środa, 20 lipca 2011

Grundtvigs Kirke, Ordrupgaard, DAC, etc.


Grundtvigs Kirke, 20.07.2011 (Nokia 2700)

Kościół w peryferyjnej kopenhaskiej dzielnicy Bispebjerg, zaprojektowany przez Pedera Jensen-Klinta (wraz z całym kompleksem otaczających go budynków), a wybudowany w latach 1921-1940. Widoczna na zdjęciu fasada oraz wnętrze (też konsekwentnie wykonane z kremowej klinkierowej cegły) robią spore wrażenie. To pierwszy punkt naszej dzisiejszej rowerowej trasy.
Potem pojechaliśmy jeszcze dalej od centrum (punkt drugi), do muzeum  Ordrupgaard, którego nową część stanowi "dekonstruktywistyczny" budynek, zaprojektowany przez Zahę Hadid. Betonowy obiekt dobudowany do willi z początku XX wieku, nie jest specjalnie duży, ale świetnie się starzeje i komponuje z przylegającym parkiem. A w środku oprócz francuskiego badziewia z czasów impresjonizmu i równolegle powstających prac skandynawiskich autorów (w podobnej manierze i o zbliżonej jakości), miałem wreszcie okazję zobaczyć tutejszą kolekcję prac Vilhelma Hammershøia. Obrazy, które znałem do tej pory z reprodukcji lub rzeczy wcześniej przez mnie nigdy nie oglądane. Do pomieszczenia gdzie je powieszono (w starej części muzeum), wracałem kilka razy. Hammershøi, który po światowym tourne w latach 90. XX wieku, stał się bardziej znany, chyba ciągle nie jest jednak traktowany z należną mu uwagą. Eksponowanie olejnych prac lub chronionych szybą vis a vis okna, nie jest szczególnie dobrym rozwiązanie - by tak to eufemistycznie określić. Może zresztą przesadzam trochę z tym brakiem uwagi, bo w muzelanej księgarni kupiłem pierwszorzędnie wydany i świetnie opracowany, katalog tutejszej wystawy Hammershøia sprzed kilku lat, gdzie starano się pokazać, w jaki sposób jego obrazy były inspiracją dla kadrów w filmach Carla Theodora Dreyera (reżysera niekoniecznie w Polsce znanego).

Korytarz w Odrupgaard, 20.07.2011 (Nokia 2700)

Do punktu trzeciego, czyli Dansk Architektur Center na Christianshavn, jechaliśmy przez jakiś czas biegnącą nad morzem Kystvejen, która w okolicach Charlottenlund Fort, zmieniła nazwę na Strandvejen, a potem Østerbrogade i dalej przez całe miasto. Zanim jednak odwiedziliśmy wystawę w DAC-u pt. "What makes a livable city_" , pojechaliśmy na obiad do włoskiej restauracji Rimini przy Amagerbrogade, gdzie w toalecie, natrafiłem na dobrze odżywionego przedstawiciela gatunku Blatta orientalis, którego niestety - nie wiedzieć czemu - nie sfotografowałem (!!!).
Ekspozycja w Dansk Architektur Center pokazuje nie tylko kapitalne projekty (w pewnej części już zrealizowane) nowych budynków w Kopenhadze, ale także całą strategię oraz - nie bójmy się użyć tego słowa - filozofię rozwoju tego miasta. Co w konfrontacji z rodzimymi aglomeracjami, które od czasu unijnej akcesji  notorycznie nie uchwalają planów zagospodarowania i rozwijają się - by tak powiedzieć - "żywiołowo" (olewając przy tym nagminnie rolę komunikacji zbiorowej oraz przestrzeni publicznej),  spowodować może u osoby znającej wspomniane realia... wyraźny spadek nastroju. Czego doświadczyłem.
Po powrocie do domu zgooglowałem naszą trasę i wyszło mi, że przejechaliśmy ponad 35 kilometrów, a biorąc pod uwagę, że trochę błądziliśmy, będzie jakieś 40... I wszystko to po świetnych ścieżkach rowerowych, które są szerokie, równe, wyższe od jezdni o krawężnik, do tego bezpiecznie prowadzone przez skrzyżowania (i żadnemu tutejszemu palantowi nie przychodzi do głowy, żeby zaparkować na nich swojego SUV-a). 

niedziela, 17 lipca 2011

Kastrup (Kopenhaga), 16.07.2011


Po prawej stronie cienia, niewidoczny wylot autostrady na most nad Sundem, łaczący Kopenhagę z Malmo (Nokia 2700) 


     To prawda, że w fotografii istnieje pewien sekret, który należy chronić. Mówię o tym jako dziki, okazjonalny użytkownik i praktyk. Czego żałuję, to estetyzacji fotografii, tego, że ten rodzaj obrazów stał się jedną ze sztuk pięknych i spadł w czeluść kultury. Obraz fotograficzny wyprzedza estetykę albo postępuje po  niej, rodzi się z istoty własnej techniki i właśnie dlatego stanowi wielką rewolucję w naszym sposobie przedstawiania. Wybuch fotografii stawia pod znakiem zapytania samą sztukę z jej estetycznym monopolem w dziedzinie obrazu. Tymczasem to raczej sztuka pożarła fotografię niż odwrotnie. (Zapłaciła za to, ponieważ krok po kroku pozbyła się własnej substancji). Fotografia pochodzi skądinąd i powinna tam pozostać. Należy do innej tradycji, tradycji bezczasowej i, ściśle rzecz biorąc, nie estetycznej, do tradycji wzrokowego złudzenia (trompe-l’ oeil’), która biegnie przez cała historię sztuki, ale pozostaje obojętna na jej perypetie. Złudzenie to dotyczy oczywistości świata i podobieństwa tak drobiazgowego, ze może być tylko w oczywisty sposób realistyczne (w istocie jest magiczne). Fotografia zachowuje magiczny status obrazu, podczas gdy sztuka skręca w stronę estetyki po krzywej, która prowadzi od świętości do piękna, a później do estetyki uogólnionej. Tymczasem antropologiczna siła obrazu stanowi przeciwieństwo dobrze utemperowanej reprezentacji i w ogóle wszelkiej wizji realistycznej – ocala coś z pierwotnej iluzji świata.
     Stąd forma dzika, niedająca się sprowadzić do estetyzacji rzeczy, związana z ich zewnętrznym wyglądem, z ich oczywistością, ale oczywistością złudną. Całkowicie przeciwna podwójnemu przeznaczeniu,  jakie jej narzucono: realizmowi i estetyzmowi. Obraz fotograficzny jest dla mnie dzisiaj ponadto mniej ważny, gdy rozpatrywać go w kategoriach jakości czy treści, liczy się natomiast jako czysta fascynacja.  Jest bliższy początku i udręk reprezentacji. Dzięki nierealistycznej grze z techniką, absolutnemu odcięciu, milczeniu, fenomenologicznej redukcji ruchu i koloru, jest to obraz najczystszy i najbardziej sztuczny. Nie jest piękny, jest gorszy. I właśnie jako taki nabiera siły przedmiotu w świecie, który prowadzi do osłabienia zasady estetycznej. W ten sposób wciągnąłem, się do gry w tę fetyszystyczną immanencję przedmiotu, w zbieżność między obiektywną techniką i samą potęgą przedmiotu. Działanie fotograficzne jest rodzajem écriture automatique, rodzajem odbicia rzeczywistości świata, jednym z wielu.

Jean Baudrillard w rozmowie z Phillipem Petit, zamieszczonej w książce Rozmowy przed końcem, Wydawnictwo Sic! s.c. Warszawa 2001, str. 117-119.

sobota, 16 lipca 2011

Vestamager


Obrzeża Vestamager, 15.07.2011 (Nokia 2700)

Mnóstwo kapitalnej architektury. Przeciętna mieszkaniówka na takim poziomie, że nie wiem, czy i kiedy u nas coś takiego będzie budowane (czy w ogóle)? I wszystkie te budynki bez żadnych murów, ogrodzeń (zasieków i pól minowych), krat, bram z cieciami... Wszędzie można wejść lub podjechać na rowerze. Do tego autentyczna przestrzeń publiczna. Rzczywiście wspólna i w przemyślany sposób zorganizowana. Dużo też puszczonej na dziko roślinności. Czego może na załączonym obrazku nie widać, bo rzeczone domy są dopiero w trakcie budowy (pryzymy ziemi, z których się wyłaniają będą pokryte darniami trawy).
Bardzo mi podeszły te obiekty.

czwartek, 14 lipca 2011

Højdevej, 14.07.2011


(Nokia 2700)

Ta ulica oglądana w zbieżnej perspektywie z białą fasadą Filips Kirke na samym jej końcu (świątynia stoi przy prostopadłej Katrupvej), nie daje mi spokoju, za każdym razem gdy mijam to miejsce. Niestety matryca mojej Nokii nie za bardzo radzi sobie z jasną elewacją kościoła i odpowiednim balansem kolorów.

środa, 13 lipca 2011

Amager


Kopenhaga, Amager, 13.07.2011 (Nokia 2700)

Wczoraj wcześnie rano wylądowaliśmy szczęśliwie w Ystad, a stamtąd to już niespełna 100 kilometrów do Storkøbenhavn (dokładnie 88,4 kilomtera do Elbagade wg. maps.google.com) przez potężny most nad Sundem. Zatrzymaliśmy się dzielnicy Amager w mieszkaniu udostępniomym nam przez bliskiego znajomego (DZIĘKI raz jeszcze Gregor !!!). No i tak. Wczoraj świeciło ostre słońce (od razu po przyjeździe wybraliśmy się na długi spacer na pobliską miejską plażę), a dzisiaj przeważnie i niestety leje. Niemniej jednak... mimo dzisiejszego zachmurzenia cała okolica wygląda niezwykle atrakcyjnie (światło jest wprawdzie rozproszone, ale w kapitalny sposób wydobywa ostrość wszelkich detali). Jakieś 12 lat temu namiętnie fotografowałem te okolice w kwadracie i monochromie. W sumie szkoda, bo skala szarości mocno jednak zubaża tutejsze miejskie motywy. No chyba, żebym chciał nazwać tamten zestaw Grå Amager.

niedziela, 10 lipca 2011

GNIOTPOL


GNIOTPOL, A4, 08.07.2011 (Nokia 2700)

Moje ulubione miejsca na autostradzie A4, także dlatego, że wypada ono mniej więcej w połowie monotonnej trasy między Krakowem a Bagieńcem pod  Świdnicą, gdzie często jeździmy. I jednocześnie nazwa wielce mateaforyczna, jak najbardziej dotycząca "tej ziemi" ;)
Wczoraj wybraliśmy się z dzieckiem do multipleksu we Wrocławiu na "Auta 2". Niestety druga cześć produkcji Pixara to gniot w 100% amerykański i po hollywoodzku przewidywalny. Tak to jest, jak o produkcji  filmu zaczynają decydować księgowi. BŁEEE...
Wyjeżdżając z Wrocławia natknąłem się na te 3 fajne demobile, ustawione jeden za drugim, jak na jakiejś paradzie lub pokazie.

Wrocław, 09.07.2011 (Nokia 2700)

poniedziałek, 4 lipca 2011

Katowice-Załęże, ul. Ślusarska, 23.02.2011



[Zdjęcie zrobione Noblexem 135U, pożyczonym od Waldka Śliwczyńskiego. Bardzo podeszła mi praca tym aparatem. Oczywiście swing lens camera nie nadaje się do działania w każdych warunkach. Ale tu akurat naturalna dla tego typu urządzeń dystorsja, widoczna na elewacji budynku w głębi ulicy - co spowodowane jest przez obrót obiektywu, niespecjalnie przeszkadza]

piątek, 1 lipca 2011

Brzeziny Śląskie, 1 grudnia 2002



A w tle, pracująca wówczas jeszcze pełną parą KWK Andaluzja. Fotografia został zrobiona świeżo wtedy nabytym teleobiektywem 250mm z samego czubka czerwono brunatnej hałdy, usypanej z jakichś pohutniczych chyba odpadów (prawdę mówiąc, nie zrobiłem zbyt wielu zdjęć tym, cholernie drogim wtedy dla mnie szkłem...). Nie wiem, czy wzniesienie to jeszcze istnieje, natomiast sama kopalnia jest obecnie w stanie zaawansowanej likwidacji.
Maciek Mutwil zamieścił ostatnio na swoim blogu zdjęcia z wysadzania budynków płuczek węglowych. Szkoda... Kilka razy przymierzałem się, żeby zrobić zdjęcie tego obiektu z wiaduktu nad torami prowadzącymi do podajników węgla (nie wiem jak się coś takiego fachowo nazywa?) i zawsze coś mi nie pasowało, aura, pora roku, rodzaj światła... Tymczasem jest już najwyraźniej po ptokach. Szkoda mi tej pięknej kopalni o absurdalnej nieco w kontekście Oberschlesien nazwie, która rozpoczęła wydobycie 18 sierpnia 1910 roku.

środa, 29 czerwca 2011

Komorów, 25.06.2011



Jechałem na rowerze w kierunku Wałbrzycha i przed Świebodzicami, po lewej stronie drogi zobaczyłem przysadzisty budynek o kształcie wieży. Zboczyłem więc w najbliższą przecznicę, żeby go obejrzeć z bliska. Boczna droga do wsi o nazwie Komorów, po której teraz jechałem, zrobiona była z betonowych płyt, przypominających nawierzchnię starej A czwórki, budowanej jeszcze za Hitlera. Betonowa droga do wsi? Niesamowite, pomyślałem. Jednakże trakt ten nie prowadził bynajmniej w kierunku gospodarskich zabudowań. Tylko do zespołu olbrzymich budynków majątku rolnego.  Zobaczyłem dziurę w murze i przeprowadziłem przez nią rower. Po chwili znalazłem się na kompletnie opustoszałym gumnie o rozmiarach boiska do footballu, które z trzech stron otaczały potężne stajnie, stodoły, magazyny, a od zachodu, budynek zrujnowanego pałacu, za którym rozpościerał się zdziczały i zarośnięty kompletnie ogród. Zapewne w latach 1945-1989 funkcjonowała tu instytucja gospodarcza o nazwie PGR, o czym zresztą świadczył tragiczny stan tego obiektu. Było sobotnie popołudnie, na pałacowym ganku najwyraźniej dochodziło do konsumpcji napojów wysokoprocentowych, jednakże moje przemieszczanie się po terenie tego obiektu i proceder robienia zdjęć (wprawdzie komórką), nie zwracał niczyjej uwagi.


Przy okazji tej eskapady (potem dotarłem do wspomnianej wcześniej wieży, przebudowanej całkiem udanie na dom mieszkalny) i później w trakcie zrzucania zdjęć na netbooka i ich oglądania, przypomniał mi się fenomenalny projekt Wojciecha Prażmowskiego pt. „Biało-czerwono-czarna”. Podczas realizacji tego cyklu, Prażmowski podróżował na motorowerze (ew. dowoził samochodem ten środek lokomocji w interesujący go teren, a potem się na niego przesiadał). Decyzja o wyborze takiego właśnie sposobu przemieszczania się była jak najbardziej trafna i wydatnie wpłynęła na kształt samej serii oraz wykonywanych zdjęć. Z tego co pamiętam, tereny Dolnego Śląska nie zostały przez autora „Biało-czerwono-czarnej” specjalnie spenetrowane. Specjalnie spenetrowany, zanalizowany czy skomentowany, nie został także sam projekt Prażmowskiego, a była to pierwsza od dłuższego czasu, tak duża fotograficzna akcja o dokumentalnym charakterze, mająca za swój temat wygląd (współczesnej wówczas) Polski. Pamiętam, że czekałem wtedy na jakiś tekst krytyczno-analityczny, który by się ukazał na łamach Gazety Wyborczej lub dającej się wówczas jeszcze czytać – Rzeczpospolitej i… jak się słusznie domyśla czytelnik tego posta, NIE DOCZEKAŁEM SIĘ. Nic, zero, null. Podsumowująca projekt wystawa miała miejsce w Muzeum Miejskim w Częstochowie, przy tej okazji nakładem wspomnianej instytucji ukazała się beznadziejnie wydana książką (fotografie wydrukowano z jednego przejazdu), a w przedmowie autorstwa Elżbiety Łubowicz, jeż pierwszym zdaniu tego tekstu znalazło stwierdzenie, że między dawniejszymi fotografiami Wojciecha Prażmowskiego, zawartymi w wystawie „100 fotografii”, a nowymi, składającymi się na cykl „Biało-czerwono-czarna” jest taka różnica, jak między poezją a prozą (sic!).

wtorek, 28 czerwca 2011

Tutaj! samochód na kredyt (Wałbrzych, 27.06.2011)


[Przy okazji grzebania w menu telefonu, zorientowałem się, że do tej pory fotografowałem w opcji "portretowej"... No więc, natychmiast przełączyłem Nokię na "zdjęcia krajobrazowe". Taaa... Funkcja ta polega na obrocie obrazu o 90 stopni w prawo...
Bardzo spodobało mi sie to szybkie pstrykanie. Przeglądnąłem więc od razu ofertę tzw. "bezlusterkowców" i natknąłem się na bardzo interesujące urządzenie o nazwie Sony NEC C3 z matrycą 16,2 Mpix. Szkoda tylko, że jedyny obiektyw typu pancake do niego ma ogniskową 16mm.]

piątek, 24 czerwca 2011

BOŻE CIAŁO (23.06.2011)


[Bolesławice]
  
[Bolesławice]

[trasa kolejowa Świdnica-Jaworzyna Śląska]

[Jaworzyna Śląska]

[Jaworzyna Śląska]

[Jaworzyna Śląska]

[DK 382]


[DK 382]

[Strzegom]

[Strzegom]

[Strzegom]

[DK 374]

[DK 374]

[Rogoźnica]

[Rogoźnica]

[Rogoźnica]

[Rogoźnica]

[Rogoźnica]

[Rogoźnica-Gros Rosen]

[Rogoźnica]

 [DK 374]

 [DK 374]

 [DK 374]

[Strzegom-DK 5]

środa, 22 czerwca 2011

2.0 mega pixel


Świdnica, 22.06.2011

Ostatnio wyprałem razem ze spodniami swoją komórkę. A z nią m.in. 200 numerów zapisanych w pamięci telefonu... Kiedyś wyprałem Siemensa C45 i ten po wysuszeniu działał, chociaż nie dzwonił. Natomiast moja Nokia, do której byłem bardzo przywiązany symbolicznie - ponieważ kupiłem ją w drodze powrotnej z Warszawy w grudniu 2008, gdzie w firmie Book & Art nadzorowałem produkcję wydruków na wystawę "Niewinne oko nie istnieje" w Atlasie Sztuki w Łodzi - padła na amen. I na nic zdało się suszenie suszarką do włosów oraz próby reanimacji przy pomocy ładowarki. Mówi się trudno. No więc za 300 PLN nabyłem kolejny aparat, którym da się nawet robić zdjęcia, albowiem jest wyposażony w matrycę (cytuję z obudowy) 2.0 mega pixel. Czyli tyle, ile - jak mi się zdaje - miały Canony specjalnie wyprodukowane na olimpiadę zimową w Nagano w 1998.