wtorek, 15 stycznia 2013

Victoria


czyli: koksownia i elektrownia o tej samej nazwie (była jeszcze kiedyś kopalnia, a więc rodzaj triady...), zdjęte z hałdy na jej zapleczu. Uwielbiam to zdjęcie!

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

I sama koksownia, też od zaplecza. Gdy zobaczyłem tę fotografię po raz pierwszy w ś.p. piśmie Pozytyw, nie miałem żadnych wątpliwości, że Andrzej Ślusarczyk powinien znaleźć się gronie uczestników wystawy "Fotorealizm". 

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Hałda w Wałbrzychu


na zdjęciu Andrzeja Ślusarczyka.

[Andrzej Ślusarczyk, z cyklu Wałbrzych-Powidoki]

Pora zabrać się wreszcie za pisanie tekstu o jego świetnym albumie "Wałbrzych-Powidoki", który przeszedł jakoś bez echa (i bez recenzji - co w przypadku Polski niestety nie dziwi...). Książka wydana została w 2010 roku przez oficynę Fine Grain przy wsparciu finansowym Funduszu Regionu Wałbrzyskiego.
Bardzo lubię zdjęcia Ślusarczyka z tej serii (był on jednym z czterech autorów, których wybrałem na wystawę "Fotorealizm" w Galerii Zderzak w 2003), szczególnie te przedstawiające pogórnicze hałdy, gdzie wybrana konwencja obrazowania przypomina amerykańskie fotografie "dzikiej przyrody" z lat 30. i 40. XX wieku. Z tym, że Ślusarczyk stosuje taką poetykę do krajobrazów postindustrialnych i na tym polu nie właściwie ma u nas żadnej konkurencji, to jego wynalazek.
Wkleiłbym chętnie tutaj więcej skanów z albumu, ale niestety zastosowanego przy druku książki rastra (mozaikowego?) nie rozkminia oprogramowanie Epsona  V700 i mimo, że mam włączoną opcję "usuwania mory", szatkuje mi  niebo w kwadraciki...

sobota, 12 stycznia 2013

DOBRE CHŁOPAKI albo pracowity piątek


I w tej pracy trochę (bardzo...) przeszkodził mi padający od godziny pierwszej po południu  śnieg (z każdą minutą coraz bardzie obficie). Niemniej jednak trochę zaplanowanych wcześniej motywów udało mi się sfotografować. Zacząłem od "cytryny" umieszczonej na dachu budynku przy punkcie skupu złomu w Bytomiu przy ulicy Przemysłowej. W przypadku tego obiektu problem polega na tym, że jest on umieszczony od strony północnej, więc w rachubę wchodzi robienie zdjęć wcześnie rano lub fotografowanie pod światło przy pochmurnej aurze (czego nie znoszę...).

[2013-01-11  08:29]

No i nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie...
Potem pojechałem do Mikulczyc (dzielnica Zabrza), gdzie przy ulicy Nadrzecznej znajdują się dwa kapitalne i bardzo twarzowe murale (które wkleił niedawno na facebooka Rafał Bigda, więc to podpowiedź od niego).

 [2013-01-11  09:04]
[2013-01-11  09:14]

Następnie podjechałem na ulicę Sobieskiego w Zabrzu, gdzie oprócz widocznego poniżej graffiti, sfotografowałem jeszcze w pobliżu dwa motywy

[2013-01-11  10:17]

A chwilę później (akurat wylazło zza chmur słońce) pojechałem w kierunku Kędzierzyna-Koźla do miejscowości Stolarnia, ponieważ swego czasu Marek Loher anonsował mi obecność prawdziwego Jaguara (na moje oko jest to Daimler z początku lat 90.), użytego jako reklamy szrotu/magazynu części zamiennych. I mimo, że był faktycznie autentyczny, bardzo zresztą ładny jagular, to niestety sposób jego prezentacji (znowu k... m... północna strona), jaki i otoczenie nie specjalnie rokowało... (nawet przy założeniu "byle jak i byle co", no chyba żeby strzelić "szarego jaguara", bo akurat słońce się schowało i zaczęły nadciągać śniegowe chmury).
Potem kopsnąłem się do Strzelc Opolskich w celu zrobienia ripleja czerwonej Fiesty z napisem o treści AUTO-KASACJA (jakże to piękne i ludzkie zrazem), no i zaczęło padać na maxa, więc po skończeniu rolki Ektara, udałem się w drogę powrotną via Bytom, a tam dzielnicy Miechowice (okolice ulicy Zjednoczenia) napotkałem sporo kapitalnych malowideł, więc wyciągnąłem sprzęt i rozłożyłem statyw, ale padało już tak ostro, że dałem sobie spokój.

[2013-01-11  14:23]

piątek, 11 stycznia 2013

O ROZUM PŁOMIENNY


Zawsze przechodzą mnie dreszcze, kiedy czytam końcową część "Poematu dla dorosłych" Adama Ważyka. Łącznie z ostatnią linijką tekstu, który w mojej książce (Adam Ważyk Wiersze i poematy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957) poprzedni użytkownik książki przekreślił ołówkiem i opatrzył potężnym wykrzyknikiem na marginesie.



W czerwcu 2011 podczas pikiety pod Urzędem Miasta Krakowa (chodziło o zablokowanie planów developerskiej zabudowy okolic kamieniołomu na Zakrzówku, a akcję całą akcję zorganizowała Cecylia Malik, powołując w tym celu do życia Modraszek Kolektyw), jak support dla manifestantów z samochodowej platformy wystąpił zespół Wu Hae. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu (nie znałem ich płyty Opera nowohucka) odśpiewał on właśnie ten fragment "Poematu dla dorosłych", ale jednak - czego się można było spodziewać - bez ostatniej linijki tekstu...

[Wu Hae Ludzie z Nowej Huty]

środa, 9 stycznia 2013

PROGRAM MERCURY


Wpis z dedykacją dla Grzegorza w Kopenhadze.
Gregor, nie daj się!!!

Grzegorz Wróblewski

PROGRAM MERCURY

Nic nam tutaj nie grozi – wmawiałem sobie, obserwując
stado brunatnych zwierząt baraszkujących na opuszczonym,
motelowym parkingu

(Samiec kogoś mi przypominał, czyżby John Herschel Glenn?
Tajemnicze eksperymenty pośród sosnowych zagajników?)

Odejdą, kiedy ponownie zapadnę w śpiączkę... – szukałem
ostatniej porcji białego proszku

Słońce przeistoczyło się znienacka w przeraźliwą,
metaliczną kulę

Usłyszałem nerwowy chichot Ziemi

Sapiąc wdzierały się do oszronionego samochodu Czerwone ślepia
Zdecydowane na wszystko.

[wiersz z tomu Pan Roku, Trawy i Turkusów, Wydawnictwo FA-art, Katowice 2009]

[na okładce wykorzystano obraz Grzegorza Wróblewskiego These Days 2]

wtorek, 8 stycznia 2013

Jan Bułhak i BLUBO w wersji rodzimej


Blubo to akronim od Blutt und Boden, czyli używanego przez nazistów pojęcia „krwi i ziemi”, wymyślonego w 1901 roku przez niemieckiego pisarza Georga Michalela Conrada. O czym przypomniałem sobie dzisiaj w pociągu relacji Warszawa Wschodnia - Kraków Główny, ponieważ Tomek Żukowski, którego odwiedziłem dał mi na drogę do lektury kserokopie „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie” Jana Bułhaka (ja pożyczyłem mu album VorOrt). Na początek może jednak trochę o samym BLUBO. Rosa Sala Rose w swoim „Krytycznym słowniku mitów i symboli nazizmu” pisze o tym pojęciu m.in. tak:

Chociaż wyrażenie „krew i ziemia” krążyło już wcześniej w dyskursie pewnych prądów nacjonalistycznych ery willhelmińskiej, to jego największym obrońcą i propagatorem w obrębie nazizmu był Richard Walther Darré. W jawnej opozycji do innych historyków z epoki, jak Fritz Kern, który trwał przy Tacytowej wizji Germanów jako plemion prowadzących koczowniczy tryb życia, Darré łączył koczownictwo z pasożytnictwem kupców, niegodnym prawdziwej rasy nordyckiej. Opierając się bardziej na teoriach rasowych niż na faktach historycznych, postawił tezę, że ludy germańskie od zawsze traktowały rolnictwo jako podstawę utrzymania, w przeciwieństwie do Celtów i Słowian. Według romantycznej wizji prehistorii Darrégo mistyczna jedność krwi i ziemi była od dawien dawna podstawową, pierwotną cechą Germanów, jak również przyczyną ich przetrwania jako rasy, przynajmniej do czasu, gdy życie w mieście, zanieczyszczające – w dosłownym sensie – rasy, nie zaczęło im zagrżać. (…) Według Darrégo germańscy chłopi prowadzili własną politykę czystości rasowej dzięki właściwej polityce rolnej, której sam był orędownikiem. Przeciwny wszelkim rodzajom kolektywizacji, Darré uważał za konieczne, by każda chłopska rodzina posiadała własną ziemię, co sprzyjałoby przywiązaniu rodzin do konkretnego miejsca przez całe generacje, a co za tym ograniczyło do minimum migracje i zacieśniło łączność między rasą-krwią, a terytorium-ziemią; z tego niepodzielnego dwumianu powstałby filar, na którym wesprze się państwo nordycko-germańskie, jako że „krew ludu zapuszcza głęboko korzenie za pośrednictwem gospodarstw chłopskich, z których stale otrzymuje ową siłę, która daje życie i stanowi o jej specjalnym charakterze”.

A teraz kolej na autora „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie”, którego wywody czytane w akompaniamencie stukających miarowo kół wagonu, wywarły na mnie iście piorunujące wrażenie…

   Nie było w tem „państwie” szlachcica przewagi uczuć niskich i gminnych, nie było bezserdecznego hołdowania korzyściom materjalnym. Nie jak pasorzytny przybłęda, wybierający źródło największego zarobku, osiadł on na ziemi i rządził jej dostatkami. Chlebnem ziarnem posiały go na niej dzieje przedwieczne, Leśnem nasieniem wraziły go w glebę wichry historji.  A on rósł setkami pokoleń wzwyż iw głąb – zakorzenił się w ziemi, którą swoją uczynił, krwią obrony i potem pracy. Stał się panem w najlepszem znaczeniu tego pojęcia, panem ziemi rodzącej, obfitej i pięknej. A takie państwo obudza uczucia prawe i dobre, od dumnej, ale szlachetnej niezależności do ludzkiej, serdecznej prostoty, do poczciwości, otwartej i gościnnej. Są to uczucia, które dać może jedynie tradycja i rasa, to wielkie słowo, zbyt często obecnie lekceważone w stosunku do ludzi, aczkolwiek bardzo poważnie traktowane w odniesieniu do zwierząt.
   Uczucia te nie zdołały wyrosnąć w duszy kupca, handlarza, fachowego producenta rolnego, wymagały bowiem ścisłego związania z ziemią, życia po prostu jej sokami, miłowania ziemi nie dla jej płodów i korzyści, ale dla niej samej. Warunki bytu rozwinęły w szlachcicu, obok męskich cnót rycerskich, hojną i bezinteresowną gościnność, ponieważ dziedzicznie nie miał sposobności do nabycia uczuć przeciwnych, stanowiących istotę kupieckiego mieszczaństwa, a zaprzeczenie rycerskości. Rycerskość idzie w parze z podniosłością uczuć i szczerością gestu. Przez kilkaset lat szlachcic sam jeden bronił ojczyzny i odpierał jej wrogów. Nie brali w tem udziału ani chłop, ani mieszczanin, tem mniej niemiecki rzemieślnik-kupiec lub żydowski handlarz-pośrednik. Piersi i miecze szlacheckie były jedynym murem obronnym dawnej Polski przez całe stulecia. A wojny były częste, długie i okrutne. Nie dziw, że w chwilach błogosławionego pokoju wojownik i rycerz czuł się uprawnionym do przywileju nieskrępowanej wolności i do beztroskiego wczasu na ziemi i domu, które zasłonił własnym ciałem, które obronił własną krwią. Nie miał już wtedy głowy na zapobiegliwe kupczenie mieszczańskie. Żył bujnie, szeroko, chociaż niewątpliwie jednostronnie. Mówi się zbyt pochopnie, że szlachta w VIII w. zgubiła Polskę. Ale czemuż przemilcza się, że ta sama szlachta stwarzała Polskę w wiekach poprzednich, byłą jej głową, sercem, ręką i tarczą obronną, że przez stulecia była całą Polską, jej treści, bytem i rozkwitaniem, że bez szlachty nie byłoby wcale Polski, tylko bezbronne, plemienne stado, skazane na wytępienie lub niewolę przez pierwszego z brzegu zaborcę.

[Rosa Sala Rose Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu, Wydawnictwo Sic! s.c. Warszawa 2006, str.130-131;
Jan Bułhak WĘDRÓWKI FOTOGRAFA W SŁOWIE I OBRAZIE, ZESZYT VI, CZŁOWIEK TWÓRCĄ KRAJOBRAZU, z 16 ilustracjami autora, nakładem Przeglądu Fotograficznego, Wilno 1936, str.12-13]

poniedziałek, 7 stycznia 2013

SPÓŹNIONE ŻYCZENIA


A po przyjeździe do domu znalazłem w skrzynce takę przesyłkę od lablabu:


Której się oczywiście spodziewałem, ponieważ w środku tego etui, znajduje się wydruk widocznego poniżej zdjęcia z serii Afterlife, archiwalny i zrobiony na papierze bawełnianym. Wygląda świetnie (i już chciałbym zobaczyć tę fotografię w rozmiarach 100x100cm...)! 


WIĘC NINIEJSZYM PRZYŁĄCZAM SIĘ DO ŻYCZEŃ!!!

niedziela, 6 stycznia 2013

WIĄZÓW


Wracając z Bagieńca, pojechaliśmy bocznymi drogami przez Dzierżoniów, Niemczę, Strzelin i w miejscowości Wiązów natknąłem się na coś takiego...

[2013-01-06  14:22]

Miałem wprawdzie sprzęt ze sobą, ale padał tak ulewny deszcz, że zanim złożyłbym się do strzału, zalałoby mi kompletnie obiektyw, a trzeba by tu użyć ArcBody z 45mm (no i ciemno było jak w d...). Ale ten motyw idealnie pasuje mi do Afterlife (po reaktywacji i zmianie tytułu). Może w lutym, kiedy będę znowu w tamtych stronach?

sobota, 5 stycznia 2013

NIE WSZYSTKO NA SZARO


Po moim wpisie na blogu dotyczącym wystawy Bogdana Konopki pt. „Magiczny Wrocław”, Andrzej Saj - kurator tej ekspozycji we wrocławskim Ratuszu, na łamach redagowanego przez siebie magazynu Format (nr 63, str. 26-29) podjął rodzaj polemiki z kilkoma kwestiami, jaki pojawiły się moim tekście i komentarzach (w ogóle to fajnie, że pismo drukowane wchodzi w polemikę z blogiem). No więc, najwyższa chyba pora na odpowiedź. Zacznę najpierw od cytatu ze środka jego artykułu zatytułowanego „Od szarości do magiczności (o wystawie B. Konopki we Wrocławiu)”:

Fotografie Konopki chcą służyć wydobywaniu skrytych znaczeń, przywołują kontekst odbioru czasem nieco sentymentalny (bo każde wspomnienie ma taki charakter), są jednak nasycone ową fotogeniczna aurą, którą tłumaczyć można tylko przez poezję obrazu; tylko wrażliwość na poezję obrazu adekwatne relacje odbiorcze. Jeśli ktoś (odbiorca) nie szuka tej poezji, nie jest na nią otwarty – to jej tam nie znajdzie lub nazwie ją banałem albo odrzuci z irytacją. Jeśli preferujemy „prozę” dokumentu razić będą jej poetyckie nastroje. Miedzy skądinąd znakomitą dokumentacyjną barwną fotografią Wilczyka (por. np. cykl „Synagog”) a czarno-białą fotografią Konopki jest właśnie ta różnica: „zwierciadło” (prozatorskie) fotografii Wilczyka przechadza się po gościńcu, fotografie Konopki zaś „blikują” poezją doznań i wrażeń: ujawnionych wnętrz, zapuszczonych zaułków, niszczejących fasad i ulic itp. Widoków, fotogenicznie oddających zderzenie subiektywnych projekcji ich autora z „odciskami” widzialności.

No dobrze, po pierwsze dobrze by było się dowiedzieć, jakie to skryte znaczenia mogą ujawnić zdjęcia nasycone fotogeniczną aurą? Nie chodzi mi tu zresztą wyłącznie o prace Bogdana Konopki, więc mam prośbę do Andrzeja Saja, aby uchylił mi/nam w końcu rąbka tajemnicy. Bo jak rozumiem jego wywód, owe skryte znaczenia, to nie zwykłe symbole lub metafory?
Po drugie, myślę sobie, że pojawiające się w omawianym tekście przeciwstawianie:  poezja obrazu versus proza dokumentu, okraszone na dodatek parafrazą definicji powieści realistycznej autorstwa Stedhala, jest nie tylko mało trafne, ale też mocno anachroniczne. Od czasów kiedy Marie-Henri Beyle napisał „Czerwone i czarne” trochę się w literaturze zdarzyło… (na całe szczęście jednak Andrzej Saj powstrzymał się przywołania figury Baudelaire’owskiego flaneura – co w rodzimym piśmiennictwie fotograficznym jest dość częste). No więc w tzw. międzyczasie pojawiła się np. poezja obiektywistyczna (będzie 80 lat temu..), gdzie zamiast typowych tropów stylistycznych, napotkamy pozbawiony wszelkich ozdobników opis, mający jednak metaforyczne znaczenie lub będący rodzajem hiperboli.
Po trzecie, pisząc o moim cyklu „Synagog”, Andrzej Saj ułatwia sobie trochę sprawę, bo przecież seria ta posiada nazwę „Niewinne oko nie istnieje”, a tytuł ten został całkiem nieprzypadkowo dobrany, ponieważ dotyczy nie tylko kwestii „obiektywności” (lub nie) realistycznego zapisu, ale także figury obserwatora i świadka oraz „niewinności” (lub nie) jego spojrzenia.

A teraz cytat z wcześniejszej części tekstu Andrzeja Saja:

Czym jest więc ów fotogenizm? Różnie są interpretowane jego przejawy w fotografii. Tę trudną do jednoznacznego zwerbalizowania, kategorię estetyczną odnieść można do łączonej z obrazami fotograficznymi właśnie ich magiczności: chodzi tu o coś, co nasyca zdjęcia pewną wyjątkową aurą – skupiająca w sobie zarówno efekt oddalenia (znamiona upływającego czasu, zapis „tego-co-było”) i równocześnie skutek „zawieszenia” tego wszystkiego w pamięci (mimowolnej) i wspomnieniu (impulsy skojarzeń, przypomnień). Fotografię zawsze utożsamiano z „zamrożonym” czasem, z pamięcią, ale właśnie dopiero w jej odbiorze (zderzeniu obrazu z predyspozycjami odbiorczymi) rodzą się wrażenia, które najcelniej wyraża domena poezji. Fotogenia jest (albo bywa) poezją obrazu fotograficznego. Bo w zobrazowanym kształcie realności – tej widocznej, „oczywistej” – może się także przejawiać wyraz (ocień) tego, co niejako emanuje z tła nieoczywistego, zrazu niewidzialnego, a co może być sprowokowane (w odczycie) impulsami „wprojektowania” w ten obraz, w to tło, emocji, twórczych intencji i oczekiwań autora zdjęcia.

O poezji była już mowa… W kwestii wprojektowywania twórczych intencji i oczekiwań, to myślę, że zawsze ma to miejsce w mniejszym lub większym zakresie i dotyczy to dokumentu sensu stricto, jak i autorów „krajobrazów wewnętrznych” (nawet jeżeli nie jest to działanie do końca świadome). Fotografia może być czytana na wielu poziomach znaczeniowych, podobnie jak inne sztuki wizualne i to niezależnie od intencji samego autora oraz charakteru jego „projekcji”…

Czytajmy dalej, cytat trzeci (dwuczęściowy):

Fenomen fotogenii będzie zatem w jakiejś mierze wyrazem obecności świata nieprzedstawionego, który w swej odsłonie, w uchyleniu prześwitu ku rejonom nieoczywistym, ku tajemnicy, pozwala uchwycić to wszystko, co może łączyć intelekt z intuicją, zdolności poznawcze z kreacyjnymi, wiedzę z wrażliwością, a co ujawnia się w efekcie aktu fotografowania – tego procesu uzgadniania twórczych intencji z możliwościami maszyny.

Wolno dodać, że ten efekt (fotogeniczność) zależy od tego, czego w istocie oczekujemy od fotografii: czy tylko przedstawienia faktu (zdarzenia), które kiedyś w miarę obiektywnie zostało zdokumentowane (tu dominuje cel poznaczy), czy raczej uruchomienia przy okazji kontaktu z obrazem naszej odczuwalności emocjonalnej, wzbudzenia doznań zmysłowych, a także potraktowania go jako „narzędzia” pomocnego w pielęgnowaniu swoistej rytualności (zdjęcie jako amulet, jako inicjator przeżyć…?), wreszcie jako przedmiotu niemal magicznego. Wtedy ważne są w fotografii, zapisane w niej odpowiednie impulsy estetyczne i formalne, pobudzające takie odczucia i wrażenia. Do głosu dochodzi fotogenizm…

Całkowita zgoda, że wiele zależy od tego, czego oczekujemy od fotografii, czy szerzej rzecz ujmując, od kontaktu z jakimkolwiek przejawem działalności artystycznej… Andrzej Saj pisząc o obecności świata nieprzedstawionego, który w swej odsłonie, w uchyleniu prześwitu ku rejonom nieoczywistym, ku tajemnicy, niebezpiecznie zbliża się do języka, opisującego stany rytualnego jasnowidzenia i mam nadzieję, że nie traktuje procederu robienia zdjęć, jako aktywności o jakimś parareligijnym charakterze… Sprawa dotyczy także odbioru tego rodzaju produkcji, no bo weźmy którykolwiek z tak czczonych w naszym kraju kiczowatych wizerunków, na którym widać kobietę z dzieckiem na ręku. Dla wyznawców jest to przedstawienie matki i boskiego syna, przed którym się modli i bije rytualne pokłony, dla osób obojętnych na ten, skąd inąd bardzo jeszcze popularny mit, są to zwykłe kicze…

Ostatnie zdanie tego akapitu brzmi trochę jak ikonoklazm, ale przecież – jako osoba fotografująca i używająca fotografii – siłą rzeczy daleki jestem od postawy ikonoklasty.

Ostatnie zdanie w przytoczonym wyżej cytacie z tekstu Andrzeja Saja, gdzie mowa jest o impulsach estetycznych i formalnych, pobudzających takie (rytualne) odczucia i wrażenia, pod znakiem zapytania stawia jego autora, a w konsekwencji i Bogdana Konopkę, jako mistycyzujących ikonoduli…

Tu przypomina mi się zasłyszana swego czasu opowieść (chyba zdradzam w tym momencie sekretną tajemnicę), jak autor albumu „Rerum est natura”, całkiem nienaturalnie prokurował „mistyczne” słoneczne snopy, widoczne w przedostatnim rozdziale tego albumu. Otóż… po prostu… kopał on czy też intensywnie szurał nogą po zakurzonej podłodze, a unoszący się w powietrzu pył, odbijając światło, świetliście zastygł podczas długiego czasu ekspozycji.

Na wystawę „Magiczny Wrocław” (Andrzej Saj w swoim tekście wyjaśnia, że ekspozycja ta pierwotnie miała mieć tytuł „Szary Wrocław”, ale organizatorzy pokazu wymogli zamianę „szarego” na „magiczny”) wybierałem się z nadzieją zobaczenia wczesnych prac Bogdana Konopki z Wrocławia właśnie.
Najwyższa pora chyba na kolejny cytat (końcowy):

Konopka przypomina (…) swoją wystawą nie tyle miasto swej młodości, co raczej mit tamtego Wrocławia, mit subiektywnie przefiltrowany; raczej pewną syntezę pamięci obiektywu i własnych wspomnień. Ten mit będzie zawsze odbierany w sposób magiczny, bo jest adresowany do konkretnego odbiorcy. I nawet jeśli już odszedł w „szarą” przeszłość, to „żyje” jeszcze we snach (bo sny najczęściej dzieją się w stronach zapisanych w dzieciństwie i młodości) – i te fotografie usiłują właśnie oddać przede wszystkim ową szczególną oniryczna aurę tego miasta, egzystującego tylko w jego – twórcy – i w naszej jednostkowej pamięci.

No więc, w jakiś sposób też jestem potencjalnym adresatem tej subiektywnej działalności „mitotwórczej”… W roku 1987 wylądowałem we Wrocławiu w koszarach tzw. Zmechu przy ulicy Artyleryjskiej (?) i po odbyciu unitarki, podczas każdej przepustki włóczyłem się po tych częściach miasta nad Odrą, gdzie zachowane były w przedwojennym kształcie budynki czy ulice (moi koledzy takie wyjścia na miasto kończyli w pobliskiej pijalni o nazwie „Harenda”, skąd wracali zwykle na czworakach…). I idąc na wystawę Konopki liczyłem po cichu, że autor „Szarego Paryża” biegły już w tamtym czasie w fotograficznym rzemiośle, pokaże zdjęcia, na których zobaczę znacznie więcej tamtego Wrocławia, jakiego obrazy przechowuję w pamięci. No i tu niestety nie spotkałem się z żadną „magią”… Trzy wczesne cykle Konopki eksponowane na wystawie, od strony koncepcyjnej to typowe juwenilia, rodzaj wprawek, mających oczywiście niewątpliwie walory dokumentalne, ale – by tak to określić – intencjonalnie nie specjalnie zainteresowanych kształtem fotografowanej przestrzeni…

piątek, 4 stycznia 2013

pięćdziesiąt dwa


Dokładnie o 3:15 nad ranem. 
W zw. z powyższym odbyłem małe rozrywkowe tournee po obrzeżach Wrocławia (planowałem je od dawna, żywiąc przed Świętami nadzieję na śnieżną aurę)... 


2013-01-04  09:02
2013-01-04  09:47
2013-01-04  10:02
2013-01-04  11:00

Pogoda nie była specjalnie rewelacyjna... Prawdę mówiąc, liczyłem na słońce przez chmury (tak zresztą zapowiadała prognoza na new.meteo.pl). Nic tych rzeczy. Ni chu, chu... Niemniej jednak, jadąc w kierunku Oławy na spotkanie z Wojtkiem Sienkiewiczem (Wojtek jest także dzisiejszym solenizantem, fajnie się było spotkać w realu i pogadać), gdzieś przed Jelczem-Laskowicami trafiłem na powyższy niebieski obiekt, który wprawił mnie w całkowite zachwycenie. Podobno samochód jest uszczelniony i jego wnętrze pełni letnią porą funkcję... akwarium.

środa, 2 stycznia 2013

Elżbieta ze zdjęcia



jakie zrobiłem do projektu Jestem stąd. O przedsięwzięciu tym, które poświęcone jest mniejszościom etnicznym żyjącym w Polsce, pisałem w październiku ubiegłego roku przy okazji jego oficjalnej premiery.
A kilka dni temu, czyli jeszcze w "starym roku", jadąc przez Wałbrzych, raz po raz natrafiałem na bilbordy innej kampanii o nazwie Jedni z wielu, na których także pojawiło się zdjęcie Elżbiety. I patrząc na jej twarz oraz na słowa sloganu tego przedsięwzięcia: Jestem Polką, Jestem Romką, Jestem urzędniczką. Elżbieta. Jedna z wielu, jakoś nie przyszło mi do głowy, że takie plakaty mogą stać się obiektem ataku naszych dzielnych i wielce "patriotycznych" nacjonalistów...
No i dzisiaj via Facebook na portalu www.racjonalista.pl, pod artykułem o Kongresie Praw człowieka na UJ, ktoś z komentatorów wkleił zdjęcie z Wrocławia, wykonane dwa dni temu...


I SZLAG MNIE JASNY TRAFIŁ...

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2013 :/

wtorek, 1 stycznia 2013

Cmentarz w Bagieńcu


na który zawędrowaliśmy w końcówce noworocznego spaceru. I jak zatytułować to zdjęcie? Może "Szara pamięć"? ;)

[2013-01-01  14:19]

niedziela, 30 grudnia 2012

Mokry kolodion na koniec roku


Uwielbiam oglądać poniższą fotografię Mathew Brady'ego (ściągnąłem je oczywiście - świadczy o tym znak wodny w lewym dolny rogu - ze strony www.shorpy.com). Pomimo wykorzystania archaicznej techniki mokrych płyt kolodionowych, zdjęcie to wygląda bardzo współcześnie, jeżeli wziąć pod uwagę sposób postępowania fotografa. Robiąc dokument 150 lat po naświetleniu tego kadru, właściwie działa się bardzo podobnie... Z tą uwagą jednak, że współcześni użytkownicy technologii mokrego kolodionu, najczęściej stylizują swe fotografie na stare zdjęcia i robią wszystko, aby emulsja im się tu i ówdzie porozlewała. ;) 


Mathew Brady or his assistant, 1863. Hanover Junction, Pennsylvania. Passenger train at depot.

czwartek, 27 grudnia 2012

anielscy nuworysze


Chris Killip Angelic Upstarts at a Miners’ Benefit Dance at the Barbary Coast Club, Sunderland, Wearside, 1984

Bardzo lubię to zdjęcie Chrisa Killipa (przy okazji - to 666 post... a i też zapomniałem o zaznaczeniu 3 rocznicy powstania bloga, która wypada 3 grudnia...). 

Bardzo też lubię Angelic Upstarts... 

Zespół ten nagrał w 1983 roku piosenkę Solidarity, której tekst nawiązuje do strajków na Wybrzeżu. Co ciekawe song miał dwie wersje, różniące się słowami. W wariancie (pierwotnym?), jaki pojawił się na kompilacyjnej płycie Lost and Found (1991), w piosence słychać refren-aklamację: Dear God, Dear God, Dear God, let this strike, cruel strike carry on, co przypomina trochę solidarnościowy song, wykonywany m.in. przez Macieja Pietrzyka, ze słowami: Boże Nasz, Boże Nasz, jak ten strajk, jak ten strajk, długo trwa. W wersji z singla  z 1983 roku,  w refrenie usłyszymy natomiast: Give them hope, give them strength, give them live, like a candle burning in the black of night. Reszta tekstu też się całkowicie rożni. Co ciekawe, w tej naszej "solidarnościowej" tradycji Angelic Upstarts są niezwykle słabo obecni...

[Solidarity, wersja z płyty Lost and Found, 1991]

[Solidarity, wersja singlowa, 1983]

Angelic Upstarts

SOLIDARITY (wariant z płyty Lost and Found)

we the shipwrights and the dockers here we stand
and behind us every worker hand in hand
we'll get independent unions that are free from party minions
when we'll win we'll built a free and happy land

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
though they cling to depiction and want our crucifixion
we shall stand every pain 'til we are done

all our women and our children stand with us
and we'll stand come tanks, starvation, tear gas
we'll get independent unions that are free from party minions
nothing will deter the polish working class

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
though they cling to depiction and want our crucifixion
we shall stand every pain 'til we are done

wired camps, crooked courts, prison cells
swollen faces, broken bones and bloody heads
we'll get independent unions that are free from party minions
they can kill us and we never, never be quell'd

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
we shall stand every pain until we are done
though they cling to depiction and want our crucifixion

those who have and have not are apart
but don't explain 'cause you would not know where to start
face realities my brother only we can help each other
join with us and we shall give you some heart

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
though they cling to depiction and want our crucifixion
we shall stand every pain 'til we are done

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on

many of those who were lucky to be free
will not speak, will not hear, will not see
they would help at (???) passion but are scared of repercussions
we'll fight alone as long as it need be

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
though they cling depiction and want our crucifixion
we shall stand every pain 'til we are done

dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on
dear god, dear god, dear god, 
let this strike, cruel strike carry on

wtorek, 25 grudnia 2012

Chris Killip "Arbeit/Work"


[Chris Killip Tyne Pride, c. 1976 z książki: Davida Allana Mellora No Such Thing As Society. Photography in Britain 1967-87, From the British Council and Arts Council Collection, Hayward Publishing 2007, str. 118]

Szukałem wczoraj w sieci zdjęcia Chrisa Killipa, zatytułowanego Tyne Pride (w przyzwoitej rozdzielczości, bezskutecznie - a chciałem je wkleić na bloga) i przy tej okazji natrafiłem na informację o wydaniu retrospektywnego albumu z jego fotografiami. Książka pt. Arbeit/Work, którą firmują Steidl i Museum Folkwang w Essen, liczy 136 stron, gdzie w tritonach wydrukowano 86 prac z lat 1969-2005. Nakład... (tu małe zaskoczenie) to tylko 3.500 egzemplarzy. Wybór zdjęć jest dziełem autora i Ute Eskildsen - kuratorki z Museum Folkwang. I już chcę mieć ten album... Bardzo.


Przy okazji tej publikacji, warto chyba zwrócić uwagę na charakter obiegu informacji, dotyczących fotograficznych wystaw oraz ukazujących się albumów. W przypadku książki Chrisa Killipa próżno by było ich szukać na rodzimych portalach fotograficznych lub w działach kultury dzienników czy tzw. "tygodników opinii". Zabrakło też informacji o wystawieMuseum Folkwang (3 luty - 15 kwiecień 2012), gdzie pokazano 116 prac i późniejszej ekspozycji w paryskiej LE BAL pt. What Happened - Great Britain 1970-1990 (12 maja - 8 sierpnia 2012), która była zredukowaną wersją wcześniejszego pokazu (76 prac).
Killip nie jest tak znany/popularny w Polsce jak Joel Sternfeld, ale o jego retrospektywie w C/O Berlin, informowały głównie fotograficzne blogi, a jedyna recenzja, krótka i dotycząca wznowienia albumu Stranger Passing, ukazała się na portalu fotopolis.pl.

Poniżej kilka zdjęć Chrisa Killipa, których wcześniej nie znałem, jakie pojawiły się albumie wydanym przez Steidla/Folkwang (znalazłem je na stronie Le Journal de la Photographie):





I na koniec może jeszcze dość chyba ważny czy też znaczący fragment rozmowy z Chrisem Killipem, jaką znalazłem na jego stronie (wywiad ten został przeprowadzony przez Michaela Almereyda dla Aperture Magazine w tym roku):

MA: You were close with a lot of the people in the pictures you took. That's been an important ingredient in what you do.

CK: Yes. I remember speaking with Josef Koudelka in 1975 about why I should stay in Newcastle. Josef said that you could bring in six Magnum photographers, and they could stay and photograph for six weeks - and he felt that inevitably their photographs would have a sort of similarity. As good as they were, their photographs wouldn't get beyond a certain point. But if you stayed for two years, your pictures would be different, and if you stayed for three years they would be different again. You could get under the skin of a place and do something different, because you were then photographing from the inside. I understood what he was talking about. I stayed in Newcastle for fifteen years. I mean, to get the access to photograph the sea-coal workers took eight years. You do get embroiled in a place.