wtorek, 11 stycznia 2011

MIZEJÍCÍ PRAHA


Jan Reich, z cyklu Mizející Praha - nádraží Bubny, 1978

Czyli Znikająca/Przemijająca Praga. Cykl Jana Reicha zrealizowany w latach 70. Zjęcia te wydają mi się być znacznie bardziej trafione, niż wykonywane dwie dekady później fotografie, które znalazły się w albumie „Bohemia” (noszącym silne piętno Jozefa Sudka, ale tego w najbardziej pocztówkowo-folderowym wyborze - bo przecież nie z industrialnej „Smutnej Krajiny” np.). Historia omawianego cyklu jest następująca,  Reich po roczny pobycie w Paryżu, gdzie wyemigrował po upadku praskiej wiosny, wrócił jednak do kraju. I wróciwszy, poza tym że miał niewiele do roboty, na nowo zobaczył pewne regiony Pragi, które dobrze znał z dzieciństwa, konstatując z lekkim zaskoczeniem, że niewiele się zmieniły. I najpierw dużo po nich chodził i je obserwował, a potem zaczął te miejsca fotografować. Seria istnieje też w postaci albumu (katalogu?), który ciągle jeszcze można nabyć (np. tu). Zastanawiam się, jakiego aparatu Reich tutaj użył? Proporcje kadru to 2:3, więc biorąc pod uwagę widoczny tu i ówdzie efekt lekkiego przyshiftowania, była to kamera 6x9cm, czy też może np. jakiś archaiczny wynalazek o formacie 10x15cm?

Jan Reich, z cyklu Mizející Praha - Holešovice, 1979

niedziela, 9 stycznia 2011

Maszyny


Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Pokazywałem dzisiaj studentom Akademii Fotografii „Maszyny” Łukasza Skąpskiego, jako ciekawy przykład rodzimej inspiracji twórczością Berndta i Hilli Becherów, w sensie zbudowania cyklu fotograficznego, jako rodzaju typologii (do czego zresztą Łukasz otwarcie się przyznaje). Serii bardzo udanej pod względem wizualnym, ale też dającej możliwość czytania na kilku poziomach znaczeniowych (co zresztą całkowicie świadomie jest ustawione przez autora).
I nagle zdałem sobie sprawę, że jego książka, która ukazała się w zeszłym roku w okolicach kolejnej edycji Miesiąca Fotografii w Krakowie, nie doczekała się właściwie żadnego prasowego omówienia…
No właśnie, czyżbym się jednak mylił i coś przeoczył? Zgooglowałem więc tytuł oraz autora i… nic.
Nic poza informacjami o wydaniu albumu lub prezentacji wystawy…
Dziwne…

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

piątek, 7 stycznia 2011

Siedem ostatnich arkuszy drugiego wydania „Niewinnego oka”

przeszło dziś rano przez maszynę. Uff.
W związku z powyższym mam następujące refleksje:
1). Albumy fotograficzne należy drukować wyłącznie w firmie, która specjalizuje się w druku takich wydawnictw.
2). Koniecznie należy dostarczyć własnoręcznie wykonane proofy.
3). W razie jakichkolwiek wątpliwości patrz punkt 1. lub 2.
W przypadku przygotowywania plików RGB do druku atramentowego lub do Lambdy, nie mam specjalnych problemów i to co obserwuję na ekranie swojego monitora, widzę potem w 95% na odbitkach lub wydrukach. Przygotowywanie plików w CMYK-u lub duotonach do druku offsetowego, też właściwie nie sprawia mi problemów, aczkolwiek zupełnie nie rozumiem uwarunkowań procesu świecenia płyt CTP.
Bo pomimo, że obecna edycja „Niewinnego oka” zawiera niezmienione pliki z poprzedniego wydania, to różnice kolorystyczne (w niepoddanych żadnej korekcji odbitkach) okazały się być dość spore… Co gorsza, nie dało się ustawić profilu pod całość nakładu, tak, że w zasadzie każdy arkusz trzeba było korygować oddzielnie w odniesieniu do „proofa”, jakim było pierwsze wydanie książki. O ile kontrastowe zdjęcia, wykonane w mocnym świetle słonecznym, nie sprawiały specjalnych problemów, to te gdzie sporo było miejsc zacienionych, potrafiły uciekać nam w zielnie, seledyny lub błękity…
Maszyniści offsetowi mówią, że to kwestia gęstości siatek rastra, konkretnie - ich niewystarczającej gęstości. A więc pojawił się czynnik technologiczny, którego (uwarunkowań) nie rozumiem, zresztą sami drukarze też nie. Tę wiedzę - w podstawowym przynajmniej zakresie - muszę sobie przyswoić, biorąc pod uwagę, że mam zamiar jeszcze kilka książek opublikować.
Żałuję, że nie zdecydowałem się na druk drugiego wydania na innym papierze, a więc nie na arcticu („papierze dziurawym” - jak go określają maszyniści) tylko kredzie nowatechmat, na której znacznie lepiej siada farba, co skutkuje ładniejszym nasyceniem kolorów (znikają też problemy z chłodną dominantą w cieniach).
Oprócz opisywanego wyżej „czynnika technologicznego” istotny jest też „czynnik ludzki”. Doświadczony maszynista potrafi przesunąć heble tam gdzie trzeba, ale… musi mu się chcieć. Czynnik ludzki nie jest do końca obliczalny i wymaga działań dyplomatycznych oraz perswazyjnych. W razie istotniejszych problemów w tym względzie, trzeba powrócić do punktu 1. ;)

Wolbrom, synagoga od zaplecza, 16.05.2007

wtorek, 4 stycznia 2011

50 i 20 (tyś.)

Dzisiaj o godzinie 12:20 licznik bloga pokazał liczbę 20.000 (wejście z IP z Sosnowca).
Natomiast kilka godzin wcześniej (dokładnie o 03:15) mój osobisty licznik wystukał cyfrę 50.
A więc mały jubileusz.

Gdzieś na obrzeżach Poznania, 2007

czwartek, 30 grudnia 2010

KRAJOBRAZ AZJATYCKI i ZMIERZCH


Okładka "Kameraden" autorstwa Dirka Perschke

Czyli dwa wiersze z rewelacyjnego tomu Krzysztofa Jaworskiego "Kameraden". Książki którą mało kto zna, ponieważ pewne miniaturowe i nie istniejące już (na szczęście) wydawnictwo z Krakowa, wydało ją w śladowym nakładzie w 1994 roku, orzynając przy tym autora z przyznanej na tę publikację dotacji...
A więc najpierw mój ulubiony wiersz "Krajobraz azjatycki", a potem "Zmierzch".
Miłej lektury w końcu 2010 i na "nowy" 2011:


Krzysztof Jaworski

KRAJOBRAZ AZJATYCKI

Najdłuższa jest ulica Armii
Czerwonej. Ciągnie się od lewej do prawej albo
z góry na dół. Ja tam nie mieszkam,
ale są tacy co pytają o drogę.
Między pustką a ciemnością, mówię wtedy.
Od pustki po ciemność rozciąga się ulica
Armii Czerwonej. Ale ja tam nie mieszkam.
Bliżej ciemności skręcam w rozpacz,
tu gdzie kiwa się księżyc. Bo nawet na księżycu,
myślę, musi być ulica Armii
Czerwonej, od horyzontu  po horyzont.
Jak tęcza.

*

ZMIERZCH

Noc wyciąga dolara i przylepia go
na spoconym czole nieba. Biedni uśmiechają się
do bogatych bo nie mogą
kopnąć ich w dupę.
Nic za darmo.
Jestem zmęczony. Dzisiaj przez długie godziny
nawoływałem do zamieszek, roznosząc ulotki
deszczu. Niebo było złowrogie.
Trzymałem pięść wzniesioną
na wysokości czaszki.
Maszerowałem po pokoju.
Kto zamyka oczy dnia?

*

wtorek, 28 grudnia 2010

Nowy Rok, nowy projekt: „Nowe Miasto”, nowe wydanie „Niewinnego oka”


Zacznijmy od końca, jest to wydanie drugie, nieco zmienione. Właśnie siedzę od rana do wieczora w firmie Stabil, gdzie trwa druk.
Nowy projekt, którego realizację razem z Elżbietą Janicką rozpoczynamy w styczniu, nosi tytuł „Nowe miasto”. Rzecz ma dotyczyć Warszawy. Więcej informacji wkrótce na osobnym blogu.
I wreszcie Nowy Rok. Ale jaki on tam nowy? ;)

Elżbieta Janicka/Wojciech Wilczyk -- Warszawa, ul. Żelazna, 24.08.2010

piątek, 24 grudnia 2010

ŚWIĄTECZNA POCZTÓWKA



I pomyśleć, że wspomniane malowidło (w TEJ! oplsce) już dwa lata ozdabia ścianę Społecznej Szkoły Podstawowej nr 7 i Społecznego Gimnazjum nr 8 w Krakowie.

środa, 22 grudnia 2010

Chemiewerk Rüdersdorf


VEB Chemiewerk Coswig, Rüdersdorf, 25.11.2006

A dokładnie VEB Chemiewerk Coswig, taką nazwę z czasów DDR znalazłem w sieci. I jeszcze informację, że zakłady zamknięto ostatecznie w 1998. Po tym wiosennym pobycie w 2006, postanowiłem odwiedzić to miejsce jesienią, kiedy częściej można trafić na aurę z rozproszonym światłem, która idealnie pasuje do betonów i monochromu. I tak właśnie było w końcówce listopada. Fotografowałem 25 i 26, z tym że tego drugiego dnia, niespodziewanie pojawili się ochroniarze, którzy uprzejmie poradzili mi, abym stamtąd szybko zmiatał, ponieważ w nocy, ktoś ukradł, parkującą w jednej z hal koparkę, używaną przy pracach rozbiórkowych, a policja jest już w drodze. Niemiecka policja ma swoją renomę, więc spakowałem manatki i opuściłem (nie do końca) zamknięty teren fabryki. I w pewnym sensie jest to pointa cyklu „Postindustrial”, który realizowałem w latach 2003-2006, ponieważ od tamtego czasu, nie sfotografowałem już żadnego industrialu. Jedno z tych zdjęć (nie pamiętam już które) pojawiło się w australijskim piśmie fotograficznym Silvershotz, w pokaźnej prezentacji fotografów z Polski, którą przygotował, nieżyjący już niestety Eryk Zjeżdżałka.

VEB Chemiewerk Coswig, Rüdersdorf, 25.11.2006

wtorek, 21 grudnia 2010

Podobny motyw,

ale zupełnie inne intencje. Poza tym, że w obu przypadkach mamy do czynienia z katastrofą.
Zdjęcie zrobiłem w 2006 w Rüdersdorfie nieopodal Berlina. Rzeczona instalacja znajdowała się na terenie „ośrodka wychowawczego dla młodzieży” (o ile dobrze odczytałem wtedy tabliczkę na budynku), tuż obok potężnych ruin nieczynnych zakładów chemicznych. Cały ten obiekt sprawiał wrażenie opuszczonego, podobnie zresztą jak postindustrialne budynki i instalacje po drugiej stronie kanału.

Rüdersdorf, 2006

niedziela, 19 grudnia 2010

Życie po życiu i życie wieczne


Kiedy podczas niedawnego spotkania w Migawkach (na Chłodnej 25) pokazywałem „Życie po życiu”, właściwie każdemu zdjęciu pojawiającemu się podczas projekcji towarzyszyły wybuchy śmiechu. OK., elementy ironii są w tych zdjęciach oczywiście obecne, ale raczej jako skutek postępowania samych twórców tych obiektów. To oni wykazali się tutaj raczej mimowolnym poczuciem humoru i to często (co ciekawe) w tym ciemniejszym odcieniu. Robiąc zdjęcia do tego cyklu, który po mniej więcej  roku pracy, traktować zacząłem jako pewien rodzaj antropologii współczesnej twórczości ludowej (spontanicznej, żywiołowej i nie skrępowanej żadnymi normami estetycznymi), zawsze brakowało mi jednak szerszej „reprezentacji tematycznej”. No bo co tutaj mamy? Reklamy restauracji, szrotów, komisów z używanymi autami, sklepów z częściami samochodowymi, gazony i kwietniki, wreszcie siedziby przydrożnych barów i… w zasadzie nic więcej.
Tymczasem podczas wizyty w krakowskim Muzeum Narodowym na wystawie „POKOLENIE'80. Niezależna twórczość młodych w latach 1980-1989” zobaczyłem zdjęcie przedstawiające bożonarodzeniowy żłóbek autorstwa Jerzego Kaliny, wystawiony w 1984 przed kościołem św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Widoczna tutaj lalka przedstawiająca Dzieciątko-Jezus spoczywa na sianku w bagażniku Fiata 125p. Skąd taki właśnie pomysł? Kapłanem wspomnianego kościoła był ks. Jerzy Popiełuszko, którego jak wszyscy chyba wiedzą, jesienią tamtego roku porwała i zamordowała SB, zaś przez jakiś czas skrępowaną ofiarę wieziono w bagażniku esbeckiego „kredensa”. Ten patriotyczny żłóbek, oglądany z perspektywy 26 lat może jednak wprawiać w pewną interpretacyjną zadumę, szczególnie w kontekście całkiem świeżych wyczynów środowisk prawicowo-niepodległościowych i lansowanej przez nie wizji Martyrologii Narodu Polskiego…
Postawiony w połowie bieżącego roku w Rybniku-Chwałowicach pomnik także poświęcony ks. Jerzemu, można oglądać już bez chrystologicznych aluzji. Połówka dużego Fiata z rejestracją SB 19 10 84 wbita w ceglany mur. Z niedomkniętej klapy bagażnika wystaje przez szparę pętla powrozu, zaś tuż obok (żeby nie było żadnych wątpliwości) stoi odlana z brązu figura błogosławionego, który dzierżąc krzyż w ręce, spogląda na narzędzia własnej kaźni (jak na jakimś średniowiecznym obrazie, przedstawiającym męczenników za wiarę). No cóż, muszę się koniecznie tam wybrać i zrobić zdjęcie tego obiektu!

fot. Mark Carrot - czyli Zbigniew Markiewicz (styczeń 1985)

fot. Tomasz Griessgraber (sierpień 2010)

piątek, 17 grudnia 2010

Niskie napięcie


Arkadiusz Gola, z cyklu Riviera 

Przy okazji ostatniego pobytu w Warszawie (tu POZDROWIENIA dla animatorów „Migawek”) postanowiłem obejrzeć ekspozycję główną III edycji Festiwalu Fotodokumentu. Wybrałem się więc do Galerii Wysokich Napięć, zlokalizowanej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej na ulicy Chodakowskiej (Praga). Galeria, to po prostu, wydzielona część korytarza na II piętrze budynku, różniąca się od reszty tej kondygnacji inną kolorystyką ścian i posadzki. A ekspozycja pt. „Bez rewolucji”? No właśnie…
Prace 11 autorów (około 150 fotografii), głównie monochromatyczne (jednakże tylko w postaci atramentowych wydruków). Które można szybko bardzo oglądnąć i równie błyskawicznie o nich zapomnieć. Trochę jak w piosence Siergieja Sznurowa, dotyczącej papierosów o nazwie „Leningrad”:

А Ленинград – это сигареты
Я люблю их за то и за э-э-это
Можно их просто кури-и-ить,
А так же их просто забить.

No więc, wykuriłem i prosto zabyłem. Bo nie ma właściwie czego pamiętać. Chociaż autorzy wybrani na wystawę, są już utytułowani, nagradzani, etc. Patrząc na tą fotoreporterską magmę, zastanawiałem się, po co właściwie powstają takie zdjęcia, skoro w prasie fotoreportaż od dobrych kilku lat praktycznie nie istnieje, a publikacje w postaci albumów to prawdziwa rzadkość (tu wyjątek od reguły - książka Arkadiusza Goli pt. „Ludzie z węgla”, o której dowiedziałem się przy okazji omawianej wystawy). No więc, po co? Dla kogo? I dlaczego tylko w tej nieszczęsnej konwencji post-fotoreportażu, będącej swoistym łabędzim śpiewem gatunku.
Gatunku, w przypadku którego, w tej jego szczątkowej postaci, tematem staje się samo sporządzenie wizualnej relacji, zaś nie ma w zasadzie większego znaczenia, co jest fotografowane. Czy są to górnicy z Polski, Ukrainy, nielegalni pracownicy bieda-szybów, wypalacze węgla drzewnego z Karpat, niepełnosprawni umysłowo z ośrodka opieki, transseksualistka po operacji usunięcia piersi, czy co tam jeszcze. Obowiązująca konwencja fotoreporterskiej wypowiedzi dawno przestała być transparentna i bynajmniej nie dlatego, że autorzy pokazywani w Galerii Wysokich Napięć z takim upodobaniem preferują technikę monochromatyczną… Zresztą, co to w ogóle za „technika”, po prostu kolor ściągnięty z cyfry, vide zdjęcie z łabędziem Arkadiusza Goli, które na wystawie było zreprodukowane w czarni i bieli, zaś na portalach internetowych poświęconych fotografii w pojawiało się w full colorze.

wtorek, 14 grudnia 2010

Po-lin, spocznij tutaj?


Krośniewice, synagoga, 29.12.2007

Wracając do figury „świadka”, tak trafnie scharakteryzowanej przez Elżbietę Janicką w tekście „Mord rytualny z aryjskiego paragrafu”, początkowa sekwencja „Po-lin. Okruchy pamięci” Dylewskiej wydaję się być równie ciekawa, jak „Historia Kowalskich” Pawlickiego i Gołębiewskiego:

***

Świadek 1 (kobieta): Jak Niemcy tak tego, wybrali wszystkich Żydów, to na drugi dzień było bardzo smutno. Takie pustki jakieś.

Świadek 2 (mężczyzna): Z początku to była taka robota, to nie jest żal, czy żal, tylko: kto będzie nam konie kuł, kto będzie coś… lemiesze kopał, kto będzie szył ubrania, kto będzie wszystko?

Świadek 3 (mężczyzna): Już jednak, sześćdziesiąt lat będzie, tuś my tak… To już taka,  jak by ich kiedyś nie było dla mnie teraz.
­
Świadek 4 (kobieta): Teraz już nie. Ale przedtem to tak.

Świadek 5 (kobieta): A co?

Świadek 4 (kobieta): Czy się, czy się nam śnią?

Świadek 6 (kobieta): W tym domu zostało błogosławieństwo żydowskie, to było na każdych drzwiach, tylko jedne się zachowały, to jest tego domu pamiątka i tak musi być.

Lektor (Piotr Fronczewski): To są ostatni z dziesiątków pokoleń Polaków, którzy przez kilkaset lat żyli obok polskich Żydów.
Ostatni świadkowie, którzy łączą nas z życiem tamtych.
Ostatni.

***

CDN.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

SPRING (?)


Lwów, Cmentarz Janowski, grudzień 2005

Śnieg pada niemożebnie. 
I ma padać jutro, pojutrze. W zasadzie do końca tygodnia.
I do tego jeszcze mrozy, zapowiadane na najbliższe dni. Brrr...
Pięć lat temu, jakoś o tej porze właśnie, wybraliśmy się z Mariuszem Bednarskim do Lwowa. I trafiliśmy m.in. na Cmentarz Janowski, gdzie zrobiłem to zdjęcie.

sobota, 11 grudnia 2010

Uzupełnienie


Wczoraj próbowałem oglądać „Po-lin” po raz drugi, ale po mniej więcej 25 minutach odpadłem. Konkretnie, za sprawą muzyki Michała Lorenca – to po pierwsze, po drugie – zirytowały mnie te wszystkie efekty dźwiękowe, jakie podłożono pod wykorzystane w obrazie Dylewskiej, rodzinne filmiki ze sztetli, nakręcone przed wojną amatorską kamerą ósemką. Więc jak pojawia się w nich krowa, to oczywiście słychać w tle muczenie, jak ktoś wiadro stawia przy studni, to metal brzęczy o kamień, jak grupa ludzi pozuje, to słychać niewyraźne rozmowy, itd. Jednakowoż Lorenc ma pierwszeństwo i w tym momencie zacząłem się zastanawiać, która ścieżka muzyczna jest bardziej wkurzająca, ta z „Po-lin”, czy też z „Historii Kowalskich”, autorstwa Marcina Pospieszalskiego? Lorenc, czy Pospieszalski? Pospieszalski, czy Lorenc? Trudny wybór, obaj panowie się tutaj naprawdę ostro napracowali…
A przecież wspomniane filmiki były z założenia nieme i w taki też sposób je oglądano podczas seansów „kina domowego Kodaka”. Całe szczęście, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby nałożyć na nie kolory…
I w związku z powyższym - to jest (żeby uniknąć nieporozumień) z wykonaną PRACĄ: reżysera, scenarzysty, kompozytora, montażysty - znowu przyszedł mi na myśl wiersz Krzysztofa Jaworskiego, tym razem utwór pochodzący z tomu „Dusze monet”.

***

Krzysztof Jaworski

UROCZE CÓRKI PAŃSTWA GOEBBELSÓW

Helga, Hilde, Holde, Hedda i Heide.
Gdzie się podziały?
Czyli w liczbę aniołków małych policzone?
Czyli do raju wzięte? Na wyspy szczęśliwe?
Gdzieśkolwiekż są, jeśliż są?

czwartek, 9 grudnia 2010

W międzyczasie

oglądnąłem w końcu „Po-lin” Jolanty Dylewskiej i w kontekście przedstawianej tam, niemal sielankowej koegzystencji Polaków i Żydów w przedwojennej Polsce, przypomniał mi się świetny wiersz Krzysztofa Jaworskiego - po który natychmiast sięgnąłem - jako rodzaj antidotum:

***

Krzysztof Jaworski

Kobiety żyją dłużej

Czternaście lat małżeństwa z Hermanem,
było najszczęśliwszym okresem w moim życiu.
Emma Goering

Wspomnienia skrywam głęboko w sercu jak drogocenny skarb.
Lina Heydrich

Moja pierwsza, jedyna i prawdziwa miłość.
Irene Mengele (pierwsza żona)