Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jerzy Lech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jerzy Lech. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2013

Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości...


Czytam sobie arcyciekawą książkę Marii Janion Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie i w Części Drugiej w rozdziale Jeden cud, traktującym o Zygmuncie Krasińskim i jego Nie-Boskiej Komedii, natrafiłem na taki oto fragment:

Marzący jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest - ta zasada w szczególności sprawdza się w korespondencji Krasińskiego. Zwłaszcza jego listy do Delfiny Potockiej przepełnione są ciągle tworami natężonej wyobraźni - aby oderwać się od tego, co jest "tu i teraz", i poszybować "tam", by stworzyć nową rzeczywistość wspominania wyidealizowanej przeszłości i budowania wizji przyszłości. To jest struktura Przedświtu, to jest owo "Daj mi teraz marzyć, daj", wykpione przez Gombrowicza w Ferdydurke. Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości i przebywania w krainach marzenia, snu, snu na jawie, wizji łączył się u Krasińskiego z przypisywaniem sobie właściwości jasnowidza, umiejętności przewidywania przyszłości, a zwłaszcza katastrof. Na tym przecież zbudowana jest Nie-Boska Komedia, której nie raz przypisywano wielką siłę proroctwa, wnikania pod powierzchnię zdarzeń. Krasiński umiał naginać przyszłość za pomocą przewidywań, przybierających postać fantazmatów - literacko inscenizowanych możliwych scenariuszy wydarzeń. Sądził, że ta zdolność nigdy go nie opuści. Do Augusta Cieszkowskiego pisał w roku 1849, roku katastroficznych rojeń i przeczuć, uwiarygadniajacych, jak sądził jego Nie Boską: "Proszę Cię, często pisuj do mnie i o szczególikach różnych mów, ja mam szczególny instynkt do zbliżających się katastrof i wyrabiających się pod ziemią zdrad!

I po lekturze tego tekstu, przypomniał mi się nagle jeden z wpisów, zamieszczonych na blogu Krzysztofa Jureckiego. W poście o przydługim tytule Andrzej J. Lech. CITÁTY Z JEDNEJ REALITY / QUOTES FROM ONEREALITY. FOTOGRAFIE / Z ROKOV 1978 – 2010 (Poľský inštitút v Bratislave1.11. –30.11. 2012) możemy natrafić na następujące wywody (pisownia oryginalna):

Super huragan Sandy okazał się zbyt silny, pokonał nie tylko linie lotnicze. Spowodował dla stosunkowo niewielkiego regionu kolo Nowego Jorku autentyczny koniec świata - Apocalypse Now, który powtarza się co pewien czas w dziejach ludzkości. Kiedy nastąpi ostateczny koniec? Zdaniem postmodernistów (np. prof. Tadeusz Sławek) - nigdy, zdaniem chrześcijan w przyszłości....

Zresztą, jak słusznie zauważył na wernisażu wystawy  Amerykanin Roberto Muffoletto, Andrzej pokazuje stan "przed" i "po" katastrofie, z czym się zgadzam. Nawet w ten sposób czasami zestawiałem jego prace w Bratysławie, delikatnie zakłócając chronologię zdarzeń, gdyż ta nie jest najważniejsza. Inny amerykański krytyk Patrick Keough był pełen uznania dla nowojorskich zdjęć Andrzeja. To cieszy, ponieważ ich opinie  są "z wewnątrz, czyli z USA"  są cenne. Poza tym, fotografia Andrzeja ma "dar", jaki miała poezja w starożytnej Grecji czy dramaty Szekspira, może nie jasnowidzenia, ale przewidywania zdarzeń... Wypełnia się dziwnymi pustymi amerykańskimi, meksykańskimi czy polskimi pejzażami, niczym naczynie, przyjmujące życiodajny napój w swym profecznym wymiarze. To "czyni" ją wyjątkową na scenie polskiej, a w przyszłości może i europejskiej. Odróżnia ją od wielu naśladowców i imitatorów rzeczywistości fotografujących śmieszne karoserie samochodowe czy kolorowe witryny, sprowadzając widoczki do formy karykatury.

Ups!
Oczywiście w swojej książce Maria Janion nie zajmuje się fotografią, aczkolwiek analizowany przez nią w przypadku autora Nie-Boskiej Komedii proceder tworzenia fantazmatów, które projektowane są na rzeczywistość, dotyczy całkiem sporej grupy artystów, przyjmujących postawę profetów lub proroków. Zjawisko to obejmuje także niektórych krytyków sztuki, a przytoczony przez mnie cytat z bloga Krzysztofa Jureckiego, to chyba wręcz podręcznikowy przykład fantazmatycznej krytyki fotografii...

piątek, 26 lipca 2013

Thaddeus Holownia


Oglądając kilka dni temu stronę Jeffa Brouwsa (niestety nic nowego na niej nie ma) otwarłem zakładkę events, a tam znalazłem informację o wystawie Car Culture: Art and Automobile w Heckscher Museum w Huntington. A po wejściu na stronę rzeczonej isntytucji natknąłem się pracę na nieznanego mi wcześniej fotografa o nazwisku Thaddeus Holownia. 

Thaddeus Holownia, z serii Headligting (1974-1977)

Zaprezentowane na muzealnym portalu zdjęcie wykonane zostało wielkoformatowym aparatem panoramicznym 8x20" (w Ameryce używa się wobec tych urządzeń określenia banquet camera, ponieważ wykorzystywaneo je głównie do robienia zbiorowych fotografii portretowych, chociaż do pejzażu też się świetnie nadają...), którego kasety załadowane zostały... papierowymi negatywami. Wszystko dlatego, że seria ta pomyślana została jako swoisty homage dla Henry Foxa Talbota. Pomyślmy jak taki homidż dla jakiegokolwiek fotografa z pierwszej połowy XIX wieku, wyglądałby w wykonaniu rodzimego autora: rozmokłe kolodiony z obowiązkowymi zaciekami... albo niewyraźne i nieostre papiery solne... albo pinhole naświetlane w kieszeni lub przy pomocy kamery wykonanej z buta... a wszystko w obowiązkowych czarnych ramach...

Thaddeus Holownia, Canning, NS 1988, z serii Station: Irving Architectural Landscapes 

No i oglądając stronę Thaddeusa Holowni natrafiłem na interesującą serię o nazwie Station: Irving Architectural Landscapes, która została zreaizowana w latach 1979-2004, także przy pomocy panormaicznej kamery, tyle że 7x17" i na klasycznych negatywach, z których artysta sporządza wyłącznie stykowe odbitki. Tak sobie myślę, że jest to zpewne jakieś pokłosie wystawy New Thopographics, ale co jest fajne w przypadku Holowni, to to, że nie stara się on naśladować któregokolwiek z występujących podczas tamtejszej ekspozycji fotografów, a swój topograficzny zapis robi na własną rękę. Druga istotna kwestia w przypadku tej serii, to czas realizacji cyklu - 25 lat! A biorąc pod uwagę, że projekt ten ma zobrazować efekt franczyzacji krajobrazu przez handlującą paliwami firmę Irving, jest zabiegiem jak najbardziej wskazanym (ale też oczywiście wymagającym sporej cierpliwości).


 Thaddeus Holownia, Halifax, NS 1992, z serii Station: Irving Architectural Landscapes

 Thaddeus Holownia, Dorchester, NB 1984, z serii Station: Irving Architectural Landscapes

Thaddeus Holownia, Sackville, NS 1996, z serii Station: Irving Architectural Landscapes

I na koniec jeszcze słowo na temat banquet camera 7x17", którą Thaddeus Holownia się posługuje (przy fotografowaniu Paryżą używa także formatu 5x7"). Otóż tak się składa, że bardzo podobne urządzenie, także o rozmiarach kadru 7x17" stosuje od pewnego czasu z powodzeniem Andrzej Jerzy Lech. Nie mam pojęcia, czy ta koincydencja wynika ze znajomości zdjęć kanadyjskiego fotografa, czy też jest dziełem przypadku. Kamera Lecha to obiekt zabytkowy, aparat Holowni (widoczny na filmie) wygląda raczej na niezbyt stare urządzenie, wyposażone we współczesnie produkowaną optykę. Dlaczego o tym piszę? Dlatego bo dla rodzimych krytyków sztuki/fotografii to niezwykle "ważna" informacja... Gdyby posiadali wiedzę na temat istnienia Thaddeusa Holowni oraz jego świetnych zdjęć i gdyby nie za bardzo lubili Andrzeja Jerzego Lecha, to by mu na każdym kroku o istnieniu kanadyjskiego fotografa przypominali (że już Holownia w latach siedemdziesiątych... też panoramicznym aparatem 7x17"... tylko na stykowych odbitkach... etc., etc.).


Thaddeus Holownia, Joggins, NS 1988, z serii Station: Irving Architectural Landscapes

sobota, 8 września 2012

„Starzy dokumentaliści albo podrabiane archiwum"


w ostatnim, obecnym od wakacji na sklepowych półkach, wydaniu Kwartalnika Fotografia (nr 38). Czyli mój tekst traktujący o zjawisku „starych dokumentalistów” w polskiej fotografii, o czym - nagle to spostrzegłem - nie informowałem na tej stronie. Wspomniany artykuł powstał trzy lata temu i był odczytany, w trakcie sesji naukowej „Wielkie i małe historie fotografii” w Instytucie Historii Sztuki w Warszawie (4-5.11.2009), którą organizowała Magda Wróblewska. A ponieważ wydanie posesyjnej książki się opóźniało, więc zdecydowałem się na publikację w Fotografii, gdzie referatowi towarzyszy polemiczny tekst autorstwa Wojciecha Zawadzkiego, jednego z głównych bohaterów mojego artykułu. Warto przeczytać też tę polemikę, gdzie Zawadzki zwraca się do mnie konsekwentnie per „Pan Wojciech Wilczyk”, co ma być oczywiście uszczypliwe, ale na płaszczyźnie polemicznej kontrargumentacji jest już znacznie gorzej... Ponieważ pismo jest obecnie w sprzedaży, nie będę tutaj wklejać tekstu w całości, tylko mały fragment, jako zachętę do lektury.

(...) Ten dość powszechny zabieg postarzania współczesnej tematyki, jaki można zaobserwować w fotograficznym dokumencie z okolic millenium, jest zapewne spowodowany oddziaływaniem silnego środowiska artystycznego, wywodzącego się z ruchu fotografii elementarnej, zwłaszcza iż widać też wyraźnie lokalny charakter tego zjawiska, które ogranicza się w zasadzie do terenów Polski północno-zachodniej (oraz oczywiście reprezentantów w Paryżu i New Jersey). Ale to nie wyjaśnia przecież omawianego problemu. Wymienionym wcześniej przez mnie autorom, trudno odmówić wizualnej wrażliwości, która skłoniła ich przecież do fotografowania Polski w okolicach milenijnej zmiany. Dlaczego jednak w momencie konfrontacji ze współczesną rzeczywistością, starali się oni ubrać ją zazwyczaj w kostium przeszłości? Dlaczego znacznie łatwiej przychodziło im zanurzenie tematu np. w piktorialnym sosie bułhakowskim, co paradoksalnie jest częstą przypadłością autorów kojarzonych ze „szkołą jeleniogórską” (celuje w tym szczególnie Ewa Andrzejewska), niż stanięcie oko w oko z  tematem i rezygnacja z estetycznych nawyków? Z postawionymi przed chwilą pytaniami wiąże się pierwszorzędna kwestia „znaczenia” tych fotografii. Czy da się je ułożyć w spójny cykl, przekazujący nam coś więcej, niż tych kilka komunałów na temat czasu i przemijania, które zwykle wygłasza się przy okazji oglądania starych zdjęć?

czwartek, 13 października 2011

Wrzawa na Wyspie Muz


Ponieważ dyskusja pod postem Joanny Turek „Czywarto zobaczyć wystawę A.J. Lecha: Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie zlat 1979 - 2010?” na blogu Wyspa Muz, który poświecony był mojej recenzji wystawy „Cytaty z jednej rzeczywistości” rozrosła się niepomiernie, postanowiłem w osobnym tekście odnieść się do niektórych komentarzy i przy tej okazji wyprostować kilka spraw.

Komentarz Krzysztofa Jureckiego.
Owszem ma rację Krzysztof Jurecki, że w naszych wzajemnych relacjach odnaleźć można ton urazy, jakkolwiek ma ona charakter raczej jednostronny, a cała sytuacja wygląda nieco inaczej, niż ją kurator „Cytatów” przedstawia. Pod względem pielęgnowania uraz i pamiętliwości, Jurecki przypomina mi trochę Prezesa pewnej nacjonal-populistycznej partii, która po raz szósty przewaliła wybory, chociaż – jak usłyszeliśmy tuż po ogłoszeniu wyników – „racja” była znów po jej stronie… Wszystko więc zaczęło się w roku 1999 przy okazji wystawy „Wobec apokalipsy. Pocałunek śmierci”, jaka miała miejsce w BWA w Bielsku-Białej, a której kuratorem był Jurecki, kiedy napisałem zdecydowanie krytyczną recenzję tej ekspozycji do miesięcznika „Art. & Biznes”…
W kwestii braku „stylu” czy też „bezstylowości” tego, co robię, dość wyczerpująco wypowiedział się Adam Mazur na łamach „Obiegu” (Dwugłos na temat wystawyWojciecha Wilczyka „Niewinne oko nie istnieje”). Tekst ten zresztą wydrukowany też został w kwartalniku Fotografia (nr 29/2009), więc daruje sobie ponowne powtarzanie jego trafnych argumentów, odnoszących się zresztą nie tylko do mojej skromnej osoby, ale w ogóle do zjawiska „nowego dokumentu”, którego istoty Jurecki ciągle nie potrafi zrozumieć. Sam na ten temat powiedziałem co nieco podczas konferencji „Archiwum jako projekt”, jaka odbyła się w maju tego roku w Warszawie, podczas wspólnego  wystąpienia z Iwoną Kurz zatytułowanego „Fotografia dokumentalna i archiwum”. Wkrótce zresztą ukazać ma się książka z materiałami posesyjnymi, wydana przez Fundację Archeologia Fotografii.
W „Dwugłosie” Jurecki przywoływał też postać Bogdana Konopki, w roli przykładu artysty i „mistrza”, który ów styl posiada. Nie mogłem wprost uwierzyć własnym oczom, gdy to wtedy czytałem, zwłaszcza, że miałem żywo w pamięci, jego wypowiedź wygłoszoną podczas prelekcji dotyczącej wystawy „XX wiek fotografii polskiej z kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi” w Japonii (Jurecki był jej kuratorem, a miało to miejsce w Bunkrze Sztuki, jesienią 2006 roku), w której to stwierdził ni mniej ni więcej, że „Bogdan Konopka zabrnął ze swoją fotografią w ślepą uliczkę” (sic!).
Na koniec kwestia „kasy”, o której pisze Jurecki z tak trudno skrywanym pożądaniem. Myślę, że jego wypowiedź pokazuje nie tylko rozbrajającą niekompetencję autora, dotyczącą spraw finansowych w przypadku produkcji projektu artystycznego, ale przestają dziwić też w tym momencie ewidentne problemy z budżetem wystawy Lecha.

Komentarz Tomasza Sobieraja.
Muszę przyznać, że o jego artystycznej aktywności, dowiedziałem się dopiero przy okazji dyskusji, jaka zaistniała pod tekstem Joanny Turek. Ponieważ Sobieraj w swym komentarzu przemawia głosem rozżalonego grafomana, więc zgooglowałem autora i po wejściu na jego interentową stronę oraz portal Krytyki Literackiej (którą współredaguje), zapoznałem się z przykładami jego twórczości w sferze wizualnej (fotografia) oraz w dziedzinie słowa pisanego (poezja, proza, krytyka literacka). Ups… Moje przypuszczenia tylko się potwierdziły.

Komentarz Joanny Turek
Ciągle mam wrażenie, że się nie do końca rozumiemy. Mój stosunek do twórczości Andrzeja Jerzego Lecha jest pozytywny, często entuzjastyczny, bardzo rzadko chłodny. Monograficzna, retrospektywna wystawa to dobra okazja, żeby pokazać wielowymiarowy charakter jego artystycznej aktywności. Tak się jednak nie stało. Linia przewodnia ekspozycji przygotowanej przez Magdaleną Świątczak i Krzysztofa Jureckiego, to po pierwsze „sztuka”, pod drugie znowu „sztuka” i po trzecie jeszcze raz „sztuka”. Tymczasem ginie gdzieś po drodze dokumentalny, konceptualny czy koniec końców, egzystencjalny aspekt fotograficznych działań Lecha. Problem ten chyba w końcu dotarł do świadomości Krzysztofa Jureckiego, ponieważ w tekście zamieszczonym wczoraj na portalu O.pl pt. „Pojęcie i przemiany dokumentu w fotografii AndrzejaJerzego Lecha (1978–2011)”, próbuje on zgłębić tytułowe zagadnienie (tak w ogóle, to temat na osobny tekst), szkoda tylko, że na rzeczonej wystawie tych jego przemyśleń nie widać…
W kwestii tych „opłacanych klakierów”, musiałaby zostać podane jakieś konkretne przykłady, bo bez z nich, termin ten przypomina spiskowe teorie dotyczące sztucznej mgły na lotnisku Smoleńsk Siewierny lub odpalenia głowicy termo-barycznej nad kadłubem prezydenckiego Tu-154M… Z czymś takim trudno jest dyskutować. „Wydawnicze sztuczki” natomiast bardzo przydają się w poprawnej edycji książek, zaś brak wiedzy o nich lub niekompetencja w sposobie korzystania, mogą szkodzić „prawdziwej sztuce”, tak jak ma to zresztą miejsce w przypadku katalogu „Cytatów z jednej rzeczywistości”.
Słaby medialny oddźwięk w przypadku ekspozycji Lecha, jeśli weźmiemy tytuły wysokonakładowe, to zjawisko o szerszym charakterze. Po prostu w Polsce nie komentuje się na bieżąco większości wystaw i publikacji, a działy kulturalne w naszych pismach traktowane są jak przysłowiowe „michałki”. Zupełnie inna sytuacja panuje pod tym względem np. w krajach skandynawskich. Mój dobry znajomy mieszkający w Danii i wydający od czasu do czasu książki w języku duńskim, po każdej takiej publikacji ma całoszpaltowe i rzetelnie napisane recenzje.
Ale brak reakcji na artystyczne czy też kuratorskie działania może też wynikać po prostu z ich… bylejakości. W przypadku eksponowanych w kilku komentarzach roszczeń o tym charakterze, przypomina mi się stary kawał z lat 70., w którym Leonid Breżniew modli się do Pana Boga o urodzaj. No i kiedy po spełnianiu kolejnych obietnic wobec Stwórcy, wysokość plonów nie ulega zwiększeniu, Sekretarz Generalny KPZR posyła w niebo serię bluzgów i pretensji. W tym momencie niebo się otwiera i dobry Bóg objawia się mu w swej ludzkiej postaci, mówiąc: Ależ Leonid, ja naprawdę nie jest Ci przeciwny, ale daj mi szansę, raz chociaż porządnie zasiej.
Wracając jeszcze do podnoszonej kilkakrotnie kwestii „klakierstwa”, to niewątpliwie sam problem istnieje, co szczególnie chyba dotyczy artystycznych przedsięwzięć o niszowym charakterze, gdzie mikroskopijne środowisko twórców miesza się z równie niewielką publicznością. Proszę spojrzeć jednak na przykład z własnego podwórka: Tomasz Sobieraj pisze entuzjastyczna recenzję ekspozycji kuratorowanej m.in. przez Krzysztofa Jureckiego, po tym jak ten drugi popełnił równie entuzjastyczny komentarz do katalogu jego wystawy…

Na koniec o terminie fotografik, którego tak namiętnie i konsekwentnie używają; Joanna Turek, Krzysztof Jurecki i Tomasz Sobieraj (chyba nie pominąłem tu nikogo). Myślę, że stosowanie tego słownego kuriozum, stworzonego przez nieszczęsnego Jana Bułhaka i mającego odpowiednik tylko w języku rosyjskim – foto chudożnik, można sobie spokojnie darować w przypadku artysty takiego, jak Andrzej Jerzy Lech (i tu się w pełni zgodzę z Wojtkiem Sienkiewiczem – przy okazji słowne riposty Jureckiego, skierowane    do Sienkiewicza oraz zabierającego też głos w dyskusji Sławomira Tobisa, przypominają żywo żargon tzw. „pisowskich bulterierów”…). Andrzej Jerzy Lech jest fotografem i fotografuje. Zdecydowanie. Natomiast fotografik fotografikuje. A więc zdecydowanie fotografikuje np. Tomasz Sobieraj, a i też – może czytelnicy tego nie wiedzą - Krzysztof Jurecki, stosowne przykłady można podziwiać na jego autorskiej stronie www.

sobota, 24 września 2011

Cytaty z Andrzeja Jerzego Lecha


Andrzej Jerzy Lech, z cyklu Subiektyw. Kolekcja wrzesińska - Mieszkańcy wsi Marzenin po niedzielnej mszy. Marzenin. Niedziela, 9 maja 2010. Godzina 12:35.

Wystawę „Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie z lat 1979-2010” próbowałem zobaczyć podczas tegorocznego Foto Festiwalu w Łodzi, niestety w ostatni dzień trwania tej imprezy szefostwo Galerii FF, nie uznało za stosowne otwarcie swojej placówki i pocałowałem klamkę. W tzw. międzyczasie ściągnąłem sobie z sieci teksty, jakie zamieszczono w katalogu, towarzyszącemu tej ekspozycji. Lektura kuratorskich elaboratów autorstwa Krzysztofa Jureckiego i Magdaleny Świątczak, wywołała we mnie poczucie pewnego niepokoju… Czyżby retrospektywa Andrzeja Jerzego Lecha miała być aż tak zła? W dodatku mój warszawski znajomy, który odwiedził wystawę w FF-ie, podsumował ją krótko: kicha. Biorąc pod uwagę, jak zwykle pokazuje się zdjęcia w rodzimych galeriach fotograficznych, można by się tego spodziewać. Mając na względzie całość ouvre mieszkającego na co dzień w New Jersey fotografa, taka ewentualność wydała mi się niemożliwa.
Postanowiłem to sprawdzić naocznie. Ponieważ „Cytaty” po Łodzi zagościły w Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu, jadąc na otwarcie VII Biennale Fotografii w Poznaniu, zrobiłem sobie przystanek w pierwszym z wymienionych miejsc i obejrzałem wystawę. No cóż, w całości muszę się zgodzić z opinią mojego warszawskiego znajomego. Nie wiem tylko do końca, kto za tę klapę jest w większym stopniu odpowiedzialny? Bardzo dobrze, że artysta oraz kuratorzy, zdecydowali się na pokazanie tak ważnych dla polskiej fotografii cyklów, jak „Cmentarz zamknięty”, słynne „60 furtek” lub „Cytaty z jednej rzeczywistości”, które dały też tytuł omawianej retrospektywie. Szkoda jednak, że serie te pokazano w tak skromnej objętości, co położyło kompletnie konceptualny wymiar tych przedsięwzięć. Na domiar złego, fotografie zostały na nowo odbite i w sposób odmienny od pierwotnej formy prezentacji, co osłabiło mocno ich wspomniany wcześniej charakter. Właściwie większość pokazanych odbitek, stanowiły prace wykonane na nowo. Sam układ ekspozycji oraz sposób wyboru pokazywanych fotografii poszedł zdecydowanie w kierunku sztuki przez duże „S”, estetyki przez duże „E” oraz piękna prze duże „P”. Taka koncepcja miałaby może sens w przypadku „Kalendarza szwajcarskiego, rok 1912” czy „Dziennika podróżnego”, gdzie nacisk na „S”, „E”, „P” jest widoczny, ale gdy weźmiemy ostatni ze zrealizowanych projektów Lecha o nazwie „Subiektyw”, gdzie oglądamy panoramiczne portrety grupowe mieszkańców Wrześni, wspomniana zasada prezentacji się kompletnie nie sprawdza.
Bo co możemy zobaczyć w przypadku „Subiektywu”? Jedynie 3 zsepiowane do granic możliwości fotografie, które zupełnie nie dają pojęcia o całościowym charakterze tej akcji. Więc jeśli taka była koncepcja kuratorów lub też samego autora tych zdjęć, to popełniony został tutaj kardynalny błąd! Wrzesiński cykl Lecha to przedsięwzięcie o cechach wybitności, a moim skromnym zdaniem, w ogóle jego najlepsza seria! Bo patrząc na zdjęcia z „Dziennika podróżnego” lub jego kontynuacji w panoramicznym formacie, można mieć poczucie bezczasu (co zapewne było w jakimś sensie intencją autora) ale i też jakiejś jednak bezcelowości (z pewnością nie było intencją autora). To podróż znikąd do nigdzie i w zasadzie po nic. Wizualna wrażliwość autora „Subiektywu”, doskonałe opanowanie warsztatu fotografii monochromatycznej, wreszcie artystyczna świadomość, w pełni dają znać o sobie, dopiero w przypadku przedsięwzięcia o celowym charakterze. Więc ta nieco anachroniczna metoda pracy w zetknięciu z konkretnym tematem, który nie bardzo poddaje się zabiegowi archaizacji, owocuje serią zdjęć, których dokumentalny charakter doskonale współgra z wizualną atrakcyjnością zarejestrowanych obrazów. Te fotografie chce się oglądać, by po przejrzeniu całej serii, wracać do poszczególnych ujęć.
Towarzyszący „Cytatom” katalog to, by posłużyć się terminem mojego warszawskiego znajomego, kicha numer dwa. Proszę sobie wyobrazić, że retrospektywnej wystawie wybitnego fotografa, towarzyszy wydawnictwo liczące 120 stron, gdzie zdjęcia pojawiają się tylko na 32 kartkach (sic!) i na dodatek wydrukowano je przy liniaturze 150, więc raster jest nieznośnie widoczny, zaś resztę powierzchni zajmują teksty komentujące… Czy proporcje te nie powinny być odwrotne (lub przynajmniej zrównoważone)?. Maciej Szymanowicz na osobistą prośbę Andrzeja Jerzego Lecha, napisał tekst, w którym analizuje jego fotografie w kontekście wizualnych właściwości prac polskich piktorialistów. I chociaż wywód komentarza jest logicznie przeprowadzony i wyważony (jak zawsze ma to miejsce w przypadku tekstów jego autorstwa), to jednak mam pewne wątpliwości, czy właśnie ta kategoria estetyczna pasuje do zdjęć fotografa z New Jersey? Jeżeli nawet jego intencje zaczynają zmierzać w tym kierunku, to bardziej wartościowe wydają mi się być nawiązania do poetyki amerykańskiego modernizmu lub fotografii Josefa Sudka (nie mówiąc już o tym, że lepiej się wizualnie sprawdzają).
Wystawa „Cytaty z jednej rzeczywistości. Fotografie z lat 1979-2010” Andrzeja Jerzego Lecha w kuratorskiej oprawie Krzysztofa Jureckiego i Magdaleny Świątczak mocno mnie rozczarowała… Myślę, że fotograf ten zasługuje na więcej – że posłużę się tutaj trawestacją sloganu pewnej nacjonal-populistycznej partii, która ma coraz większe szanse wygrać najbliższe wybory parlamentarne.