Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magda Heydel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magda Heydel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 czerwca 2022

(Naczelny Fotograf Cara)

Wiersz Sinéad Morrissey w przekładzie Magdy Heydel z tomu O równowadze, wydanego przez Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku w 2019 roku. "Europejska Poetka Wolności" (nagrodę o takim brzmieniu Morrissey zgarnęła w 2020 roku) brzmi tutaj trochę jak Wisława Szymborska, która miała słabszy dzień, a i też sposób odczytania zdjęć Siergieja Prokudin-Gorskiego z lekka rozczarowuje... Tak jakby, za przeproszeniem, podstawą był dla autorki album Russland um 1900: Fotografien von Sergej Prokudin-Gorski wydany przez Taschena. Prokudin-Gorski fotografował ludzi i krajobrazu Cesarstwa Rosyjskiego przed pierwszą wojną swiatową przy użyciu specjalnego aparatu, gdzie ten sam motyw rejestrowany był na trzech klatkach negatywu z zastosowanie filtrów czerwonego, zielonego i niebieskiego. Film wywoływano jako pozytyw, zaś trzy wspomniane klatki wyświetlane były równocześnie na ekranie z rzutnika o trzech obiektywach, wyposażonych w filtry czerwony, zielony i niebieski (czyli coś jak RGB). Cholera wie, jaka była jakość tego typu projekcji i jak prezentowały się kolory na zdjęciach (jakolwiek Mikołaj II Romanow był podobno zachwycony efektami)? To, co oglądamy we wspomnianym albumie oraz to, co można zobaczyć na stronie Biblioteki Kongresu USA (tam właśnie przechowywana jest kolekcja Prokudin-Gorskiego) to efekt komputerowej symulacji.

czwartek, 20 lutego 2020

(Rzecz sama w sobie)

Sinéad Morrissey

Das Ding an Sich

   Prusy Wschodnie, styczeń 1945

świnia   dwie krowy                           koń pociągowy     gęsi
przy drzwiach od tyłu                        stadko babulinek
stodoły suche jak pieprz                    siano do lata
ogrody otulone uładzoną drzemką

sztućce   garnczki                                czajniki       fajans
jajka w niebieskiej misce                    masłoszynkagolonkamleko
stoły wyszorowane na kość
rozpłatane zające na haku                                       tłuszcz do sierpa

radio       gramofon                                     zegar z wahadłem
lampka na biurko                                 stojak pod gazety
zmarli synowie jak ikony                     na ścianie         Wermacht
wykrochmalony kołnierzyk                        koszyczek z szyciem

woreczki lawendy                                czerwiec między fałdami
w skrzyni na pościel                            obłóczki             ręczniki
pikowane kołdry                                  komody pełne halek
nocne koszule       koronki                               a potem

poduszki                                               takie wyprute
pierzyny                                               takie pocięte
zadymka puchu                                             w sypialniach
korytarzach    przejściach    podworcach    zagrodach

jak śnieg po Bożym Narodzeniu                  albo rzeczowniki
odcumowane                                        od mowy
w zawrotnych zakłóceniach                         Grossedeutcher
Rundfunk                                              ostatniej audycji

[Tak jak poprzednio wiersz w przekładzie Magdy Heydel z książki: Sinéad Morrissey, O równowadze, Instytut Kultury Miejskiej, Gdańsk 2019, s. 85-87. W przypadku wczorajszego tekstu, myślę jednak, że Morrissey pisze trochę obok fotografii Siergieja Prokudina-Gorskiego - jest tam znacznie więcej istotnych informacji wizualnych, do których można by się odnieść. Oczywiście działa tu licentia poetica czy tez licentia historica...]

środa, 19 lutego 2020

(żadna nieupragniona rzecz nie dotknie jej skóry)

Sinéad Morrissey

Barwne fotografie carskiej Rosji

Ponieważ tyle tu barw - fioletów, zieleni, błękitów, żółcieni, mosiądzów, czerwieni -
tam gdzie się ich nie spodziewamy, wieśniacy Prokudina-Gorskiego wyglądają raczej
jak my w przebraniu, niż jak oni sami, raczej pozują w wydzielanej im porcjami przeszłości,
niż odrywają się od roboty. Dziewczynki wydają się jakby niedopasowane,
w za dużych strojach, wciśnięte w to, co zostało po rozgrabieniu kufrów
wędrownej trupy, Siedmioletnie, a już stare, z łokciami od siebie, poważne jak komornik,
w warstwowych spódnicach, tak buraczanych, jakby je maczano w barszczu,
trzymają przed sobą porcelanowe talerze leśnych jagód w rozmaitych odcieniach -
irys, fuksja, śliwa - które rykoszetują, by następnie się zrymować
z chustkami w kwiaty, plisami fartuchów, guzikami, bluzkami, mankietami
nurzanymi w barwnikach, o jakich się nam nie śniło. Na pewno im jest niewygodnie -
a może są uparte i stoją bez ruchu po niewłaściwej stronie stulecia,
odmawiając włożenia spodni? Szkarłatna koszula na grzbiecie mężczyzny
wspartego na łopacie przed odkrywką żelaza, burłacy, drwale
i grupki rzecznych przewoźników w kubrakach barwy kaczych jajek,
zamieniają „Robotników na Wołdze, 1905‟ w sąsiedni pokój, gdzie wejdziemy
i nic nasz szczególnie nie zdziwi. Zobacz, jakie mam buty - mówi brygadzista,
zawadiacko ustawiając jedną nogę skosem. Od chustki na głowie jego żony płonie łąka.
A jeśli niektórzy, ponieważ są bogatsi i żyją w mieście albo naśladują
królową Wiktorię i jej zgubne czernie, zwalczyli swoją widmową naturę,
ukazując się nam ze ściśniętą talią i w ciemnych strojach, to budynki z tyłu
za nimi odmówiły: całe ulice w perłowym różu i pudrowym błękicie wznoszą się
ze środka fotografii, bijąc w swe radykalne dzwony na wiele mil w około.
Nad Gołodnoj Stiepiu, czyli nad Stepem Głodowym, dołącza także pogoda: to niebo
w barwie o połowę bledszej od fotografowanej, dwa odcienie jaśniejszej niż lazuryt
i, jak okiem sięgnąć, bez śladu chmur, jest niczym dotycząca Izmaela boska obietnica dana
kobietom, które pod tym niebem sierpami żną łąkę. Taszkient, Archangielsk, Samarkanda.
Tu się zatrzymał na chwilę en route (w tym okresie dla niego stan permanentny)
i wykonał nieczęsty autoportret: w kapeluszu, pod wąsem, w okularach, szczupły,
Naczelny Fotograf Cara. Widać, że już go pochłania
myśl o ciemni w wagonie, prezencie od samego Mikołaja,
gdzie trzy magiczne filtry jego nowej magicznej latarni przybliżą mu to, co było.
Tę właśnie babuszkę tego właśnie wieczoru na tym właśnie ganku,
która tego właśnie lata przędzie motek wełny. Jutro wieczorem bania.
Rano rozdzieje się z ubrań, które posiada, łącznie z onucami,
i owinie w zapasową koszulę, zagotuje kocioł wody, wypierze i wybije do czysta
brzozowym kijem, a potem wywiesi na skos przez ogród, by schły do wieczora,
jak flagi krajów na którymś kontynencie, tak że kiedy potem jej włosy będą
już oczyszczone z pyłu, a wszystkie pory otwarte, żadna nieupragniona rzecz nie dotknie jej skóry.

[Wiersz w przekładzie Magdy Heydel z książki: Sinéad Morrissey, O równowadze, Instytut Kultury Miejskiej, Gdańsk 2019, s. 97-99.]