sobota, 2 marca 2013

WIEŃCE


[04.01.2013]

Zdjęcie urodzinowe... I jedyne udane z tamtego dnia.
Przy pochmurnej i szaroburej aurze, założenie Portry 400 zamiast Ektara okazało się zbawienne...

piątek, 1 marca 2013

WIOSNA


Grzegorz Wróblewski

WIOSNA

wariant nr 1
– powiesić się
wariant nr 2
– też się powiesić
wariant nr 3
    – przezimować
       a na wiosnę
          się powiesić


----------
Wiersz z debiutanckiego tomu: Grzegorz Wróblewski Ciamkowatość życia. I inne wiersze z lat 1982-1992, wyd. bibLioteka Kraków-Warszawa 1992, str. 41. 

[Okładka pierwszego wydania Ciamkowatości życia. Stopka redakcyjna ma w całości brzmienie następujące:

redakcja: Zakon Żebraczy
bibLioteka, Kraków Warszawa 1992, wydanie I
wydawca: Fundacja 'brulionu' przy wsparciu
finansowym Ministerstwa Kultury i Sztuki
projekt okładki: Olga Okoniewska
korekta: Krystyna Andrzejewska
redaktor serii: Robert Telkieli
ISBN 83-85339-07-8
printed in RPRL]

[Reedycja Ciamkowatości życia, opublikowana w 2002 roku przez Lampę i Iskrę Bożą, w dziesięciolecie wydania "filetowej serii" bruLionu. Tym razem stopka redakcyjna wygląda tak:

Copyright © by Grzegorz Wróblewski, 1992-2002
Projekt okładki: Marcin Maciejowski wg zdjęcia Wojciecha Wilczyka
ISBN 83-86735-85-6
Druk: Efekt, Warszawa, ul. Lubelska20/32]

czwartek, 28 lutego 2013

GAZ-53


[Okolice Nowego Miasta nad Wartą, luty 2013. Za podpowiedzią Karola Gustawa Szymkowiaka]

Zaledwie zdążyłem rozłożyć statyw i zapiąć Hassiego na głowicy, a pojawił się właściciel terenu i zaczął ze mną rozmowę. Nie, nie miał nic przeciwko fotografowaniu, ale chciał się upewnić czy nie jestem przypadkiem z prasy, bo na łąkę, na której działałem prowadziła rustykalna brama z napisem o treści BURO 2012 (sic!). Pierwotnie napis brzmiał oczywiście EURO 2012, ale ponieważ jest zastrzeżony przez FIFA, więc mojemu rozmówcy pod karą grzywny kazano go usunąć. A ten zamienił tylko pierwszą literę i trzeba przyznać, że hasło w nowym brzmieniu doskonale pasuje/pasowało do charakteru tej imprezy... Potem opowiadał mi o swoich długoletnich zmaganiach z lokalnymi urzędami (jakieś kwestie pozwoleń na budowę, bo po drugiej stronie drogi miał nieukończony budynek warsztatu samochodowego), czego nie słuchałem jednak uważnie, będąc zajęty kadrowaniem. 
- Jak zobaczyłem proszę pana, że na takiego samego Zisa ładują trumny po tym niby wypadku pod Smoleńskiem, gdzie ta pancerna brzoza przewróciła samolot do góry nogami, to się proszę pana popłakałem... - powiedział w pewnej chwili.
Przez moment zastanawiałem się czy ma sens sprostowanie nazwy  samochodu, bo GAZ (Gorkowskij Awtozawod) to jednak nie to samo co ZIS (Zawod Imieni Stalina), po prostu dwie różne fabryki, no i widoczny na zdjęciu model oznaczony jako "53" produkowano w latach 1961-1993, czyli grubo po śmierci Ziutka Słoneczko.
Właściciel terenu, na którym stałem, wyraźnie i dość przewidywalnie rozkręcał się w temacie katastrofy smoleńskiej. Widząc, że światło zaczyna mi uciekać, postanowiłem zakończyć tę konwersację, co mój rozmówca na szczęście jakoś wyczuł, ale na odchodnym powiedział jeszcze.
- Jak się wkurwię proszę pana, to przebuduję ten mój warsztat, dostawię do niego wieżę, a w środku urządzę ekstra burdel. Bo to jest proszę pana, najlepszy interes na świecie, ale wszystko legalnie, jak tylko Palikot uchwali te nowe przepisy.
Zaniemówiłem...

wtorek, 26 lutego 2013

John Vachon - Warszawa / Stephen Shore - El Paso


Właściwie mógłbym tego posta opatrzyć tytułem Dlaczego klasycy? (3)...
Te dwa zdjęcia, od dawna chodziły mi po głowie i od pewnego czasu chciałem dokonać ich porównania.
Chociaż dzieli je 29 lat, a pierwsze to klasyczny monochrom (4x5"), zaś drugie to odbitka z kolorowego negatywu (8x10"), mają ze sobą wiele wspólnego, jeżeli przyjrzeć się metodzie/konwencji obrazowania.
Powiedziałbym nawet, że w jakiś sposób jedno wynika z drugiego.
I warto też wiedzieć, że Vachon robił dla FSA również kolorowe zdjęcia (można je zobaczyć na stronie Biblioteki Kongresu USA).

John Vachon, Poland 1946, Ruined shrine in Warsaw

Stephen Shore, El Paso Street, El Paso, Texas, July 5, 1975


----------
Pierwsze zdjęcie z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995. Str. 83.
Druga fotografia pochodzi z albumu Stephen Shore Uncommon Places. The Complete Works, Aperture Foundation, New York 2004. Str. 111.

poniedziałek, 25 lutego 2013

John Vachon, "Poland, 1946" (2)


Dwie fotografie, które w albumie "Poland, 1946" znajdują się pomiędzy pierwszą, a drugą stroną tytułową.



Pierwsza fotografia, do której pozują dwie dziewczynki z pociągu repatriacyjnego (rewelacyjny kadr!), wykonana została na stacji kolejowej gdzieś na Górnym Śląsku.
Na drugiej widać pchli targ w Warszawie. Co ciekawe, publikacja albumu Vachona, w którym naliczyłem 14 zdjęć zrujnowanej stolicy przeszła właściwie bez echa... A fotografie świetne i w każdym calu dokumentalne. I gdyby porównać je do Kodachromów Henry'ego N. Cobba z 1947 roku, których "odkrycie" (a później prezentacja w Domu Spotkań z Historią) narobiło ostatnio tyle szumu, to dostrzec można dość istotną różnicę na niekorzyść tego drugiego.
Jak przeczytałem w posłowiu pióra Ann Vachon, jej ojciec odwiedził Polskę ponownie w 1956 roku i zrealizował tu materiał dla dwutygodnika Look (ciekawe, jak wyglądają te zdjęcia?).

----------
Zdjęcia z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995.
Kolejno:
1. Two polish girls, standing beside a train, str. III.
2. Warsaw flea market, on the present site of the Palace of Culture, at Emile Plater Street, str. II.

niedziela, 24 lutego 2013

John Vachon, "Poland, 1946"


Ci co przyjeżdżają...




I ci co wyjeżdżają...



----------
Zdjęcia z książki John Vachon Poland, 1946. The Photographs and Letters of John Vachon, Smithsonian Institution Press, Washington and London 1995.
Kolejno:
1. Man with Accordion, str. 114.
2. Shrine on a Boxcar, str 112.
3. Repatriante Family in Boxcar Doorway, str 116.
4. German Deportees, Wroclaw, str. 142.

sobota, 23 lutego 2013

Dlaczego klasycy? (2)


Tym razem bez cytowania tego nudziarza Herberta (choć może jego wiersz Fotgrafia wart jest przytoczenia, a jeszcze bardziej nieco kuriozalny komentarz, jakim utwór ten na łamach Tygodnika Powszechnego obdarzył kiedyś Marian Stala ...).
Dwa zdjęcia Johna Vachona, jakie pojawiły się niedawno na portalu www.shorpy.com, które chyba dość dobrze pokazują, że dokumentalny zwrot w fotografii amerykańskiej, który miał miejsce w latach 60. i 70. XX w. nie był czymś przypadkowym.
Fotografie są z roku 1937, czyli zostały wykonane przed formalnym przyjęciem Vachona do ekipy pracującej dla Farm Security Administration.

 John Vachon - August 1937. Gas station and gospel mission in Cleveland, Ohio.


John Vachon - December 1937. Gas station in Minneapolis.

Niezłe kadry, jak na prace dwudziestotrzyletniego autora, który fotografuje dopiero od roku...

John Vachon nie jest u nas specjalnie znany, a trzeba wiedzieć, że pierwszy solowy album z jego zdjęciami, zawierał fotografie z Polski właśnie.
Książkę już po śmierci Vachona wydał jego córka Ann, a znalazły się tam kadry zarejestrowane w 1946 roku, kiedy fotograf przez 6 miesięcy przebywał w naszym kraju i robił zdjęcia dla UNRRA. Na całe szczęście jednak fotografował nie tylko działania tej instytucji (o co zresztą zwierzchnicy mieli do niego pretensje) i dzięki temu mamy kapitalny - chyba najlepszy w tamtym czasie -zapis z powojennej Polski. Bezbłędnie trafione fotografie z Warszawy, Gdańska, Górnego Śląska, Kielecczyzny, lubelskiego, Nysy Wrocławia. We wspomnianej książce jest też rewelacyjna sekwencja zdjęć, na której zobaczyć można pasażerów pociągu wiozącego repatriantów ze wschodnich terenów II RP na tzw. ziemie odzyskane. Bardzo mocny zestaw!

[John Vachon Poland, 1946, Smithsonian Institution Press, Washington & London 1995]

piątek, 22 lutego 2013

KOPENHAGA Grzegorza Wróblewskiego w Zephyr Press


już wkrótce. W tłumaczeniu na angielski, którego dokonał Piotr Gwiazda. 
A tak (na 99%) będzie wyglądać okładka.




Cieszę się, że ten świetny zbiór próz Grzegorza ukaże się w wersji anglojęzycznej. A na zachętę jeden z moich ulubionych fragmentów (jeden z wielu), który w polskim wydaniu Kartek (2000), znajduje się na stronie 42.

***

     Flemminga P. ukarano grzywną. Zapłaci 2000 koron, ale przy okazji
zrobiło się o nim głośno w gazetach i telewizji. Flemming P. dokonał
niepospolitego czynu. (Jego “akcja” przeszła już do historii Królestwa!)
Wykradł on ze szpitalnej lodówki ciało swojego ojca i zawiózł je po cichu
do mieszkania. Tam odział zwłoki w czarne kowbojki, w skórzane spodnie
i wysłużoną, punkową skórę. (Na głowę trupa włożył motocyklowy kask).
Potem przymocował nieboszczyka do swojej amerykańskiej maszynki,
no i wyruszyli w trasę. Odwiedzili Kopenhagę, gdzie “zaliczyli” wszystkie
ulubione miejsca starego. Pożegnanie było więc męskie i jednocześnie
niezwykle oryginalne. (w stylu śp. Williama S. Burroughsa). Właśnie tego
życzyłby sobie mój ojciec - wyznał zbulwersowanym dziennikarzom Flemming P..
     I jeszcze echo ostatnio zakończonej wojny (Bandidos kontra Hells Angels).
Protesty rady parafialnej, wypowiedzi policjantów, artykuły w prasie…
Na grobie jednego z Aniołów (który bohatersko zginął na placu boju) klubowe
logo Hells Angels. Czy należy zezwolić na to na chrześcijańskim cmentarzu?
Rada parafialna rząda zmiany napisu, natomiast adwokat Aniołów powołuje się
na Prawa Obywatelskie itd.. Grozi Brukselą, sądem i innymi poważnymi
“konsekwencjami”. Co zrobić np. z nagrobkiem Makrela, prezydenta
Bullshitów z Amager, zamordowanego w latach 80 (właśnie przez jednego
z Aniołów), na którym z kolei symbole Zakonu SS?

środa, 20 lutego 2013

GARBY WITAJĄ (GARBY ŻEGNAJĄ)


Garby, 12.02.2013 (za podpowiedzią Karola Gustawa Szymkowiaka)

[Nawet wyzbywszy się "niepotrzebnej ironii", która nastaje na "powagę życia", chyba nie sposób obojętnie minąć obiekt o tak wyraźnym znaczeniowym potencjale...]

wtorek, 19 lutego 2013

"Walenty" w kwietniu 1994 (2)



Zdjęcie takie sobie (to z poprzedniego posta znalazło się na wystawie "Pejzaż symboliczny"), ale widać tutaj trochę rzeczy, których już nie ma. Np. budynek płuczek węglowych (wg. "ruskiego projektu" - jak chce Marek Locher) czy wieżę wyciągową szybu "Centralny". Gdy fotografowałem "Walentego" od północy, przy ustawianiu kadru zawsze mi przeszkadzał ten cholerny układ kominów, które musiały bezsensownie zza czegoś wystawać...


A tu próba "monumentalizacji" motywu. Coś co naprawdę dobrze zaczęło mi wychodzić dopiero przy "Postindustrialu"... I patrząc teraz na to zdjęcie doceniłem rolę szkolnictwa artystycznego. Bo gdybym zgłosił się z tym kadrem do jakiejś palcówki edukacyjnej, to z dużym prawdopodobieństwem, ktoś powiedziałby mi: "A może  byś tak chłopie użył tutaj shifta?"... 
Co w roku 1994 nie przyszło mi do głowy, a wcale nie było wtedy takie nierealne, jeśli wiziąć pod uwagę prywatny import ukraińskiego produktu o nazwie Arstat 35mm/2.8 PC, który z bagnetem Nikona można było nabyć w zupełnie przystępnej cenie.

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Walenty" w kwietniu 1994


[Koksownia "Walenty", kwiecień 1994]

Tym razem widok w kierunku północno-wschodnim. Patrząc na cyfrowe wglądówki zrobione po zeskanowaniu tego negatywu (Ilford Delta 100 wołany w ID-11 i rozcieńczeniu 1:1), zdałem sobie sprawę, że dopiero 10 lat później, kiedy wykonywałem zdjęcia poprzemysłowych ruin do serii "Postindustrial", doszedłem do obrazowania, którego usilnie szukałem przy fotografowaniu "Walentego"...
Ciekawe, co to za wieża wyciągowa, którą widać obok pomalowanego w "skarpetkę" komina, pomiędzy betonowym silosem w centrum kadru (chyba służył do ładowania koksu na wagony kolejowe?), a budynkiem obok baterii koksowniczej po prawej stronie? Na pewno Marek Locher będzie wiedzieć.

sobota, 16 lutego 2013

PRAWDZIWE POKŁOSIE


W końcu zobaczyłem "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego. Znając jego wcześniejsze produkcje, nie spodziewałem się niczego specjalnego i tu spotkało mnie totalne zaskoczenie. Film jest bardzo, bardzo dobry i gdyby nie kilka wpadek (np. zupełnie niepotrzebne wsadzenie widoku płonącej stodoły do kadru z pożarem zboża czy też scena odkopywania grobu zamordowanych Żydów w strugach deszczu), mógłbym powiedzieć, że genialny! Świetnie osadzony w polskich prowincjonalnych realiach (okolice Łomży, a jakże...), a pokazana w nim historia mordu żydowskich sąsiadów i przejęcia ich mienia, jest nie tylko prawdopodobna od strony psychologicznej, ale też ma liczne faktyczne odniesienia i to nie tylko na terenie powiatu łomżyńskiego. Zaskoczyła mnie także in plus świetna gra aktorów (tu np. Macieja Stuhra, z którym wcześnie za bardzo nie przepadałem). Oczywiście polskie prawicowe media nie zostawiły na reżyserze suchej nitki (merytoryczną i ciekawie napisaną polemikę z tekstami Piotra Gontarczyka, Piotra Semki i Dominika Zdorta znalazłem na portalu dlamyslacych.latte24.pl), czego się można było właściwie spodziewać, bo w przypadku większości tych panów (przewaga facetów w konserwatywnych redakcjach jest druzgocąca) nacjonalizm - który nazywają patriotyzmem, katolicyzm i antysemityzm mają oni niejako w pakiecie. 

Teraz może cytat z artykułu wspomnianego Dominika Zdorta, który tekście pt. "O tym, jak śmiałem się na pokłosiu" pisze m.in.: Śmiałem się, gdy grany przez Stuhra młody polski rolnik okazał się namiętnym kolekcjonerem żydowskich nagrobków i  płynnie odczytywał z nich hebrajskie napisy. No cóż, po takim wyznaniu trudno już powiedzieć, że "śmiech to zdrowie". Dla Zdorta sytuacja, w której filmowy Józek Kalina - nazwany "namiętnym kolekcjonerem żydowskich nagrobków", orientuje się, że macewy z cmentarza w jego wsi, ciągle służą jako nawierzchnia lokalnej drogi, więc w zupełnie naturalnym odruchu  przenosi je na swoje pole, jest śmieszna i nieprawdopodobna... To oczywiście wiele mówi o mentalnym poziomie dziennikarza gazety o nieadekwatnej w takim kontekście nazwie... Rzeczpospolita. Czy rolnik spod Łomży nie jest w stanie nauczyć się podstaw hebrajskiego, żeby móc odczytać inskrypcje na macewie? Przypominają mi się czytane kiedyś historie ludzi (oczywiście nie są to liczne przypadki...), którzy powodowani podobnymi motywacjami, co bohater filmu Pasikowskiego, porządkowali kirkuty i nie będąc wcale absolwentami hebraistyki katalogowali inskrypcje na macewach.

Historia żydowskich nagrobków, których odkrycie przez Józka Kalinę wywołuje w "Pokłosiu" całą lawinę tragicznych zdarzeń, przypomniała mi o projekcie Łukasza Baksika "Macewy codziennego użytku". Właśnie ukazała się książka, o której na razie nic nie słychać... Rzuciłem teraz okiem na stronę wydawnictwa Czarne, które album wydało i widzę tam informację, że premiera zapowiadana jest na 5 marca. No, więc będzie słychać - z tego co wiem, premiera krakowska odbędzie się w Cheder Cafe 25 marca. Wędrując po Polsce Baksik szukał "drugiego życia" (to eufemizm) żydowskich kamieni nagrobnych i znalazł prawdziwe spektrum rozmaitych i często szokujących zastosowań. Wszystko zaczęło się od Kazimierza nad Wisłą, gdzie na targu staroci napotkał szlifierski kamień zrobiony z macewy. No a potem były: chodniki, krawężniki, posadzka w klasztorze, stodoły, budynki gospodarcze, wieża ciśnień, parkowa pergola, nagrobki (katolicki i ewangelicki), peerelowski pomnik, mury ogrodzeń i mury przyporowe, kamienie młyńskie, żarna, piwnica/ziemianka, a nawet wykładzina szamba...

Fotografując rodzimy proceder recyclingu macew, Łukasz Baksik zaczyna zazwyczaj od planu ogólnego, który dostępy jest oczom przeciętnego przechodnia. Następnie podchodzi coraz, coraz bliżej do motywu, a wtedy już nie mamy żadnych wątpliwości, z czego zrobiono oglądaną stodołę, chodnik czy mur. Co ciekawe, przy powtórnym oglądnięciu zdjęcia, jakie rozpoczyna taki swoisty proceder "dekonstrukcji krajobrazu", w większości zarejestrowanych przez Baksika przypadków żydowskie nagrobne kamienie są  właściwie dobrze widoczne... Mroczna historia jest więc cały czas w zasięgu naszego wzroku, a często całkiem dosłownie - pod naszymi nogami. Jeżeli więc widzimy, albo wiemy (autor projektu czasem dokonuje fizycznej ingerencji, obracając np. "chodnikową" macewę inskrypcjami do góry lub wyciąga kamień z muru) i nie reagujemy w żaden sposób, to jak jest z tą naszą pamięcią o dawnych sąsiadach i stosunkiem do sfery sacrum (cmentarz to dla większości mieszkańców tego kraju, nie tylko zresztą dla tzw. "Polaków-katolików", to podobno "miejsce święte")? 


  Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010


Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010

Łukasz Baksik Macewy codziennego użytku, Tuszyn, kwiecień 2010

piątek, 15 lutego 2013

"Walenty" pod słońce


i widoczny w centrum kadru szyb o nazwie "Centralny", należący do pracującej jeszcze przez dwa lata KWK "Wawel". Zawsze chciałem sfotografować potężny budynek płuczek węglowych tej kopalni, ale się jakoś nie składało... A kiedy specjalnie w tym celu pojechałem do Rudy Śląskiej, po obiekcie nie było już żadnego śladu.

[Koksownia "Walenty", styczeń 1995] 

czwartek, 14 lutego 2013

"Walenty" na Walentynki


[Koksownia "Walenty", styczeń 1995, Nikon F-90 + Nikkor 50/1,4 + Ilford Delta 400]

"Walenty" pod światło, już ponad 18 lat temu... Bardzo lubię to zdjęcie (jak należy się domyślać, weszło ono do zestawu prac pokazywanych na wystawie "Pejzaż symboliczny"). Było wtedy jakoś w okolicach -15ºC i od mrozu popękała mi obudowa pryzmatu w Nikonie, mimo, że w przerwach między robieniem zdjęć chowałem aparat pod puchową kurtkę.