niedziela, 30 października 2011

WARSZAWSKIE RUINY W KOLORZE (sierpień 1947)


 Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Ten zestaw kilkudziesięciu slajdów, który chce pozyskać do swojej kolekcji Narodowe Archiwum Cyfrowe, robi prawdziwą furorę na Facebooku, wzbudzając „ochy” i „achy” oglądających go internautów. Napisał o nim portal Fotopolis, a dzisiaj ma być też program w TVN24. Fotografie te wykonane zostały przez Henry N. Cobba, który był uczestnikiem delegacji amerykańskich architektów, podróżującej po Europie i obserwującej postępy odbudowy ze zniszczeń wojennych w Anglii, Czechosłowacji oraz w Polsce. Faktycznie Henry N. Cobb ma niezłe oko (które chyba z czasem utraciło nieco ostrość widzenia, jeżeli przyjrzymy się projektom brylastych wieżowców jego autorstwa...), więc jest co oglądać. W moim przypadku zaszła też swoista koincydencja, ponieważ cały poprzedni tydzień z ogonkiem, ślęczałem nad zdjęciami Zofii Chomętowskiej i Marii Chrząszczowej, robiąc separacje na doutony do wydawanego przez Fundację Archeologia Fotografii albumu „Kronikarki” (wszystkie arkusze są już wydrukowane, teraz tylko felcowanie, szycie i oprawa). Chomętowska i Chrząszczowa fotografowały zrujnowaną Warszawę w 1945 i wyłącznie w monochromie. Patrząc na zestaw slajdów Henry N. Cobba, odnalazłem znane mi ulice i ruiny. Jaka jest różnica? Na pewno skrócenie dystansu czasowego (wszystko to wygląda, jakby zdarzyło się niemal wczorajszego dnia…), zwracają zresztą na to uwagę inni „oglądacze” tej kolekcji. Technika kolorowa pozbawia też fotografowane ruiny swoistego patosu, tak typowego dla monochromatycznych przedstawień, gdzie do granic możliwości eksploatuje się „dramatyczną” grę światłocienia (by w roli ilustracji przywołać fotografie Leonarda Sempolińskiego lub Edwarda Falkowskiego). Jeżeli można by pokusić się o określenie konwencji  tych kolorowych przedstawień Warszawy z 1947, to należałoby mówić o… „stylu” małoobrazkowej kamery Leica lub Contax, o „stylu” slajdu Kodachrome. Sposób podejścia Henry N. Coba do tematu warszawskich ruin, to klasyczny przykład ujęcia werystycznego, mającego za zadanie prezentacje tematu w atrakcyjny wizualnie sposób, słowem „stylu zero”, który odnajdziemy też w „nowym dokumencie”. Tylko tyle i aż tyle.

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

sobota, 29 października 2011

Oświęcim, 2011-10-29 16:30, kładka na dworcu PKP


(Nokia 2700)


Wracając z Bielska-Białej, gdzie wybrałem się zobaczyć wystawy tegorocznego Foto Art Festiwalu, pojechałem drogę przez Pszczynę, Brzeszcze, Oświęcim, Chrzanów. Przejeżdżając obok dworca PKP w Oświęcimiu (omijam zawsze obwodnicę, bo zbyt dużo kilometrów się nadkłada), przypomniałem sobie o napisie na kładce nad torami, który sfotografowałem prawie dwa miesiące temu  i pomyślałem, że może warto zobaczyć, czy jeszcze istnieje?  Prawdę mówiąc,  byłem święcie przekonany, że go zamalowano. A właśnie, że nie! Jest i ma się wcale dobrze, jak na pośpiesznie pryśnięte graffiti. W związku z powyższym, zastanawiam się: 
1. Czy nikt o tym nie wie (mam tu na myśli np. służby miejskie)? 
2. Czy nikomu z przechodzących pomostem tekst ten nie przeszkadza (bo przecież w jakiś sposób powinni zareagować)?
3. Może przechodnie go nie widzą (mają notorycznie wzrok uniesiony w górę)?
Biorąc pod uwagę, że napis powstał w Oświęcimiu, gdzie podczas niemieckiej okupacji działał koncentracyjny obóz Auschwitz I oraz obóz śmierci Auschwitz II w pobliskiej Brzezince (Birkenau), gdzie wymordowano 960.000 obywateli narodowości żydowskiej, przywiezionych tu z różnych europejskich państw, jego obecność jest ekstremalnym skandalem. Jeżeli spojrzymy z kładki na lewo, to kilkaset metrów dalej po prawej stronie torowiska, można wypatrzyć miejsce, gdzie znajdowała się obozowa rampa, pod którą podjeżdżały transporty i na której dokonywano selekcji (ofiary do uśmiercenia w komorach gazowych odjeżdżały ciężarówkami do Brzezinki, tymczasowo ocaleni w pieszych kolumnach udawali się do obozu). Przy okazji, słynna i tak często teraz fotogarfowana „Brama Śmierci” w Birkenau oraz rampa, do której prowadziła, funkcjonowały dopiero od maja 1944, kiedy na przemysłową skalę zaczęto gazować trasporty Żydów z Węgier.

Na rzeczonym graffiti widnieje litera R w charakterystycznym kształcie, który skopiowano z logo Ruchu Chorzów. R oraz data 1920 powieszone są na szubienicy. Wezwanie JUDE RAUS! (pol. ŻYDZI WYNOCHA!) skierowane jest tutaj do zwolenników klubu z Chorzowa. W przypadku kibicowskiej rywalizacji, nazywanie przeciwnika „Żydem” ma charakter silnej obelgi o rasistowskim zabarwieniu i można się z nim spotkać w Krakowie, na Górnym Śląsku oraz w Łodzi. Zastosowanie języka niemieckiego (zdarza się to bardzo, bardzo często) odsyła bezpośrednio do Zagłady. W ramach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” (niem. Endlösung der Judenfrage) w obozach śmierci zlokalizowanych na terenie okupowanej Polski, wymordowano w komorach gazowych 3 miliony osób narodowości żydowskiej. Warto też wiedzieć, że Ruch Chorzów, primo voto Ruch Hajduki Wielkie (tak się nazywała oficjalnie od 1923 ta dzielnica Chorzowa, wcześniej Bismarckhütte) powstał w 20 kwietnia 1920, czyli przed II Powstaniem Śląskim (19-25 sierpnia 1920), zaś użyte w nazwie klubu słowo „Ruch” nawiązywało bezpośrednio do śląskich ruchów powstańczych…

*****

Na Foto Ar Festiwal wybrałem się głównie dla prezentacji Alexandra Gronskiego. Niestety jego zestaw pokazany w Muzeum Włókiennictwa sprawił mi rozczarowanie… Zaprezentowane wydruki były dziwnej jakości. Nie wiem, czy to artystyczna koncepcja w stylu slow print w niskiej rozdzielczości i na kiepskim sprzęcie (przed oczami stanęły mi wydruki mojej pierwszej atramentówki HP) czy też chodzi raczej o politykę low cost ze strony organizatorów bielskiej imprezy? Nie mam pojęcia, ale patrząc na paletę kolorów zdjęć, jakie można zobaczyć na autorskiej stronie estońskiego fotografa, widać, że barwy są tam pełniejsze i bez np. niebieskiej dominanty. Jak się uważnie spojrzało na niebo wystawowym zdjęciu z Murmańska (patrz niżej), to można było dostrzec charakterystyczne, nieco ciemniejsze równoległe linie, jakie powstawać mogą przy brudnej głowicy albo przy wydruku w opcji draft

Alexander Gronsky, Murmansk ll, 2007

środa, 26 października 2011

SILESIA (2)


Katowice-Wełnowiec, 12.12.2004

[Szukałem przywoływanego w poprzednim wpisie wiersza Kazimierza Ratonia, ale nie mogłem namierzyć jego książki w domowej bibliotece. Gdzieś mi wyparowała...]

wtorek, 25 października 2011

SILESIA


Katowice-Wełnowiec, 12.12.2004

Czyli Huta Cynku „Silesia”, nazywająca się wcześniej, jak mi się zdaje, Hohenlohe Hütte i budynek cynkowni, który sześć miesięcy później wysadzono w powietrze. Obiekt bardzo często fotografowany (polecał mi go mieszkający wówczas w Berlinie Michał Szalonek). Więc też tam pojechałem w 2003, kiedy kończyłem „Czarno-Biały Śląsk”, a potem wróciłem jeszcze w grudniu 2004, gdy zacząłem nowy projekt w kolorze (po roku zresztą zarzucony)…
Gdy patrzę na tę halę, przypomina mi się wiersz Kazimierza Ratonia, zaczynający się od zdania (cytuję z głowy): Gdy umrę z moich ust wypłynie złom… Za teksty Ratonia, alkoholika, epileptyka, lekomana, kloszarda i kompletnego świra, nazywanego „polskim poetą wyklętym” czy też „przeklętym”, nie dał bym się pokroić (chociaż napisałem o nim pracę magisterską…), ale ta fraza jest niezła i to w sumie ważne, że zapada w pamięci. Szczególnie, gdy się weźmie tych wszystkich radosnych twórców, co produkują tony nijakich tekstów.

poniedziałek, 24 października 2011

sobota, 22 października 2011

PW


Kraków, ul. Macedońska, 07.10.2011
 
Polska Walcząca? Powstanie Warszawskie? Nie! Piaski Wielkie. Kraków. KSC = Klub Sportowy Cracovia.

środa, 19 października 2011

SIEKIERA DIZAJN albo „Jarocin w obiektywie bezpieki” (albo znowu o szufladach, które podobno są pełne…)


Nie wiem co mnie skusiło, żeby wylicytować tę książkę… To chyba dlatego, że oglądałem  niedawno stronę ze zdjęciami zmarłego dwa tygodnie temu Włodzimierza Pniewskiego (świetnego fotoreportera), gdzie trafiłem na fotografie z Jarocina. A ponieważ wydana przez IPN w 2004 roku publikacja przeszła mi wtedy koło nosa, więc niejako automatycznie wrzuciłem jej tytuł do googla i znalazłem przekierowanie na aukcję Allegro. No więc otwarłem wczoraj paczkę, zajrzałem do środka książki i od razu mnie odrzuciło. Po pierwsze styl „siekiera dizjan”, nieudolnie usiłujący naśladować wygląd punkzinów (można dostać oczopląsu), pod drugie zamieszczone tam „operacyjne” zdjęcia MO i SB. Fatalne i beznadziejnie wydrukowane. Brrr…


W latach 1983-85 jeździłem na punkowe koncerty do Jarocina i pamiętam, że zawsze kręciło się tam sporo fotoreporterów. Wspominając ich działania, zastanawiałem się zawsze, co się stało z tymi zdjęciami, które masowo tam wtedy pstrykali? No właśnie…  (podobne pytanie cisnęło mi się na usta przez 10 lat, podczas robienia zdjęć uroczystości religijnych w Kalwarii Zebrzydowskiej). Coś niecoś można znaleźć na stronie Agencji East News, ale nie są to jakieś powalające fotografie, lepsze kadry są na stronie wspomnianego Włodzimierza Pniewskiego, ale ich ilość też pozostawia niedosyt. Może się mylę, ale nie było wystawy ze zdjęciami z Jarocina z pierwszej połowy lat 80., czyli z tego dość syfiastego okresu rządów mojego imiennika w czarnych okularach, kiedy subkultura polskich punków miała najbardziej niezależny charakter (przynajmniej tak to pamiętam). Może po prostu nic specjalnie ciekawego wtedy nie zarejestrowali lub mimo wszystko, sama impreza nie dawała na to szans? A może zawinił jednak też sposób pracy, ponieważ nikt z nich nie wpadł na prosty pomysł, żeby zamiast uskuteczniać reporterskie safari, zrobić np. fotoreportaż uczestniczący, co może nie było łatwe, ale jednak wykonalne… Jak się popatrzy w sierpniowy kalendarz, to widać jak termin festiwalu sąsiaduje z uroczystościami maryjnymi w Częstochowie, Kalwarii Zebrzydowskiej i Kalwarii Pacławskiej oraz Świętem Spasa na „świętej górze” Grabarce. Gdy przejrzymy portfolia ówczesnych fotoreporterów, bez problemu znajdziemy zdjęcia z większości tych miejsc… 

wtorek, 18 października 2011

Pocztówka dla Marka Powera



Chorzów, 17.12.2004

Oglądając po raz kolejny (znakomity) album Marka Powera The Sound of Two Songs, ten kadr chodził mi po głowie. Szczególnie, że w książce mają się znajdować zdjęcia, nawiązujące symbolicznie do Zagłady. Według Gerry Badgera - autora posłowia - jest to fotografia ze str. 37, wg. samego Powera ta ze str. 97. Pierwsze zdjęcie przedstawia szklarnię za ogrodzeniem z siatki i kolczastego drutu w jesiennej aurze, na drugim widzimy elementy obłożonych brezentem rur (wykorzystywanych w klimatyzacji lub ogrzewaniu nawiewowym?), które zgromadzone są w kącie betonowego pomieszczenia.

niedziela, 16 października 2011

STRUKTURA I ARCHITEKTURA revisited


Robiąc wczoraj zdjęcia na Śląsku, wygospodarowałem chwilę (akurat zaczęło wyłazić też wtedy zza chmur lampowate słońce), żeby zajrzeć do Muzeum Śląskiego w Katowicach i oglądnąć wystawę Thomasa Voßbecka pt. „Struktura i architektura”. O projekcie tym, tzn. o książce, która przy okazji rzeczonej prezentacji (pokazywanej najpierw w RFN) ujrzała światło dzienne, napisałem recenzję (entuzjastyczną!) dla kwartalnika Herito już wiosną tego roku, lecz jej druk został wstrzymany właśnie do otwarcia katowickiej wystawy. Oglądając ekspozycję w Muzeum Śląskim, dostrzegłem jednak, że pokazywane tam prace, różnią się nieco od albumowych reprodukcji… Po prostu w książce wszystkie te zdjęcia, maja konsekwentnie lekko obniżony kontrast i stłumione kolory, co brałem na krab, nie do końca słusznej artystycznej koncepcji, gdy tymczasem na ekspozycyjnych odbitkach, wszystko wygląda tak, jak PB przykazał w przypadku analogowej, wielkoformatowej fotografii. Zaskoczenie in plus. Drugie zaskoczenie to piękne zdjęcie (nie ma go w albumie niestety) wieży ciśnień w Szopienicach-Borkach, które przekonuje, że Thomas Voßbeck jest klasowym fotografem.
W muzealnym sklepiku, który znajduje się w budynku obok gmachu głównego tej instytucji, natknąłem się na katalog wystawy zdjęć Arkadiusza Goli, zatytułowanej „Stany graniczne”. Zacząłem przeglądać to wydawnictwo (niestety nie kupiłem tej książki, bo muzealne księgarnie w naszym kraju nie mają zwykle terminali do obsługi kart kredytowych, a sam musiałem już gnać dalej, bo akurat wróciły chmury) i podczas tej pośpiesznej lektury, pomyślałem sobie, że w sumie, ktoś z osób zajmujących się recenzowaniem fotograficznych albumów na tym terenie, powinien dokonać komparatystycznej krytyki obu wydawnictw. Po powrocie do domu, zgooglowałem nawet obie wystawy, ale na nic takiego (JAK SIĘ NALEŻAŁO TEGO SPODZIEWAĆ) się nie natknąłem, poza zdawkowymi anonsami, będącymi raczej reklamą obu ekspozycji, gdzie namiętnie odmieniano na wszystkie przypadki słowo „fotografik”… Tymczasem spraw jest istotna, ponieważ mamy tu do czynienie z dwoma diametralnie różniącymi się podejściami do górnośląskiej tematyki i warto byłoby się zastanowić, co z tego może wynikać?

Thomas Voßbeck, Koksownia „Jadwiga”, dawniej koksownia „Hedwigswunsch”, rozmrażanie węgla

sobota, 15 października 2011

PORTOBELLO


Kraków, ul. Szewska, 10.10.2011
 
[Zastanawiam się, czy nazwa widocznego tu baru nawiązuje do gatunku dużej pieczarki (pisanej także jako portabello), czy też do ulicy w londyńskiej dzielnicy Notting Hill?
Widoczny w witrynie samochód to Fiat 500 (a właściwie jego nieco przycięta połowa), konkretnie - model oznaczony literą F, produkowany w latach  1965-73.]

czwartek, 13 października 2011

Wrzawa na Wyspie Muz


Ponieważ dyskusja pod postem Joanny Turek „Czywarto zobaczyć wystawę A.J. Lecha: Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie zlat 1979 - 2010?” na blogu Wyspa Muz, który poświecony był mojej recenzji wystawy „Cytaty z jednej rzeczywistości” rozrosła się niepomiernie, postanowiłem w osobnym tekście odnieść się do niektórych komentarzy i przy tej okazji wyprostować kilka spraw.

Komentarz Krzysztofa Jureckiego.
Owszem ma rację Krzysztof Jurecki, że w naszych wzajemnych relacjach odnaleźć można ton urazy, jakkolwiek ma ona charakter raczej jednostronny, a cała sytuacja wygląda nieco inaczej, niż ją kurator „Cytatów” przedstawia. Pod względem pielęgnowania uraz i pamiętliwości, Jurecki przypomina mi trochę Prezesa pewnej nacjonal-populistycznej partii, która po raz szósty przewaliła wybory, chociaż – jak usłyszeliśmy tuż po ogłoszeniu wyników – „racja” była znów po jej stronie… Wszystko więc zaczęło się w roku 1999 przy okazji wystawy „Wobec apokalipsy. Pocałunek śmierci”, jaka miała miejsce w BWA w Bielsku-Białej, a której kuratorem był Jurecki, kiedy napisałem zdecydowanie krytyczną recenzję tej ekspozycji do miesięcznika „Art. & Biznes”…
W kwestii braku „stylu” czy też „bezstylowości” tego, co robię, dość wyczerpująco wypowiedział się Adam Mazur na łamach „Obiegu” (Dwugłos na temat wystawyWojciecha Wilczyka „Niewinne oko nie istnieje”). Tekst ten zresztą wydrukowany też został w kwartalniku Fotografia (nr 29/2009), więc daruje sobie ponowne powtarzanie jego trafnych argumentów, odnoszących się zresztą nie tylko do mojej skromnej osoby, ale w ogóle do zjawiska „nowego dokumentu”, którego istoty Jurecki ciągle nie potrafi zrozumieć. Sam na ten temat powiedziałem co nieco podczas konferencji „Archiwum jako projekt”, jaka odbyła się w maju tego roku w Warszawie, podczas wspólnego  wystąpienia z Iwoną Kurz zatytułowanego „Fotografia dokumentalna i archiwum”. Wkrótce zresztą ukazać ma się książka z materiałami posesyjnymi, wydana przez Fundację Archeologia Fotografii.
W „Dwugłosie” Jurecki przywoływał też postać Bogdana Konopki, w roli przykładu artysty i „mistrza”, który ów styl posiada. Nie mogłem wprost uwierzyć własnym oczom, gdy to wtedy czytałem, zwłaszcza, że miałem żywo w pamięci, jego wypowiedź wygłoszoną podczas prelekcji dotyczącej wystawy „XX wiek fotografii polskiej z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi” w Japonii (Jurecki był jej kuratorem, a miało to miejsce w Bunkrze Sztuki, jesienią 2006 roku), w której to stwierdził ni mniej ni więcej, że „Bogdan Konopka zabrnął ze swoją fotografią w ślepą uliczkę” (sic!).
Na koniec kwestia „kasy”, o której pisze Jurecki z tak trudno skrywanym pożądaniem. Myślę, że jego wypowiedź pokazuje nie tylko rozbrajającą niekompetencję autora, dotyczącą spraw finansowych w przypadku produkcji projektu artystycznego, ale przestają dziwić też w tym momencie ewidentne problemy z budżetem wystawy Lecha.

Komentarz Tomasza Sobieraja.
Muszę przyznać, że o jego artystycznej aktywności, dowiedziałem się dopiero przy okazji dyskusji, jaka zaistniała pod tekstem Joanny Turek. Ponieważ Sobieraj w swym komentarzu przemawia głosem rozżalonego grafomana, więc zgooglowałem autora i po wejściu na jego interentową stronę oraz portal Krytyki Literackiej (którą współredaguje), zapoznałem się z przykładami jego twórczości w sferze wizualnej (fotografia) oraz w dziedzinie słowa pisanego (poezja, proza, krytyka literacka). Ups… Moje przypuszczenia tylko się potwierdziły.

Komentarz Joanny Turek
Ciągle mam wrażenie, że się nie do końca rozumiemy. Mój stosunek do twórczości Andrzeja Jerzego Lecha jest pozytywny, często entuzjastyczny, bardzo rzadko chłodny. Monograficzna, retrospektywna wystawa to dobra okazja, żeby pokazać wielowymiarowy charakter jego artystycznej aktywności. Tak się jednak nie stało. Linia przewodnia ekspozycji przygotowanej przez Magdaleną Świątczak i Krzysztofa Jureckiego, to po pierwsze „sztuka”, pod drugie znowu „sztuka” i po trzecie jeszcze raz „sztuka”. Tymczasem ginie gdzieś po drodze dokumentalny, konceptualny czy koniec końców, egzystencjalny aspekt fotograficznych działań Lecha. Problem ten chyba w końcu dotarł do świadomości Krzysztofa Jureckiego, ponieważ w tekście zamieszczonym wczoraj na portalu O.pl pt. „Pojęcie i przemiany dokumentu w fotografii AndrzejaJerzego Lecha (1978–2011)”, próbuje on zgłębić tytułowe zagadnienie (tak w ogóle, to temat na osobny tekst), szkoda tylko, że na rzeczonej wystawie tych jego przemyśleń nie widać…
W kwestii tych „opłacanych klakierów”, musiałaby zostać podane jakieś konkretne przykłady, bo bez z nich, termin ten przypomina spiskowe teorie dotyczące sztucznej mgły na lotnisku Smoleńsk Siewierny lub odpalenia głowicy termo-barycznej nad kadłubem prezydenckiego Tu-154M… Z czymś takim trudno jest dyskutować. „Wydawnicze sztuczki” natomiast bardzo przydają się w poprawnej edycji książek, zaś brak wiedzy o nich lub niekompetencja w sposobie korzystania, mogą szkodzić „prawdziwej sztuce”, tak jak ma to zresztą miejsce w przypadku katalogu „Cytatów z jednej rzeczywistości”.
Słaby medialny oddźwięk w przypadku ekspozycji Lecha, jeśli weźmiemy tytuły wysokonakładowe, to zjawisko o szerszym charakterze. Po prostu w Polsce nie komentuje się na bieżąco większości wystaw i publikacji, a działy kulturalne w naszych pismach traktowane są jak przysłowiowe „michałki”. Zupełnie inna sytuacja panuje pod tym względem np. w krajach skandynawskich. Mój dobry znajomy mieszkający w Danii i wydający od czasu do czasu książki w języku duńskim, po każdej takiej publikacji ma całoszpaltowe i rzetelnie napisane recenzje.
Ale brak reakcji na artystyczne czy też kuratorskie działania może też wynikać po prostu z ich… bylejakości. W przypadku eksponowanych w kilku komentarzach roszczeń o tym charakterze, przypomina mi się stary kawał z lat 70., w którym Leonid Breżniew modli się do Pana Boga o urodzaj. No i kiedy po spełnianiu kolejnych obietnic wobec Stwórcy, wysokość plonów nie ulega zwiększeniu, Sekretarz Generalny KPZR posyła w niebo serię bluzgów i pretensji. W tym momencie niebo się otwiera i dobry Bóg objawia się mu w swej ludzkiej postaci, mówiąc: Ależ Leonid, ja naprawdę nie jest Ci przeciwny, ale daj mi szansę, raz chociaż porządnie zasiej.
Wracając jeszcze do podnoszonej kilkakrotnie kwestii „klakierstwa”, to niewątpliwie sam problem istnieje, co szczególnie chyba dotyczy artystycznych przedsięwzięć o niszowym charakterze, gdzie mikroskopijne środowisko twórców miesza się z równie niewielką publicznością. Proszę spojrzeć jednak na przykład z własnego podwórka: Tomasz Sobieraj pisze entuzjastyczna recenzję ekspozycji kuratorowanej m.in. przez Krzysztofa Jureckiego, po tym jak ten drugi popełnił równie entuzjastyczny komentarz do katalogu jego wystawy…

Na koniec o terminie fotografik, którego tak namiętnie i konsekwentnie używają; Joanna Turek, Krzysztof Jurecki i Tomasz Sobieraj (chyba nie pominąłem tu nikogo). Myślę, że stosowanie tego słownego kuriozum, stworzonego przez nieszczęsnego Jana Bułhaka i mającego odpowiednik tylko w języku rosyjskim – foto chudożnik, można sobie spokojnie darować w przypadku artysty takiego, jak Andrzej Jerzy Lech (i tu się w pełni zgodzę z Wojtkiem Sienkiewiczem – przy okazji słowne riposty Jureckiego, skierowane    do Sienkiewicza oraz zabierającego też głos w dyskusji Sławomira Tobisa, przypominają żywo żargon tzw. „pisowskich bulterierów”…). Andrzej Jerzy Lech jest fotografem i fotografuje. Zdecydowanie. Natomiast fotografik fotografikuje. A więc zdecydowanie fotografikuje np. Tomasz Sobieraj, a i też – może czytelnicy tego nie wiedzą - Krzysztof Jurecki, stosowne przykłady można podziwiać na jego autorskiej stronie www.

środa, 12 października 2011

poniedziałek, 10 października 2011

365 Drzew Cecylii Malik



W najnowszym numerze pisma A&B (nr 10/2011) ukazała się moja recenzja albumu Cecylii Malik „365 drzew”, wydanego przez Fundację Bęc Zmiana. Zapraszam więc do lektury! Książka Cecylii jest podsumowaniem artystycznej akcji, w ramach której artystka przez okrągły rok, każdego kolejnego dnia wchodziła na drzewo, co było dokumentowane przy pomocy aparatu fotograficznego. Postępy projektu można było śledzić na bieżąco na Facebooku, a każde nowe zdjęcie zyskiwało liczne (zwykle entuzjastyczne) komentarze. Na tym etapie realizacji akcji Cecylii zastanawiałem się, jak wszystkie te fotografie (za niektóre z nich - przynajmniej tak jak je wtedy postrzegałem w necie - nie dałbym się posiekać) zagrają złożone w postaci zwartej publikacji? I kiedy albumik ujrzał światło dzienne i trafił w końcu do moich rąk… miło mnie rozczarował. To świetna książka (świetna akcja!), którą CHCE SIĘ OGLĄDAĆ! Bardzo udana książka fotograficzna!

Cecylia Malik, 365 Drzew - 332 drzewo, jesion, 22 08 2010, Pecs

niedziela, 9 października 2011

KAPITAŁ W SŁOWACH I OBRAZACH (jednodniówka poetycko-fotograficzna w GALERII ZDERZAK)



[Typowe zaproszenie do Zderzaka, wyjątkowe jest w nim to, że posiada zadrukowany rewers.]

Coś mnie tknęło, żeby sprawdzić datę występu w Galerii Zderzak i… trafiłem bezbłędnie. 9 lat temu, 9 października 2002 roku razem z Krzysztofem Jaworskim pojawiliśmy się w Zderzaku z prezentacją multimedialną naszej wspólnej, co dopiero wydanej wtedy książki pt. „Kapitał”. Wyglądało to tak, że Krzysiek czytał zamieszczone tam wiersze, za jego plecami wyświetlana była projekcja złożona z moich śląskich zdjęć (było ich więcej niż w tomiku), zaś podkład muzyczny stanowił fragment zapętlonej piosenki grupy Laibach pt. „Kinderreich” z płyty „Kapital”. Pomimo pewnych kłopotów ze sprzętem, wszystko udało się znakomicie, pełna widownia, burnyje apładismienty prachadziaszczije w awacju (do tego poszło kilkanaście książek). Wszystko to już 9 lat temu…
Więc z w/w okazji jeden z moich ulubionych tekstów z tego tomu, utwór pt. „Wiersze przeciwko kojotom”

***

Krzysztof Jaworski

WIERSZE PRZECIWKO KOJOTOM

zniechęcony do życia w stadzie
zamyka się w klatce z kojotem
wcześniej obłożony tłuszczem
jeszcze wcześniej strącony
w stepy piekielnej azji
mści się na kojocie za swoje niepowodzenia
biedny kojot (patrz fotografia) patrzy
z wyrzutem myśląc że gdyby dobry bóg dał kojotom
pierwszeństwo przed człowiekiem
(co praktycznie nie wchodzi w grę)
stworzyłby rasę
która zamykałaby ludzi w klatkach lecz wtedy
byłbym kojotem piszącym ten wiersz
przeciwko ludziom (co praktycznie
nie wchodzi w grę, ale
może się zdarzyć)  

piątek, 7 października 2011

Powrót Cholonka !!!



Świętochłowice, witryna zakładu fotograficznego przy ul. Katowickiej, 14.11.2000 

Powyższe dwa zdjęcia zrobione 11 lat temu Świętochłowicach, przyszły mi na głowy, kiedy dowiedziałem się o ponownym wydaniu książki Janoscha „Cholonek albo dobry Pan Bóg z gliny” Od poprzedniej edycji tej kultowej powieści minęło tymczasem 21 lat... Teraz proza Horsta Eskerta ukazuję się w nowym tłumaczeniu Emilii Bieleckiej i bez ingerencji cenzury (której poddany był  przekład Leona Bielasa, jaki dwukrotnie ukazał się w wydawnictwie Śląsk w 1975 i 1990 roku). Już się cieszę i czekam niecierpliwie na polską edycję innej powieści Janoscha pt. „Jakie to szczęście znać Hrdlaka”, żywiąc nadzieję, że Znak też ma ją w swoich wydawniczych planach.

czwartek, 6 października 2011

„BIAŁY FRONT” (Ruda Śląska, 14.01.2001)


 Ruda Śląska, Plac Fryderyka Chopina, 14.01.2001

Ruda Śląska, ul. Wolności, 14.01.2001

Dziesięć lat temu podczas pracy nad „Czarno-Białym Śląskiem” ze zdumieniem zauważyłem, że niektórzy lokalni fani footballu znajdują upodobanie w posługiwaniu się symboliką nazistowską. Najpierw myślałem, że te hakenkreuze, „celtyki”, odale, doppel-siegruny są używane tylko incydentalnie. Ale kiedy wszedłem w necie na stronę niemieckiej policji (w RFN używania takich znaków zabrania konstytucja), gdzie wszystkie te zabronione  symbole były posegregowane, objaśnione i przypisane NSDAP oraz jej różnym przybudówkom, zdałem sobie sprawę, że wybór oraz zastosowanie poszczególnych run nie jest jednak dziełem przypadku. Żałuję teraz, że podczas układania albumu „Czarno-Biały Śląsk” uległem sugestiom wydawcy i zrezygnowałem z kilku kadrów (które i tak znalazły się w książce „Kapitał”, jaką zrobiliśmy razem z Krzysztofem Jaworskim dwa lata wcześniej). W kontekście niedawnych okołostadionowych wydarzeń oraz procederu wciągania kibicowskich bojówek do walki politycznej, widzę teraz wyraźnie, że nie należy takich spraw odpuszczać.

wtorek, 4 października 2011

ŚW. KRZYSZTOFIE MIEJ KIEROWCÓW W OPIECE (Oświęcim, ul. Maksymiliana Kolbego)



[Brakowało mi w tym cyklu motywów ze sfery sacrum... 
Mam już zdjęcie pomnika ks. Popiełuszki z Chwałowic pod Rybnikiem, gdzie użyto połówki Fiata 125p. Widziałem też w sieci fotografie kaplicy Sanktuarium Maryjnego w Kałkowie, także poświęconej ks. Jerzemu, gdzie dla odmiany stoi kompletny kredens, ofiarowany przez Waldemara Chrostowskiego (kierowcę kapłana).
Spodziewam się, że takich obiektów jest w naszym szalonym kraju więcej...]

niedziela, 2 października 2011

Babi Jar


Johannes Hähle, Babi Jar, 01.10.1941 [niemieccy żołnierze przeglądają obrania ofiar w poszukiwaniu wartościowych przedmiotów]

Jakoś niepostrzeżenie minęła 70 rocznica masakry w Babim Jarze. 29 września 1941 (w przypadające na ten dzień święto Jom Kippur) oddziały, utworzonego specjalnie w tym celu Sonderkommando 4a, rozpoczęły eksterminację kijowskich Żydów. Akcja trwała 2 dni (niektóre źródła podają jednak dzień 3 października jako datę jej zakończenia) i według niemieckich raportów zgładzono w niej 33 771 osób. Kilka dni wcześniej przyszłym ofiarom kazano zgromadzić się w wyznaczonych miejscach z ciepłymi ubraniami i pieniędzmi (co miało sugerować deportację), a stamtąd w pieszych kolumnach udawali się oni do położonego poza granicami Kijowa (między dawnymi osadami Łukianowka i Syriec) wąwozu Babi Jar. Na miejscu wszystkich przybyłych rejestrowano, ograbiano z majątku, kazano się rozbierać do naga, dzielono na mniejsze grupy, które następnie pędzone były do wąwozu, gdzie ofiary rozstrzeliwano z karabinów maszynowych.

 Johannes Hähle, Babi Jar, 01.10.1941 


Johannes Hähle, Babi Jar, 01.10.1941 [radzieccy jeńcy widoczni w wąwozie wojenni zakopują masowe groby]

Masakra ta jest stosunkowo dobrze udokumentowana, oprócz relacji okolicznych mieszkańców, zeznań z powojennych procesów członków Einsatzgruppen, są też świadectwa niedoszłych ofiar oraz… zdjęcia (wszystkie te źródła fenomenalnie wykorzystał Jonathan Littel w powieści „Łaskawe”, gdzie główny bohater tej prozy oficer SS Maximilian Aue, aktywnie uczestniczy w masakrze). Ponieważ podczas pierwszych miesięcy realizacji Fall Barbarosa i wojennych sukcesów, Niemcy czuli się zwycięzcami kampanii w ZSRR, a co za tym idzie też bezkarni, całkiem spora liczba mordów była fotografowana lub filmowana. Co bardziej drastyczne i spektakularne zdjęcia krążyły nawet wśród żołnierzy, jako obiekty handlowe, wymieniane np. za przydziałowe papierosy (i ten proceder trwa w zasadzie nadal, ponieważ na aukcjach internetowych można trafić na tego typu fotografie, co zresztą opisał 8 lat temu w Polityce Tomasz Wiśniewski).

Johannes Hähle, Łubnie, 16.10.1941

 Johannes Hähle, Łubnie, 16.10.1941

Johannes Hähle był niemieckim korespondentem wojennym, przydzielonym do Propaganda-Kompanie 637 przy 6 Armii. Zdjęcia w Kijowie i Babim Jarze zostały wykonane przypuszczalnie 1 października na jednej rolce małoobrazkowego slajdu Agfa Color (dokładnie jest to 29 klatek). Hähle zginął w niejasnych okolicznościach w okolicach Caen podczas walk w Normandii w 1944, zaś zdjęć wykonanych w Kijowie nie przekazał do propagandowej dystrybucji i zachował w swoim prywatnym archiwum. Na początku lat 50. jego żona sprzedała wspomnianą rolkę filmu, berlińskiemu dziennikarzowi Hansowi Georgowi Schultzowi. W 1961 kopie slajdów wykorzystane zostały w śledztwie przeciwko zbrodniom Einsatzgruppe 4a. W 1980 Schultz sprzedał film Hamburskiemu Instytutowi Badań Społecznych. Hähle ma na swoim koncie też wstrząsające zdjęcia z masakry w Łubnie  (16 października 1941), gdzie widać ofiary gromadzone przed egzekucją.

 Johannes Hähle, Łubnie, 16.10.1941

Johannes Hähle, Łubnie, 16.10.1941