czwartek, 9 grudnia 2010

W międzyczasie

oglądnąłem w końcu „Po-lin” Jolanty Dylewskiej i w kontekście przedstawianej tam, niemal sielankowej koegzystencji Polaków i Żydów w przedwojennej Polsce, przypomniał mi się świetny wiersz Krzysztofa Jaworskiego - po który natychmiast sięgnąłem - jako rodzaj antidotum:

***

Krzysztof Jaworski

Kobiety żyją dłużej

Czternaście lat małżeństwa z Hermanem,
było najszczęśliwszym okresem w moim życiu.
Emma Goering

Wspomnienia skrywam głęboko w sercu jak drogocenny skarb.
Lina Heydrich

Moja pierwsza, jedyna i prawdziwa miłość.
Irene Mengele (pierwsza żona)

wtorek, 7 grudnia 2010

„HISTORIA KOWALSKICH” albo ŚWIADKOWIE


Ciepielów, synagoga, 07.03.2008

Zupełnie przypadkowo trafiłem na ten film w przedpołudniowym paśmie TVP Kultura. Akurat byłem trochę chory, zostałem w domu i z nudów (nie chciało mi się też nic czytać) włączyłem telewizor. Ponieważ na początku jest tam sekwencja pokazująca grupę młodych dziewczyn, nakręcona w Złotych Tarasach (czyżby kryptoreklama?) pomyślałem, że to chyba ten słynny obraz filmowy o warszawskich galeriankach. Nic bardziej błędnego. Akcja filmu momentalnie przenosi się w realia sprzed siedemdziesięciu kilku lat i widzimy te same aktorki w małomiasteczkowych, czy chłopskich strojach przed wiejską chałupą. Wyreżyserowany przez Arkadiusza Gołębiewskiego i Macieja Pawlickiego obraz, dotyczy autentycznych wydarzeń w miasteczku Ciepielów pod Radomiem, gdzie w grudniu 1942 oddział niemieckiej żandarmerii dokonał masowego mordu na rodzinach Kowalskich, Obuchiewiczów, Kosiorów i Skoczylasów, które ukrywały miejscowych Żydów. W ramach represji spalono żywcem 34 osoby, w tym prawdopodobnie ukrywających się u Kowalskich, Elkę Cukier i Berka Pinechesa, syna ciepielowskiego krawca.

„Historia Kowalskich” nie jest jednak filmem dokumentalnym, choć o wydarzeniach sześćdziesięciu ośmiu i więcej lat, opowiadają przed kamerą także ich świadkowie. Narracja przeprowadzona jest tu bowiem na trzech poziomach. Po pierwsze słyszymy i oglądamy aktorkę Maję Berełkowską, która wciela się w postać Marii Bieleckiej (córki siostry Adama Kowalskiego) w zainscenizowanym wywiadzie, który miał miejsce w 1968 roku, opowiada o historii miasteczka oraz o samym fakcie udzielenia schronienia wspomnianej wcześniej  Elce Cukier i Berkowi Pinechesowi (biorąc pod uwagę antysemicką nagonkę z tamtych lat, można się zastanawiać, dla jakiego tytułu i po co, przeprowadzono tę rozmowę…). Po drugie oglądamy inscenizowane scenki z przedwojennego Ciepielowa, oraz trzech pierwszych lat okupacji, na które nakładają się wywody Marii Bieleckiej oraz relacje (po trzecie) autentycznych mieszkańców, z tym, że pamiętać tutaj należy, iż wszyscy oni w tamtych czasach byli dziećmi.

W powyższy sposób, porządek czasowy ulega w filmie mocnemu zakłóceniu i jest to zabieg najwyraźniej celowy. W tej trzypłaszczyznowej narracji Ciepielów przedstawia nam się, jako miejsce harmonijnego współistnienia społeczności polskiej i żydowskiej (w obrazie Pawlickiego i Gołebiewskiego pojawia się jeden zdeklarowany antysemita), której kres przynosi dopiero niemiecka agresja we wrześniu 1939. Wszyscy ciepielowscy Żydzi, występujący w zainscenizowanych scenkach i sytuacjach, wyglądają wypisz wymaluj, jak wizerunki „Żydków” z obrazków, sprzedawanych w przejściu podziemnym przy Placu na Rozdrożu. Brodaci i pejsaci w obowiązkowych chałatach, dodatkowo jeszcze „żydłaczący”, jak Sanhedryn w teatralnym przedstawieniu Męki Pańskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tymczasem, gdy przyjrzymy się uważnie zdjęciom przedwojennych ciepielowian pokazywanych w filmie, zauważyć możemy, że wygląd oraz stroje „żydowsckich sąsiadów”, daleko odbiegają od tego, zakorzenionego we współczesnej polskiej ikonografii stereotypu, którego korzenie sięgają przedwojennej endeckiej prasy, by poprzestać na wzorcach krajowych... Zresztą wizualna jakość wspomnianych inscenizacji jest tak marna, że aż oczy bolą. Reżyseria  praktycznie nie istnieje. Do tego wszystkiego jeszcze można tutaj dostrzec sporo przekłamań i mało prawdopodobnych sytuacji. Np. podczas deportacji Żydów z Ciepielowa w 1942 roku, Adam Kowalski rozmawia z żydowskim właścicielem sklepu spożywczego (sic!), który normalnie funkcjonuje (sic!), tymczasem przez okno widać całą akcję deportacyjną (sic!), a sprzedawca podaje Kowalskiemu bochenek białego (sic!) chleba i nie bierze od niego (sic!) żadnych kartek. Niewiarygodne!

Dlaczego Pawlicki i Gołębiewski nie zdecydowali się na zwykły dokument? To pytanie, chyba z gatunku tych retorycznych... Oglądając wypowiedzi autentycznych obserwatorów tamtych wydarzeń, którzy występują w omawianym obrazie, przypomniała mi się ciekawa analiza autorstwa Elżbiety Janickiej, dotycząca figury „świadka” właśnie. W tekście pt. „Mord rytualny z aryjskiego paragrafu” będącym polemiczną analizą „Strachu” Jana Tomasza Grossa, autorka pisze:

       W mojej rodzinie przechowała się opowieść z wielkopolskiej wsi Bobrowniki nad Prosną, gdzie w latach 30. dzieci miały zwyczaj rzucać w Żydów kamieniami z towarzyszeniem wierszyka: „Czekaj Żydzie, Hitler idzie!” . W tej historii wiadoma jest rola Żyda i wiadoma jest rola Hitlera. A jaka jest rola społeczności, którą reprezentuje dziecko z kamieniem w ręku? „Sprawcy – ofiary – świadkowie” . W odniesieniu do tej sytuacji trzecie ogniwo triady Hilbergowskiej nie funkcjonuje. Ujęcie zaproponowane przez badacza jest nieadekwatne. Bystander? Ani stander. Ani by. Ale ciągle brakuje nam języka, by nazwać to miejsce – polskie miejsce, które na pewno nie jest miejscem świadka, choć ta kategoria przyjęła się w refleksji nad Zagładą i organizuje analizy na przykład Roberta J. Liftona czy Michaela C. Steinlaufa. Bo czy świadek zaangażowany – w przenośni i/lub dosłownie – to jeszcze świadek?
       Polskie miejsce nie było w samym środku i nie było na zewnątrz. Nie było też w żaden sposób sformalizowane. Kategorie uczestnictwa czy pomocy w zbrodni mogą wydawać się tutaj – i wydają mi się – za proste i zbyt wąskie jednocześnie. Innymi słowy: na tyle mało złożone, że „chwytające” jedynie najbardziej oczywiste i bezdyskusyjne przejawy zjawiska. Bo jak zakwalifikować na przykład tak zwaną obojętność? Twierdzę, że z racji uprzedniego „przygotowania”, „wprowadzenia w temat”, „wtajemniczenia” nie było czegoś takiego.
       Proponowałabym tu termin „obserwacja uczestnicząca wtajemniczona”, bo sama „obserwacja uczestnicząca” to za mało. Byłaby ona dokonywana w trybie myśli, mowy, uczynku i zaniedbania. W tej kategorii – wydaje mi się – jest miejsce na mnogość i zniuansowanie przejawów. I być może otwiera ona także furtkę do zrozumienia, że tutaj chodziło o większość – zdecydowaną, a nade wszystko decydującą: o tym, że „cała Polska była gettem” .

Jak konstrukcja zaproponowana przez Janicką ma się do tego, co możemy usłyszeć i zobaczyć w filmie „Historia Kowalskich”? Postanowiłem zrobić eksperyment i spisałem ze ścieżki dźwiękowej wypowiedzi tamtejszych by(lub nie)standersów. Myślę, że dobrym uzupełnieniem do lektury tej listy dialogowej, byłyby obrazy ze współczesnego Ciepielowa, które w filmie spółki Pawlicki & Gołębiewski prezentowane są w niezwykle skąpym wymiarze (ciekawe dlaczego?). Dotyczy to także wyglądu zrujnowanej synagogi, pełniącej po wojnie funkcję magazynu Gminnej Spółdzielni. Ponieważ przy okazji pracy nad „Niewinnym okiem” odwiedziłem trzykrotnie Ciepielów i fotografowałem wspomniany budynek, wklejam poniżej nie wykorzystane w książce ujęcia, zwracając przy okazji Państwa uwagę, na kible dobudowane do jego wschodniej ściany…

***

Marianna Kowalska:
- Ciocia Bronka miała siedmioro dzieci: Bronek, teraz Janio, Jaśka i Zosia, Stefan, Henio i Tadzio, to ten najmłodszy.

- Myśmy sobie pomagali. Jeszcze jak ja była panienką, to przychodziłam do wujów. Pomagaliśmy im przy żniwie, bo oni mieli tam sporo łąki, to i nakroiłam sianko. Tak jak no… szanowaliśmy się, zgadzaliśmy się, śmy se pomagali.

Jan  Fydrycki:
(niewyraźne) …znam dużo tam chłopów, Kowalski był ten stary człowiek i bardzo porządny.

Adam Ostrach:
- Nie był zaczepliwy czy coś, był dobry człowiek.

Halina Ciszek:
- Tu sąsiadowaliśmy z księdzem Barskim. Tu z Żydami, z Samkowiczami - sąsiedzi. Tu z Sajnogami.

Barbara Cychulska:
- Obok sąsiady Żydy były. Berek się nazywał taki, Mosiek, piekarnia była, taki Korman się nazywał, Żyd.

- Żydy miały z materiałem i z butami, ze wszystkim, bo one musiały zahandlować, wszystkim. Niciami, igłami.

Marian Kosior:
- Mordka był krawiec, Josek handlował, sklep miał taki spożywczy.

Barbara Cychulska:
- Tutaj byli dobry człowiek i byli Żydy niedobre, mogli z pana ostatnią koszulę zedrzyć. Bo on, Żyd, taki był. A były takie Żydy, co one na kartkę panu dały zborgowały. No, później trzeba było oddać to, co (słowo niewyraźne), bo przecież nikt nikomu darmo nie daje, tak i teraz.

Halina Ciszek:
- W rynku u nas była szkoła i uczęszczaliśmy do tej szkoły razem z Żydami. Z koleżankami.

Jan  Fydrycki:
- Do szkoły chodziłem z Żydami: Abram Sankiewicz, Mendel Leufel, Siaja jakiś, no i jeszcze był jeden… Przypomnę sobie, jeszcze jeden…

- Halcia Cukier była bardzo ładna dziewczyna, bardzo ładna. Taaa, włosy miała piękne.

Adam Ostrach:
- Urodziłem się w Ciepielowie, mieszkałem w Ciepielowie, a naprzeciwko mnie Szlamka, który dużo mi pomagał na skrzypcach grać. Między innymi nauczył, ja nie wiem, czy to hymn, czy nie hymn, no ale w każdym bądź razie jego matka powiedziała, że to hymn.

- Duże miał kłopoty z matką o to, że goja nauczył grać hymnu.

- (nuci Hatikwę) tra-la la-la tra-la-la la-la-la.

Barbara Cychulska:
- Bawiłyśmy się razem, za rękę się trzymałyśmy i w ogóle tam. Chodziłyśmy wszędzie, ale były takie dzieci, co nie chciały z nimi chodzić. Mnie było wszystko jedno, czy to był Żyd. I może miałam inny charakter, ale były moje koleżanki, co nawet ręki nie podały Żydowi.

Jerzy Jagliński:
- Młodzież żydowska z młodzieżą polską, takie prowadziły małe wojny. Na przykład Żydzi potrafili się, młodzi Żydzi brać pod ręce, iść ulicą od razu po pięć, po sześć osób i musieliśmy schodzić z chodnika. Bo nas nie przepuszczali, tylko musieliśmy zejść na jezdnię. Naturalnie, to było tak specjalnie zrobione, żeby… żeby się pokazać, że oni też są silni, że oni też tutaj się liczą, no.

Barbara Cychulska:
- Wiem, że dokuczały tem Żydom, jak robiły te, te siabasy takie. To przecież Polacy chodziły i rozbierały jem to, potłukły, tę macę zabrały, zjadły. Dla nas to była uciecha. Tera tom płakała, kiedyś to się cieszyłam razem z tymi głupimi dziećmi.

Adam Ostrach:
- Szlamka przyszedł do mnie i oszukał mnie coś, nie pamiętam dzisiaj, już po tylu latach, co on mnie oszukał i ośmiał się. Co się śmiejesz? Adasiek, ja idę tera na śniadanie, bo cię oszukałem.

Jerzy Stępień:
- W piątek po południu rozpoczynał się szabas. Taki był funkcyjny Żyd, który nazywał się szkólnik. I on w piątek, jak się zaczynał ten szabas, to szedł wzdłuż wszystkich domów i stukał taką laską w okna, że już się rozpoczyna szabas.

Adam Ostrach:
- Ten Szlamka to był taki Żyd, że jak chodziliśmy do kościoła grać na tych skrzypcach, to i on chodził, i grał kościelne pieśni, i klękał, na podniesienie to klękał.

- To był taki Żyd, swój Żyd.

Jan Fydrycki:
- Żyd musiał na miejscu być. Pierwszy rok, jak trzydziestym dziewiątym roku wojna pierwszego wypadła, to jeszcze handlowały z rok czasu, to jeszcze tak miały swobodę trochę, a potem to już…

Władysław Owczarek:
- Tutaj to, gdzie my to jesteśmy, tu przyjechali z Radomia, SS, i w murowanym dworku, w majątku Ciepielów, ustanowiono sobie warownię, siedzibę.

Marianna Kowalska:
- Męczyli, psami szczuli, a jak im, a jak nie, to później zabijali. Nieraz to słychać było krzyk, a raz jeden to biedny uciekał, i tam taki był, jak rów, jak coś i wpadł do tej wody, to te Niemce jak przyszły, to go tak biły karabinami, i on tak jęczał. I zabili.

Barbara Cychulska:
- Ja stoję w oknie, patrzę, Niemcy idą, i taka tu grupka ludzi. Wołam ojca, żeby zobaczył, a ojciec mówi, oj prowadzą ich cheba gdzieś. A ony nad rzekę ich zaprowadziły. Musiały se dół wykopać, no i nie wiem, serię puściły, i ten, Żydy poupadały. Nie wiem, czy one tam zabite były, czy nie, bo tam mówili, że ta ziemia aż się do góry unosiła. To ich było, czy czworo, czy pięcioro? Bo to była taka jedna dziewczyna, taka dorosła, w ciąży była. Nigdy nie zapomnę tego Żyda, jak ją wykopali, Bożesz nie widziałam, żeby tak człowiek całował nieboszczyka, jak ten Żyd całował tę Żydówkę. My, takie dzieci, stałyśmy koło tego grobu, a on tak płakał i tak ją całował.

- Wtenczas ich zbiórkę zrobiły na rynku, tych Żydów wszystkich. No, z mieszkań musiały powychodzić, wszystkich do transportu ich szykowały.

- Jak przyszła ta Ryfka, sobie stanęła przy drzwiach, w takim kąciku, te rączki złożyła i mówi: Basia, nas mają wywozić, bo moja mamusia powiedziała i ja się z tobą już więcej nie spotkam.

- A te Żydóweczki takie  przy tych matkach, takie przytulone, to był taki widok, te dzieci na rękach. Takie… no ja nie wiem, jak to wytłumaczyć. To był straszny widok. Zapłakane, te łzy takie, zmazane. Pędzone. I one takie były, takie bezbronne, bez niczego tak. Czy młody Żyd, czy stary, to wie pan, on był bezbronny, bo on w ogóle nie miał żadnego wytłumaczenia, stał i już, i czekał.

Marian Kosior:
- Tutaj u nas na wsi, zresztą kobity to już o niektórych mówiły, że „Skoczylas to Żydów przetrzymuje”, „Skoczylas to Żydów przetrzymuje”, no i to już tak było trochę nagłośnione, bo trochę że, już szumiało.

Marianna Kowalska:
- Wyszłam na dworek, patrzę a tu idą Niemce i potem zakręcają do nas. Bo my pierwsze mieszkanie, zakręcają, Boże, przestraszyliśmy się.

- Ta Zosia przyszła do mnie, to przecież mogła była u mnie ostać, a jak nie to było ich do Kałkowa wysłać, tam do mojej rodziny, nie? A tak, idzie do swoich rodziców.

Marianna Grzeszczyk:
- Dwóch zostało na warcie, a te resztę poszły dalej do Rykówki, tam do Kosiora na górce, a ci tu pilnowali.

Zofia Pliwka z d. Kordula:
- Tu siedziałam, no, na stole, no i patrzałam, ano patrzałam, czy ona nie idzie.

- Ten obrazek jest od komunii świętej pierwszej, Henryki siostry, co ona była starsza ode mnie sześć lat, to tyle mnie pozostało pamiątki. A więcej nie mam jakiej, pamiątki.

Marianna Grzeszczyk:
- Widzieliśmy jak tych Kowalskich przez drogę przeprowadzali do tego mieszkania Łobucha…

- Na drugi dzień rano poszłyśmy zobaczyć, co tam jest. Było pełno kości, wszystkie w kupie, się skupili, no i tylko jedno takie dziecko jakieś, małe było, niespalone całkiem, jeszcze troszki ciała było, a poza tym były same kości.

Ciepielów, synagoga, 07.03.2008

Ciepielów, synagoga, 12.08.2007

Ciepielów, synagoga, 09.03.2007

niedziela, 5 grudnia 2010

Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii


Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii, Wiatraki, dystr. Ialutorovsk, prow. Tobolska, 1912

Oglądam sobie w necie kapitalne kolorowe fotografie Sergeia Mikhailovicha Prokudin-Gorskiego sprzed stu mniej więcej lat. I... dreszcz nagły przeciął mi serce, jakbym w sen głęboki i traumatyczny wielce zapadł, a na usta rzuciło się pytanie, czy aby rosyjski fotograf (a także wynalazca) miał swój styl? Dalczego na tych zdjęciach (zrobionych sto lat temu) nie mamy do czynienia z zaklinaniem rzeczywistości albo chwytaniem magicznych momentów ???

Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii, Kolej Transsyberyjska, most na Kamie w pobliżu Permu, około 1910

Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii, baszkirski zwrotniczy, 1910

Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii, grupa kobiet, Dagestan, pomiędzy 1905 a 1915

Sergei Mikhailovich Prokudin-Gorskii, mężczyzna i kobieta, Dagestan, pomiędzy 1905 a 1915

piątek, 3 grudnia 2010

NOWY PROJEKT


Elżbieta Janicka/Wojciech Wilczyk -- Warszawa, ul. Próżna, 24.08.2010

Dzisiaj mały jubileusz. Już rok w sieci. Pierwszy post pojawił się o godz. 19:37. Od tego momentu licznik odnotował 17.387 wejść.
Więc może to stosowna okazja, żeby zaanonsować przedsięwzięcie, które wspólnie z Elżbietą Janicką (o jej kapitalnej serii „Miejsca nieparzyste” pisałem w lutym), zaczęliśmy realizować w połowie tego roku.
Nazwy na razie nie ujawniam(y), ale już wkrótce pojawi się specjalny blog poświęcony temu projektowi, więc będzie też więcej informacji o tym, co robimy i o co nam w tym wszystkim chodzi.
Powyższe/poniższe dwa zdjęcia wykonane pod koniec sierpnia, to jeden ze wstępnych szkiców do tematu, którym się zajęliśmy.

Elżbieta Janicka/Wojciech Wilczyk -- Warszawa, ul. Śliska, 24.08.2010

czwartek, 2 grudnia 2010

Migawki

Wczoraj, czyli 1-go grudnia 2010, spotkanie w Klubokawiarni Chłodna25 w Warszawie w ramach „Migawek”. Ciekawe i „interaktywne”, ponieważ w trakcie występu publiczność zadawała pytania, w dodatku sensowne. Pomimo mrozu ludzi było spoooro. W tym miejscu POZDROWIENIA dla Krzysztofa Pacholaka.
Przedwczoraj, czyli 29-go listopada 2010, spotkanie promocyjne w Archeologii Fotografii, poprowadzone przez Karolinę Lewandowską i Adama Mazura. Tutaj  pytania nieco… zaskakujące. Frekwencja też OK., a biorąc pod uwagę poniedziałkowy paraliż komunikacyjny stolicy, bardzo OK.
Czyli dwa wyjazdy do Warszawy (jeden z Poznania) w przeciągu kilku dni. Polskimi Kolejami Państwowymi. Po odbyciu tych męczących podróży na dystansie zaledwie 300 km, przychodzą mi do głowy inne rozwinięcia skrótu PKP ;)

wtorek, 30 listopada 2010

A majse

Teraz z zupełnie innej bajki. Także całkiem dosłownie. Bo „A majse” to właśnie bajka i tytuł książeczki dla dzieci, wydanej przez Żydowskie Stowarzyszenie Czulent.
Do której… zrobiłem przekłady wierszy dla dzieci pisanych w jidysz. Oczywiście na podstawie tzw. „rybki”, czyli tłumaczenia filologicznego, autorstwa Emanuela Elbingera.
Wiersze: Lejba Kwitko, Kadii Mołodowskiej, Idy Maze, Icchoka Lejbusza Pereca i anonimowego autora ludowego.
Książka jest sporych rozmiarów (30x31cm) i ma bardzo ładną oprawę graficzna, autorstwa Urszuli Palusińskiej. Poniżej wiersz Idy Maze pt. „Grager” (grager to kołatka) odnoszący się do święta Purym.




sobota, 27 listopada 2010

w TEJ! oplsce


Zasadniczo nie zamieszczam komentarzy anonimów, ale ten ostatni wzruszył mnie do łez. Brzmi następująco:

fotografia w TEJ! oplsce zaczęła się od Wilczyka

I jak się tu nie wzruszyć? Rozumiem, że to nie dysleksja czy dysgrafia, lecz silny stan emocjonalnego pobudzenia uczynił z Polski oplskę i pokiereszował ortografię oraz interpunkcję ;)
Na osłodę autorowi tego komentarza dedykuję zdjęcie, którego autorem jest J Bennett Fitts, zaś jego tytuł to Car as Sculpture.

J Bennett Fitts, cyklu Images from the Center of the Contiguous United States

Zastanówmy się, czy rzeczone zdjęcie powstało przed moim Życiem po życiu (2004-2007), czy też już po? Kwestia pierszeństwa to jeden z dyżurnych argumentów w dyskusji nad nowym dokumentem” w Polsce (od razu uprzedzam, że dla mnie nie).

Życie po życiu/Life after life, 2005

czwartek, 25 listopada 2010

Les rites de passages. Fúnebre.


Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2006

Napisałem właśnie tekst dla najnowszej edycji Kwartalnika Fotografia, w której będzie miała miejsce prezentacja zdjęć Przemysława Pokryckiego z jego projektu „Rytuały przejścia” (zdjęć obrzędów pogrzebowych, bo numer śmierci ma dotyczyć). Pierwsza pokaz fotografii z tego cyklu miał miejsce w 2006 w CSW Zamek Ujazdowski na wystawie „Nowi dokumentaliści”, z tym, że funeralia akurat reprezentowała właśnie powyższa fotografia (z tego co pamiętam, specjalnie na tę wystawę zamówiona przez jej kuratora - Adama Mazura). W międzyczasie realizowany przez Pokryckiego cykl mocno się rozrósł, zaś „sekcja pogrzebów” zyskała kapitalne uzupełnienie po katastrofie pod Smoleńskiem, kiedy fotograf miał okazję wykonać zdjęcia ceremonii celebrowanych w szeroko rozumianej sferze publicznej.

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2008

Myślę, że projekt ten można rozpatrywać, jako działanie nie tylko na poziomie wizualnym (bardzo atrakcyjnym dla oka), ale też rodzaj eksploracji o antropologicznym charakterze, do czego zresztą zdecydowanie uprawnia nazwa serii Les rites de passages, pożyczona od tytułu głośnej rozprawy naukowej francuskiego antropologa Arnolda van Gennepa. Tytułowe „rytuały przejścia” dotyczą oczywiście także (a nawet bardzo) sfery polityki. Żołnierze polegli w trakcie neokolonialnej misji wojskowej w Afganistanie, ofiary katastrofy Tu 154M, chowane są według ceremoniału państwowego, na który istotny wpływ ma silna pozycja Kościoła Katolickiego, w naszym podobno neutralnym światopoglądowo państwie.

„Rytuały przejścia” Pokryckiego to jeden z najciekawszych projektów, które po 2000 powstały w polskiej fotografii w ramach nurtu, całkiem trafnie nazywanego „nowym dokumentem”.

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

Przemysław Pokrycki, „Rytuały przejścia”, 2010

poniedziałek, 22 listopada 2010

Katowice-Szopienice, Huta Uthemann, 16.03.2005


Katowice-Szopienice, hala huty cynku Uthemann, 16.03.2005

Ten post specjalnie dla >>> gorniczy.blogspot.com. Hala Huty Uthemann w końcówce zimy 2005. Na zewnątrz roztopy, natomiast w środku zadziwiająca cisza i pustka (sprawdziłem w komputerowym kalendarzu, była to środa). Chociaż efekty działań złomiarzy widać gołym okiem. Kilka miesięcy później z hali i zpiecy muflowych do wytopu cynku zostało rumowisko. W swojej książce Czarno-Biały Śląsk, przypisałem temu miejscu błędną nazwę, istniejącej w sąsiedztwie Huty Wilhemina (zlikwidowanej w 1928). Ale podczas oglądania stron internetowych poświęconych Górnemu Śląskowi, przekonałem się, że nie tylko ja popełniłem ten błąd.

Katowice-Szopienice, hala huty cynku Uthemann, 16.03.2005

piątek, 19 listopada 2010

Kaza ve Kader

  
Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Czyli „Przypadek i przeznaczenie”, cykl Ali Taptika, który przyszedł mi do głowy w kontekście Stambułu i niedawnej wystawy w CSW Zamek Ujazdowski (w której zresztą turecki fotograf uczestniczył). Razem braliśmy w 2008 w przedsięwzięciu o nazwie „Cities on the Edge” w Liverpoolu, ale do bezpośredniego spotkania wtedy nie doszło (szkoda). „Kaza ve Kader”, to seria z lat 2004-2008. Podoba mi się układ tej wizualnej narracji, złożonej z 41 kadrów, choć trochę przeszkadza widoczna na zdjęciach winieta. Robi na mnie wrażenie jej egzystencjalny wydźwięk, irytuje natomiast ściemnienie na rogach klatki (optymista zwróciłby uwagę na  jaśniejszą część centralną kadru ;), co przypomina efekt uzyskiwany przy pomocy plastiku wytłoczonego w kształt aparatu, nazywanego powszechnie Holgą (całe bataliony polskich fotografów sięgają po tę kamerę, chcąc ukazać fotografowane motywy np. „od mniej banalnej, bardziej poetyckiej i melancholijnej strony”…). Ali Taptik nie używa jednak tego badziewia, a swe zdjęcia wykonuje m.in. Fujicą 645, wielkim formatem, natomiast winietka dodana jest w postprocesingu. O ile zabieg te mnie nie przekonuje, to same zdjęcia, kadry, dobór motywów, wreszcie złożenie w sekwencje, przeciwnie i jak najbardziej.

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

Ali Taptik, z cyklu Kaza ve Kader 2004-2008

wtorek, 16 listopada 2010

Nowa Warszawa


Jędrzej Sokołowski, z cyklu „Nowa Warszawa”, 2010

Myślałem już, że w polskiej fotografii nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć, a tymczasem na portalu Fotopolis, zobaczyłem wczoraj informację o finisażu wystawy Jędrzeja Sokołowskiego zatytułowanej „Nowa Warszawa”. Jest to (czy raczej była) prezentacja projektu, którego tematem są warszawskie suburbia. Zdjęcie podwieszone do artykułu wydało mi się być ciekawe, więc poszperałem trochę w sieci i znalazłem jeszcze kilka panoramek, autorstwa Sokołowskiego (jak się słusznie domyśliłem, syna Juliusza). Z informacji podanych na Fotopolis wynika, że po tym finisażu, zdjęcia będzie jeszcze można zobaczyć w redakcji Res Publiki Nowej, ale tylko do 23 listopada. Szkoda, bo wybieram się do Warszawy dopiero 29 na promocję „Kalwarii” w galerii „Asymetria”, więc nie będę miał okazji zobaczyć ich w realu. 
I przy tej okazji, przypomniałem sobie, jak fotografowie starsi ode mnie mniej więcej o dekadę, kwestionują istnienie w Polsce „nowego dokumentu”, przypisując jednocześnie palmo pierwszeństwa w tym względzie autorom wywodzącym się nurtu z fotografii elementarnej (sic!). Otóż bardzo się w tym punkcie mylą. Ich twórczość dla polskiego „nowego dokumentu”, nie jest żadnym punktem odniesienia (no chyba, że w negatywnym znaczeniu). Owszem, w okolicach millenium, pojawiło się kilka obszerniejszych projektów fotograficznych „starych dokumentalistów” (jak ich roboczo nazwałem, w eseju przygotowanym na ubiegłoroczną sesję IHS w Warszawie), był to jednak prawdziwie łabędzi śpiew tego nurtu.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Nie jesteśmy, kurwa, u siebie…


No tak, niedawne podróżowanie w nie ogrzewanych wagonach PKP Intercity (ale niejako w zamian pierwszą klasą, przemianowaną na dwójkę…) dało w końcu znać o sobie i rozłożyły mnie zatoki. Więc siedzę w domu, łykam różne świństwa i przeglądam internet. I na portalu Krytyki Politycznej, znalazłem świetny felieton Kai Malanowskiej pt. „Nie jesteście, kurwa, u siebie”. Opisana tam sytuacja czeczeńskiej imigrantki (opiekującej się dwojgiem dzieci swojej córki), którą warszawska spółdzielnia mieszkaniowa chce usunąć wynajmowanego legalnie mieszkania, jakoś mnie nie zdziwiła. Szczególnie w kontekście przeżywanego od komunikacyjnej katastrofy pod Smoleńskiem, prawdziwego „narodowego przebudzenia” (mój znajomy z Berlina, od razu wyłapał wśród „obrońców krzyża” pod pałacem prezydenckim transparenty z hasłem Polsko obudź się!, brzmiące dziwnie znajomo – członkowie Sturmabteilungen dźwigali podczas swoich pochodów proporce z napisem Deutschland Erwache!). No i te marsze z pochodniami zwolenników kato-prawicy, marsze pod pomnik Romana Dmowskiego sympatyków dwóch neonazistowskich ugrupowań, które co ciekawe, działają całkowicie legalnie…