czwartek, 11 listopada 2010

PO DEBACIE W CSW


Łukasz Baksik, z cyklu „Macewy codziennego użytku”

Dyskusja poświęcona projektowi „Macewy codziennego użytku” Łukasza Baksika, odbyła się bez udziału Mikołaja Grynberga. A dalej już zgodnie z zapowiedziami. Rozmowę bardzo sprawnie poprowadziła profesor Joanna Tokarska-Bakir w wypełnionej do ostatniego miejsca sali KinoLabu. Przy okazji tego spotkania (oczywiście przed debatą), mogłem osobiście jej podziękować za tekst (wspaniały!) do drugiego wydania albumu „Niewinne oko nie istnieje”, które już 16 listopada idzie do druku. Pod koniec spotkania, kiedy doszło do dyskusji z zabierającymi głos osobami z widowni, pojawiła się kwestia, jak należy traktować sam fakt tego „codziennego użytkowania” macew, jako cembrowin, krawężników, płyt chodnikowych, budulca stodół i domów, kół szlifierskich etc. (by wymienić te najczęstsze zastosowania żydowskich kamieni nagrobnych, widoczne na fotografiach Łukasza Baksika). Tzn. czy jako „profanację”, akt o „rytualnym” charakterze, czy tylko rodzaj bezmyślnego działania. I co ciekawe, uczestnicy debaty, nie mieli w tym względzie pomysłu na jednoznaczną interpretację takich poczynań, a mnie się wydaje, że i profanacja, i zachowanie o rytualnym charakterze jak najbardziej wchodzą tutaj w grę.
Bo przecież wystarczy przypomnieć sobie trzystutysięczny nakład antysemickiego i ksenofobicznego tygodnika „Mały Dziennik”, wydawanego w Niepokalanowie przez franciszkanów o. Maksymiliana Kolbego, pisma powszechnie wtedy czytanego. A dodatkowo w składzie narodowościowym II RP, obywatele polscy stanowili 68,9%, zaś zjawiskiem analfabetyzmu dotknięte było 23,1% społeczeństwa (dane ze spisu powszechnego przeprowadzonego w 1931). Nakład i siła rażenia, większa od współczesnych „tygodników opinii”. Czy ludzie wychowani na takiej dawce narodowo-katolickiej ideologii działali potem „nieświadomie” i „bezmyślnie”? A „Mały Dziennik” Kolbego nie był żadnym wyjątkiem, nie tylko wśród tytułów prasy posiadającej kościelne imprimatur.
Druga kwestia poddawana w wątpliwość podczas debaty w CSW, to sprawa towarzyszącej fotograficznym działaniom Baksika inicjatywy o nazwie „Instrukcja powrotu macewy”, którą realizuje fundacja „ę”. Myślę, że to mniej lub bardziej spektakularne przenoszenie kamieni nagrobnych z dróg, podwórek, zakładów szlifierskich, etc., na kirkuty, dokonywane polskich w miasteczkach i wsiach, ma jak najbardziej sens i nie jest bynajmniej (jak to sugerowali niektórzy uczestnicy debaty) rodzajem poprawiania samopoczucia w kontekście rodzimych zaniedbań oraz obojętności wobec Zagłady. Przenoszenie macew na cmentarze, to rodzaj wyznaczenia nowego standardu zachowań lokalnych społeczności, a zarazem istotny znak w warstwie wizualnej. Zastanówmy się, jak na przeciętnego mieszkańca działa widok stodoły zbudowanej z nagrobków, gdzie w ścianach widać kamienie z hebrajskimi inskrypcjami? A jak zmieni się ten komunikat, gdy taki kamień, nawet znacznie okaleczony, powróci na miejsce pochówku?

niedziela, 7 listopada 2010

HOTELOWE KOTY

„Hotelowe koty” Grzegorza Wróblewskiego, czyli zbiór jego wierszy - obejmujący teksty z lat 1980-2010 - wreszcie do mnie dotarły (mam swój mały udział w powstaniu tej publikacji). No więc, otwarłem sobie książkę na „Dolinie Królów” i wybrałem trzy poniższe utwory (dla własnej oraz Państwa przyjemności):


Grzegorz Wróblewski 

NOWE CZASY

Za Ramzesa Wielkiego na pewno
nie siedzielibyśmy przy tym samym
stoliku! – zastraszył mnie blady
mężczyzna z grubym cygarem. Ale
nie jesteś człowieku w Luksorze!
– wtrąciła wytatuowana Helena,
rozejrzała się sprytnie wokoło
i wyjęła ze swojej torby
butelkę spoconej wódki...

PRZYJACIEL CZŁOWIEKA PIES

                                     Aresowi

opowiadam duńskiemu z ogonem
swoją przejebaną historię
jestem pod wpływem Tuborga
mówię Dolny Mokotów
ławka z pewnym napisem
Duchu – król warszawskich stojaków
rozwijam się niespokojnie
a pies merda ogonem
przyjaciel człowieka pies

MOJA ODPOWIEDŹ NA ZEWNĘTRZNY UKŁAD SIŁ

To ja w takim
razie poproszę
o kieliszek

sobota, 6 listopada 2010

Łódź w przelocie

Wczoraj i przedwczoraj.
Nie miałem zbyt wiele czasu, żeby przejść się po znanych mi ulicach w centrum miasta,  ponieważ gros czasu spędziłem nad wprowadzaniem poprawek do drugiego wydania książki „Niewinne oko nie istnieje”. W tej nowej edycji, oprócz przedmów Jacka Michalaka i Corinne Evens z Evens Foundation, pojawi się też tekst Joanny Tokarskiej-Bakir, z czego już się bardzo cieszę (!!!). Ze składu wypadła definitywnie Zduńska Wola (w 100% chybiona atrybucja), a w opisach sfotografowanych obiektów dodałem też nazwy województw, na terenie których są zlokalizowane. No i tyle.
Ponieważ już w drodze do Łodzi zacząłem niefajnie kaszleć, więc podczas przerwy w pracy, przeszedłem się trochę po okolicach siedziby Atlasu (ulica Kilińskiego) w poszukiwaniu apteki. I ze zdumieniem zauważyłem, że np. przy ulicy Rewolucji 1905 (w stronę Piotrkowskiej) mnóstwo domów to pustostany, a w wielu z nich, okna zamurowano pustakami. Zupełnie jak na Górnym Śląsku w latach 90. ubiegłego wieku.

Łódź, dom modlitwy Henocha Bryczkowskiego (ul. Piotrkowska 118) 24.02.2008

czwartek, 4 listopada 2010

MACEWY CODZIENNEGO UŻYTKU – DEBATA


Łukasz Baksik Mur. Kazimierz Dolny, miasto w Lubelskiem. Lata '50 XX w.

Zapraszam wszystkich na debatę w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski (Warszawa, ul. Jazdów 2), w której będę brać udział:

DEBATA, "Macewy codziennego użytku?" 9 listopada, godz. 20.00,
dyskusję, w 72. rocznicę Nocy Kryształowej (9/10.11.1938), z udziałem artystów:
Łukasza Baksika, Mikołaja Grynberga i Wojciecha Wilczyka,
poprowadzi prof. Joanna Tokarska-Bakir

OD ARTYSTY:
Żydowskie nagrobki ozdobione symbolami i inskrypcjami niosą ze sobą informacje o życiu konkretnych ludzi, rodzin, całych sztetli. Ile macew było przed wojną na tysiącu dwustu cmentarzy żydowskich w Polsce trudno dziś policzyć. Może kilkaset tysięcy, może kilka milionów.
Ponad czterysta cmentarzy żydowskich nie przetrwało. Zostały zagospodarowane na osiedla, boiska, wysypiska śmieci czy kopalnię piasku – piach z niej, wykorzystywany do budowy bloków mieszkalnych, miesza się z ludzkimi szczątkami. Na zaledwie stu pięćdziesięciu można znaleźć więcej niż sto nagrobków.
W czasie wojny niemieccy okupanci brukowali nimi podwórka zajmowanych przez siebie budynków, utwardzali drogi, stawiali z nich mury. Tę tradycję kontynuowali po wojnie Polacy. Macewami wyłożyli basen przeciwpożarowy, nasyp kolejowy, brzeg rzeki. Budowali z nich piece, podłogi, krawężniki. W polskich wioskach można znaleźć setki kół szlifierskich zrobionych z macew. Ciągle widać na nich hebrajskie napisy.
Śledzę losy żydowskich nagrobków. W centrum małego miasteczka odnajduję sąsiadujące z komendą policji, strażą pożarną i kościołem gospodarstwo z oborą zbudowaną z macew. Trafiam na katolickie płyty nagrobne, z których ktoś zapomniał zetrzeć hebrajskie litery. Rozmawiam z ludźmi, którzy – świadomi tego, co mają na swoich podwórkach – nie widzą w tym nic niestosownego. Odkrywam historię rodziny rozproszonej po świecie, której jedna macewa pomogła odnaleźć się pięćdziesiąt lat po Holokauście.
„Macewy codziennego użytku” to początek wielkiego projektu. Chcę odzyskać macewy i przenieść je z powrotem tam, gdzie ich miesjce - na cmentarze żydowskie. Wiele z nich będzie wymagała wcześniejszego uporządkowania.
Łukasz Baksik

OD KURATORKI:
Od kilku lat Łukasz Baksik fotografuje macewy. Ich drugie życie. Interesuje go ich wartość użytkowa. Macewy, jako materiał budowlany. Wbrew pozorom, 1700 zdjęć udaje się łatwo usystematyzować. Można podzielić je ze względu na zastosowanie: macewy-mury i cembrowiny, schody, drogi, mała architektura. Macewy – narzędzia. Topografia macew wtórnego użytku: wsie, miasta i miasteczka. Przestrzeń publiczna i prywatna. Ramy czasowe: okupacja/po wojnie. 25 tysięcy kilometrów przekłada się na rzadką kompetencję w dziedzinie budowania. Poprzez swój album, mówi Łukasz, chcę pokazać, że z macew budowano wszystko, do czego potrzebny był kamień. A nawet niepotrzebny. Z macew zbudowano nawet ambonę strzelniczą. Powszechnie wykorzystywano je jako narzędzia. Na wsiach często spotkać można koła szlifierskie, nazywane toczakami, czy proste żarna. W miastach, widywałem macewy - chodniki, macewy – krawężniki, macewy-pergole. Chcę pokazać, że proces przekształcania nagrobków w rzecz użytkową zaczął się w trakcie wojny, ale trwa do dziś. Resztki macew nadal znikają z cmentarzy i są używane jako materiał. (...)
Cmentarz po hebrajsku to "bet chaim" (dom życia). W jidysz - "hajlike ort" (święte miejsce), oraz "gute ort" (dobre miejsce). (...)
Biografia użytkowego przedmiotu – według Lilian Weissberg, badaczki wizualnej strony Holokaustu - trwa tak długo, jak długo ma on zdolność służenia swemu użytkownikowi. Niepokojącym efektem rzeczy zgromadzonych w ekspozycjach muzealnych Zagłady jest odwrócenie tej zależności. Zwiedzający są skonfrontowani z martwymi przedmiotami będącymi w stanie używalności, kiedy zabrano je od ich właścicieli. Zatem rzeczy te powiadamiają, oprócz przekazu o śmierci, o pogwałconej bliskości i sforsowanej separacji z człowiekiem. Ponadto nietrudno spostrzec, iż niezdolność reprezentacji ze strony tych reliktów nie jest całkowita oraz nieodwołalna, ponieważ ich niezatarte jeszcze oznakowania, w wypadku walizek dosłownie zapisane na powierzchni, da się odcyfrować, aby otrzymać ułamek personalnej informacji.
W czasie jednej z podróży, Łukasz z grupą przyjaciół trafił do zagrody w Małopolsce. Łukasz opowiada: Z daleka zobaczyliśmy kamień leżący koło studni. Okazał się jednak zwykłą płytą chodnikową. Jak już odchodziliśmy, w narożniku, po zewnętrznej stronie ogrodzenia zobaczyliśmy okrągły kamień. Biegnąc, wiedzieliśmy już z czego jest zrobiony. Nie pomyliliśmy się. Nagrobek należał do Miriam, zmarłej w 1914 roku, córki ojca, którego imienia się nie dowiemy, bo dokładnie w nie wbity został trzpień korby.
Ewa Toniak

Łukasz Baksik (ur. 1975) jest fotografem. Interesuje go głównie fotografia dokumentalna. We wszystkich jego dotychczasowych projektach, jak Drugie danie po polsku, Zamawiam piwo lub Ludzie placu Nowego, niezwykle ważny był ich aspekt społeczny. Od wielu lat dokumentuje cmentarze żydowskie w Polsce.

Główny mecenas wystawy: TREVOR GILE

Sponsor: Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej

Patronat honorowy: Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich

Organizatorzy:
CSW Zamek Ujazdowski

Partnerzy:
Towarzystwo Inicjatyw Twórczych "ę", Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie, Tel-Aviv | Cafe + Deli, Krzysztof Bielawski | kirkuty.pl

Patroni medialni:
WAW, Gazeta Wyborcza, WRSZW.PL, Program III Polskiego Radia, Aktivist, Exklusiv, Artinfo.pl, Sztuka.pl, Stolica, Elle Decoration, Fotopolis.pl

Łukasz Baksik Mur. Kazimierz Dolny, miasto w Lubelskiem. Lata '50 XX w.

środa, 3 listopada 2010

Sutra styropianowa


Pidżama Porno, Kraków–Zabłocie, 30.12.1997

W 1997 często fotografowałem punkowy band Pidżama Porno, który rok wcześniej się reaktywował i w SP Records wypuścił płytę „Złodzieje zapalniczek”. W grudniu tego samego roku, następnego dnia po koncercie w krakowskim klubie… (no właśnie, jak on się nazywał?) pojechaliśmy na Zabłocie, wykonać zdjęcie do opakowania ich następnego wydawnictwa pt. „Styropian”. Wymyśliłem sobie, że fotografia ta powinna nawiązywać do okładki „Combat rock” The Clash, a pośrednio też do „Animal Tracks” The Animals. Bocznica kolejowa, prowadząca do dawnej stacji towarowej na Zabłociu wydała mi się być idealnym plenerem, zwłaszcza że z obu stron otaczały ją postindustrialne budynki, niezbyt wysokie, a tory lekko zakręcały w prawo. Zdjęcia robiliśmy rano, zespół był ewidentnie niedospany, pod koniec sesji dodatkowo zaczął padać śnieg, ale kilka klatek wydawało mi się być trafionych. Koniec końców, nic z tej okładki nie wyszło, minęło 13 lat i dotarła właśnie do mnie pocztą kurierską autobiografia Krzysztofa Grabowskiego, czyli Grabaża, pt. „GOŚCIU. AUTO-BIO GRABAŻ”, gdzie na stronie 251 znajduje się rzeczone zdjęcie (tak w ogóle jest 10 moich fotografii) z następującym podpisem: Sesja zdjęciowa do Styropianu, Kraków, 1998, Nawiązaliśmy, oczywiście przekornie, do okładki Combat Rock THE CLASH. No więc, „oczywiście przekornie” przytaczam ten opis. Miejsce gdzie fotografowałem Pidżamę, kompletnie zmieniło swój wygląd. Budynków po lewej stronie już nie ma, po prawej postawiono tandetną deweloperkę dla nowobogackich kredytobiorców, tory bocznicy – jak mi się wydaje – w całości rozebrano.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Podgórski cmentarz żydowski w Krakowie


Pochylona macewa grobu Jakóba Chaima Abrahamera, 18.10.2009

Założony w 1887 przez podgórską gminę żydowską na południowym zboczu wzniesienia o nazwie Łysa Góra (do 1915 Podgórze - obecnie dzielnica Krakowa - było osobnym miastem). W latach 30. pod drugiej stronie ulicy Abrahama (przecznica z istniejącej do tej pory ulicy Jerozolimskiej) powstał III cmentarz gminy krakowskiej. Obie nekropolie zostały zdewastowane w czasie okupacji niemieckiej, a ich teren włączono do obozu pracy o nazwie Zwangsarbeitslager Plaszow des SS- und Polizeiführers im Distrikt Krakau, przekształconego później na obóz koncentracyjny Konzentrationslager Plaszow bei Krakau. Nagrobki z cmentarzy zostały wykorzystane do utwardzania dróg i fundamentów obozowych baraków – ocalała jedynie macewa stojąca na miejscu pochówku Jakóba Chaima Abrahamera, zmarłego w 1932 (od kilku lat, przychodzę tu 1 listopada  zapalać lampkę). Monumentalny dom przedpogrzebowy projektu Adolfa Siódmaka, stojący przy Jerozolimskiej, rozkazem Amona Göetha przebudowano na stajnie, oborę oraz chlewy. W 1944 wysadzono w powietrze skrzydło wschodnie i centralną część budynku, pozostawiając człon zachodni mieszczący w piwnicach obozową hydrofornię (rozebrano go w 1947). Znajdujący się obok dom przeznaczony dla pracowników cmentarza, także autorstwa Siódmaka, ocalał do czasów dzisiejszych.

Dawny dom dla pracowników cmentarza i ślad ulicy Abrahama, 18.10.2009

Elementy wysadzonego w powietrze domu przedpogrzebowego przy ulicy Jerozolimskiej, 18.10.2009

piątek, 29 października 2010

O "Kalwarii" w Fotopolis


Procesja Wniebowzięcia NMP, 1999

Wywiad, jaki na temat zdjęć wykonywanych w Kalwarii Zebrzydowskiej, przeprowadził ze mną Waldemar Śliwczyński i który przeczytać można w najnowszym Kwartalniku Fotografia (polecałem go uwadze czytelników zaglądajacych na hiperrealizm, jakiś czas temu) pojawił się też na portalu Fotopolis. Zachęcam do lektury!

Procesja Wniebowzięcia NMP, 2001

czwartek, 28 października 2010

I krajobraz sfranczyzowany…


Jeff Brouws, z cyklu Franchised Landscape, Tennesee 1997

To termin wymyślony przez Jeffa Brouwsa, jako tytuł dla jego serii, przedstawiającej sieciowe obiekty stacji benzynowych, sklepów i fastfoodów, co tu dużo mówić - bardzo trafny. Zjawisko to występuje też w Polsce, można by powiedzieć, że się nasila. Proces dominacji małomiasteczkowego handlu przez franczyzowe markety, jest widoczny gołym okiem i pociąga za sobą istotne zmiany, nie tylko w krajobrazie oczywiście. Pozostając na poziomie pejzażu, warto zwrócić uwagę na dość bezwzględnie przebiegający proceder formatowania przestrzeni publicznej do kilku(nastu) powtarzających się wzorów. Brouws, bardzo świadomie wybierający motywy dla swych dokumentalnych serii o współczesnych Stanach Zjednoczonych, dostrzegł to zjawisko i uczynił je tematem odrębnego cyklu. Sam o swoich działaniach, wyraża się w następujący sposób (podaję za portalem AMERICAN SUBURB X):

Jeff Brouws, z cyklu Franchised Landscape, Arizona 2002

Jeff Brouws, z cyklu Franchised Landscape, New Mexico 2002 

I’ve been photographing the American cultural landscape for the past twenty years. Utilizing different series that I’ve done involving the everyday urban and suburban places we encounter, I’ll strive to make visual and verbal connections between these overlapping territories of American life while sticking to our theme of how sprawl has affected inner city environments.

Along with my other work, I’ve been specifically exploring inner city America since 1995, documenting urban landscapes impacted by racial segregation, white flight, and deindustrialization in the northeast. For many Americans these landscapes — mostly defined by abandonment, poverty and minority populations — don’t exist; they’re below our collective radar. Over this time-period I’ve come to believe that all photographs can have a social and political meaning when viewed within a certain context. Feeling kinship with the New Topographics Movement from the 1970s that documented the impact of the constructed suburban world on the natural one, I wanted to invert that premise — looking at the urban core instead of the periphery — and ask how suburbanization after World War II affected city centers. What were the consequences as we went from an urban, city-dwelling lifestyle — based on mass transportation, high density living, and production — to a suburban, car-dependent, low-density lifestyle based on consumption? więcej

Jeff Brouws, z cyklu Franchised Landscape, Minnesota 2004

Jeff Brouws, z cyklu Franchised Landscape, Ohio 1997

wtorek, 26 października 2010

Porzucony krajobraz


Jeff Brouws, Abandoned Ford Packard Plant, Detroit, Michigan, 2007

Internetową stronę Jeffa Brouwsa oglądałem ostatnio chyba na początku tego roku, tymczasem zaszły na niej dość istotne zmiany. Fotograficzny cykl „Discarded Landscape”, jest teraz znacznie bardziej rozbudowany i składa się wyłącznie z panoram, zestawianych z dwóch klatek 6x6. Brouws od ponad 20 lat fotografuje amerykański pejzaż oraz zachodzące w nim przemiany. Na zdjęciach ze wspomnianego cyklu, oglądać możemy wizualne efekty likwidacji ciężkiego przemysłu w rejonie Wielkich Jezior, co doprowadziło do powstania zdegradowanych przestrzeni, zlokalizowanych często w środku miast takich jak Detroit, Gary , Buffalo lub Cleveland.

Jeff Brouws, Abandoned HQ Oats grain elevator, Buffalo, New York, 2002

Jeff Brouws, Abadoned New York Central Railroad Station, Buffalo Union Termina, Buffalo, New York, 2007 (homage to Eve Morgenstern)

Akurat wracałem wczoraj pociągiem z Poznania trasą przecinającą Górny Śląsk, a więc kolejno przez: Gliwice, Zabrze, Bytom, Rudę Śląską, Rudę Śląską-Chebzie, Świętochłowice, Chorzów-Batory, Katowice, Mysłowice (zardzewiały skład Interregio, którym jechałem, zatrzymywał się na każdej z wymienionych stacji) i patrzyłem przez okno na porzucony śląski krajobraz poprzemysłowy w płomienistych jesiennych barwach. W wielu miejscach wyglądał on niemal identycznie jak na zdjęciach Brouwsa… jakkolwiek – może się tutaj mylę i nie wiem – nie jest on aktualnie przedmiotem jakiegoś większego fotograficznego projektu. Szkoda.

Jeff Brouws, Church and industrial area in mixed-use neighborhood, Detroit, Michigan, 2006

Jeff Brouws, Burnt out house in Ravenswood neigborhood, Detroit, Michigan, 1999

sobota, 23 października 2010

David Plowden - amerykański fotograf, w Polsce mało znany...


David Plowden, Sydney & Louisburg Railway yards and steel mills, 1959 August

Kiedy zobaczyłem, jak wydrukowane są zdjęcia Davida Plowdena, to odpadłem z wrażenia. Ostrość – brzytwa, szeroka skala tonalna z pięknym kontrastem, wreszcie – a może przede wszystkim – motywy z prowincjonalnych terenów Stanów Zjednoczonych: małe miasteczka, industria z przewagą przemysłu stalowego, mosty, szlaki kolejowe, wielkomiejskie suburbia. A działo się to wszystko 2 lata temu w Berlinie w księgarni Waltera Königa przy Burgstraße 27 (rzut beretem od Instytutu Polskiego). Westchnąłem i odłożyłem na  półkę album zatytułowany „Imprints”, rezygnując tym samym z jego kupna, ponieważ cena 69 € była wówczas dla mnie (teraz też właściwie jest) zaporowa.

David Plowden, Steamer Kinsman Independent, 1985 June

David Plowden, Cincinnati, Ohio, 1966 October

David Polwden nie jest w Polsce specjalnie znany, a w przypadku tekstów traktujących o fotografii, z jego nazwiskiem spotkałem się na przestrzeni dwóch ostatnich dekad tylko raz, w efemerycznym piśmie „6x9”, które w 1992 zamieściło krótką recenzję albumu „End of an Era: The Last of the Great Lakes Steamboats”. Tymczasem ten urodzony w 1932 fotograf, uczeń Minora White’a, a później asystent O. Wistona Linka, ma na swym koncie ponad 20 albumów! I bynajmniej, nie chodzi mi tu o ilość wydanych przez niego książek, co oczywiście też jest istotne, a o jakość tej fotografii oraz zakres i charakter podejmowanych tematów.

David Plowden, Bloomfield Bridge, 1967

David Plowden, Chesapeake City, Maryland, 1971 Jenuary

Plowden, mistrzowsko operujący techniką monochromatyczną, uprawia fotograficzny dokument, który sprawdza się zarówno w galerii handlującej sztuką - jako „obiekt kolekcjonerski”, jak i w książce, gdzie zestaw fotografii dotyczący np. upadku żeglugi na komunikacyjnych szlakach Wielkich Jezior (wspomniany wcześniej album End of an Era), możemy też czytać, jako rodzaj dokumentacji z konkretnego momentu historycznego -dla amerykańskiej gospodarki z lat 80. jest to czas dość istotny i mający zarazem spory potencjał symboliczny. Przemysł stalowy oraz wyprodukowaną stal przetwarzający, wyprowadza się wtedy do krajów azjatyckich, pozostawiając po sobie postindustrialne ruiny i urbanistyczne dziury w krajobrazie przemysłowych miast.

David Plowden, Welch, West Virginia,1974 March

David Plowden, Chicago, Illinois, 1983 April

W pracach Plowdena widać recepcję modernistycznej fotografii z lat 20. i 30. ubiegłego stulecia, ale także lekturę tej z kręgów FSA, o „interwencyjnym” czy też czasem „propagandowym” charakterze. Kiedy ogląda się jego miejskie czy też małomiasteczkowe pejzaże, dostrzec można ewidentny patronat Walkera Evansa, choć w przeciwieństwie do wspomnianego fotografa, David Plowden swój proceder fotografowania małomiasteczkowej i przedmiejskiej Ameryki ciągnie już przez 50 lat.

David Plowden, Doremus Avenue, 1964 Jenuary

piątek, 22 października 2010

FOTOGRAFIA nr 34/2010



Właśnie dotrała do mnie przesyłka, zawierająca najnowszą edycję kwartalnika FOTOGRAFIA, którą czytelnikom tego bloga polecam. Szczególnie, że znajduje się tam wywiad, jaki przeprowadził ze mną Waldemar Ślwiczyński, dotyczący wydanego właśnie przez KROPKĘ albumu Kalwaria. Zaprszam do lektury!

środa, 20 października 2010

Świętochłowice, ulica Rzeczna


Rzeczna w stronę Bytomskiej, 07.01.2005

Na Rzeczą po raz pierwszy trafiłem wczesną wiosną 2001 i od razu załapałem się na specyfikę tego miejsca. I zgodnie z nazwą, faktycznie płynie tu rzeka (rzeczka?), tyle że na tyłach posesji i w korycie zasłoniętym betonowymi płytami. I dopiero teraz postanowiłem zidentyfikować ten ciek wodny, a z poszukiwań przy pomocy maps.google.com wyszło mi, że… jest to rzeka Rawa, płynąca potem (i zwykle cuchnąca) przez środek Katowic. 
Wróćmy jednak do ulicy Rzecznej, ten fragment Świętochłowic wydał mi się wtedy kompletnie archaiczny w swym wyglądzie i gdyby nie współczesne (w miarę) pudła samochodów, przymocowane do domów uliczne lampy, można by pomyśleć, że modernizacyjne zmiany lat 90. i te z pierwszej dekady nowego wieku, całkowicie wspomniany teren ominęły. Tymczasem jednak zmiany - niekoniecznie stricte „modernizacyjne” - następują cały czas i kiedy rok temu mniej więcej byłem w Świętochłowicach, zobaczyłem na Rzecznej (patrząc w kierunku ulicy Bytomskiej) ogrodzenie z drucianej siatki, otaczające domy widoczne w jej perspektywicznym zbiegu, gdzie potem następuje załamanie pod kątem prostym w lewo, a chwilę później w prawo. Wspomniane budynki miały już zamurowane pustakami okna, co nie wróży im zbyt długiego żywota.
Robiąc przed pięcioma laty zdjęcia, zarejestrowane na Rzecznej kadry, nie wiedzieć czemu pominąłem. I tu kłania się kwestia świadomości, o której jakiś czas temu pisałem, bo gdybym wiedział to, co „wiem teraz, można by pociągnąć realizowany wtedy zapis w zupełnie innym kierunku… I np. doprowadzić go do finalnej wystawy oraz publikacji. Studiuję ostatnio zarejestrowany wtedy materiał i wiele miejsc nie daje mi spokoju… Ale nie jest to jeszcze 100% motywacja, żeby wrócić tam z kamerą.


Rzeczna w stronę Pocztowej, 07.01.2005

Ponieważ poprzednim akapicie otarłem się nieco o sprawy dotyczące rzeczy ostatecznych i nieuniknionych, a także w kontekście tragicznych wydarzeń z wczoraj, których w sumie można się było spodziewać (jakąś zapowiedzią były tutaj niedawne marsze z pochodniami), przyszedł mi do głowy, przeczytany niedawno od deski do deski „Cholonek”, a konkretnie to fragment ze strony 142:

       Ciupkowa poszła kiedyś do farorza Banika, by go zapytać o różne sprawy, bo miała syna na froncie. Musi tam przecież zabijać, a w ogóle to w tym jednym przykazaniu nie powiedziano nawet, czy zabijanie dopuszczalne jest u człowieka czy również u zwierząt.
       Całkiem się w tym wszystkim zgubiła.
       - Widzicie, pani Ciupka - powiedział farorz Banik - w Biblii jest pewna przypowieść.
Uczniowie pytają tam Jezusa o coś, a on odpowiada: Dajcie cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie. Cesarz to państwo, a jeśli państwo powiada: Zabijajcie, bo jest wojna! to idźcie za cesarzem, mówi Chrystus. Papież nasz, pani Ciupka, jest namiestnikiem Boga na ziemi. Gdyby zabijanie na wojnie nie było dozwolone, nasz papież wydałby już dawno orędzie, pani Ciupka. Przestańcie się tym dręczyć! Wszystko dzieje się na oczach Pana, albowiem nie spadnie z dachu żaden wróbel, jeśli Pan Bóg nie będzie tego chciał. Są tam przecież nasi kapelani polowi.
       - A Żydzi, księże proboszczu? U nas w domu jest jeden, co gada, że tam w obozie zabijają ich setkami. Czy to też jest wojna?
       - Wojna jest wojną, pani Ciupka, a i tutaj Stolica Apostolska niczego nie ogłosiła.
Widzicie, pani Ciupka, kiedy Żydzi przybili Chrystusa do krzyża, powiedział: Krew na was i na dzieci wasze! Gdyby Bóg tego nie chciał, to by do tego nie doszło. Przestańcie o tym myśleć, pani Ciupka! Pan Bóg wie, do czego dopuszcza, a gdybyście mieli znowu jakieś pytania, przyjdźcie z tym do mnie! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, pani Ciupka...
       - Amen, księże proboszczu.

poniedziałek, 18 października 2010

MINI - ZOO


23.12.2004

Tym razem także ulica Wolności, ale na lewo od Piekarskiej, w kierunku Bielszowieckiej. Budynek widoczny na zdjęciu, poległ pod kilofem mniej więcej po roku, od wykonania tej fotografii.

-------

Janosch „Cholonek albo dobry pan Bóg z gliny”, str. 88-89:

       Ptasznictwo jest przy tym prawdziwą sztuką i wymaga wiele pracy. Prosta klapiczka jest i pozostanie najlepszym sidłem, które w ciągu tysiącleci się sprawdziło. Nie potrzeba do tego wiele: czterokątną drewnianą ramę. Wielkość może każdy sam ustalić według własnego uznania. Do tego cienka siatka, lekki patyk na podpórkę, tak żeby z ledwością mógł utrzymać ramę. Parę metrów szpagatu, zależnie od odległości, w jakiej chce się uplasować za krzakami. A potem już tylko mocne nerwy! Dzierlatki najlepiej od razu wypuścić. Nie można ich utrzymać przy życiu i szkoda ich. Kosy też się źle chowają w niewoli. Poza tym bardzo dużo żrą, śmiecą - ale, trzeba przyznać, pięknie śpiewają. Z kosami trzeba postępować według własnego uznania. Nic tu nie można nikomu doradzić. A słowików nie złapiesz nigdy, możesz nawet nie próbować. Był tu kiedyś pewien Włoch. Wojna go tu przyniosła. Zadał się z jedną kobietą, a ta już go nie puściła, bo urodziła dziecko. Złapali go wtedy, zamknęli w izbie i karmili, dopóki się nie przyzwyczaił. Przez ten czas ukręcili jeszcze troje dzieci i wtedy już został na amen. Ten Włoch to był kolosalny mechanik precyzyjny! Potrafił dosłownie wszystko: brusie noże, grać na organkach, na harmonijce, w skata, przy tym zawsze wygrywał i nikt nie chciał z nim więcej grać. Włoch umiał też chwytać słowiki. Potem jednak biednym zwierzętom wydłubywał oczy, żeby myślały, iż jest noc i zaczęły śpiewać. Ale chłop ten już nie żyje, bo Jędrak, który miał w okolicy najlepszą hodowlę gołębi i nie pozwalał wyrządzać krzywdy gołębiom i ptakom, rozzłościł się na tego chachara i zmajstrował coś pięknego z dynamitu i ze spłonki. Całość wmontował pod podeszwą jedynego buta, który mu z pary pozostał, i poszedł do Włocha. „Ty, spaghetti, wbij mi gwóźdź w to miejsce, gdzie zrobiłem krzyżyk. Nie mogę tego sam zrobić, bo nie mam trójnoga. Kapisko? Tr-ój-no-ga nie mam! Przyjdę jutro”.
       Włoch wbił gwóźdź i wyleciał w powietrze, na zawsze. Dobrą niewątpliwie rzeczą było, że mieszkał na górze, tak że nikt nad nim nie doznał krzywdy. Musieli tylko wstawić kawałek nowego dachu.
       Nie potrzeba wcale budować skomplikowanych włoskich sideł, zwyczajna klapiczka jest i pozostanie najlepszą pułapką. Dynamit przynosili mężczyźni z kopalni. Dobrze mieć trochę tego w domu. Nie miało to nic wspólnego z ptasznictwem, jakby ktoś mógł pomyśleć, bo dynamitem, na przykład, łowi się też ryby. Ale w razie potrzeby zawsze się przydaje. Bo, przyjąwszy, ktoś ma przed sobą dobry staw, gdzie od karpi po prostu się roi, a ten istny nie ma za dużo czasu, bo właściciel mógłby nadejść, a może dlatego, że jest akurat czas ochrony albo gość ma zbyt krótki urlop. Najlepiej w takim przypadku mieć trochę dynamitu przy sobie. I nie robić wiele fizymatentów, ino wszystko wyjąć! I za przykładem dzieci: karbidu nasypać do butelki po piwie, odlać się do niej, zakorkować i wrzucić do wody. Tylko dynamit! Dynamit trzeba w domu dobrze schować, żeby się dzieci do niego nie dobrały. Najlepiej pod bielizną albo jeszcze lepiej w zamkniętej szufladzie.

niedziela, 17 października 2010

Zabrze-Poremba, ul. Wolności


23.12.2004

Janosch „Cholonek albo dobry pan Bóg z gliny”, str. 91-92:

       Kiedyś zdarzyła się i taka rzecz! Niejaki Dziuba, który pracował na kopalni „Delbrück”, przyszedł w środę z roboty, mając w teczce trochę dynamitu i lont. Chciał wysadzić chlewik, bo blaszane pokrycie zeżarła rdza, a drzewo zaczęło gnić. Filary też już były niewiele warte. Chciał więc sprzątnąć ruderę i nowy chlewik postawić, a filary u dołu wyterować, żeby się historia nie powtórzyła znowu. Po drodze zboczył na chwilę do Kapicy, by przepłukać gardło, bo już go bardzo w nim drapało. I jak to zwykle bywa, przy szynkwasie stał Zdrusz z ulicy Hałd, który dawno Dziuby nie widział i postawił mu jednego. Wtem przychodzi Sikora, wychyla jednego i powiada: - No, kamraty, niedługo Wielkanoc, stawiam kolejkę. Kapica, pieronie, obsłuż nas, ja dziś płacę!
       Dziuba nie chciał być gorszy, też postawił kolejkę. Potem Zdrusz nie chciał być dłużny Sikorze, bo miał już z nim parę razy ostudę, więc też postawił kolejkę.
       Sikora zrewanżował się jeszcze jedną kolejką, aż Dziuba (Nazwisko się zgadza, choć był w Porębie jeszcze jeden Dziuba. Ale ten nie miał nic a nic wspólnego z opisanym tu wydarzeniem!) wpadł w odpowiedni nastrój. Nabrał chęci do figlów, bo wesoły z niego był człowiek. - Dejcie pozór, bo ja teraz coś zrobię - powiedział. - Wejdę w trzewikach na stół. Trzeba tylko pilnować, żeby Kapica był w tym czasie w kuchni, bo on ma jakiś dziwny stosunek do swoich mebli. Potem przyjdzie Zdrusz, weźmie ten lont i zapali pod stołem moją teczkę z dynamitem. Ja się nic nie boję! Będę stał na górze tak długo, dopóki nie huknie. Zakład! O butelkę tyskiego?
       Założyli się i dorzucili jeszcze jedną flaszkę piwa. Było ich w knajpie pięciu; jeden, to znaczy Stypa, nie założył się, bo nie chciał być stratny. Powiedział: - Nie będę się zakładał z tym pieronem! Znam gizda, on to już częściej robił. Robi wos za błozna.
       Kiedy mężczyźni się upiją, rzucają pieniędzmi, jakby zdobyli główną wygraną. Zrobili więc swoje. Odczekali, aż Kapica poszedł się odlać. Dziuba podłożył sobie na stole gazetę pod podeszwy i rzekł: - Nie chcę Kapicy zbrudzić stołu. Albo najlepiej ściągnę od razu trzewiki, gdyby miał nadejść. Dziś rano założyłem czyste skarpetki. - Nim Kapica wrócił, drusz szybko podpalił pod stołem krótki lont, by nikt nie mógł przeszkodzić, potem wszyscy schowali się na podwórzu. Sikora zapomniał zabrać czapki i stracił ją. Na szczęście nikt więcej w tej budzie nie mieszkał, a Kapicowa była w kościele, by umaić ołtarz na św. Józefa. I tu widać naocznie, jak Pan Bóg potrafi uchronić człowieka, który raz poza kolejką udał się do kościoła w celach zdobniczych, bo gdyby została w domu, byłby z nią koniec. Z kuchni odnaleziono tylko garnki i ruszt z kuchennego pieca. Klozet znajdował się za cementowym murem, tak że Kapica oberwał jeno odłamkiem w łopatkę. Otworzył potem nowy szynk na ulicy Piaskowej. Dobrze się też stało, że Zdrusz pomyślał o tym, aby najpierw odstawić na bok rower Dziuby. Dziubie bowiem najbardziej zależało na rowerze. Kapica zresztą zyskał na tej przeprowadzce, bo pijacy z ulicy Piaskowej i ci dawniejsi dołączyli do nowych klientów.

03.10.2005