Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk Poddębski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk Poddębski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 maja 2021

Nie tylko Bauhaus. Międzywojenna fotografia niemiecka i polskie tropy

Bardzo ciekawa wystawa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie, a na niej: Martin Munkácsi, August Sander, Albert Renger-Patzsch, Yva (Else Neuländer-Simon), Karl Blossfeld, Alfred Eisenstaedt, Lotte Jacobi, Max Steckel, Mojżesz Worobiejczyk Aleksander Krzywobłocki, Janusz Maria Brzeski, Zofia Chomętowska, Benedykt Jerzy Dorys, Henryk Poddębski i inni… uff! Ale zestaw nazwisk! Warto wstąpić pod adres: Rynek Główny 25. Ekspozycję będzie można oglądać do 1 sierpnia 2021 roku.





[Fot. Paweł Mazur - dzięki uprzejmości Międzynarodowego Centrum Kultury]

piątek, 29 czerwca 2012

HERITO numer 6 (2012)


A w środku mój tekst „Wschodnie pogranicze w sepii lub bez” o albumach Henryka Poddębskiego i Zofii Chomętowskiej. Numer ukazał się jakoś pod koniec kwietnia, ale redakcja nieco zwlekała z aktualizacją swojej strony internetowej, więc stąd też moja mała zwłoka.
Lada chwila światło dzienne ujrzy kolejny numer krakowskiego kwartalnika, gdzie w tekście „Dokumentaliści mimo woli” piszę o zdjęciach (i albumach, świetnych!) Stefana Kiełszni oraz Maxa Kirnbergera.



(…)
Już sam układ albumu, którego części odpowiadają podziałowi przedwojennych wschodnich województw, już sam tytuł wysuwający na plan pierwszy sfotografowane terytorium, a nie autora zdjęć, sprawiają, że szansa zaprezentowania Henryka Poddębskiego, jako wybitnego fotografa została niniejszym częściowo pogrzebana. Poddębski nie czuł się za dobrze w gęstej zabudowie miejskiej, więc jego zdjęcia z Wilna lub Lwowa niczym specjalnym nie zachwycają, ale w książce ułożonej „dzielnicowo” musiały się znaleźć… Wszystkie fotografie reprodukowane w albumie pojawiają się w różnych odcieniach sepii, co zapewne w intencji redaktorów ma im przydać „archiwalnego” charakteru, gdy tymczasem autentyczne przedwojenne odbitki nie starzeją się w aż tak drastyczny sposób, a gdy weźmiemy pod uwagę, że część zdjęć prawdopodobnie zeskanowano z negatywów i poddano zabiegowi wyostrzenia w programie graficznym, ich sepiowa lub czasem zielonkawa tonacja jest przysłowiowym kwiatkiem do kożucha. Henryk Poddębski zasługuje na książkę stricte fotograficzną, wydrukowaną w regularnym duotonie np. z pantonem warm gray, jak albumy wspomnianego wcześniej Augusta Sandera lub (dlaczego nie?) Walkera Evansa, z którymi śmiało można go porównywać w dziedzinie fotografii krajobrazowej (mam na myśli zdjęcia Evansa z Pensylwanii, Zachodniej Virginii, Georgii i Alabamy z lat 30.) czy używając bardziej współczesnej terminologii – „topograficznej”.

Sięgając po wydany w 2011 roku przez Fundację Archeologia Fotografii album Zofii Chomętowskiej pt. „Polesie” i mając w pamięci opisany powyżej katalog błędów, jakie popełnione zostały podczas składania publikacji Henryka Poddębskiego, pełen byłem niepokoju. Znając dotychczasowe publikacje „Archeologii”, właściwie mogłem sobie darować te obawy, jednakże czytając wydawnicze zapowiedzi dotyczące książki Chomętowskiej oraz recenzje wystawy, która poprzedziła jej publikacje, dręczyło mnie pytanie, jak redaktorzy albumu, zawierającego przecież fotografie ze wschodniego pogranicza II RP, unikną syndromu tak dobrze rozwijającej się w ostatnich latach w naszym kraju „nostalgii kresowej”. W uniknięciu wspomnianej przypadłości pomógł na pewno sposób podejścia do archiwalnego materiału, nie opracowanego zresztą wcześniej i tylko w niewielkich porcjach publikowanego w przedwojennych czasopismach. To właśnie „archeologiczna” metoda pracy, by nawiązać do nazwy Fundacji, mająca na celu systematyzację poleskiego archiwum Chomętowskiej oraz ułożenie go w wizualną narrację, pozbawioną przekłamań i atrakcyjną dla osób niekoniecznie zainteresowanych fotografią, sprawiły, że wspomniana książka może być uznawana za wzór tego rodzaju edytorskich działań.
(…)

wtorek, 24 maja 2011

Henryk Poddębski, Pińsk, Kolegium Jezuitów – widok znad Piny


Zdjęcie nie jest zbyt duże, niestety tylko takie znalazłem w sieci, a to reprodukowane w albumie „Kresy w fotografii Henryka Poddębskiego” pojawia się jest na dwóch stronach rozkładówki i nie wejdzie mi do skanera. Szkoda, bo fotografia świetna, absolutnie trafiona i zjawiskowa. I właśnie na nią trafiłem najpierw, kiedy w rok mniej więcej temu otwarłem rzeczoną książkę księgarni na Palcu Bankowym w Warszawie. Henryk Poddębski nie jest dziś autorem specjalnie znanym ani cenionym, a szkoda bo jeśli porównać jego zdjęcia do tego, co wychodziło spod ręki „fotografów ojczystych” z Janem Bułhakiem na czele, to widać sporą i wcale nie subtelną różnicę. Wspomniany album, wydany przez lubelską agencję reklamową Ad Rem, liczy 306 stron (co ciekawe, książka nie ma paginacji…), na których zamieszczono 214 fotografii oraz teksty opisujące krainy geograficzne II Rzeczpospolitej, sfotografowane przez Poddębskiego.
Publikacja jest wydana starannie, profesjonalnie zeskanowane i opracowane fotografie, pojawiają się w różnych odcieniach sepii na matowej kredzie 150 g/m2. Leszek Dudlik i Waldemar Golec, autorzy koncepcji albumu oraz wyboru fotografii, piszą, że są one wyrazem najwyższych osiągnięć fotografii krajobrazowej, obdarzając przy tej okazji autora zdjęć ze wschodniego pogranicza II RP nieszczęsnym mianem „fotografika”… Doceniając ich pracę przy powstaniu tej książki, nie sposób jednak poczynić kilku krytycznych uwag. Szkoda, że ta pierwsza albumowa publikacja, tak fenomenalnego fotografa, jakim był Henryk Poddębski podlana jest jednak nazbyt obficie sosem nostalgiczno-kresowym. Zupełnie niepotrzebnie! Niepotrzebnie też fotografie układano według klucza geograficznego (akurat w mało ciekawych sekwencjach ze Lwowa i Wilna sporo zdjęć można było sobie darować), a nie ze względu na atrakcyjność wizualną, jaką prezentują.
Wyobraźmy sobie więc książkę z fotografiami Henryka Poddębskiego wydrukowanym na tej samej kredzie mat, lecz w regularnych duotonach (najlepiej z Pantonem Warm Gray 8 – a nie w tej pocztówkowej pseudosepii), które owszem ułożone są według porządku krain geograficznych, lecz priorytetem ich doboru jest wymieniony przeze mnie wcześniej parametr czysto fotograficznej atrakcyjności oraz oczywiście jakości. Wyobraźmy sobie album, gdzie opisy terytoriów II RP w mniej sielankowy sposób prezentują polską obecność na tamtej ziemi i pozwalają przemawiać samym zdjęciom, zwłaszcza, że tak jak słusznie zauważają autorzy albumu Henryk Poddębski nie miał żadnych uprzedzeń narodowościowych, religijnych czy społecznych. Fascynowało go bogactwo kultur i obyczajów, niepowtarzalny charakter życia jednostek i całych zbiorowości.
Poddębski był fenomenalnym dokumentalistą, który z trudem mieści się w przyciasnym ubranku „polskiego fotografa krajoznawczego” (choć oczywiście zlecenia o takim charakterze wykonywał). Szkoda, że podczas pracy nad formą i zawartością omawianej książki, nie wzięto tego pod uwagę, ponieważ jak mało kto z rodzimych autorów zdjęć działających przed 1939 rokiem, zasługuje on na fotograficzny album z prawdziwego zdarzenia.