okien samochodu podczas śnieżycy, stanowią skrzyżowanie publicystyki, reportażu i refleksji humanistycznej dotyczącej kondycji ludzkiej..." 

piątek, 18 stycznia 2013

KULTURA DUCHOWA NARODU


[Krzysztof Jaworski«Wojciech Wilczyk KAPITAŁ w słowach i obrazach, 2002]

[Kultura Duchowa Narodu II wstał dzisiaj o piątej nad ranem (rano się najlepiej pisze), żeby pchnąć do końca tekst o albumie "Wałbrzych-Powidoki" Andrzeja Ślusarczyka dla Herito, ale niestety utknął w przedostatnim akapicie...
Szukając katalożku "Powidoków" z wystawy w galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii - Domek Romański w 2000 roku (złośliwcy nazywają tę instytucję czasem "domkiem rumuńskim"...), który kiedyś dostał od autora, przekopał pudło z katalogami fotograficznych wystaw i natrafił na kilka publikacji, których szukał do dłuższego czasu.
A więc np. znalazł album/katalog Rafała Milacha pt. "Szare" z jego wystawy w Galerii Pustej w Katowicach w 2003. Jest to zjawisko o tyle cenne, że autor usunął jakiś czas temu ze swojej strony internetowej fotografie z tego cyklu...
Kultura Duchowa Narodu II znalazł też poszukiwany od dawna artbook Eryka Zjeżdżałki pt. "Mały atlas mojego miasta" (uff!), a był już święcie przekonany, że pożyczył go komuś na wieczne nieoddanie. Znalazł też drugi artbook Eryka (o którego istnieniu zupełnie zapomniał) pt. "Bez atelier", gdzie znalazły się kapitalne zdjęcia dzieci wrzesińskich, sfotografowanych w stulecie słynnego strajku szkolnego (pierwsza pozycja z 2003, druga z 2005 roku).
Obie książeczki są niewielkie, a zdjęcia mają rozmiar stykówek (w "Małym atlasie" jest to format 6x9 z Voigtlandera Bessy, w "Bez atelier" - 6x6 z Mamiyi C330). 
I tą drugą publikację (chyba nie za bardzo znaną) Kultura Duchowa Narodu II postanowił zeskanować i za jakiś czas upublicznić na tej stronie.]

czwartek, 17 stycznia 2013

JEDYNIE DZIECI ŚREDNICH OŚRODKÓW PRZEMYSŁOWYCH (revisited)


Patrzę do statystyki bloggera, a tam wychodzi mi, że post z 7 lipca 2010 roku, w którym umieściłem wiersz JEDYNIE DZIECI ŚREDNICH OŚRODKÓW PRZEMYSŁOWYCH autorstwa Krzysztofa Jaworskiego, miał do tej pory 540 odsłon. Czyli oglądnęła/przeczytała go większa liczba osób, niż wynosił nakład tej książeczki (500 egzemplarzy). A więc z tej niewątpliwej okazji skan z naszego artbooku (tak określa to wydawnictwo np. Adam Mazur).

[Krzysztof Jaworski«Wojciech Wilczyk KAPITAŁ w słowach i obrazach, 2002]

Bardzo lubię ten wiersz Krzyśka i także (czasem) ocieram łzę nad młodością, która przemija, jak wypięta dupa w oknie wagonu. I w kontekście wspomnianego utworu przypomniało mi się, jak w połowie lat 70. moja mama kupiła tacie w prezencie na imieniny Utwory wierszem i prozą Andrzeja Bursy, ponieważ ojciec chodził do liceum z autorem Zabicia ciotki. Książka w brązowej obwolucie leżała sobie na regale, pomiędzy Kaputt Malapartego i Konarmią Babla i w końcu postanowiłem się z nią zapoznać. Niezwykle szczęśliwym trafem otworzyłem ją na stronie z wierszem Pantofelek i nieśmiertelne słowa Bursy milszy mi jest pantofelek od ciebie ty skurwysynie pokazały mi, że poezja nie musi być drętwą mową wygłaszaną w todze i na koturnach, że może być fajna... (akurat przerabialiśmy wtedy w szkole Litwo ojczyzno moja..., więc musiała to być ósma klasa podstawówki i już mnie ogarniają mdłości na wspomnienie tego "poematu o błogosławieństwie ziemi"). Zachęcony Pantofelkiem szybko przeczytałem też inne wiersze ze wspomnianego tomu.

środa, 16 stycznia 2013

Zakład koksowniczy nr 4 "Mieszko"



a raczej to co z niego zostało w okolicach 2000 roku. Kiedy byliśmy tam trzy lata później jesienią 2003, ukośnej rampy kryjącej taśmociągi już nie było. Tak mi się wydaje, że tę właśnie koksownie widziałem parokrotnie z okien pociągu jadącego do Jeleniej Góry (lata 70. i 80. XX w.), kiedy jeszcze obficie dymiła i bluzgała w powietrze ogniem.


[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

I zdjęcie też wykonane w chyba w okolicach roku 2000, przedstawiające szyb kopalni "Mieszko" (ciekawe skądinąd, o którego "Mieszka" tu chodzi: tego o normańskim imieniu Dagome, syna Bolesława Chrobrego czy jakiegoś dolnośląskiego księcia?) o nazwie "Staszic". Kopalnia powstała w 1840 pod nazwą "Melchior", po połączeniu w 1909 z kopalnią "Ernestine", zmieniła nazwę na "von Kulmiz". Po 1945 powrócono na rok do nazwy "Melchior", po czym ochrzczono ją ostatecznie imieniem Mieszka.

 [Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

Czytając teraz opracowania dotyczące likwidacji kopalń i koksowni w Wałbrzyskim Zagłębiu Węglowym, po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, jak błyskawicznie ten proces został przeprowadzony. Porozumienie zawarte w 1990 roku ze związkami zawodowymi określało proces likwidacji i restrukturyzacji wałbrzyskich kopalń na 15 lat, tymczasem wydobycie w ostatnim czynnym zakładzie wstrzymano już w roku... 1998. Jak się należy domyślać, taki sposób postępowania zaowocował potężnym strukturalnym bezrobociem oraz  ekonomiczną stagnacją miasta i regionu (co mimo utworzenia specjalnej strefy ekonomicznej, trwa do tej pory). Pracując w 2000 i 2001 nad swoimi "Powidokami" Andrzej Ślusarczyk wstrzelił się idealnie w moment, kiedy industrialny krajobraz zaczęto poddawać intensywnej dekonstrukcji. Studiując teraz jego zdjęcia z albumu i mając w pamięci, jak wyglądało to w przypadku Górnego Śląska (np. kilkunastoletnie trwanie ruin koksowni Huty "Kościuszko" czy koksowni "Walenty"), po raz kolejny zdałem sobie sprawę z niezwykłej szybkości likwidacyjnego procesu. Kiedy podczas wspomnianego spotkania jesienią 2003, odbyliśmy turę po okolicznych miasteczkach, gdzie funkcjonowały wcześniej kopalnie, wszędzie było już właściwie pozamiatane...

wtorek, 15 stycznia 2013

Victoria


czyli: koksownia i elektrownia o tej samej nazwie (była jeszcze kiedyś kopalnia, a więc rodzaj triady...), zdjęte z hałdy na jej zapleczu. Uwielbiam to zdjęcie!

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

I sama koksownia, też od zaplecza. Gdy zobaczyłem tę fotografię po raz pierwszy w ś.p. piśmie Pozytyw, nie miałem żadnych wątpliwości, że Andrzej Ślusarczyk powinien znaleźć się gronie uczestników wystawy "Fotorealizm". 

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Hałda w Wałbrzychu


na zdjęciu Andrzeja Ślusarczyka.

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

Pora zabrać się wreszcie za pisanie tekstu o jego świetnym albumie "Wałbrzych-Powidoki", który przeszedł jakoś bez echa (i bez recenzji - co w przypadku Polski niestety nie dziwi...). Książka wydana została w 2010 roku przez oficynę Fine Grain przy wsparciu finansowym Funduszu Regionu Wałbrzyskiego.
Bardzo lubię zdjęcia Ślusarczyka z tej serii (był on jednym z czterech autorów, których wybrałem na wystawę "Fotorealizm" w Galerii Zderzak w 2003), szczególnie te przedstawiające pogórnicze hałdy, gdzie wybrana konwencja obrazowania przypomina amerykańskie fotografie "dzikiej przyrody" z lat 30. i 40. XX wieku. Z tym, że Ślusarczyk stosuje taką poetykę do krajobrazów postindustrialnych i na tym polu nie właściwie ma u nas żadnej konkurencji, to jego wynalazek.
Wkleiłbym chętnie tutaj więcej skanów z albumu, ale niestety zastosowanego przy druku książki rastra (mozaikowego?) nie rozkminia oprogramowanie Epsona  V700 i mimo, że mam włączoną opcję "usuwania mory", szatkuje mi  niebo w kwadraciki...

sobota, 12 stycznia 2013

DOBRE CHŁOPAKI albo pracowity piątek


I w tej pracy trochę (bardzo...) przeszkodził mi padający od godziny pierwszej po południu  śnieg (z każdą minutą coraz bardzie obficie). Niemniej jednak trochę zaplanowanych wcześniej motywów udało mi się sfotografować. Zacząłem od "cytryny" umieszczonej na dachu budynku przy punkcie skupu złomu w Bytomiu przy ulicy Przemysłowej. W przypadku tego obiektu problem polega na tym, że jest on umieszczony od strony północnej, więc w rachubę wchodzi robienie zdjęć wcześnie rano lub fotografowanie pod światło przy pochmurnej aurze (czego nie znoszę...).

[2013-01-11  08:29]

No i nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie...
Potem pojechałem do Mikulczyc (dzielnica Zabrza), gdzie przy ulicy Nadrzecznej znajdują się dwa kapitalne i bardzo twarzowe murale (które wkleił niedawno na facebooka Rafał Bigda, więc to podpowiedź od niego).

 [2013-01-11  09:04]
[2013-01-11  09:14]

Następnie podjechałem na ulicę Sobieskiego w Zabrzu, gdzie oprócz widocznego poniżej graffiti, sfotografowałem jeszcze w pobliżu dwa motywy

[2013-01-11  10:17]

A chwilę później (akurat wylazło zza chmur słońce) pojechałem w kierunku Kędzierzyna-Koźla do miejscowości Stolarnia, ponieważ swego czasu Marek Loher anonsował mi obecność prawdziwego Jaguara (na moje oko jest to Daimler z początku lat 90.), użytego jako reklamy szrotu/magazynu części zamiennych. I mimo, że był faktycznie autentyczny, bardzo zresztą ładny jagular, to niestety sposób jego prezentacji (znowu k... m... północna strona), jaki i otoczenie nie specjalnie rokowało... (nawet przy założeniu "byle jak i byle co", no chyba żeby strzelić "szarego jaguara", bo akurat słońce się schowało i zaczęły nadciągać śniegowe chmury).
Potem kopsnąłem się do Strzelc Opolskich w celu zrobienia ripleja czerwonej Fiesty z napisem o treści AUTO-KASACJA (jakże to piękne i ludzkie zrazem), no i zaczęło padać na maxa, więc po skończeniu rolki Ektara, udałem się w drogę powrotną via Bytom, a tam dzielnicy Miechowice (okolice ulicy Zjednoczenia) napotkałem sporo kapitalnych malowideł, więc wyciągnąłem sprzęt i rozłożyłem statyw, ale padało już tak ostro, że dałem sobie spokój.

[2013-01-11  14:23]

piątek, 11 stycznia 2013

O ROZUM PŁOMIENNY


Zawsze przechodzą mnie dreszcze, kiedy czytam końcową część "Poematu dla dorosłych" Adama Ważyka. Łącznie z ostatnią linijką tekstu, który w mojej książce (Adam Ważyk Wiersze i poematy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957) poprzedni użytkownik książki przekreślił ołówkiem i opatrzył potężnym wykrzyknikiem na marginesie.



W czerwcu 2011 podczas pikiety pod Urzędem Miasta Krakowa (chodziło o zablokowanie planów developerskiej zabudowy okolic kamieniołomu na Zakrzówku, a akcję całą akcję zorganizowała Cecylia Malik, powołując w tym celu do życia Modraszek Kolektyw), jak support dla manifestantów z samochodowej platformy wystąpił zespół Wu Hae. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu (nie znałem ich płyty Opera nowohucka) odśpiewał on właśnie ten fragment "Poematu dla dorosłych", ale jednak - czego się można było spodziewać - bez ostatniej linijki tekstu...

[Wu Hae Ludzie z Nowej Huty]

środa, 9 stycznia 2013

PROGRAM MERCURY


Wpis z dedykacją dla Grzegorza w Kopenhadze.
Gregor, nie daj się!!!

Grzegorz Wróblewski

PROGRAM MERCURY

Nic nam tutaj nie grozi – wmawiałem sobie, obserwując
stado brunatnych zwierząt baraszkujących na opuszczonym,
motelowym parkingu

(Samiec kogoś mi przypominał, czyżby John Herschel Glenn?
Tajemnicze eksperymenty pośród sosnowych zagajników?)

Odejdą, kiedy ponownie zapadnę w śpiączkę... – szukałem
ostatniej porcji białego proszku

Słońce przeistoczyło się znienacka w przeraźliwą,
metaliczną kulę

Usłyszałem nerwowy chichot Ziemi

Sapiąc wdzierały się do oszronionego samochodu Czerwone ślepia
Zdecydowane na wszystko.

[wiersz z tomu Pan Roku, Trawy i Turkusów, Wydawnictwo FA-art, Katowice 2009]

[na okładce wykorzystano obraz Grzegorza Wróblewskiego These Days 2]

wtorek, 8 stycznia 2013

Jan Bułhak i BLUBO w wersji rodzimej


Blubo to akronim od Blutt und Boden, czyli używanego przez nazistów pojęcia „krwi i ziemi”, wymyślonego w 1901 roku przez niemieckiego pisarza Georga Michalela Conrada. O czym przypomniałem sobie dzisiaj w pociągu relacji Warszawa Wschodnia - Kraków Główny, ponieważ Tomek Żukowski, którego odwiedziłem dał mi na drogę do lektury kserokopie „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie” Jana Bułhaka (ja pożyczyłem mu album VorOrt). Na początek może jednak trochę o samym BLUBO. Rosa Sala Rose w swoim „Krytycznym słowniku mitów i symboli nazizmu” pisze o tym pojęciu m.in. tak:

Chociaż wyrażenie „krew i ziemia” krążyło już wcześniej w dyskursie pewnych prądów nacjonalistycznych ery willhelmińskiej, to jego największym obrońcą i propagatorem w obrębie nazizmu był Richard Walther Darré. W jawnej opozycji do innych historyków z epoki, jak Fritz Kern, który trwał przy Tacytowej wizji Germanów jako plemion prowadzących koczowniczy tryb życia, Darré łączył koczownictwo z pasożytnictwem kupców, niegodnym prawdziwej rasy nordyckiej. Opierając się bardziej na teoriach rasowych niż na faktach historycznych, postawił tezę, że ludy germańskie od zawsze traktowały rolnictwo jako podstawę utrzymania, w przeciwieństwie do Celtów i Słowian. Według romantycznej wizji prehistorii Darrégo mistyczna jedność krwi i ziemi była od dawien dawna podstawową, pierwotną cechą Germanów, jak również przyczyną ich przetrwania jako rasy, przynajmniej do czasu, gdy życie w mieście, zanieczyszczające – w dosłownym sensie – rasy, nie zaczęło im zagrżać. (…) Według Darrégo germańscy chłopi prowadzili własną politykę czystości rasowej dzięki właściwej polityce rolnej, której sam był orędownikiem. Przeciwny wszelkim rodzajom kolektywizacji, Darré uważał za konieczne, by każda chłopska rodzina posiadała własną ziemię, co sprzyjałoby przywiązaniu rodzin do konkretnego miejsca przez całe generacje, a co za tym ograniczyło do minimum migracje i zacieśniło łączność między rasą-krwią, a terytorium-ziemią; z tego niepodzielnego dwumianu powstałby filar, na którym wesprze się państwo nordycko-germańskie, jako że „krew ludu zapuszcza głęboko korzenie za pośrednictwem gospodarstw chłopskich, z których stale otrzymuje ową siłę, która daje życie i stanowi o jej specjalnym charakterze”.

A teraz kolej na autora „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie”, którego wywody czytane w akompaniamencie stukających miarowo kół wagonu, wywarły na mnie iście piorunujące wrażenie…

   Nie było w tem „państwie” szlachcica przewagi uczuć niskich i gminnych, nie było bezserdecznego hołdowania korzyściom materjalnym. Nie jak pasorzytny przybłęda, wybierający źródło największego zarobku, osiadł on na ziemi i rządził jej dostatkami. Chlebnem ziarnem posiały go na niej dzieje przedwieczne, Leśnem nasieniem wraziły go w glebę wichry historji.  A on rósł setkami pokoleń wzwyż iw głąb – zakorzenił się w ziemi, którą swoją uczynił, krwią obrony i potem pracy. Stał się panem w najlepszem znaczeniu tego pojęcia, panem ziemi rodzącej, obfitej i pięknej. A takie państwo obudza uczucia prawe i dobre, od dumnej, ale szlachetnej niezależności do ludzkiej, serdecznej prostoty, do poczciwości, otwartej i gościnnej. Są to uczucia, które dać może jedynie tradycja i rasa, to wielkie słowo, zbyt często obecnie lekceważone w stosunku do ludzi, aczkolwiek bardzo poważnie traktowane w odniesieniu do zwierząt.
   Uczucia te nie zdołały wyrosnąć w duszy kupca, handlarza, fachowego producenta rolnego, wymagały bowiem ścisłego związania z ziemią, życia po prostu jej sokami, miłowania ziemi nie dla jej płodów i korzyści, ale dla niej samej. Warunki bytu rozwinęły w szlachcicu, obok męskich cnót rycerskich, hojną i bezinteresowną gościnność, ponieważ dziedzicznie nie miał sposobności do nabycia uczuć przeciwnych, stanowiących istotę kupieckiego mieszczaństwa, a zaprzeczenie rycerskości. Rycerskość idzie w parze z podniosłością uczuć i szczerością gestu. Przez kilkaset lat szlachcic sam jeden bronił ojczyzny i odpierał jej wrogów. Nie brali w tem udziału ani chłop, ani mieszczanin, tem mniej niemiecki rzemieślnik-kupiec lub żydowski handlarz-pośrednik. Piersi i miecze szlacheckie były jedynym murem obronnym dawnej Polski przez całe stulecia. A wojny były częste, długie i okrutne. Nie dziw, że w chwilach błogosławionego pokoju wojownik i rycerz czuł się uprawnionym do przywileju nieskrępowanej wolności i do beztroskiego wczasu na ziemi i domu, które zasłonił własnym ciałem, które obronił własną krwią. Nie miał już wtedy głowy na zapobiegliwe kupczenie mieszczańskie. Żył bujnie, szeroko, chociaż niewątpliwie jednostronnie. Mówi się zbyt pochopnie, że szlachta w VIII w. zgubiła Polskę. Ale czemuż przemilcza się, że ta sama szlachta stwarzała Polskę w wiekach poprzednich, byłą jej głową, sercem, ręką i tarczą obronną, że przez stulecia była całą Polską, jej treści, bytem i rozkwitaniem, że bez szlachty nie byłoby wcale Polski, tylko bezbronne, plemienne stado, skazane na wytępienie lub niewolę przez pierwszego z brzegu zaborcę.

[Rosa Sala Rose Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu, Wydawnictwo Sic! s.c. Warszawa 2006, str.130-131;
Jan Bułhak WĘDRÓWKI FOTOGRAFA W SŁOWIE I OBRAZIE, ZESZYT VI, CZŁOWIEK TWÓRCĄ KRAJOBRAZU, z 16 ilustracjami autora, nakładem Przeglądu Fotograficznego, Wilno 1936, str.12-13]

poniedziałek, 7 stycznia 2013

SPÓŹNIONE ŻYCZENIA


A po przyjeździe do domu znalazłem w skrzynce takę przesyłkę od lablabu:


Której się oczywiście spodziewałem, ponieważ w środku tego etui, znajduje się wydruk widocznego poniżej zdjęcia z serii Afterlife, archiwalny i zrobiony na papierze bawełnianym. Wygląda świetnie (i już chciałbym zobaczyć tę fotografię w rozmiarach 100x100cm...)! 


WIĘC NINIEJSZYM PRZYŁĄCZAM SIĘ DO ŻYCZEŃ!!!

niedziela, 6 stycznia 2013

WIĄZÓW


Wracając z Bagieńca, pojechaliśmy bocznymi drogami przez Dzierżoniów, Niemczę, Strzelin i w miejscowości Wiązów natknąłem się na coś takiego...

[2013-01-06  14:22]

Miałem wprawdzie sprzęt ze sobą, ale padał tak ulewny deszcz, że zanim złożyłbym się do strzału, zalałoby mi kompletnie obiektyw, a trzeba by tu użyć ArcBody z 45mm (no i ciemno było jak w d...). Ale ten motyw idealnie pasuje mi do Afterlife (po reaktywacji i zmianie tytułu). Może w lutym, kiedy będę znowu w tamtych stronach?

sobota, 5 stycznia 2013

NIE WSZYSTKO NA SZARO


Po moim wpisie na blogu dotyczącym wystawy Bogdana Konopki pt. „Magiczny Wrocław”, Andrzej Saj - kurator tej ekspozycji we wrocławskim Ratuszu, na łamach redagowanego przez siebie magazynu Format (nr 63, str. 26-29) podjął rodzaj polemiki z kilkoma kwestiami, jaki pojawiły się moim tekście i komentarzach (w ogóle to fajnie, że pismo drukowane wchodzi w polemikę z blogiem). No więc, najwyższa chyba pora na odpowiedź. Zacznę najpierw od cytatu ze środka jego artykułu zatytułowanego „Od szarości do magiczności (o wystawie B. Konopki we Wrocławiu)”:

Fotografie Konopki chcą służyć wydobywaniu skrytych znaczeń, przywołują kontekst odbioru czasem nieco sentymentalny (bo każde wspomnienie ma taki charakter), są jednak nasycone ową fotogeniczna aurą, którą tłumaczyć można tylko przez poezję obrazu; tylko wrażliwość na poezję obrazu adekwatne relacje odbiorcze. Jeśli ktoś (odbiorca) nie szuka tej poezji, nie jest na nią otwarty – to jej tam nie znajdzie lub nazwie ją banałem albo odrzuci z irytacją. Jeśli preferujemy „prozę” dokumentu razić będą jej poetyckie nastroje. Miedzy skądinąd znakomitą dokumentacyjną barwną fotografią Wilczyka (por. np. cykl „Synagog”) a czarno-białą fotografią Konopki jest właśnie ta różnica: „zwierciadło” (prozatorskie) fotografii Wilczyka przechadza się po gościńcu, fotografie Konopki zaś „blikują” poezją doznań i wrażeń: ujawnionych wnętrz, zapuszczonych zaułków, niszczejących fasad i ulic itp. Widoków, fotogenicznie oddających zderzenie subiektywnych projekcji ich autora z „odciskami” widzialności.

No dobrze, po pierwsze dobrze by było się dowiedzieć, jakie to skryte znaczenia mogą ujawnić zdjęcia nasycone fotogeniczną aurą? Nie chodzi mi tu zresztą wyłącznie o prace Bogdana Konopki, więc mam prośbę do Andrzeja Saja, aby uchylił mi/nam w końcu rąbka tajemnicy. Bo jak rozumiem jego wywód, owe skryte znaczenia, to nie zwykłe symbole lub metafory?
Po drugie, myślę sobie, że pojawiające się w omawianym tekście przeciwstawianie:  poezja obrazu versus proza dokumentu, okraszone na dodatek parafrazą definicji powieści realistycznej autorstwa Stedhala, jest nie tylko mało trafne, ale też mocno anachroniczne. Od czasów kiedy Marie-Henri Beyle napisał „Czerwone i czarne” trochę się w literaturze zdarzyło… (na całe szczęście jednak Andrzej Saj powstrzymał się przywołania figury Baudelaire’owskiego flaneura – co w rodzimym piśmiennictwie fotograficznym jest dość częste). No więc w tzw. międzyczasie pojawiła się np. poezja obiektywistyczna (będzie 80 lat temu..), gdzie zamiast typowych tropów stylistycznych, napotkamy pozbawiony wszelkich ozdobników opis, mający jednak metaforyczne znaczenie lub będący rodzajem hiperboli.
Po trzecie, pisząc o moim cyklu „Synagog”, Andrzej Saj ułatwia sobie trochę sprawę, bo przecież seria ta posiada nazwę „Niewinne oko nie istnieje”, a tytuł ten został całkiem nieprzypadkowo dobrany, ponieważ dotyczy nie tylko kwestii „obiektywności” (lub nie) realistycznego zapisu, ale także figury obserwatora i świadka oraz „niewinności” (lub nie) jego spojrzenia.

A teraz cytat z wcześniejszej części tekstu Andrzeja Saja:

Czym jest więc ów fotogenizm? Różnie są interpretowane jego przejawy w fotografii. Tę trudną do jednoznacznego zwerbalizowania, kategorię estetyczną odnieść można do łączonej z obrazami fotograficznymi właśnie ich magiczności: chodzi tu o coś, co nasyca zdjęcia pewną wyjątkową aurą – skupiająca w sobie zarówno efekt oddalenia (znamiona upływającego czasu, zapis „tego-co-było”) i równocześnie skutek „zawieszenia” tego wszystkiego w pamięci (mimowolnej) i wspomnieniu (impulsy skojarzeń, przypomnień). Fotografię zawsze utożsamiano z „zamrożonym” czasem, z pamięcią, ale właśnie dopiero w jej odbiorze (zderzeniu obrazu z predyspozycjami odbiorczymi) rodzą się wrażenia, które najcelniej wyraża domena poezji. Fotogenia jest (albo bywa) poezją obrazu fotograficznego. Bo w zobrazowanym kształcie realności – tej widocznej, „oczywistej” – może się także przejawiać wyraz (ocień) tego, co niejako emanuje z tła nieoczywistego, zrazu niewidzialnego, a co może być sprowokowane (w odczycie) impulsami „wprojektowania” w ten obraz, w to tło, emocji, twórczych intencji i oczekiwań autora zdjęcia.

O poezji była już mowa… W kwestii wprojektowywania twórczych intencji i oczekiwań, to myślę, że zawsze ma to miejsce w mniejszym lub większym zakresie i dotyczy to dokumentu sensu stricto, jak i autorów „krajobrazów wewnętrznych” (nawet jeżeli nie jest to działanie do końca świadome). Fotografia może być czytana na wielu poziomach znaczeniowych, podobnie jak inne sztuki wizualne i to niezależnie od intencji samego autora oraz charakteru jego „projekcji”…

Czytajmy dalej, cytat trzeci (dwuczęściowy):

Fenomen fotogenii będzie zatem w jakiejś mierze wyrazem obecności świata nieprzedstawionego, który w swej odsłonie, w uchyleniu prześwitu ku rejonom nieoczywistym, ku tajemnicy, pozwala uchwycić to wszystko, co może łączyć intelekt z intuicją, zdolności poznawcze z kreacyjnymi, wiedzę z wrażliwością, a co ujawnia się w efekcie aktu fotografowania – tego procesu uzgadniania twórczych intencji z możliwościami maszyny.

Wolno dodać, że ten efekt (fotogeniczność) zależy od tego, czego w istocie oczekujemy od fotografii: czy tylko przedstawienia faktu (zdarzenia), które kiedyś w miarę obiektywnie zostało zdokumentowane (tu dominuje cel poznaczy), czy raczej uruchomienia przy okazji kontaktu z obrazem naszej odczuwalności emocjonalnej, wzbudzenia doznań zmysłowych, a także potraktowania go jako „narzędzia” pomocnego w pielęgnowaniu swoistej rytualności (zdjęcie jako amulet, jako inicjator przeżyć…?), wreszcie jako przedmiotu niemal magicznego. Wtedy ważne są w fotografii, zapisane w niej odpowiednie impulsy estetyczne i formalne, pobudzające takie odczucia i wrażenia. Do głosu dochodzi fotogenizm…

Całkowita zgoda, że wiele zależy od tego, czego oczekujemy od fotografii, czy szerzej rzecz ujmując, od kontaktu z jakimkolwiek przejawem działalności artystycznej… Andrzej Saj pisząc o obecności świata nieprzedstawionego, który w swej odsłonie, w uchyleniu prześwitu ku rejonom nieoczywistym, ku tajemnicy, niebezpiecznie zbliża się do języka, opisującego stany rytualnego jasnowidzenia i mam nadzieję, że nie traktuje procederu robienia zdjęć, jako aktywności o jakimś parareligijnym charakterze… Sprawa dotyczy także odbioru tego rodzaju produkcji, no bo weźmy którykolwiek z tak czczonych w naszym kraju kiczowatych wizerunków, na którym widać kobietę z dzieckiem na ręku. Dla wyznawców jest to przedstawienie matki i boskiego syna, przed którym się modli i bije rytualne pokłony, dla osób obojętnych na ten, skąd inąd bardzo jeszcze popularny mit, są to zwykłe kicze…

Ostatnie zdanie tego akapitu brzmi trochę jak ikonoklazm, ale przecież – jako osoba fotografująca i używająca fotografii – siłą rzeczy daleki jestem od postawy ikonoklasty.

Ostatnie zdanie w przytoczonym wyżej cytacie z tekstu Andrzeja Saja, gdzie mowa jest o impulsach estetycznych i formalnych, pobudzających takie (rytualne) odczucia i wrażenia, pod znakiem zapytania stawia jego autora, a w konsekwencji i Bogdana Konopkę, jako mistycyzujących ikonoduli…

Tu przypomina mi się zasłyszana swego czasu opowieść (chyba zdradzam w tym momencie sekretną tajemnicę), jak autor albumu „Rerum est natura”, całkiem nienaturalnie prokurował „mistyczne” słoneczne snopy, widoczne w przedostatnim rozdziale tego albumu. Otóż… po prostu… kopał on czy też intensywnie szurał nogą po zakurzonej podłodze, a unoszący się w powietrzu pył, odbijając światło, świetliście zastygł podczas długiego czasu ekspozycji.

Na wystawę „Magiczny Wrocław” (Andrzej Saj w swoim tekście wyjaśnia, że ekspozycja ta pierwotnie miała mieć tytuł „Szary Wrocław”, ale organizatorzy pokazu wymogli zamianę „szarego” na „magiczny”) wybierałem się z nadzieją zobaczenia wczesnych prac Bogdana Konopki z Wrocławia właśnie.
Najwyższa pora chyba na kolejny cytat (końcowy):

Konopka przypomina (…) swoją wystawą nie tyle miasto swej młodości, co raczej mit tamtego Wrocławia, mit subiektywnie przefiltrowany; raczej pewną syntezę pamięci obiektywu i własnych wspomnień. Ten mit będzie zawsze odbierany w sposób magiczny, bo jest adresowany do konkretnego odbiorcy. I nawet jeśli już odszedł w „szarą” przeszłość, to „żyje” jeszcze we snach (bo sny najczęściej dzieją się w stronach zapisanych w dzieciństwie i młodości) – i te fotografie usiłują właśnie oddać przede wszystkim ową szczególną oniryczna aurę tego miasta, egzystującego tylko w jego – twórcy – i w naszej jednostkowej pamięci.

No więc, w jakiś sposób też jestem potencjalnym adresatem tej subiektywnej działalności „mitotwórczej”… W roku 1987 wylądowałem we Wrocławiu w koszarach tzw. Zmechu przy ulicy Artyleryjskiej (?) i po odbyciu unitarki, podczas każdej przepustki włóczyłem się po tych częściach miasta nad Odrą, gdzie zachowane były w przedwojennym kształcie budynki czy ulice (moi koledzy takie wyjścia na miasto kończyli w pobliskiej pijalni o nazwie „Harenda”, skąd wracali zwykle na czworakach…). I idąc na wystawę Konopki liczyłem po cichu, że autor „Szarego Paryża” biegły już w tamtym czasie w fotograficznym rzemiośle, pokaże zdjęcia, na których zobaczę znacznie więcej tamtego Wrocławia, jakiego obrazy przechowuję w pamięci. No i tu niestety nie spotkałem się z żadną „magią”… Trzy wczesne cykle Konopki eksponowane na wystawie, od strony koncepcyjnej to typowe juwenilia, rodzaj wprawek, mających oczywiście niewątpliwie walory dokumentalne, ale – by tak to określić – intencjonalnie nie specjalnie zainteresowanych kształtem fotografowanej przestrzeni…