środa, 29 września 2010

„Hotelowe koty” Grzegorza Wróblewskiego już za miesiąc?



Liczący 428 stron tom, zawiera kompletny zestaw wierszy z wszystkich opublikowanych do tej pory książek poety, czyli teksty z: „Ciamkowatości życia” (1992), „Planet” (1994), „Doliny królów” (1996), „Symbiozy” (1997), Prawa serii” (2000), „Pomieszczeń i ogrodów” (2005), „Nocy w obozie Corteza” (2007), „Pana Roku, Trawy i Turkusów” (2009), a ponadto premierowy tomik „Kandydat”. Oprócz tego czytelnik znajdzie w środku komentarze autorstwa Anny Kałuży, Piotra Czerniawskiego oraz niżej podpisanego.

Książkę wydaje Rita Baum.

A na okładce (która na razie wygląda tak i raczej niewiele się tu zmieni),  moje zdjęcie - nieco podkadrowane, zrobione w Chorzowie w 2005.

poniedziałek, 27 września 2010

"Are you comfortable now?"


Dorothea Lange, Nipomo, California. February 1936.

To zdjęcie autorstwa Dorothei Lange jest powszechnie znane. Przy tworzeniu tekstów na temat „Matki tułaczki” zużyto hektolitry atramentu i kilometry taśmy do maszyn do pisania, nie mówiąc już o samym papierze*. Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku odnaleziono bohaterkę tej fotografii - okazała się nią być pani Florence Thompson. Udzieliła ona wtedy krótkiego wywiadu, który ze strony http://www.livinghistoryfarm.org/ wklejam poniżej. Myślę, że jej słowa to niezbędny komentarz, nie tylko do zdjęć Lange oraz jej kolegów z ekipy F.S.A., ale też tych wszystkich fotografów eksplorujących „amerykańskie powierzchnie” (by nawiązać do tytułu wczesnej serii Stephena Shore’a).

      "I left Oklahoma in 1925 and went to Oroville [California]. That's where them three girls' dad [Cleo] died, in Oroville, 1931. And I was 28 years old [in 1931], and I had five kids and that one [the baby in this photo, Norma] was on the road. She never even saw her daddy. She was born after he died. It was very hard. And cheap. I picked cotton in Firebaugh, when that girl there was about two years old, I picked cotton in Firebaugh for 50-cents a hundred."
     Question: "A 'hundred' [meaning] weight?"
     "A hundred pounds."
**
     Question: "How much could you pick in a day, then?"
     "I generally picked around 450, 500. I didn't even weigh a hundred pounds. I lived down there in Shafter, and I'd leave home before daylight and come in after dark. We just existed! Anyway, we lived. We survived, let's put it that way. I walked from what they called a Hoover camp ground right there at the bridge [in Bakersfield], I walked from there to way down on First Street, and worked at a penny a dish down there for 50-cents a day and the leftovers. Yeah, they give me what was leftover to take home with me. Sometimes, I'd carry home two water buckets full.
     "Well, [in 1936] we started from L.A. to Watsonville. And the timing chain broke on my car. And I had a guy to pull into this pea camp in Nipomo. I started to cook dinner for my kids, and all the little kids around the camp came in. 'Can I have a bite? Can I have a bite?' And they was hungry, them people was. And I got my car fixed, and I was just getting ready to pull out when she [Dorothea Lange] come back and snapped my picture.
      "I come to this town [Modesto] in 1945. I transferred from Whittier State to Modesto. And when this hospital opened up out here, I went to work there. And the first eight years I lived in this town, I worked 16 hours out of 24. Eight-and-a-half years, seven days a week."
     Question: "Are you comfortable now?"
     
"Yeah."

Dorothea Lange, Nipomo, California. February 1936.

---------
* W Polsce o kulisach wykonania tego zdjecia (w wersji podanej przez jego autorkę), pisał w pierwszej połowie lat 60. XX w. miesięcznik "Fotografia" w dużym artykule, który był poświęcony sylwetce Dorothei Lange.
** Miara wagi stosowana m.in. w U.S.A. oraz Wielkiej Brytanii. 1 pound (funt), to dokładnie 453.59237 gramów.

piątek, 24 września 2010

PUNX NOT DEAD



Właśnie dostałem drogą mailową zaproszenie od Zbyszka Tomaszczuka na wystawę pod takim tytułem. I w tym momencie zasypała mnie tzw. lawina wspomnień, bo po raz pierwszy materiał, który od dzisiaj (obok zdjęć m.in. Cezarego Koczwarskiego, Doriana Flisa, Józefa Robakowskiego, Michała Szymanka i Grzegorza Tomczyka) będzie pokazywany w lubelskiej Zachęcie, zobaczyłem w klubie Hybrydy w sierpniu 1983. Akurat przyjechała wtedy do Warszawy reggowa grupa Misty In Roots, a grająca jako support formacja IZRAEL, mająca w swym składzie muzyków z Brygady Kryzys, Tiltu i Deutera, przestała pisać na plakatach swą nazwę w postaci ISSIAEL. III Program Polskiego Radia puszczał nieustannie kawałek „Idą ludzie Babilonu” - ale o ile pamiętam -  w pełnej wersji z tekstem, z dopiero co nagranej płyty „Biada, Biada, Biada” (która ostatecznie ukazała się dopiero po dwóch latach, mocno zremiksowana przy udziale śp. Piotra Marka, zaś ze wspomnianego utworu wykasowano słowa, pozostawiając tylko refren). A ja w sierpniu 1983 przyjechałem właśnie na koncert Misty in Roots do stolicy.

Wystawa Tomaszczuka w Hybrydach dosłownie mnie wtedy powaliła, bo był to zapis niezwykle na czasie, idealnie trafiony pod względem wizualnym i do jeszcze kompletnie unikalny. I co ciekawe, ciągle tak jest, mimo że w 1999 ukazał się np. album „Polski Punk” Anny Dąbrowskiej (Ady Layons), czy całkiem niedawno wydana o przez korporację Ha!art książka „Generacja” ze zdjęciami Michała Wasążnika oraz tekstami Łukasza Jarosza. Bo rodzima „sztuka” takimi sprawami się nie interesowała, a wśród moich znajomych z polonistyki o tzw. „wysokokulturowych” skłonnościach panowało powszechne przekonanie, że cały ten underground, to spisek esbeckich strategów z ulicy Rakowieckiej, mający doprowadzić do zniszczenia „prawdziwie niezależnej” kultury polskiej. Wspomniany materiał pojawił się potem (w 1985?) w zalegającym zwykle w punktach kolportażu miesięczniku „Sztuka”, jako ilustracje do tekstów Piotra Rypsona i Piotra Bratkowskiego (tu nie jestem do końca pewien obu nazwisk, bo z trudem zdobyty egzemplarz „Sztuki” – to jedyna chyba edycja tego periodyku, która sprzedała się w całym nakładzie – pożyczyłem komuś i oczywiście do mnie nie wrócił).


Dziesięć lat temu przy okazji retrospektywnej wystawy Zbigniewa Tomaszczuka pt. „Zakres widzenia” w krakowskim Muzeum Historii Fotografii, przeprowadzałem z autorem wywiad dla portalu fotoTAPETA i zagadnąłem go o materiał pokazywany w Hybrydach (jesteśmy tam jeszcze na „pan”):

Wojciech Wilczyk: - Pamiętam, że gdy w sierpniu 1983 zobaczyłem plakat reklamujący Pana wystawę w Hybrydach pt. "Punk", prawie nie mogłem uwierzyć, że ktoś raczej nie związany z tą subkulturą tak szybko i bardzo wnikliwie zareagował na to zjawisko...
Zbigniew Tomaszczuk: - To była prosta rzecz. Pracowałem wtedy jako instruktor fotografii w dzielnicowym domu kultury na Łowickiej, a ci chłopcy po prostu przychodzili tam na próby. Ponieważ wszystko to odbywało się w jednym miejscu, gdy okazało się, że oni grają koncert, zrobiłem jakieś zdjęcia i tak się zaczęło, chociaż wbrew pozorom ten zestaw powstawał dość długo. Ponieważ to było bardzo hermetyczne środowisko, do niektórych osób musiałem wybierać się kilka razy, żeby ich sfotografować. I mimo, że ten materiał jest - jak sądzę - dość skromny, to w owych czasach nie było zbyt wielu takich rzeczy.
WW: A potem miał pan z nimi jakieś kontakty?
ZT: Nie, to był raczej taki rodzaj aneksu do moich głównych zainteresowań.
WW: Większość sfotografowanych przez Pana punków znałem z koncertów, tak samo zresztą jak teksty piosenek, które umieszczone były na planszach ze zdjęciami.
ZT: Tak, bo to byli głównie chłopcy od Dezertera, z Płonącej Żyrafy, TNT, Xenny. Ta muzyka mnie interesowała, choć prawdę powiedziawszy, pokoleniowo byłem trochę za stary na takie towarzystwo, ale ciekawiło mnie to nie tyle od strony wizualnej, lecz raczej jako możliwość zrobienia materiału dokumentalnego, że można to po prostu zarejestrować, to wydawało mi się wtedy interesujące. 

środa, 22 września 2010

niedziela, 19 września 2010

Na tyłach rzeczywistości (2)

  
John Vachon. The coal company town of Kempton, West Virginia, May 1939.

W nawiązaniu do komentarza Sevilliana, switchman’s shack to zdecydowanie „budka zwrotniczego”, a nie „dozorcy” – jak to figuruje w wersji Bogdana Brana. Hm, itd., ITP.
Jednak w 1984 roku, kiedy ukazał się w Wydawnictwie Literackim zbiór jego przekładów Ginsberga, udało mi się zdobyć egzemplarz tej książki, tylko dzięki znajomości z autorem tłumaczeń (który w 1982 był niebanalnym wykładowcą kursu filozofii na polonistyce).
Sam jednak tytuł wiersza, traktowany dosłownie i metaforycznie jest mi bliski, i oddaje też pewien sposób oglądu tego, co nas otacza, czego doświadczamy zmysłem wzroku np. I nieodparcie kojarzy mi się też ze zdjęciami Johna Vachona lub Carla Mydensa, jakie na przełomie lat 30. i 40. wykonywali w ramach programu F.S.A. (mam wrażenie, że te, co celniejsze raczej obok niego) i które zebrane w albumie Long Time Coming: A Photographic Portrait of America, 1935-1943 robią ciągle spore wrażenie. Między innymi znalezieniem się na wspomnianych tyłach/zapleczu właśnie.

Carl Mydans, Group of houses at Detroit and Van Buren Streets, near electric railroad. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Carl Mydans, Junk, with living quarters close by. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Czytam sobie ostatnio po raz drugi (dla relaksu oraz rozrywki) „W drodze” Jacka Kerouaca. I o ile stylistyka tej powieści jest już nieco - i też zaskakująco - anachroniczna oraz często gęsto pretensjonalna, to w warstwie opisowej/faktograficznej można tutaj znaleźć mnóstwo elementów, jakie zarejestrowane zostały właśnie w tych miejskich pejzażach Vachona i Mydansa, a wobec których - literatura piękna i tzw. kultura wysoka zwykle niedowidzą. „Nie załapują się na nie” – jak mógłby powiedzieć powieściowy Dean Mariority, czyli realny Neal Cassady (określony przez Ginsberga w poemacie „Skowyt” mianem „adonisa z Denver”). Tymczasem jestem na stronie 102 wydania polskiego z 1993 (Państwowy Instytut Wydawniczy, tłumaczenie Anny Kołyszko) i prowadzący narrację w pierwszej osobie Sal Paradise (alter ego autora), ogląda przez szybę greyhounda wjazd do Hollywood:

Wyglądałem pożądliwie przez okno – domy zdobione sztukaterią, palmy, zajazdy, całe to szaleństwo, łachmaniarska ziemia obiecana, niezwykły kraniec Ameryki. Wysiedliśmy z autobusu przy Ulicy Głównej, która nie różniła się od głównej ulicy, kiedy wysiada się z autobusu w Kansas City, Chicago czy Bostonie – kamieniczki, brud, wokół snują się rozmaite indywidua, tramwaje suną ze zgrzytem przez ten beznadziejny świt, kurewski smród wielkiego miasta.

John Vachon, Business section of Dubuque, Iowa. The rich live in houses on the cliffs seen in background, April 1940.

John Vachon, Liquor store in Omaha, Nebraska, November 1938.

John Vachon, The Alamo movie theater in Washington, D.C., December 1937.

John Vachon. Scraps of paper blowing on bridge. St. Louis, Missouri, May 1940.

piątek, 17 września 2010

Na tyłach/zapleczu rzeczywistości


17 września i kolejna rocznica agresji ZSRR na Polskę w 1939 roku, określana w będących bardziej na prawo mediach informacyjnych - „wbiciem noża w plecy”. Co wywołuje oczywiście skojarzenia z niemieckim terminem Der Dolchstoss, tak chętnie używanym przez panów, którzy na swych proporcach mieli wypisane hasło: Deutschland erwache… Podobnie zresztą (pozostając w kręgu brunatnych konotacji), jak te marsze z pochodniami, które odbyły się na Krakowskim Przedmieściu tydzień temu.
A mnie po głowie chodzi od wczoraj wiersz Allena Ginsberga z 1954 pt. „Na tyłach rzeczywistości”. Wklejam poniżej najpierw przekład Piotra Sommera, a potem wersję Bogdana Barana:


Na tyłach rzeczywistości

za bocznicą kolejową w San Jose
       doszedłem samotnie
aż do fabryki czołgów
       i usiadłem na ławce
przy budce zwrotniczego.

Wśród źdźbeł siana na asfaltowej
        szosie leżał kwiat
— przerażający sienny kwiat
       myślałem — o kruchej
czarnej łodydze z koroną
       brudnych żółtawych
cierni długich na cal jak
       w Chrystusowej, i ze zbrukaną
bawełnianą kępką po środku
       jak stary pędzel do golenia
co leżał pod garażem
       cały rok.

Żółty kwiat, żółty,
       przemysłowy kwiat,
twardy kolczasty brzydki kwiat,
       a jednak kwiat,
co w twoim mózgu ma kształt ogromnej
       żółtej Róży!
Oto jest kwiat tego Świata.

*

Na zapleczu rzeczywistości

bocznicy kolejowej w San Jose
       wędrowałem samotny aż
dotarłem przed fabrykę cystern
       i usiadłem na ławce
obok budki dozorcy.

Kwiat leżał na kępce siana
      na asfaltowej szosie
— pomyślałem okropny
       wyschły kwiat — miał
kruchą czarną łodygę
       i koronę żółtawo brudnych
ostrych płatków podobnych
       cierniowej koronie Jezusa a w środku
suchą splamioną bawełniana kępkę
       jak stary pędzel do golenia
rok temu porzucony
       gdzieś koło garażu.

Żółty, żółty kwiat,
       kwiat przemysłu,
twardy ostry i szpetny,
       mimo to kwiat —
o kształcie ogromnej żółtej
       Róży w twym mózgu!
Oto jest kwiat Świata.

czwartek, 16 września 2010

Москва, станция метро Театральная



Tak mi się jakoś przypomniało dziś to zdjęcie, zrobione w maju 1995 w Moskwie i skojarzyło z chodnikiem przed pałacem prezydenckim oraz urzędującymi tam przez ostatnie pięć miesięcy ”obrońcami krzyża”.
Zaraz przy wyjściu z stacji metra Театральна znajdowało się odcinek trotuaru, określany jako красный уголок, gdzie stali fanatycy sprzedający rozmaite staliniana i leniniana. Tych pierwszych gadżetów mieli zresztą znacznie więcej w swojej ofercie.

poniedziałek, 13 września 2010

Hans van der Meer i jego pejzaże: trzeciej, czwartej oraz zapewne także piątej ligi piłki nożnej


Hans van der Meer, The Landscape of Lower League Football, Budapest, Hungary

Wracając dzisiaj rano z Placu Imbramowskiego, gdzie w jednej z budek kupuję Lvazzę (po 9,90 PLN!), jechałem ulicą gen. Augusta Fieldorfa-Nila, przy której zlokalizowane jest boisko piłkarskie czwartoligowego klubu Clepardia. I patrząc na murawę tego małego stadionu, od strony zachodniej sąsiadujące z elewacją dziesięciopiętrowego bloku, przypomniały mi się zdjęcia Hansa van der Meera, o których od dawna chciałem napisać.

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football, Perafita, Portugal

Jego projekt European Fields, The Landscape of Lower League Football, którego tematem są właśnie boiska małych klubów piłkarskich, to seria wizualnie interesująca i konsekwentnie przeprowadzona. Jednak patrząc na te kolejne zlokalizowane w Europie stadiony i murawy, po kilku-kilkunastu takich widokach, coraz większą uwagę widza (a w każdym razie moją) przyciągać zaczynają rzeczy i obiekty, które zlokalizowane są na drugim planie i stanowią tło, dla toczącej się gry. To oczywiście integralny element serii van der Meera.

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football, Cheux, France

Przy okazji tego cyklu, można postawić pytanie (które sam osobiście sobie zawsze zadaje w przypadku fotograficznych projektów) o potencjał znaczeniowy podjętego tutaj tematu. O ile ludyczny charakter tych pejzaży trzecioligowego footballu jest niepodważalny i z pewnością zapewnia cyklowi powodzenie u publiczności, czy też kolejnych nabywców albumu, to warstwie – nazwijmy ją tak – „znaczeniowo-informacyjnej” nie dzieje się tutaj jednak zbyt wiele. Nośność informacyjna tematu, umożliwiająca np. dokonanie pewnych przesunięć znaczeniowych, sprowadzenia sekwencji prezentowanych motywów do rodzaju metafory, nie jest to oczywiście warunkiem sine qua non w przypadku  dokumentalnych przedsięwzięć fotograficznych, ale chyba lepiej gdy taka możliwość istnieje…

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football,Marseille, France

niedziela, 12 września 2010

Bastille Day


Wspaniały (!!!) wiersz Rona Padgetta, na który natknąłem się w internetowym wydaniu Jacket Magazine i wklejam go a propos (a także z przekory) obchodzonej wczoraj w telewizorze rocznicy zamachów na WTC.

Ron Padgett

Bastille Day

The first time I saw Paris
I went to see where the Bastille
had been, and though
I saw the column there
I was too aware that
the Bastille was not there:
I did not know how
to see the emptiness.
People go to see
the missing Twin Towers
and seem to like feeling
the lack of something.
I do not like knowing
that my mother no longer
exists, or the feeling
of knowing. Excuse me
for comparing my mother
to large buildings. Also
for talking about absence.
The red and gray sky
above the rooftops
is darkening and the inhabitants
are hastening home for dinner.
I hope to see you later.

sobota, 11 września 2010

„Kalwaria” już pod koniec września!!!


2001

2001

Materiał zarejestrowany w latach 1995-2004
128 stron.
105 zdjęć w duotonach (+ 2 na okładce).
Posłowie mojego autorstwa pt. „Wokół Kalwarii”.
Wydawnictwo KROPKA, Września, 2010.

1998

W najnowszym Kwartalniku Fotografia, który niebawem pójdzie do druku, znajdzie się też wywiad ze mną, przeprowadzony przez Waldemara Śliwczyńskiego. CO NINIEJSZYM ZAPOWIADAM i POLECAM.

 1998

2000

czwartek, 9 września 2010

Zielony samochód

 
Stephen Shore, Natural Bridge, New York, 1974

Co za dzień…
- A szlag by go trafił - powtarzałem sobie w myślach raz po raz (chociaż po dwudziestej wszystko się pozytywnie wyjaśniło).
Jednak wcześniej, żeby sobie osłodzić wątpliwe przyjemności, jakie mnie  spotkały, po powrocie do domu zacząłem oglądać album Stephena Shore’a „Uncommon Places”, kilka lat temu kupiony okazyjnie w świetnie zaopatrzonej księgarni muzeum sztuki współczesnej Hamburger Bahnhof w Berlinie i wybrałem to właśnie zdjęcie.
Rok temu widziałem je w realu, eksponowane na wystawie przy okazji dziesięciolecia nagrody Deutsche Börse Photography Prize i to zielona auto (ciekawe co to za marka?), na zdjęciu Shore'a absolutnie genialnie plastyczne, po prostu niemal wyłaziło z wykonanej w technice c-printu odbitki o rozmiarach 50.8 x 61 cm (negatyw 8x10”).

wtorek, 7 września 2010

„Od Shoah do Strachu” Piotra Foreckiego


Prawie o tym zapomniałem, a wczoraj dostałem smsa od Adama Mazura, że widział zdjęcie z „Niewinnego oka” na okładce książki. Jakiej książki do licha?
No tak, wiosną tego roku dałem własnoręcznie podkadrowane zdjęcie byłej synagogi z Kosowa Lackiego Piotrowi Foreckiemu, autorowi pracy Od Shoah do Strachu. Spory o polsko-żydowską przeszłość i pamięć w debatach publicznych.
No i wydawnictwo to jest już w księgarniach.
A rzeczona okładka prezentuje się tak:

poniedziałek, 6 września 2010

Trochę miejskich widoków Łukasza Biedermana


Łukasz Biedreman, z cyklu Some Cityscapes (2009)

Zdjęcia Łukasza Biedermana po raz pierwszy zobaczyłem podczas tegorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie, gdzie  w ramach programu OFF, prezentowane były one w wnętrzu pubu Baraka przy Placu Nowym na krakowskim Kazimierzu. Tzn. konkretnie było tak, że oglądając w festiwalowym programie miniaturki fotogarfii zapowiadających offowe wystawy, tylko ta jedna przyciągnęła moją uwagę. Jednak ekspozycja pokazywana w Barace podobała mi się średnio. O ile same kadry były ewidentnie trafione i dobrze skomponowane (była to sekwencja nocnych ujęć stacji benzynowych, peryferyjnych ulic, czy tez jakichś industrialnych instalacji pt. „Miasto śpi”), to coś niedobrego stało się chyba na etapie produkcji wystawowych odbitek, ponieważ niektórym pokazywanym fotografiom brakowało trochę… ostrości.
Tymczasem, jak poinformował pod koniec sierpnia portal Fotopolis, dwie fotografie Łukasza Biedermana zostały pokazane w londyńskiej galerii theprintspace, w ramach wystawy złożonej ze zdjęć pochodzących z comiesięcznych konkursów organizowanych na Facebooku oraz serwisie Flickr. Natomiast konkurencyjny portal Świat Obrazu przeprowadził wywiad z fotografem.
Dzięki temu trafiłem na internetową stronę Biedermana (jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby zgooglować jego nazwisko), a tam na projekt zatytułowany „Some Cityscapes”.
No więc, „Trochę miejskich widoków” (jak sobie to przetłumaczyłem - strona jest po angielsku) to świetna seria, no i w ogóle bliska mi tematyka. Generalnie rzecz biorąc jest to raczej przestrzeń przedmiejska, czy też nieco prowincjonalna i możemy oglądać na nich nasze lokalne realia, które zwykle – by użyć modnego ostatnio słowa – są „wykluczone” (czy też wykluczane) z wizualnej reprezentacji w przypadku sztuk plastycznych. Spora część fotografii wykonana została zimą i może w tych kadrach najlepiej widać talent autora oraz konsekwencję w ich komponowaniu.  

 
Łukasz Biedreman, z cyklu Some Cityscapes (2009)

piątek, 3 września 2010

Zabrze-Biskupice, ulica Bytomska



Dotarłem tam jeszcze przed wschodem słońca. Czyli, jak obliczyłem to sobie na internetowej stronie do wyliczania takich rzeczy, przed czwartą rano, bo 24 lipca 2005 roku słońce wzeszło o godzinie 04:01. Na tym zdjęciu - gdzie za kamienicami stojącymi przy ulicy Bytomskiej widać różową poświatę - najwyraźniej wzniosło się ponad linię horyzontu, jak gdyby miało się wysunąć zza potężnej hałdy, usypanej 100 lat temu po drugiej stronie rzeczki o nazwie Bytomka.
Fotografowałem to miejsce wielokrotnie. Wydawało mi się, że kryje ono jakąś istotną tajemnicę, którą dopiero odczytać będzie można za pośrednictwem fotografii… Prawdę mówiąc, co do istnienia owej niewiadomej mam teraz nieco sceptyczny stosunek, no ale z drugiej strony, sam impuls skłaniający do robienia zdjęć, był tutaj ważny. Myślę, że nie była to jednak żadna tajemnica, co może raczej pewien rodzaj „niedopowiedzenia”, narzucający się obserwatorowi swoją stroną wizualną (oczywiście, jeżeli ktoś tylko chce patrzeć).
Powstałą na przełomie XIX i XX wieku wspaniałą zabudowę ulicy Bytomskiej, w latach 70. i 80. skonfrontowano z typowymi bunkrowcami z wielkiej płyty, jakie po wyburzeniu familoków, postawiono po północnej stronie ulicy (wspomniana wcześniej hałda stoi właściwie od południa). Jednak te urbanistyczne wtręty z epoki Edwarda Gierka („komunisty, ale patrioty” – jak się miał niedawno wyrazić pewien polityk z wyraźnymi skłonnościami do populizmu w brunatnym kolorze) oraz jego smutnego sukcesora w czarnych brylach, a mojego imiennika, nie były konsekwentne, więc ów – jak go nazwałem – rodzaj niedopowiedzenia, „tajemnicy” jest tam stale obecny.
Przy okazji, wymyśliłem wreszcie tytuł dla tego śląskiego zapisu w kolorze z lat 2004-05.
„Obrazy z piątej strony świata”. Per analogiam i z wyrazami uznania do/dla wiadomo kogo.
Więc go też niebawem powieszę w postaci slideshowu.