Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Szymon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Szymon. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 marca 2017

Wycieczka do Muzeum Śląskiego - appendix

Ponieważ jeździliśmy z Piotrem Szymonem do Kalwarii Zebrzydowskiej w tym samym czasie (choć osobno), siłą rzeczy fotografowaliśmy często tych samych ludzi lub takie same sytuacje...

[Kalwaria Zebrzydowska, 1995]

Widoczna na zdjęciu pani (na czole ma chyba wytatuowane słowo "Bóg"?) była stałym uczestnikiem religijnych uroczystości w kalwaryjskim sanktuarium. Moje zdjęcie zostało wykonane w 1995 roku podczas Procesji Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Fotografia Piotra Szymona, na której widać tą samą osobę (kadr z lewej strony w dolnym szeregu na zdjęciu z ekspozycji w Muzeum Śląskim w poprzednim poście) jest późniejsza i została zrobiona w trakcie uroczystości Wielkiego Tygodnia. I teraz się zacząłem zastanawiać, czy Piotr w ogóle jeździł fotografować letnie uroczystości maryjne? Tak! Przecież podarował mi zdjęcie zrobione w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy używałem tam mojego hasselblada... Muszę odnaleźć tę odbitkę!

[Kalwaria Zebrzydowska, 1997]

Fotografia o dwa lata późniejsza, najwyraźniej Wielki Piątek, wtedy właśnie uczestnicy Drogi Krzyżowej wkładają na swoje głowy "korony cierniowe" uplecione z gałęzi olchy. Musieliśmy pojawić się przy tych osobach (środkowy kadr w górnym szeregu na zdjęciu z ekspozycji w Muzeum Śląskim z poprzedniego posta) w bardzo krótkim odstępie czasu...

poniedziałek, 20 marca 2017

Wycieczka do Muzeum Śląskiego


W celu zobaczenia wystawy zdjęć Piotra Szymona, z którym kumplowałem się od 1996 roku. Poznaliśmy się w Jabłecznej, gdzie pojechałem fotografować prawosławnych pielgrzymów modlących się nad Bugiem. Były jakieś problemy z uzyskaniem zgody na robienie zdjęć, w czym Piotr mi pomógł (niestety te wczesnoporanne modlitwy przespałem w samochodzie...), a później podwiozłem go do Warszawy, jadąc dalej do Gdańska, gdzie byłem umówiony na fotografowanie zespołu Ścianka. Spotykaliśmy się potem przynajmniej dwa razy do roku w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie Piotr robił zdjęcia do swojego dyplomu w Opavie, a ja pracowałem nad materiałem, który w 2010 ukazał się w postaci albumu Kalwaria. Piotr wziął też udział w kuratorowanej przez mnie wystawie Fotorealizm w Galerii Zderzak w 2003 roku (obok Sławoja Dubiela, Andrzeja Ślusarczyka i Ireneusza Zjeżdżałki). Ostatni raz widzieliśmy się na wiosnę 2005, kiedy miał w Krakowie wernisaż swojej wystawy Pielgrzymi Kalwaryjscy w jakiejś galerii (nie pamiętam nazwy) przy uli Brackiej. Latem dotarła do mnie wiadomość o jego śmierci...


Na tę monograficzną ekspozycję w Muzeum Śląskim szykowałem się od dawna, mając nadzieję, że pokazane zostaną zdjęcia mi nieznane, że kuratorzy sięgną do archiwum autora, skrupulatnie je przeglądną i pokażą np. kadry zarejestrowane w czasie, kiedy Szymon był członkiem tyskiej grupy fotograficznej KRON (jej uczestnicy fotografowali górnośląskie krajobrazy w latach '80). Nic z tych rzeczy... Materiał pokazany w Katowicach to w prawdzie odbitki wykonane ręką autora, ale pochodzące z wcześniejszych wystaw lub prezentacji. Niestety standard tej ekspozycji przypomina żywo lata '90, zdjęcia w szarych passe-partout (ohyda!) oprawiono w metalowe, odrapane tu i ówdzie ramy... (ohyda x2!). Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zeskanowanie negatywów na jakimś dobrym urządzeniu i opracowanie plików do świecenia lambdy na barycie (ich autor w swoim czasie najwyraźniej nie dysponował urywającym tylną część ciała powiększalnikiem), tak jak to miało miejsce w przypadku przygotowywania wystawy Zapisu Zofii Rydet (i może jeszcze te wystawowe fotografie powinny być zdecydowanie mniejsze?). Niestety ekspozycji zdjęć Piotra Szymona nie towarzyszy żaden, nawet niewielki katalog... choć z drugiej strony, może to dobrze, bo jeżeli to hipotetyczne wydawnictwo miałoby mieć urok wystawy w Muzeum Śląskim, to lepiej, że się ukazało.


Po zobaczeniu wspomnianej wystawy udałem się do nowej siedziby muzeum (zupełnie niezła architektura), mieszczącej się na terenie dawnej kopalni "Katowice", jednak oglądanie przykładów współczesnej sztuki polskiej - szczególnie po ostatnich wojażach - było dla mnie raczej bolesnym doświadczeniem...

środa, 16 lutego 2011

Śląsk z szuflady



A więc jedna z szuflad wreszcie się otworzyła! Jadąc wczoraj do Bytomia na promocję albumu Marka Meschnika, przedstawiającego nabytki Kolekcji Sztuki Współczesnej, jaka powstaje w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu, zahaczyłem o katowickie GCK i Galerię „Pustą”, w której wnętrzu trwa właśnie wystawa zdjęć autorstwa Krzysztofa Pileckiego pt. „Wilson, Wilhelmina i inne...”.
Krzysztof Pilecki, członek Grupy Fotograficznej KRON (należeli do niej także: Michał Cała, Zbigniew Podsiadło i Piotr Szymon), fotografował w Górny Śląsk w latach 80. O jego zdjęciach z tego terenu, do tej pory właściwie tylko słyszałem, więc bardzo byłem ciekaw jak wyglądają. Wystawa w „Pustej” to zestaw kilkudziesięciu czarno-białych fotografii, wykonanych aparatem małoobrazkowym, na których zobaczyć możemy industrialne instalacje tytułowego szybu „Wilson”, być może Huty „Wilhelmina” (tego nie byłem w stanie rozpoznać, zresztą jak mi się wydaje, zakład o tej nazwie został zlikwidowany w latach 30. ubiegłego wieku) i na pewno rozbiórkę wielkiego pieca w Hucie „Pokój” w Rudzie Śląskiej-Nowy Bytom. Kwestię właściwiej atrybucji widocznych na zdjęciach obiektów, utrudnia brak… jakichkolwiek podpisów (sic!). 
Od strony fotograficznego obrazowania, zdjęcia Pileckiego prezentują pewien rodzaj „samowystarczalności”, tak jak i u Michała Cały, o który pisałem poprzednio, tyle że gdyby przyrównać je do fotografii tego ostatniego, widać tutaj zdecydowaną różnicę, tzn. wyraźny brak jakiegokolwiek pomysłu na przedstawienie widoku, tych potencjalnie atrakcyjnych industrialnych instalacji. I oglądają prace Krzysztofa Pileckiego, przypomniał mi się, wspomniany w poprzednim poście Krzysztof Jurecki, który w przypadku monochromatycznej fotografii przedstawiającej obiekty industrialne, niejako „automatycznie” (jak w pewnym wojskowym dowcipie z brodą) ma zwyczaj przywoływać twórczość małżeństwa Becherów. I nieco złośliwe pomyślałem sobie, że lektura któregoś z ich albumów, bardzo by się autorowi wystawy „Wilson, Wilhelmina i inne...” przydała.