Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Allen Ginsberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Allen Ginsberg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lutego 2022

Ameryka

Piotr Sommer kręcił nosem na przekłady Bogdana Barana, ale to właśnie ten translator poradził sobie z ostatnim zdaniem tego wiersza - America I'm putting my queer shoulder to the wheel, które jego poprzednicy lub poprzedniczki tłumaczyli jako (cytuję z pamięci) - Ameryko, przyładam swe dziwaczne/dziwne ramię do koła. Tak było...


niedziela, 21 listopada 2021

(Co porabia teraz Borroughs?)

Poniższy wiersz Allena Ginsberga (w przekładzie Piotra Sommera) pochodzi z książki Znajomi z tego świata, wydanej 28 lat temu. Od tego czasu nie ukazał się u nas żaden nowy wybór wierszy tego poety... Trudno w to (kurwa mać) uwierzyć.

piątek, 30 września 2016

Na zapleczu rzeczywistości

By nawiązać nie tylko do tytułu wiersza Allena Ginsberga, kiedyś cytowanego na hiperrealizmie. Ivan Lutterer raczej nie jest w Polsce znany, co zresztą wcale nie dziwi... (choćby dlatego, że był wybitnym fotografem). Po zakupie na wiosnę tego roku monograficznego albumu, w którym można oglądać jego niepublikowane wcześniej zdjęcia, zorientowałem się, że w Czechach z tą popularnością też nie jest (nie było) najlepiej. Choć z drugiej strony, wydany w 2004 roku (trzy lata po samobójczej śmierci Lutterera) album Panoramatické fotografie był dość szeroko komentowany (czego ślady można jeszcze znaleźć w sieci), a wystawa panoram była prezentowana w Langhans Gallery. Wydana w 2014 roku przez Sudio JB książka Ivan Lutterer 1954-2001 zawiera mocno kontemplacyjne zdjęcia czeskich realiów z lat '70, '80 i początku '90. Motywy, miejsca i sposób ich prezentacji nie będą zaskoczeniem dla tych, którzy znają panoramiczne fotografie Lutterera, mnie natomiast te jego najpóźniejsze kadry - rejestrowane na peryferiach Pragi - nasunęły skojarzenia z setem Franka Gholke, jaki był prezentowany na słynnej ekspozycji Nowych Topografów w George Eastman House w 1975 roku. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z bezwolnym naśladownictwem, co raczej z inspiracją i pewnie też podobną (melancholijnie czułą) relacją wobec tego, co można zbiorczo nazwać "zapleczem rzeczywistości".


[Ivan Lutterer 1954-2001, Studio JB, Lomnice nad Popelkou 2014, str. 116-117]

czwartek, 18 sierpnia 2016

Fajny tytuł książki, fajny tytuł pisma...




Ed Sanders skończył wczoraj 77 lat (Joyeux Anniversaire!)  o czym poinformował mnie pewien portal społecznościowy, albowiem "polubiłem" swego czasu fanpejdż o nazwie Allen Ginsberg. Polubiłem i nie żałuję.
Kusiło mnie, żeby wkleić tutaj klasyka The Fugs I Shit My Pants, ale w takim kontekście raczej nie wypada...


wtorek, 26 kwietnia 2016

"Obrońcy wiary"

Allen Ginsberg

"Obrońcy wiary"

Wychodząc w deszcz z autobusu z Nowego Pazaru
poszedłem się odpryskać pod mury Zamku Maglić
i nad brzegiem Ibaru wdałem się w rozmowę z psami
Pokazały mi zęby i długo potem szczekały.

                                                                   20 października 1980

[Genialny Allen Ginsberg ze świetnego tomu przekładów Znajomi z tego świata, jaki w 1993 roku opublikowało katolickie wydawnictwo M, które - gdy pracujące w nim zryte berety zorientowały się, kim jest autor tomu - wycofało nakład z dystrybucji... Pisałem zresztą tutaj o tym kiedyś. Wiersz w tłumaczeniu Piotra Sommera znajduje się na str. 75.]

niedziela, 25 listopada 2012

Co się zaczyna pożądaniem koniec ma mądrzejszy


Ten późny i bardzo trafiony wiersz Ginsberga pasuje mi do serii ostatnich wpisów. Przy okazji publikacji tomiku, w którym się znalazł, doszło do skandalu, ponieważ poniewczasie ludzie z Wydawnictwa M (założonego przez uczestników Ruchu Odnowy w Duchu Świętym), zorientowali się, że firmują książkę z utworami homoseksualisty… A więc wstrzymano rozpowszechnianie części nakładu, doszło do schizmy z pismem NaGłos, także wydawanym przez „Odnowicieli”, co zapewniło temu periodykowi niezłą wtedy reklamę, a wszystko to działo się 19 lat temu. Czyli dość wyraźne symptomy tego, z czym obecnie mamy do czynienia - a mam tu na myśli dominacją katolickiej religijności w kołtuńskim wydaniu (współcześnie doszedł do tego jeszcze ryt „niepodległościowy” czy nazywając rzecz po imieniu - nacjonalistyczny), były wówczas widoczne, ale mało kto traktował je wtedy poważnie. Niestety.

Allen Ginsberg

Napisane w moim śnie
Przez W. C. Williamsa

„Póki Co
głosisz

pewną ogólną
Prawdę

Znaną powszechnie
jako pożądanie

Nie ma potrzeby
stroić

jej w szatki
piękna

Nie ma potrzeby
przekłamywać

tego co standardem
nie jest

aby się stało
zrozumiałe.

Weźże na warsztat
własny nos

oczy uszy
język

seks i
mózg

i pokaż je
publicznie

Idź na ryzyko
niedokładności

Słuchaj sam
siebie

mów sam
do siebie

a inni
też będą

zrzucając
z ulgą

swoje brzemię –
własną

myśl
i zgryzotę.

Co się zaczyna
pożądaniem

koniec ma
mądrzejszy”.


                  Boading, 23 listopada 1984

[przełożył Piotr Sommer, w: Allen Ginsberg Znajomi z tego świata, wiersze z lat 1947-1985, Biblioteka NaGłosu, Wydawnictwo M, Kraków 1993]

piątek, 23 listopada 2012

Po co być tak płaskim i prozaicznym?


Allen Ginsberg o Williamie Carlosie Williamsie. Ale myślę, że ta wypowiedź dotyczy nie tylko literatury/poezji oraz doktora z Rutherford:

No dobrze, po co być tak płaskim i prozaicznym? Albo: w jakim celu próbuje się wydobywać poezję z przedmiotów widzianych tak, jak postrzega je zwykły umysł? Najczęściej w ogóle nie widzimy zwyczajnych przedmiotów. Wypełniają nas fantazje śnione na jawie, tak że nie widzimy, co mamy przed sobą. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, co mamy przed nosem, i nawet nie doceniamy, co oferują nam codzienne stoły i krzesła, już to jako miejsca do jedzenia i siedzenia, już to w świetle stuleci rozwoju, jakie musiały zajść, żebyśmy mieli nasze miejsce do jedzenia. Zwykły umysł wstrzelający się w rzeczywistość, porzucenie jakichkolwiek myśli o niebie, iluminacji; zaniechanie wszelkich usiłowań manipulowania światem, by wydał się lepszy, niż jest; a zamiast tego zejście na ziemię i chęć nawiązania kontaktu z tym, co tu faktycznie jest, bez prób zmieniania wszechświata czy przeinaczania świata, który można zobaczyć, powąchać, posmakować, dotknąć, usłyszeć, o którym można myśleć. Praca Williamsa jako poety jest bardzo podobna do praktyki uważności w buddyzmie zen, ponieważ każe przyśrubować umysł do przedmiotów i wiąże adepta bezpośrednio ze wszystkim, co ten może znaleźć przed sobą, bez robienia z tego jakiejś wielkiej sprawy; bez zaspakajania jakichś ambicji ego, żeby mieć coś bardziej wykwintnego czy mniej bolesnego niż to, co już jest.

[Allen Ginsberg Williams w świecie przedmiotów, przełożyła Krystyna Dąbrowska - z tekstu obejmującego dwie uniwersyteckie pogadanki Allena Ginsberga (z 16 i 25 listopada 1976) spisane z taśmy i podane do druku przez Carrolla F. Terrella, Literatura na Świecie nr 1-2/2009, str. 82-83]

poniedziałek, 24 września 2012

METODA


Kopenhaga, Amager, 14-21.11.1999

-----

Allen Ginsberg

O utworach Burroughsa

Metodą musi być najczystsze mięso
          i żadnych przypraw z symboli,
prawdziwe widzenia i prawdziwe więzienia
          jak widziano je wtedy i jak widać je teraz.

Więzienie i widzenia pokazane
          przy pomocy surowych opisów
dokładnie odpowiadających opisom
          Alcatraz i Róży.

Nagi Lunch to dla nas rzecz normalna,
         jadamy kanapki z rzeczywistością.
Lecz alegorie to kupa sałaty.
         Nie ukrywajcie szaleństwa.

                                          San Jose, 1954


[przełożył Piotr Sommer, wiersz opublikowany w tomie: Allen Ginsberg, Znajomi z tego świata, Biblioteka "NaGłosu"-Wydawnictwo M, Kraków 1993]

czwartek, 16 sierpnia 2012

Sutra słonecznikowa


Zabrałem dzisiaj ze sobą do wanny „Utwory poetyckie” Allena Ginsberga w przekładzie Bogdana Barana (ponieważ bardzo lubię czytać poezję podczas zanurzania się w wodzie) z zamiarem przeczytania na nowo poematu „Sutra słonecznikowa”, dla czystej przyjemności i m.in. dlatego też, że pojawia się tam przywołany z nazwiska Jack Kerouac. A nad Jackiem Kerouakiem i jego powieściami, które wydaje właśnie WAB, pastwi się niezmiernie w Dwutygodniku Marcin Sendecki i pewnie ma rację, ale może z wyłączeniem „W drodze”, bo przy wszystkich swoich czysto literackich mankamentach, proza ta zawiera kapitalny materiał obserwacyjny. I czytając rok temu na nowo powieść Kerouaca, przed oczami cały czas przesuwały mi się oglądane wcześniej na stronie Biblioteki Kongrsu USA, zdjęcia Johna Vachona, Arthura Rothsteina, Jacka Delano i Ben Shana, które w drugiej połowie lat 30.  (akcja powieści rozpoczyna się w 1946) wykonywali na zlecenie FSA. Ponieważ Jack Kerouac jest autorem przedmowy do albumu „The Americans” Roberta Franka, co było ze strony wydawnictwa chwytem czysto marketingowym, jego fotografie traktuje się jako rodzaj ilustracji do „On the Road”. Tymczasem materiał zawarty w albumie Franka i sposób ułożenia ze zdjęć wizualnej narracji, idzie znacznie dalej, niż kerouakowskie historie z „Dharma Bums”, „Podziemnych” czy wydanych świeżo „Maggie Cassidy” i „Big Sur”… Wracając do Ginsberga i jego tekstów z tomiku „Skowyt i inne wiersze”, to ciągle czytam je z zainteresowaniem i bez specjalnych zastrzeżeń. Przy okazji, przypomniała mi się historia sprzed 30 lat, dotycząca biblioteki (już nieistniejącej) przy Konsulacie USA w Krakowie, gdzie można było wypożyczać do domu książki i gdzie mieli oczywiście wszystkie wydane tomiki Ginsberga (przez słynną oficynę City Light Books) poza „Skowytem”. Co nie było bynajmniej efektem działania jakiejś wewnętrznej cenzury w tej instytucji, tylko po prostu (o czym dowiedziałem się 2 lata później) tomik zwinęła moja znajoma M.W. i chyba należę do grona nie więcej niż 2-3-4 osób, które widzą kto był sprawcą tego przywłaszczenia… ;)


Allen Ginsberg

Sutra słonecznikowa
 
Wyszedłem na nabrzeże doku, gdzie ładują puszki bananów, usiadłem
pod ogromnym cieniem lokomotywy linii Southern Pacific by patrzeć na
zachód słońca nad wzgórzami pudełkowych domów i płakać.
Jack Kerouac, kumpel, siedział przy mnie na pogiętym zardzewiałym
żelaznym palu, mieliśmy te same myśli o duszy, otępiali, melancholijni, smutnoocy wśród splątanych stalowych korzeni drzew maszynerii.
Oleista woda rzeki odbijała czerwone niebo, słońce zapadało za grzbiety
wzgórz San Francisco, żadnych ryb w strumieniu, pustelnika w tych górach, tylko my o wilgotnych oczach, skacowani jak starzy włóczędzy na rzecznym nabrzeżu, zmęczeni ale sprytni.
Popatrz na Słonecznik, powiedział, a był tam mamy- szary cień na tle
nieba, wielkości człowieka, suchy, sterczące na szczycie starych trocin
Zerwałem się zachwycony - to był mój pierwszy słonecznik, wspomniałem
Blake'a - moje wizje - Harlem
i Piekła rzek Wschodniego Wybrzeża, dzwoniące mosty, Sandwicze Joes
Greasy, wózki martwych dzieci, czarce zdarte opony zarzucone, nie
naprawione, poemat z nabrzeża rzeki, prezerwatywy i garnki, stalowe
noże, nic porządnego, tylko wilgotny brud i jak brzytwa ostre wytwory
odchodzące w przeszłość
a szary Słonecznik trwał o zachodzie słońca, sponiewierany, z okiem
zapchanym przez sadz, smog i dym starych parowozów
pierścień krzywych płatków obwisły, połamany jak zdeptana korona
królewska, ziarna wypadłe z tarczy, z prawie-bezzębnych ust słonecznej
aury, promienie słońca ginęły w jego owłosionej głowie podobnej do
wyschłej pajęczyny drutów,
liście sterczące z łodygi jak ramiona, ruchomy korzeń w trocinach, kawałki
gipsu wypadłe spomiędzy czarnych gałązek, martwa mucha w jego uchu,
Mój słoneczniku, jakże nieświętą rzeczą byłeś; O moja duszo, kochałem
cię wtedy !
I Brud nie pochodził już od człowieka lecz od śmierci i ludzkich lokomotyw,
cały ten strój z pyłu, ten welon skóry pociemniałej od dymu lokomotyw.
sadza na policzku, powieka czarnej nędzy, zakopcona ręka, członek,
narośl wytworu gorszego-niż-brud - przemysłu - nowoczesności - cała ta
cywilizacja plamiąca iwą złotą szaloną ,koronę
i te mroczne myśli o śmierci i oczy w pyle i braku miłości, pędy i wyschłe
korzenie gdzieś w swojskiej stercie piasku i trocin, gumowe dolary -
zabawki, skóra maszynerii, kiszki i jelita auta, które płacze i kaszle, puste zapomniane puszki o zardzewiałych językach, nieszczęsny dzień, cóż jeszcze mógłbym wymienić, wypalony popiół chujokształtnego cygara, cipy taczek i mleczne piersi aut, dupy wytarte od siedzenia, zwieracze prądnic - wszystko to
wplątane w twe zeschłe korzenie - a ty tam przede mną o zachodzie
słońca, w całej chwale swego kształtu !
Doskonałe piękno słonecznika! doskonałe wspaniałe ukochane istnienie
słonecznika! słodkie oko natury dla nowego księżyca hipstersów,
zbudziłem się żywy i podniecony w cieniu zachodu chwytając złoty powiew wschodzącego słońca!
Ile much brzęczało wokół ciebie czystego mimo brudu, gdy przeklinałeś
niebiosa kolei i swą kwietną duszę?
Biedny martwy- kwiat! kiedy zapomniałeś, że jesteś kwiatem? kiedy
spojrzałeś na siebie stwierdzając, że jesteś bezsilną brudną starą
lokomotywą? upiorem lokomotywy? widmem i cieniem niegdyś potężnej
szalonej amerykańskiej lokomotywy?
Nigdy nie byłeś lokomotywą, Słoneczniku, zawsze byłeś słonecznikiem!
A ty Lokomotywo, jesteś lokomotywą, nie zapomnij !
I wziąłem gruby szkielet słonecznika i zatknąłem go u mego boku niczym
berło,
i wygłosiłem kazanie przed własną duszą a także przed duszą Jacka i
przed każdym, kto zechce wysłuchać,
- Nie jesteśmy workiem brudu, nie jesteśmy wstrętną tępą zakurzoną
lokomotywą bez duszy, wnętrze każdego z nas to piękny złoty słonecznik, każdemu z nas dane jest własne nasienie i dane są inne ciała, złotowłose nagie, które wyrastają na szalone czarne uroczyste słoneczniki o zachodzie, a my śledzimy je pod cieniem obłąkanej lokomotywy na nabrzeżu w San Francisco siedząc na stosach puszek, doznając wieczornych wizji.
 
przekład Bogdan Baran; w Allen Ginsberg Utwory poetyckie, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984

niedziela, 19 września 2010

Na tyłach rzeczywistości (2)

  
John Vachon. The coal company town of Kempton, West Virginia, May 1939.

W nawiązaniu do komentarza Sevilliana, switchman’s shack to zdecydowanie „budka zwrotniczego”, a nie „dozorcy” – jak to figuruje w wersji Bogdana Brana. Hm, itd., ITP.
Jednak w 1984 roku, kiedy ukazał się w Wydawnictwie Literackim zbiór jego przekładów Ginsberga, udało mi się zdobyć egzemplarz tej książki, tylko dzięki znajomości z autorem tłumaczeń (który w 1982 był niebanalnym wykładowcą kursu filozofii na polonistyce).
Sam jednak tytuł wiersza, traktowany dosłownie i metaforycznie jest mi bliski, i oddaje też pewien sposób oglądu tego, co nas otacza, czego doświadczamy zmysłem wzroku np. I nieodparcie kojarzy mi się też ze zdjęciami Johna Vachona lub Carla Mydensa, jakie na przełomie lat 30. i 40. wykonywali w ramach programu F.S.A. (mam wrażenie, że te, co celniejsze raczej obok niego) i które zebrane w albumie Long Time Coming: A Photographic Portrait of America, 1935-1943 robią ciągle spore wrażenie. Między innymi znalezieniem się na wspomnianych tyłach/zapleczu właśnie.

Carl Mydans, Group of houses at Detroit and Van Buren Streets, near electric railroad. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Carl Mydans, Junk, with living quarters close by. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Czytam sobie ostatnio po raz drugi (dla relaksu oraz rozrywki) „W drodze” Jacka Kerouaca. I o ile stylistyka tej powieści jest już nieco - i też zaskakująco - anachroniczna oraz często gęsto pretensjonalna, to w warstwie opisowej/faktograficznej można tutaj znaleźć mnóstwo elementów, jakie zarejestrowane zostały właśnie w tych miejskich pejzażach Vachona i Mydansa, a wobec których - literatura piękna i tzw. kultura wysoka zwykle niedowidzą. „Nie załapują się na nie” – jak mógłby powiedzieć powieściowy Dean Mariority, czyli realny Neal Cassady (określony przez Ginsberga w poemacie „Skowyt” mianem „adonisa z Denver”). Tymczasem jestem na stronie 102 wydania polskiego z 1993 (Państwowy Instytut Wydawniczy, tłumaczenie Anny Kołyszko) i prowadzący narrację w pierwszej osobie Sal Paradise (alter ego autora), ogląda przez szybę greyhounda wjazd do Hollywood:

Wyglądałem pożądliwie przez okno – domy zdobione sztukaterią, palmy, zajazdy, całe to szaleństwo, łachmaniarska ziemia obiecana, niezwykły kraniec Ameryki. Wysiedliśmy z autobusu przy Ulicy Głównej, która nie różniła się od głównej ulicy, kiedy wysiada się z autobusu w Kansas City, Chicago czy Bostonie – kamieniczki, brud, wokół snują się rozmaite indywidua, tramwaje suną ze zgrzytem przez ten beznadziejny świt, kurewski smród wielkiego miasta.

John Vachon, Business section of Dubuque, Iowa. The rich live in houses on the cliffs seen in background, April 1940.

John Vachon, Liquor store in Omaha, Nebraska, November 1938.

John Vachon, The Alamo movie theater in Washington, D.C., December 1937.

John Vachon. Scraps of paper blowing on bridge. St. Louis, Missouri, May 1940.

piątek, 17 września 2010

Na tyłach/zapleczu rzeczywistości


17 września i kolejna rocznica agresji ZSRR na Polskę w 1939 roku, określana w będących bardziej na prawo mediach informacyjnych - „wbiciem noża w plecy”. Co wywołuje oczywiście skojarzenia z niemieckim terminem Der Dolchstoss, tak chętnie używanym przez panów, którzy na swych proporcach mieli wypisane hasło: Deutschland erwache… Podobnie zresztą (pozostając w kręgu brunatnych konotacji), jak te marsze z pochodniami, które odbyły się na Krakowskim Przedmieściu tydzień temu.
A mnie po głowie chodzi od wczoraj wiersz Allena Ginsberga z 1954 pt. „Na tyłach rzeczywistości”. Wklejam poniżej najpierw przekład Piotra Sommera, a potem wersję Bogdana Barana:


Na tyłach rzeczywistości

za bocznicą kolejową w San Jose
       doszedłem samotnie
aż do fabryki czołgów
       i usiadłem na ławce
przy budce zwrotniczego.

Wśród źdźbeł siana na asfaltowej
        szosie leżał kwiat
— przerażający sienny kwiat
       myślałem — o kruchej
czarnej łodydze z koroną
       brudnych żółtawych
cierni długich na cal jak
       w Chrystusowej, i ze zbrukaną
bawełnianą kępką po środku
       jak stary pędzel do golenia
co leżał pod garażem
       cały rok.

Żółty kwiat, żółty,
       przemysłowy kwiat,
twardy kolczasty brzydki kwiat,
       a jednak kwiat,
co w twoim mózgu ma kształt ogromnej
       żółtej Róży!
Oto jest kwiat tego Świata.

*

Na zapleczu rzeczywistości

bocznicy kolejowej w San Jose
       wędrowałem samotny aż
dotarłem przed fabrykę cystern
       i usiadłem na ławce
obok budki dozorcy.

Kwiat leżał na kępce siana
      na asfaltowej szosie
— pomyślałem okropny
       wyschły kwiat — miał
kruchą czarną łodygę
       i koronę żółtawo brudnych
ostrych płatków podobnych
       cierniowej koronie Jezusa a w środku
suchą splamioną bawełniana kępkę
       jak stary pędzel do golenia
rok temu porzucony
       gdzieś koło garażu.

Żółty, żółty kwiat,
       kwiat przemysłu,
twardy ostry i szpetny,
       mimo to kwiat —
o kształcie ogromnej żółtej
       Róży w twym mózgu!
Oto jest kwiat Świata.