czwartek, 28 lutego 2013

GAZ-53


[Okolice Nowego Miasta nad Wartą, luty 2013. Za podpowiedzią Karola Gustawa Szymkowiaka]

Zaledwie zdążyłem rozłożyć statyw i zapiąć Hassiego na głowicy, a pojawił się właściciel terenu i zaczął ze mną rozmowę. Nie, nie miał nic przeciwko fotografowaniu, ale chciał się upewnić czy nie jestem przypadkiem z prasy, bo na łąkę, na której działałem prowadziła rustykalna brama z napisem o treści BURO 2012 (sic!). Pierwotnie napis brzmiał oczywiście EURO 2012, ale ponieważ jest zastrzeżony przez FIFA, więc mojemu rozmówcy pod karą grzywny kazano go usunąć. A ten zamienił tylko pierwszą literę i trzeba przyznać, że hasło w nowym brzmieniu doskonale pasuje/pasowało do charakteru tej imprezy... Potem opowiadał mi o swoich długoletnich zmaganiach z lokalnymi urzędami (jakieś kwestie pozwoleń na budowę, bo po drugiej stronie drogi miał nieukończony budynek warsztatu samochodowego), czego nie słuchałem jednak uważnie, będąc zajęty kadrowaniem. 
- Jak zobaczyłem proszę pana, że na takiego samego Zisa ładują trumny po tym niby wypadku pod Smoleńskiem, gdzie ta pancerna brzoza przewróciła samolot do góry nogami, to się proszę pana popłakałem... - powiedział w pewnej chwili.
Przez moment zastanawiałem się czy ma sens sprostowanie nazwy  samochodu, bo GAZ (Gorkowskij Awtozawod) to jednak nie to samo co ZIS (Zawod Imieni Stalina), po prostu dwie różne fabryki, no i widoczny na zdjęciu model oznaczony jako "53" produkowano w latach 1961-1993, czyli grubo po śmierci Ziutka Słoneczko.
Właściciel terenu, na którym stałem, wyraźnie i dość przewidywalnie rozkręcał się w temacie katastrofy smoleńskiej. Widząc, że światło zaczyna mi uciekać, postanowiłem zakończyć tę konwersację, co mój rozmówca na szczęście jakoś wyczuł, ale na odchodnym powiedział jeszcze.
- Jak się wkurwię proszę pana, to przebuduję ten mój warsztat, dostawię do niego wieżę, a w środku urządzę ekstra burdel. Bo to jest proszę pana, najlepszy interes na świecie, ale wszystko legalnie, jak tylko Palikot uchwali te nowe przepisy.
Zaniemówiłem...

wtorek, 26 lutego 2013

John Vachon - Warszawa / Stephen Shore - El Paso


Właściwie mógłbym tego posta opatrzyć tytułem Dlaczego klasycy? (3)...
Te dwa zdjęcia, od dawna chodziły mi po głowie i od pewnego czasu chciałem dokonać ich porównania.
Chociaż dzieli je 29 lat, a pierwsze to klasyczny monochrom (4x5"), zaś drugie to odbitka z kolorowego negatywu (8x10"), mają ze sobą wiele wspólnego, jeżeli przyjrzeć się metodzie/konwencji obrazowania.
Powiedziałbym nawet, że w jakiś sposób jedno wynika z drugiego.
I warto też wiedzieć, że Vachon robił dla FSA również kolorowe zdjęcia (można je zobaczyć na stronie Biblioteki Kongresu USA).

John Vachon, Poland 1946, Ruined shrine in Warsaw

Stephen Shore, El Paso Street, El Paso, Texas, July 5, 1975


----------
Pierwsze zdjęcie z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995. Str. 83.
Druga fotografia pochodzi z albumu Stephen Shore Uncommon Places. The Complete Works, Aperture Foundation, New York 2004. Str. 111.

poniedziałek, 25 lutego 2013

John Vachon, "Poland, 1946" (2)


Dwie fotografie, które w albumie "Poland, 1946" znajdują się pomiędzy pierwszą, a drugą stroną tytułową.



Pierwsza fotografia, do której pozują dwie dziewczynki z pociągu repatriacyjnego (rewelacyjny kadr!), wykonana została na stacji kolejowej gdzieś na Górnym Śląsku.
Na drugiej widać pchli targ w Warszawie. Co ciekawe, publikacja albumu Vachona, w którym naliczyłem 14 zdjęć zrujnowanej stolicy przeszła właściwie bez echa... A fotografie świetne i w każdym calu dokumentalne. I gdyby porównać je do Kodachromów Henry'ego N. Cobba z 1947 roku, których "odkrycie" (a później prezentacja w Domu Spotkań z Historią) narobiło ostatnio tyle szumu, to dostrzec można dość istotną różnicę na niekorzyść tego drugiego.
Jak przeczytałem w posłowiu pióra Ann Vachon, jej ojciec odwiedził Polskę ponownie w 1956 roku i zrealizował tu materiał dla dwutygodnika Look (ciekawe, jak wyglądają te zdjęcia?).

----------
Zdjęcia z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995.
Kolejno:
1. Two polish girls, standing beside a train, str. III.
2. Warsaw flea market, on the present site of the Palace of Culture, at Emile Plater Street, str. II.

niedziela, 24 lutego 2013

John Vachon, "Poland, 1946"


Ci co przyjeżdżają...




I ci co wyjeżdżają...



----------
Zdjęcia z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995.
Kolejno:
1. Man with Accordion, str. 114.
2. Shrine on a Boxcar, str 112.
3. Repatriante Family in Boxcar Doorway, str 116.
4. German Deportees, Wroclaw, str. 142.

sobota, 23 lutego 2013

Dlaczego klasycy? (2)


Tym razem bez cytowania tego nudziarza Herberta (choć może jego wiersz Fotgrafia wart jest przytoczenia, a jeszcze bardziej nieco kuriozalny komentarz, jakim utwór ten na łamach Tygodnika Powszechnego obdarzył kiedyś Marian Stala ...).
Dwa zdjęcia Johna Vachona, jakie pojawiły się niedawno na portalu www.shorpy.com, które chyba dość dobrze pokazują, że dokumentalny zwrot w fotografii amerykańskiej, który miał miejsce w latach 60. i 70. XX w. nie był czymś przypadkowym.
Fotografie są z roku 1937, czyli zostały wykonane przed formalnym przyjęciem Vachona do ekipy pracującej dla Farm Security Administration.

 John Vachon - August 1937. Gas station and gospel mission in Cleveland, Ohio.


John Vachon - December 1937. Gas station in Minneapolis.

Niezłe kadry, jak na prace dwudziestotrzyletniego autora, który fotografuje dopiero od roku...

John Vachon nie jest u nas specjalnie znany, a trzeba wiedzieć, że pierwszy solowy album z jego zdjęciami, zawierał fotografie z Polski właśnie.
Książkę już po śmierci Vachona wydał jego córka Ann, a znalazły się tam kadry zarejestrowane w 1946 roku, kiedy fotograf przez 6 miesięcy przebywał w naszym kraju i robił zdjęcia dla UNRRA. Na całe szczęście jednak fotografował nie tylko działania tej instytucji (o co zresztą zwierzchnicy mieli do niego pretensje) i dzięki temu mamy kapitalny - chyba najlepszy w tamtym czasie -zapis z powojennej Polski. Bezbłędnie trafione fotografie z Warszawy, Gdańska, Górnego Śląska, Kielecczyzny, lubelskiego, Nysy Wrocławia. We wspomnianej książce jest też rewelacyjna sekwencja zdjęć, na której zobaczyć można pasażerów pociągu wiozącego repatriantów ze wschodnich terenów II RP na tzw. ziemie odzyskane. Bardzo mocny zestaw!

[John Vachon Poland, 1946, Smithsonian Institution Press, Washington & London 1995]

piątek, 22 lutego 2013

KOPENHAGA Grzegorza Wróblewskiego w Zephyr Press


już wkrótce. W tłumaczeniu na angielski, którego dokonał Piotr Gwiazda. 
A tak (na 99%) będzie wyglądać okładka.




Cieszę się, że ten świetny zbiór próz Grzegorza ukaże się w wersji anglojęzycznej. A na zachętę jeden z moich ulubionych fragmentów (jeden z wielu), który w polskim wydaniu Kartek (2000), znajduje się na stronie 42.

***

     Flemminga P. ukarano grzywną. Zapłaci 2000 koron, ale przy okazji
zrobiło się o nim głośno w gazetach i telewizji. Flemming P. dokonał
niepospolitego czynu. (Jego “akcja” przeszła już do historii Królestwa!)
Wykradł on ze szpitalnej lodówki ciało swojego ojca i zawiózł je po cichu
do mieszkania. Tam odział zwłoki w czarne kowbojki, w skórzane spodnie
i wysłużoną, punkową skórę. (Na głowę trupa włożył motocyklowy kask).
Potem przymocował nieboszczyka do swojej amerykańskiej maszynki,
no i wyruszyli w trasę. Odwiedzili Kopenhagę, gdzie “zaliczyli” wszystkie
ulubione miejsca starego. Pożegnanie było więc męskie i jednocześnie
niezwykle oryginalne. (w stylu śp. Williama S. Burroughsa). Właśnie tego
życzyłby sobie mój ojciec - wyznał zbulwersowanym dziennikarzom Flemming P..
     I jeszcze echo ostatnio zakończonej wojny (Bandidos kontra Hells Angels).
Protesty rady parafialnej, wypowiedzi policjantów, artykuły w prasie…
Na grobie jednego z Aniołów (który bohatersko zginął na placu boju) klubowe
logo Hells Angels. Czy należy zezwolić na to na chrześcijańskim cmentarzu?
Rada parafialna rząda zmiany napisu, natomiast adwokat Aniołów powołuje się
na Prawa Obywatelskie itd.. Grozi Brukselą, sądem i innymi poważnymi
“konsekwencjami”. Co zrobić np. z nagrobkiem Makrela, prezydenta
Bullshitów z Amager, zamordowanego w latach 80 (właśnie przez jednego
z Aniołów), na którym z kolei symbole Zakonu SS?

środa, 20 lutego 2013

GARBY WITAJĄ (GARBY ŻEGNAJĄ)


Garby, 12.02.2013 (za podpowiedzią Karola Gustawa Szymkowiaka)

[Nawet wyzbywszy się "niepotrzebnej ironii", która nastaje na "powagę życia", chyba nie sposób obojętnie minąć obiekt o tak wyraźnym znaczeniowym potencjale...]

wtorek, 19 lutego 2013

"Walenty" w kwietniu 1994 (2)



Zdjęcie takie sobie (to z poprzedniego posta znalazło się na wystawie "Pejzaż symboliczny"), ale widać tutaj trochę rzeczy, których już nie ma. Np. budynek płuczek węglowych (wg. "ruskiego projektu" - jak chce Marek Locher) czy wieżę wyciągową szybu "Centralny". Gdy fotografowałem "Walentego" od północy, przy ustawianiu kadru zawsze mi przeszkadzał ten cholerny układ kominów, które musiały bezsensownie zza czegoś wystawać...


A tu próba "monumentalizacji" motywu. Coś co naprawdę dobrze zaczęło mi wychodzić dopiero przy "Postindustrialu"... I patrząc teraz na to zdjęcie doceniłem rolę szkolnictwa artystycznego. Bo gdybym zgłosił się z tym kadrem do jakiejś palcówki edukacyjnej, to z dużym prawdopodobieństwem, ktoś powiedziałby mi: "A może  byś tak chłopie użył tutaj shifta?"... 
Co w roku 1994 nie przyszło mi do głowy, a wcale nie było wtedy takie nierealne, jeśli wiziąć pod uwagę prywatny import ukraińskiego produktu o nazwie Arstat 35mm/2.8 PC, który z bagnetem Nikona można było nabyć w zupełnie przystępnej cenie.

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Walenty" w kwietniu 1994


[Koksownia "Walenty", kwiecień 1994]

Tym razem widok w kierunku północno-wschodnim. Patrząc na cyfrowe wglądówki zrobione po zeskanowaniu tego negatywu (Ilford Delta 100 wołany w ID-11 i rozcieńczeniu 1:1), zdałem sobie sprawę, że dopiero 10 lat później, kiedy wykonywałem zdjęcia poprzemysłowych ruin do serii "Postindustrial", doszedłem do obrazowania, którego usilnie szukałem przy fotografowaniu "Walentego"...
Ciekawe, co to za wieża wyciągowa, którą widać obok pomalowanego w "skarpetkę" komina, pomiędzy betonowym silosem w centrum kadru (chyba służył do ładowania koksu na wagony kolejowe?), a budynkiem obok baterii koksowniczej po prawej stronie? Na pewno Marek Locher będzie wiedzieć.

sobota, 16 lutego 2013

PRAWDZIWE POKŁOSIE


W końcu zobaczyłem "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego. Znając jego wcześniejsze produkcje, nie spodziewałem się niczego specjalnego i tu spotkało mnie totalne zaskoczenie. Film jest bardzo, bardzo dobry i gdyby nie kilka wpadek (np. zupełnie niepotrzebne wsadzenie widoku płonącej stodoły do kadru z pożarem zboża czy też scena odkopywania grobu zamordowanych Żydów w strugach deszczu), mógłbym powiedzieć, że genialny! Świetnie osadzony w polskich prowincjonalnych realiach (okolice Łomży, a jakże...), a pokazana w nim historia mordu żydowskich sąsiadów i przejęcia ich mienia, jest nie tylko prawdopodobna od strony psychologicznej, ale też ma liczne faktyczne odniesienia i to nie tylko na terenie powiatu łomżyńskiego. Zaskoczyła mnie także in plus świetna gra aktorów (tu np. Macieja Stuhra, z którym wcześnie za bardzo nie przepadałem). Oczywiście polskie prawicowe media nie zostawiły na reżyserze suchej nitki (merytoryczną i ciekawie napisaną polemikę z tekstami Piotra Gontarczyka, Piotra Semki i Dominika Zdorta znalazłem na portalu dlamyslacych.latte24.pl), czego się można było właściwie spodziewać, bo w przypadku większości tych panów (przewaga facetów w konserwatywnych redakcjach jest druzgocąca) nacjonalizm - który nazywają patriotyzmem, katolicyzm i antysemityzm mają oni niejako w pakiecie. 

Teraz może cytat z artykułu wspomnianego Dominika Zdorta, który tekście pt. "O tym, jak śmiałem się na pokłosiu" pisze m.in.: Śmiałem się, gdy grany przez Stuhra młody polski rolnik okazał się namiętnym kolekcjonerem żydowskich nagrobków i  płynnie odczytywał z nich hebrajskie napisy. No cóż, po takim wyznaniu trudno już powiedzieć, że "śmiech to zdrowie". Dla Zdorta sytuacja, w której filmowy Józek Kalina - nazwany "namiętnym kolekcjonerem żydowskich nagrobków", orientuje się, że macewy z cmentarza w jego wsi, ciągle służą jako nawierzchnia lokalnej drogi, więc w zupełnie naturalnym odruchu  przenosi je na swoje pole, jest śmieszna i nieprawdopodobna... To oczywiście wiele mówi o mentalnym poziomie dziennikarza gazety o nieadekwatnej w takim kontekście nazwie... Rzeczpospolita. Czy rolnik spod Łomży nie jest w stanie nauczyć się podstaw hebrajskiego, żeby móc odczytać inskrypcje na macewie? Przypominają mi się czytane kiedyś historie ludzi (oczywiście nie są to liczne przypadki...), którzy powodowani podobnymi motywacjami, co bohater filmu Pasikowskiego, porządkowali kirkuty i nie będąc wcale absolwentami hebraistyki katalogowali inskrypcje na macewach.

Historia żydowskich nagrobków, których odkrycie przez Józka Kalinę wywołuje w "Pokłosiu" całą lawinę tragicznych zdarzeń, przypomniała mi o projekcie Łukasza Baksika "Macewy codziennego użytku". Właśnie ukazała się książka, o której na razie nic nie słychać... Rzuciłem teraz okiem na stronę wydawnictwa Czarne, które album wydało i widzę tam informację, że premiera zapowiadana jest na 5 marca. No, więc będzie słychać - z tego co wiem, premiera krakowska odbędzie się w Cheder Cafe 25 marca. Wędrując po Polsce Baksik szukał "drugiego życia" (to eufemizm) żydowskich kamieni nagrobnych i znalazł prawdziwe spektrum rozmaitych i często szokujących zastosowań. Wszystko zaczęło się od Kazimierza nad Wisłą, gdzie na targu staroci napotkał szlifierski kamień zrobiony z macewy. No a potem były: chodniki, krawężniki, posadzka w klasztorze, stodoły, budynki gospodarcze, wieża ciśnień, parkowa pergola, nagrobki (katolicki i ewangelicki), peerelowski pomnik, mury ogrodzeń i mury przyporowe, kamienie młyńskie, żarna, piwnica/ziemianka, a nawet wykładzina szamba...

Fotografując rodzimy proceder recyclingu macew, Łukasz Baksik zaczyna zazwyczaj od planu ogólnego, który dostępy jest oczom przeciętnego przechodnia. Następnie podchodzi coraz, coraz bliżej do motywu, a wtedy już nie mamy żadnych wątpliwości, z czego zrobiono oglądaną stodołę, chodnik czy mur. Co ciekawe, przy powtórnym oglądnięciu zdjęcia, jakie rozpoczyna taki swoisty proceder "dekonstrukcji krajobrazu", w większości zarejestrowanych przez Baksika przypadków żydowskie nagrobne kamienie są  właściwie dobrze widoczne... Mroczna historia jest więc cały czas w zasięgu naszego wzroku, a często całkiem dosłownie - pod naszymi nogami. Jeżeli więc widzimy, albo wiemy (autor projektu czasem dokonuje fizycznej ingerencji, obracając np. "chodnikową" macewę inskrypcjami do góry lub wyciąga kamień z muru) i nie reagujemy w żaden sposób, to jak jest z tą naszą pamięcią o dawnych sąsiadach i stosunkiem do sfery sacrum (cmentarz to dla większości mieszkańców tego kraju, nie tylko zresztą dla tzw. "Polaków-katolików", to podobno "miejsce święte")? 


  Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010


Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010

Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010

piątek, 15 lutego 2013

"Walenty" pod słońce


i widoczny w centrum kadru szyb o nazwie "Centralny", należący do pracującej jeszcze przez dwa lata KWK "Wawel". Zawsze chciałem sfotografować potężny budynek płuczek węglowych tej kopalni, ale się jakoś nie składało... A kiedy specjalnie w tym celu pojechałem do Rudy Śląskiej, po obiekcie nie było już żadnego śladu.

[Koksownia "Walenty", styczeń 1995] 

czwartek, 14 lutego 2013

"Walenty" na Walentynki


[Koksownia "Walenty", styczeń 1995, Nikon F-90 + Nikkor 50/1,4 + Ilford Delta 400]

"Walenty" pod światło, już ponad 18 lat temu... Bardzo lubię to zdjęcie (jak należy się domyślać, weszło ono do zestawu prac pokazywanych na wystawie "Pejzaż symboliczny"). Było wtedy jakoś w okolicach -15ºC i od mrozu popękała mi obudowa pryzmatu w Nikonie, mimo, że w przerwach między robieniem zdjęć chowałem aparat pod puchową kurtkę.

środa, 13 lutego 2013

OSTATNIE PRZYKAZANIE MIŁOŚCI


Krzysztof Jaworski

OSTATNIE PRZYKAZANIE MIŁOŚCI

Pocałujcie mnie w usta.


----------
[wiersz przepisałem z tomu Dusze monet, wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2007, str. 33]

wtorek, 12 lutego 2013

GARBY WITAJĄ


 2013-02-11 14:44
2013-02-11 14:55

Obie lokalizację (Gaz-53 stoi w okolicach Nowego Miasta nad Wartą) dzięki podpowiedzi od Gustawa Karola Szymkowiaka, THX!


 2013-02-01  13:10
2013-02-01  13:10

niedziela, 10 lutego 2013

Ulica Gliniana revisited


[Ruda Śląska - Czarny Las, ul. Gliniana, 08.02.2004]

"Lokalny koniec świata" (© Marek Locher) odwiedzony po 9 latach. Błoto jakby trochę inne, ale to zapewne kwestia pogody. Diametralnie inny na pewno widok z okien stojących tutaj domów - bo na hipermarket sieci Tesco*. 
Dwa lata wcześniej wysadzono w powietrze betonowe nogi silosów węglowych "Walentego" i teren byłej koksowni był systematycznie "plantowany" nawożonym tam kamieniem kopalnianym (nieporozwalane do końca betony kruszono jakiś czas mechanicznie).

*w tym momencie zacząłem się zastanawiać czy nie jest to przypadkiem Real albo Carrefour?

sobota, 9 lutego 2013

Ulica Gliniana


[Ruda Śląska - Czarny Las, ul. Gliniana, 30.01.1995]


Też na Tech Panie Kodaka. Skanując te negatywy sprzed 18 lat, doceniłem jednak ich ekstremalnie małe ziarno, "przejrzystość" oraz świetną rozdzielczość. A gdyby tak zrobić coś na monochromie i z użyciem materiału o zbliżonych parametrach? Jest współczesny zamiennik Tech Pana w postaci filmu ATP 1.1 firmy Rollei. Ciekawe jak sprawdza się w praktyce? Myślę sobie o załadowaniu kasety 6x9 i zrobienia zdjęcia moim Cambo. Rozdzielczość ATP oceniana przez producenta na 300 lp/mm w połączeniu ze świetnymi szkłami Rodenstocka, mogłaby dać niezły efekt... Oczywiście przy hybrydowej obróbce materiału - klasyczne wołanie i skan negatywu (emulsja ATP jest podobno specjalnie pod skany przygotowana).

Mieszkańcy ulicy Glinianej mieli zapewne kilka-kilkanaście lat wcześniej spektakularny widok na pracującą wtedy pełną parą Koksownię Walenty (primo voto Wolfgang) oraz na Kopalnię Walenty-Wawel (częściowo także primo voto Wolfgang*) i jej szyby "Walenty" oraz "Mikołaj". 
Koksownię Walenty fotografowałem w latach 1992-96, a zarejestrowany materiał został w 1997 pokazany na wystawie "Pejzaż symboliczny" (w krakowskiej Galerii ZPAF przy ul. św. Tomasza). Niestety... ten kapitalnie wyglądający wtedy obiekt robiłem małym obrazkiem... i mimo, że używałem głównie niskoczułych Ilfordów, a raz nawet Tech Pana, efekty były mało (mnie) zadowalające.

*Patrz komentarz Górniczego.

piątek, 8 lutego 2013

Ruda Śląska, 30.01.1995


[Ruda Śląska, 30.01.1995]

Zajrzałem na maps.google.com i wychodzi mi na to, że widać tu domy stojące przy ulicy Targowej. I chyba jest to Wirek, a nie Czarny Las?

Przy okazji tego kadru ciekawostka technologiczna. Nawet całkiem dosłowna, bo zdjęcie to zostało zrobione na kultowym kiedyś materiale Kodaka o nazwie Technical Pan Film. Który naświetlany na 25 ASA i wołany w Technidolu dawał ekstremalnie małe ziarno i niesamowitą rozdzielczość, określaną przez producenta na ponad 300 lp/mm. Generalnie była to błona graficzna, cechująca się dużym kontrastem, ale obrabiana we wspomnianym Technidolu, dawała bardzo przejrzyste i ostre negatywy. I nie pamiętam już, co podpiąłem wtedy do Nikona F-90 (w grę wchodził zoom 2,8/35-70, albo standard 1,4/50), ale jakoś tak porażająco ostry to ten kadr nie jest... (bo i oba szkła, choć naprawdę dobre, do absolutnych żylet się nie zaliczają).

Szperając w stykówkach, byłem pewien, że sfotografowałem wtedy z bliższej odległości (wydaje mi się, że to jednak zrobiłem...) kopalnię "Pokój", więc na kliszy powinienem mieć też szyb "Jan Karol", o którym wspominał Marek Locher w komentarzu do poprzedniego posta. Ale nic takiego na razie nie znalazłem. Szukam.

czwartek, 7 lutego 2013

KWK "Pokój"


i charakterystyczna betonowa konstrukcja szybu "Wanda", widoczne w prześwicie między domami. Brudnożółty blok stoi przy ulicy 1 Maja. Kamienica z nieotynkowanej cegły znajduje się natomiast przy ulicy Karola Bytomskiego. Wg. maps.google.com jest to dzielnica Czarny Las (nota bene ulica Stanisława Kunickiego to chyba też ta właśnie część Rudy Śląskiej... trudno jest mi się połapać w tej topografii...).

Ruda Śląska, ul. Karola Bytomskiego, 08.02.2004

środa, 6 lutego 2013

Lord


Ruda Śląska - Wirek, ul. Stanisława Kunickiego, 08.02.2004

My sweet Lord... ;))
Archaiczny wygląd ulicy Kunickiego od razu mnie zachwycił i wracałem tam kilka razy. Kiedy chodzi się po tych okolicach Wirka, widać, że urbanistyczny porządek tej dzielnicy w latach 70. poddany został mocnej dezorganizacji. Mnóstwo jest tutaj takich zdziesiątkowanych (jeśli idzie o zabudowę) i prowadzących donikąd uliczek, na których zapleczu wyrastają kanciaki z wielkiej płyty. 
Patron ulicy - Stanisław Kunicki, to działacz Narodnej Woli i współzałożyciel Proletariatu (z Ludwikiem Waryńskim), zwolennik prowadzenia działalności politycznej przy pomocy zamachów terrorystycznych... 

wtorek, 5 lutego 2013

TANIA ODZIEŻ


Ruda Śląska - Wirek, ul. Jarosława Dąbrowskiego, 08.02.2004

Dalej ulica Jarosława Dąbrowskiego. Tania odzież, kraty w oknach, błocko (naniesione przez ciężarówki wywożące gruz), zamurowane okna suteren w trzypiętrowej kamienicy po prawej stronie... Bezśnieżna pora przedwiosenna, crème de la crème krajobrazu ojczystego. Czy na przednówku w tej okolicy może być coś bardziej depresyjnego? Chyba tylko osiedle Ruda Śląska - Bykowina, gdzie sporo blokasów zachowało azbestowy siding z lat 80.
Po tym wyjeździe do Rudy, który był taką przymiarka do fotografowania śląskich tematów w kolorze, po przeglądnięciu wglądówek, zdałem sobie sprawę, że potrzebuję shifta. Wcześniej, przy "Czarno-Białym Śląsku" jakoś mi to nie przyszło do głowy...

poniedziałek, 4 lutego 2013

Ruda Śląska - Wirek*, 08.02.2004


Ruda Śląska - Wirek, ul Jarosława Dąbrowskiego, 08.02.2004

I hurt i detal można by powiedzieć... Ten sam budynek od zaplecza w trakcie prac rozbiórkowych. I 3 lata różnicy... Zdjęcie z rozmazanym gołębiem w locie , które poszło do "Kapitału", wykonane było 25.03.2001 (więc nawet niepełne 3 lata).

-----
* Po komentarzu Marka Lochera skorygowałem nazwę dzielnicy z błędnej - "Nowy Bytom", na prawidłową - "Wirek".

niedziela, 3 lutego 2013

HIPERREALIZM (ŚWIĘTOKRZYSKI i DOLNOŚLĄSKI)



Jadąc w zeszły czwartek "kiblem" do Zielonej Góry i mijając malownicze niezmiernie odcinki trasy pomiędzy miastami: Rudna - Głogów - Nowa Sól (bezśnieżne i przedwiosenne widoki z okna pociągu to prawdziwa créme de la créme krajobrazu ojczystego...), przyszła mi do głowy parafraza "Hiperrealizmu świętokrzyskiego" (natychmiast wysłałem ją sms-em Krzyśkowi Jaworskiemu i nie miał nic przeciwko)...

       HIPERREALIZM DOLNOŚLĄSKI

       Obesrane pola pod obesranym niebem.

Widoczna na skanie naszej książeczki "Kapitał" kamienica (a właściwie dach jej oficyny), to nieistniejący już dom, który stał sobie kiedyś przy ulicy Kupieckiej w Rudzie Śląskiej-Nowym Bytomiu. Budynek ten miał pięknie obłożoną flizami elewację w pastelowych kolorach (z secesyjnymi elementami ) i datę 1901 na szczycie fasady. Widoczna obok telewizyjnej anteny wieża kościoła należy do parafii pw. Ducha Świętego.
Wiosną 2004 sfotografowałem - już w kolorze - rozbiórkę tego domu od zaplecza, czyli od ulicy Jarosława Dąbrowskiego (równoległej do Kupieckiej).

sobota, 2 lutego 2013

Maszyna wyciągowa z KWK Siemianowice Śląskie


[04.12.2001]

Fotografia z dedykacja dla Marka LocheraZ tego co pamiętam, robiłem to zdjęcie przez dziurę w drzwiach. I chyba musiałem się złożyć z ręki, bo negatyw jest lekko nieostry... (więc trochę nad nim teraz popracowałem w ramach tzw. postprocesingu, ale lepiej już nie będzie...). 
Szkoda, że to piękne urządzenie poszło na żyletki...

piątek, 1 lutego 2013

Huta Głogów


[2013-02-01  11:35]

Zjawiskowo wyglądająca huta miedzi "Głogów", oglądana z okna pociągu (EN-57, czyli tzw. "kibla"). Wracając z Zielonej Góry specjalnie siadłem po lewej stronie wagonu, żeby zrobić komórką trochę zdjęć tego obiektu. Chyba warto byłoby się tam też wybrać samochodem i pokręcić się trochę po okolicy, bo tereny wokół huty też są zjawiskowe. 
Podróż z Zielonej Góry via Wrocław do Krakowa zajęła... ponad 10 godzin. Dodatkowo zaraz po starcie z Wrocławia Głównego, pociąg Interregio "Galicja" (czyli też "kibel", ale czteroczłonowy - EN-72), odmówił posłuszeństwa i staliśmy jakieś 40 minut, aż go na całe szczęście naprawili...
Spotkanie w BWAZG spoko. Pełna sala, dwugodzinny wykład i na koniec tylko jedno pytanie ze strony publiczności (trochę jak listopadzie w MOCAK-u). Pokazywałem "Postindustrial", "Niewinne oko nie istnieje", "Nowe Miasto" (poprzedzone fotografiami z archiwum Deroit Publishing Co. oraz zdjęciami Joha Daviesa z "Fuji City" i "Metropoli Project"), a na koniec "Kalwarię".

[2013-02-01  08:39]