sobota, 11 czerwca 2011

EMANUELLE (Bytom)


Bytom, 25.07.2001

Przy okazji, odszukałem w notatkach datę wykonania zdjęć w Bytomiu, Biskupicach i Zabrzu. Środa 25 lipca 2001.

czwartek, 9 czerwca 2011

USŁUGI KRAWIECKIE DAMSKO-MĘSKIE (Bytom)


Bytom, 2001

Latem 2001 (jak ten czas leci...) też odczuwałem przesyt monochromem. Akurat  przełom  2000/2001 (jesień/zima/wiosna) podczas pracy nad Czarno-Białym Śląskiem był bardzo intensywny i owocny. No i latem postanowiłem popracować w kolorze, co zbiegło się też z okazyjnym kupnem w sklepie Foto-Focus (mieścił się przy ul. Smoleńsk w Krakowie) kilkunastu rolek filmów Fuji i Agfy o czułości 400 ASA. Miałem wtedy pewien konkretny pomysł na serię zdjęć, ale o tym w następnym odcinku ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Zabrze-Poremba, ul. Wolności, 30.12.2003





No więc, jak już pisałem wcześniej, zmęczony kwadratami, a przede wszystkim monochromem, zakończywszy jesienią 2003 pracę nad „Czarno-Białym Śląskiem”, nabrałem ochoty na fotografowanie w kolorze. W przedostatni dzień roku wybrałem się w znane mi dobrze okolice Zabrza, żeby spróbować, czy barwny negatyw sprawdzi się (dla mnie) w przypadku takiego tematu. Aura była pochmurna, od czasu do czasu popadywał deszcz, w sumie było dość ciemno raczej (jak to zimą na Śląsku), ale pomimo tego, zdjęcia robiłem tylko z ręki. W sumie naświetliłem wtedy 4 rolki Superii 800. Efekty mi się spodobały, więc postanowiłem kontynuować pracę, ale jednak średnim formatem. Przypomniałem sobie o tych fotografiach ulicy Wolności sprzed prawie 8 lat, jadąc tamtędy tydzień temu i obserwując gotowy do oddania odcinek DTŚ w kierunku centrum Zabrza. Widoczne na fotografiach domy rozebrano jakoś na przełomie 2004/2005, właśnie ze względu na budowę wspomnianej drogi.

sobota, 4 czerwca 2011

DEMOBILE (30.07.2003)


Żuk A11

Żuk A11

Żuk A11

Niesamowita wprost ilość zdezelowanych żuków i nys, od razu rzuciła mi się w oczy na ulicach górnośląskiej konurbacji. Ale akurat w okolicach 2003 zaczął się chyba ten intensywny import demobili zza zachodniej granicy, które w szybkim tempie zastąpiły peerelowski jeszcze wynalazki. A teraz patrząc na te zdjęcia, zrobione zaledwie 8 lat temu, myślę o widocznych na nich pojazdach z pewnym sentymentem. Bo przecież właściwie całe moje życie obserwowałem Żuka A11 (produkcja: 1970-1998) czy Nysę 522 (1971-1994) i ich wcześniejsze wcielnia (A03 i 501), które przez te lata zewnętrznie bardzo mało się zmieniały (tak jakby nie istniał upływ czasu) i były dosłownie wszędzie... Sprawdzając w necie modele i daty produkcji, zaskoczyło mnie jednak, że trwała ona tak długo w latach '90 ubiegłego wieku. Czyli widoczne na fotografiach auta, niekoniecznie były wtedy tak stare, na jakie wyglądają. 

Volkswagen Transporter T3

Nysa 522 mikrobus

Nysa 522 towos

piątek, 3 czerwca 2011

TERAPIA (Chropaczów, 30.07.2003)



TERAPIA: PIWO, WINO, NAPOJE, PAPIEROSY. Nie byłem pewny do końca lokalizacji tego sklepu (sąsiadujące klatki są z Lipin i Chropaczowa). Ale w sieci, na jakimś forum dyskusyjnym znalazłem fotkę z podpisem (mocno ironicznym zresztą). Więc Chropaczów. Nie wiem natomiast czy sklep o tej pięknej nazwie jeszcze istnieje? Niejako w zw. z powyższym poddałem się wczoraj niewielkiej, indywidualnej terapii. I teraz piszę tego posta (niebo fajnie zachmurzone), zamiast fotografować graffiti w Nowej Hucie...

czwartek, 2 czerwca 2011

FORD CZĘŚCI TEL: 220 47 50 (Siemianowice Śląskie)


30.07.2003

Latem 2003 przyszedł mi do głowy pomysł, żeby pofotografować motoryzacyjne zabytki z peerelowskich czasów, jakie często spotykałem wtedy na Górnym Śląsku. Więc 30 lipca (na całe szczęście pergamin z negatywami jest w miarę skrupulatnie opisany) wybrałem się do Siemianowic Śląskich, Świętochłowic-Lipin i Bytomia z moim Nikonem F90 załadowanym superią 400 X-tra. Kończyłem wtedy pracę nad „Czarno-Białym Śląskiem” i byłem już mocno zmęczony monochromem i kwadratowymi kadrami. Dla całego przedsięwzięcia wybrałem tytuł „Demobile”, który zresztą zapożyczony został z projektu „D.O.M. Polski” Łukasza Gorczycy & Michała Kaczyńskiego, gdzie podobne motoryzacyjne motywy się pojawiają  (zapewne autorem zdjęć był tu Kaczyński, a nie Gorczyca). Przy okazji, szkoda, że projektu tego nie można już zobaczyć na stronie Rastra, ponieważ znajduje się tam sporo fotografii, które wyborem tematu i sposobem podejścia, zapowiadają pojawienie się w Polsce „nowego dokumentu” (zresztą, chyba nawet o tym kiedyś pisałem). No więc, 30 lipca 2003 wybrałem się na Śląsk i w Siemianowicach Śląskich (przy ulicy Pawła Śmiłowskiego?) sfotografowałem tego kapitalnego kaszlaka - reklamę fordowskich części. Rok później, kiedy pracowałem już intensywnie nad „Życiem po życiu”, nie udało mi się niestety zrobić mu zdjęcia w kwadracie (pewnie został w międzyczasie sprzedany - na oknie od strony domu jest nalepiona kartka z ofertą sprzedaży).

środa, 1 czerwca 2011

SALON ŁAZIENEK, Wielicka 44b, 10m


Kraków, 14.12.2003

Remanenty. Przypomniałem sobie o tym zdjęciu, chyba trochę w kontekście „Polskiego Outdooru” ;)
Miałem wtedy ze sobą w samochodzie Nikona F90, którym kilka dni wcześniej (i potem kilka dni później) robiłem zdjęcia Rudzie Śląskiej. No więc, zobaczyłem to cudo w bocznym oknie, zawróciłem i kompletnie bez przekonania naświetliłem jedną tylko klatkę. Kiedy, kilka miesięcy później zdecydowałem się robić „Życie po życiu”, wróciłem na Wielicką, ale w tzw. międzyczasie, ktoś zdjął tę reklamę „salonu łazienek”. Szukając teraz tego negatywu, byłem przekonany, że chodziło o całego trabanta, a nie o jego prawy bok...

niedziela, 29 maja 2011

Spóźniona odpowiedź Marcinowi Rutkiewiczowi


Wyjeżdżając ostatnio z Krakowa w kierunku na Katowice, musiałem przejechać przez miejsce o wdzięcznej nazwie Rondo Ofiar Katynia. A tam trwa właśnie przebudowa tego węzła komunikacyjnego (który kiedyś nosił nazwę Eliasza Radzikowskiego i nie wiem komu to przeszkadzało?). I stojąc w korku, ponieważ przy okazji tej inwestycji nie zadbano o wytyczenie objazdów, obserwowałem niezwykły bałagan na placu budowy. Niewyobrażalny chaos i syf, z których powoli wyłania się kształt trzypoziomowego skrzyżowania, a ono same – już z tego, co widać, można nabrać takiego przekonania - na pewno piękne nie będzie. I patrząc na ten plac budowy, jadąc w ślimaczym tempie za tirem z naczepą, pomyślałem o albumie „Polski Outdoor” Elżbiety Dymnej i Marcina Rutkiewicza, po którym kiedyś przejechałem się walcem na tym blogu. Po kilku miesiącach od zamieszczenia tamtego posta, zapewne przy okazji googlowania reakcji na ich kolejną książkę pt. „Polski streetart”, Marcin Rutkiewicz trafił na ten mój tekst i napisał do mnie obszernego maila. Miałem mu odpowiedzieć, ale nie zrobiłem tego od razu, zaś ponowne przeglądnięcie albumu nie zmotywowało jednak mnie do weryfikacji, wyrażonych wcześniej sądów.

No i teraz, jadąc kilka dni temu przez ROK (taki skrótowiec funkcjonuje już na dobre), pomyślałem sobie, że… ten syf, chaos i bałagan, który widać przy okazji przebudowy ronda, jest praktycznie rzecz biorąc wszędzie. Że to nie tylko kwestia obecności różnej maści płaszczyzn reklamowych (a jakże, jest ich tam sporo). Oczywiście można doprowadzić do przepchnięcia przez polski parlament ustawy, która ureguluje (i przy tym ograniczy) sposoby funkcjonowania reklamy wizualnej w przestrzeni publicznej. Zapewne da się to zrobić. I fajnie, bo wtedy zobaczymy wreszcie, jak dalece spieprzony został w ostatnich 20 latach polski krajobraz. Wszechobecność wizualnej reklamy (profesjonalnej na bilbordach i wszelkich samowolek na banerach, tablicach i stojakach), to tylko fragment większego zjawiska, które (niestety) nas otacza, albo lepiej powiedziawszy, którego jesteśmy (także niestety) integralną częścią.

Pisząc o albumie Dymnej i Rutkiewicza, zwracałem uwagę na kiepską jakość zamieszczonych w nim zdjęć. Można zrozumieć i doceniać interwencyjny charakter całego przedsięwzięcia (i tego nie neguję), natomiast w żadnym wypadku, jestem o tym głęboko przekonany, nie należy akceptować wizualnej bylejakości fotografii. Metoda prezentacji tematu, nawet w przypadku zjawiska, które ocenia się krytycznie, nie powinna nabierać jego negatywnych (poddawanych krytyce) cech, a zdjęcia zamieszczone w „Polskim Outdoorze” nie przecież przykładem działań subwersywnych… Poziom kultury wizualnej w naszym kraju nie należy do najwyższych, o czym doskonale świadczy charakter reklamy zewnętrznej, ale przecież nie tylko on. Bo wszak i wygląd współczesnej mieszkaniówki powstającej na suburbiach Warszawy, Krakowa, Poznania, Wrocławia, i urbanistyczne rozwiązania (tzn. raczej ich kompletny brak na poziomie pracy koncepcyjnej) polskich miast, wspomagane wydatnie przez brak planów zagospodarowania, i kształt bardziej „reprezentacyjnych” budowli, wznoszonych w centralnych dzielnicach, przy okazji których olewa się zwykle (tzn. ogranicza) przestrzeń publiczną, wszystko to z polskim uotdoorem pasuje do siebie jak ulał.

Posługując się obrazem fotograficznym, możemy o takich sprawach nie tylko mówić, ale też poprzez układ materiału pokazywać genezę zjawiska, a także dokonywać pewnego rodzaju analizy o społecznym, historycznym czy politycznym (dlaczego nie?!) wydźwięku. Ten sposób opowiadania za pomocą fotograficznego medium o polskiej rzeczywistości jest ważny i nie powinien upodabniać się swym charakterem, do tego co przedstawiamy.

***

Panie Wojciechu,

tu Marcin Rutkiewicz, współautor recenzowanej przez Pana publikacji POLSKI OUTDOOR. Z blisko rocznym opóźnieniem trafiłem na Pana niezwykle ciekawą recenzję.  Cóż, jeśli chodzi o kwestie związane z wartością artystyczną naszych fotografii, czy naszymi umiejętnościami, ma Pan w 100% rację i nie podejmuję jakiejkolwiek polemiki na tym polu. Umiemy tyle, ile oferuje automatyka Nikona.  Co do całej reszty myli się Pan porażająco, wręcz monstrualnie.

Album otrzymał dość prestiżowe na polskim rynku wydawniczym wyróżnienie, tytuł "Książki Jesieni", przyznawane przez Bibliotekę Raczyńskich w Poznaniu "za upomnienie się o polską kulturę przestrzeni" i to fakt obiektywny. Porażające naiwnością fotomontaże są naszym najskuteczniejszym narzędziem podczas dziesiątek spotkań odbywanych z urzędnikami miejskimi, architektami i urbanistami, nie mówiąć o tym, że zostały przedrukowane przez najważniejsze tytuły na polskim rynku prasowym i krążą w setkach tysięcy odsłon w światowej blogosferze.

Jeśli chodzi o pretensjonalną grafikę albumu i samą formę książki, koresponduje ona z destrukcją przestzreni publicznej, ukazaną na zdjęciach. Temu samemu ma służyć brak okleiny grzbietowej i denerwująca, zsuwająca się, plastikowa okładka. Sam kontakt z publikacją ma w zamyśle budzić podświadomą irytację.

Nasze kalekie technicznie i artystycznie zdjęcia, w formie prezentacji multimedialnej, doprowadziły do uchwalenia przez Sejm RP dezyderatu do premiera Tuska, postulującego jak najszybsze rozpoczęcie prac nad ustawą o kontroli rynku reklamy zewnętrznej, a także spowodowały zaostrzenie polityki zagospodarowania przestrzeni w kilku dużych miastach, na czele z  Warszawą. Byliśmy również gośćmi honorowymi I Kongresu Plastyków Miejskch, podczas którego prezentacja tego materiału wywołała owacje na stojąco. Na koniec, co chyba najważniejsze, doprowadziliśmy do zmiany stanowiska ministra infrastruktury w kwestii problemu reklam i wprowadzenia odpowiednich zapisów do uchwalanej właśnie ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym i jest to już bezpośrednia zasługa krytykowanej przez Pana publikacji.

Piszę to wszystko nie dlatego, żeby udowodnić Panu "co to nie ja", a po to, by uświadomić Panu, że ocenia Pan młotek za jego wzornictwo, a nie skuteczność w wykonaniu zadania, do którego został stworzony. Wzornictwo omawianego młotka jest rzeczywiście paskudne, ale użyłbym tu słynnego sloganu grupy Twożywo: jest Pan po prostu zaślepiony formą.
Niemniej, ogromnie szanuję Pana wiedzę fachową i wyczucie artystyczne w obszarze, jakim się Pan zajmuje. Wszedłem na Pana podwórko i ma Pan pełne prawo powiedzieć mi, co Pan o mnie myśli. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko fakt, że gdybym mógł równie skutecznie osiągnąć swoje cele pisząc poezję lub występując w operze, zrobiłbym to.

Ponieważ właśnie ukazała się wspomniana przez Pana publikacja POLSKI STREET ART, chętnie prześlę Panu egzemplarz recenzencki, proszę tylko podać adres. Ten album jest publikacją zbiorową, zawierającą zdjęcia około setki autorów, pod moją redakcją. Niektóre wykonano nawet telefonami komórkowymi. Liczę na równie miażdżącą krytykę.

Z poważaniem

Marcin Rutkiewicz

(mail z 14.10.2010)

piątek, 27 maja 2011

„Niewinne oko nie istnieje" we Wrocławiu



Wystwa zostanie otwarta w najbliższy poniedziałek, 30 maja br. o godzinie 17.00  w Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański”. ZAPRASZAM!

czwartek, 26 maja 2011

ŻYCIE PO ŻYCIU (KLIMA, TŁUMIKI, OPONY, PROSTOWANIE FELG, ul. Bociania 19)


Strumień, 23.05.2011

Czysta poezja: KLIMA, TŁUMIKI, OPONY, PROSTOWANIE FELG, ulica Bociania, miasteczko o nazwie Strumień...
Tego niebieskiego trabanta namierzyłem rok temu (dokładnie to 10 kwietnia...), kiedy fotografowałem dla A&B Dom TypOwy, zaprojektowany przez Roberta Koniecznego, który zlokalizowany jest jakoś po drugiej stronie drogi prowadzącej z Pszczyny do Żor. W oczekiwaniu aż słońce zacznie świecić z południa, wybrałem się na małą wycieczkę po okolicy. Już nie pamiętam, dlaczego wtedy nie zrobiłem zdjęcia (chyba akurat zaczął padać przelotny deszcz?).

wtorek, 24 maja 2011

Henryk Poddębski, Pińsk, Kolegium Jezuitów – widok znad Piny


Zdjęcie nie jest zbyt duże, niestety tylko takie znalazłem w sieci, a to reprodukowane w albumie „Kresy w fotografii Henryka Poddębskiego” pojawia się jest na dwóch stronach rozkładówki i nie wejdzie mi do skanera. Szkoda, bo fotografia świetna, absolutnie trafiona i zjawiskowa. I właśnie na nią trafiłem najpierw, kiedy w rok mniej więcej temu otwarłem rzeczoną książkę księgarni na Palcu Bankowym w Warszawie. Henryk Poddębski nie jest dziś autorem specjalnie znanym ani cenionym, a szkoda bo jeśli porównać jego zdjęcia do tego, co wychodziło spod ręki „fotografów ojczystych” z Janem Bułhakiem na czele, to widać sporą i wcale nie subtelną różnicę. Wspomniany album, wydany przez lubelską agencję reklamową Ad Rem, liczy 306 stron (co ciekawe, książka nie ma paginacji…), na których zamieszczono 214 fotografii oraz teksty opisujące krainy geograficzne II Rzeczpospolitej, sfotografowane przez Poddębskiego.
Publikacja jest wydana starannie, profesjonalnie zeskanowane i opracowane fotografie, pojawiają się w różnych odcieniach sepii na matowej kredzie 150 g/m2. Leszek Dudlik i Waldemar Golec, autorzy koncepcji albumu oraz wyboru fotografii, piszą, że są one wyrazem najwyższych osiągnięć fotografii krajobrazowej, obdarzając przy tej okazji autora zdjęć ze wschodniego pogranicza II RP nieszczęsnym mianem „fotografika”… Doceniając ich pracę przy powstaniu tej książki, nie sposób jednak poczynić kilku krytycznych uwag. Szkoda, że ta pierwsza albumowa publikacja, tak fenomenalnego fotografa, jakim był Henryk Poddębski podlana jest jednak nazbyt obficie sosem nostalgiczno-kresowym. Zupełnie niepotrzebnie! Niepotrzebnie też fotografie układano według klucza geograficznego (akurat w mało ciekawych sekwencjach ze Lwowa i Wilna sporo zdjęć można było sobie darować), a nie ze względu na atrakcyjność wizualną, jaką prezentują.
Wyobraźmy sobie więc książkę z fotografiami Henryka Poddębskiego wydrukowanym na tej samej kredzie mat, lecz w regularnych duotonach (najlepiej z Pantonem Warm Gray 8 – a nie w tej pocztówkowej pseudosepii), które owszem ułożone są według porządku krain geograficznych, lecz priorytetem ich doboru jest wymieniony przeze mnie wcześniej parametr czysto fotograficznej atrakcyjności oraz oczywiście jakości. Wyobraźmy sobie album, gdzie opisy terytoriów II RP w mniej sielankowy sposób prezentują polską obecność na tamtej ziemi i pozwalają przemawiać samym zdjęciom, zwłaszcza, że tak jak słusznie zauważają autorzy albumu Henryk Poddębski nie miał żadnych uprzedzeń narodowościowych, religijnych czy społecznych. Fascynowało go bogactwo kultur i obyczajów, niepowtarzalny charakter życia jednostek i całych zbiorowości.
Poddębski był fenomenalnym dokumentalistą, który z trudem mieści się w przyciasnym ubranku „polskiego fotografa krajoznawczego” (choć oczywiście zlecenia o takim charakterze wykonywał). Szkoda, że podczas pracy nad formą i zawartością omawianej książki, nie wzięto tego pod uwagę, ponieważ jak mało kto z rodzimych autorów zdjęć działających przed 1939 rokiem, zasługuje on na fotograficzny album z prawdziwego zdarzenia.

niedziela, 22 maja 2011

Wyjechałam, wyjechałem z Polski, bo…


To rewelacyjny dwuekranowy film Krystyny Piotrowskiej (wolę określenie film, od terminu „wideoinstalacja”), który od deski do deski oglądnąłem dzisiaj na wystawie „Historia w sztuce” w otwartym tydzień temu MOCAK-u. Wystawa jak wystawa, pokazywany zestaw prac, ani kuratorka koncepcja, jakoś specjalnie mnie nie powaliły, z wyjątkiem jednak dwóch artystycznych przedsięwzięć o mocno dokumentalnym charakterze.






Kadry z filmu Krystyny Piotrowskiej, Wyjechałam, wyjechałem z Polski, bo...

Film Piotrowskiej ma prostą konstrukcję. Pokazywani w konsekwentnie ciasnym kadrze polscy Żydzi, których po marcu 1968 zmuszono de emigracji, rozwijają tytułowe zdanie. Najpierw po polsku na ekranie po lewej stronie, następnie w języku kraju, do którego wyemigrowali, na ekranie po lewej. Coś niesamowitego! Po zobaczeniu pierwszej wypowiedzi usiadłem z wrażenia, a potem przez 35 minut, siedziałem, patrzyłem i słuchałem. Galeria niezwykłych fizjonomii i przegląd  różnego rodzaju argumentacji. Nie będę ich tu przytaczał, ponieważ myślę, że trzeba oglądnąć wszystkie wybrane przez autorkę wypowiedzi, jakkolwiek treści łatwo się domyślić…
Omawiany projekt Krystyny Piotrowskiej pojawił się po raz pierwszy na jej wystawie w Zachęcie w 2008 zatytułowanej „Dokumenty podróży” (w 40 rocznicę marca 1968). Ponieważ jednak nie widziałem tamtej ekspozycji, a w stopce filmu pokazywanego w MOCAK-u pojawia się data 2010, można przypuszczać (?), że produkt finalny różni się trochę od tego z „Dokumentów”.

Mirosław Bałka, Audi HBE F114

„Audi HBE F114” to wideoistalacja Mirosława Bałki, na którą składa się sekwencja stopklatek wyciętych z telewizyjnej relacji, przedstawiającej wizytę Benedykta XVI w Auschwitz w 2006. Jest to moment przejazdu opancerzonej limuzyny z głową kościoła katolickiego przez obozową drogę wewnętrzną (konkretnie obozu Auschwitz I) cały czas w ciasnym kordonie ochroniarzy. Praca Bałki to mistrzowski found footage fotokast, który nawiązując do konwencji fotoreportażu prasowego, poprzez prosty zabieg wstrzymywania kadrów, prezentuje naszym oczom nieco inny wymiar tej wizyty… (by nie użyć jakiegoś mocniejszego słowa).

piątek, 20 maja 2011

Pokrycki, „Les rites de passage”, pierwsze komunie


Przemysław Pokrycki, z cyklu Rytuały przejścia, pierwsze komunie

Kiedy w zeszłą niedzielę przemieszczałem się po Łodzi w poszukiwaniu festiwalowych wystaw, rozsianych po różnych częściach miasta, raz po raz napotykałem lokale gastronomiczne, w których trwały huczne imprezy pierwszokomunijne lub na odświętnie odziane grupy łodzian, zmierzające właśnie w kierunku takich przybytków. Widok jedyny w swoim rodzaju…
Tymczasem dzisiaj Przemek Pokrycki wrzucił na Facebooka pierwsze zdjęcia z tegorocznego „białego tygodnia”. Jak miało to miejsce do tej pory w przypadku jego cyklu „Rytuały przejęcia”, zdjęcia niezmiernie interesujące i zawsze świetnie trafione. Cieszę się, że kontynuuje „Rytuały”, bo – jak się należy spodziewać po tym, co autor nam częściowo udostępnia – książka, która powstanie z tego materiału, będzie ważnym zapisem, o nie tylko dokumentalnym charakterze zresztą.

Przemysław Pokrycki, z cyklu Rytuały przejścia, pierwsze komunie

Przemysław Pokrycki, z cyklu Rytuały przejścia, pierwsze komunie

Przemysław Pokrycki, z cyklu Rytuały przejścia, pierwsze komunie

Przemysław Pokrycki, z cyklu Rytuały przejścia, pierwsze komunie