piątek, 9 grudnia 2011

O Foto Art Festivalu w A&B


Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

W grudniowej edycji A&B polecam mój tekst na temat bielskiej imprezy.
Tegoroczna edycja była niezwykle udana, a 3 wystawy: obszerny pokaz zdjęć Alexandra Gronskiego, „Congo in Limbo” Cedrica Gerbehaye i „God is everywhere” Bela Doki, to crème de la crème całego festiwalu.

O tym ostatnim zestawie, piszę w A&B tak: (…) zrealizowana w Ameryce Łacińskiej seria „Bóg jest wszędzie” węgierskiego fotografa Bela Doki, to kapitalny przykład wizualnej antropologii, która unikając manieryzmu współczesnej fotoreporterki, bierze za temat obecność religijnych wizerunków w przestrzeni prywatnej i publicznej (oglądamy w niej np. zdjęcie figury Najświętszej Marii Panny w sklepie rzeźnika). Po zapoznaniu się z zestawem Doki, można nabrać apetytu na podobne przedsięwzięcie, zrealizowane w naszym kraju, który obfituje przecież w równie wszechobecną bogobojną symbolikę.

Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

W sumie to dziwne, że u nas taki projekt nie powstał...
Węgry, kraj katolicki przecież, też chyba mogły by być ciekawym poligonem dla tego rodzaju eksploracji.
U Bela Doki bardzo spodobał mi się, ten jego lekko nonszlancki sposób kadrowania,  idealnie sprawdzający się w przypadku podjętej tematyki.

Bela Doka, z cyklu Bóg jest wszędzie

czwartek, 8 grudnia 2011

„ARCHIWUM JAKO PROJEKT” jako książka



Jakoś niespełna miesiąc temu, ukazała się książka „Archiwum jako projekt” pod redakcją Krzysztofa Pijarskiego, będąca pokłosiem sesji pod tym samym tytułem, która miała miejsce w maju tego roku w Warszawie. W wydarzeniu tym wzięli udział: John Tagg, Wolfgang Ernst, André Gunhert, Helen Petrovsky, Sven Spiker, Nataša Petrešin-Bachelez, Nina Lager Vestberg, Ariella Azoulay, Akram Zaatari, Mikloś Tamási, Tone Rash, Grayson Dantzic, Zuzana Meisnerová-Wismerová, Nikodem Bończa-Tomaszewski, Karolina Lewandowska, Karol Radziszewski, Tomasz Basiuk, Ewa Klekot, Roman Babjak oraz niżej podpisany, z którym dialog prowadziła Iwona Kurz (w kolejności za Akramem Zaatari). Książkę można zamówić w Fundacji Archeologia Fotografii, ja natomiast pozwolę sobie zacytować wypowiedź Johna Tagga, który jako drugi zabrał głos w dyskusji po naszym wystąpieniu, noszącym tytuł „Fotografia dokumentalna i archiwum” i odniósł się do pokazywanych przez mnie zdjęć z projektów: Czarno-Biały ŚląskNiewinne oko nie istnieje oraz realizowanego wspólnie z Elżbietą Janicką Nowego Miasta .

John Tagg: W Stanach Zjednoczonych trwa właśnie zataczająca coraz szersze kręgi debata dotycząca fotografowania Detroit. Miasto stało się magnesem, koniecznym celem dla wszystkich, którzy chcą fotografować industrializację. Dyskusja na ten temat rozgorzała zresztą w blogosferze, nie wśród krytyków zawodowych. Jej uczestnicy dość wrogo oceniają sposób przedstawiania miasta. Przypomina to reakcję na inne fotografie miast, np. Nowego Orleanu po przejściu huraganu Katrina. Z tej debaty Glogerów amatorów, opisujących inwazję na Detroit, wykluł się termin ruin porn – „pornografia ruin” – zaskakująca kategoria, która daje wiele do myślenia. Uderza mnie pańskie staranie, by nie popaść pod tę kategorię czy też postawę, której ona dotyczy (nawet jeśli nie do końca wiem, co znaczy). To z jednej strony kwestia retoryki obrazu, z drugiej jednak – ustanowienie relacji emocjonalnej z widzem, próba przyciągnięcia widza. Starania, by zachować dystans wobec takich emocjonalnych więzi z odbiorcami, różnią pana od fotografów związanych z Farm Security Administration i podobnej tradycji dokumentalnej, lokując pańskie praktyki bliżej Walkera Evansa.

środa, 7 grudnia 2011

W młodości mej niesytej…



Wstałem sobie wcześnie rano, jak to ja, otwieram pocztę, a tam mail z zaproszeniem od Rastra na wystawę pod tytułem „W młodości mej niesytej”, w której udział biorą: Johana Billing, Milena Korolczuk oraz Michał Wasążnik. A ponieważ zdjęcie tego ostatniego ilustruje wspomniane zaproszenie, zapuściłem żurawia na jego stronę www i zobaczyłem, że zaszły na niej dosyć istotne zmiany. Nie zaglądałem tutaj od publikacji albumu „Generacja” (wyd. Ha!art 2010), który średnio jednak mi się podobał, a tymczasem… Tymczasem po wydaniu tejże książki, Michał Wasążnik musiał gruntownie przetrzepać swoje archiwum i teraz na jego stronie można zobaczyć aż 72 kolorowe fotografie z klubowych koncertów, z Jarocina 1983 i 1984 lub po prostu pozujących muzyków TZN Xena, Izraela (pisanego wówczas jeszcze jako ISSIAEL), Deutera czy Dezertera oraz koncertową publiczność i tzw. „załogi”. Tzn. to wspomniane przeglądnięcie archiwum nastąpić musiało przed publikacją „Generacji”, bo sporo fotografii jest w albumie, ale gdy po raz pierwszy oglądałem tą książkę, jakoś słabo na mnie podziałały, być może za sprawą beznadziejnego składu tej publikacji. No więc, jeżeli krytycznie się odnosiłem do nich wtedy, to uroczyście odszczekuję ;) 
Komentując niedawno niezbyt fortunnie nabyty album „Jarocin w obiektywie bezpieki” (wydany przez IPN, więc czego się właściwie spodziewać?), wspominałem o dużej liczbie fotoreporterów robiących tam zdjęcia i o ich typowo fotoreporterskim podejściu, tzn. uprawianiu tzw. „fotograficznego safari”. Pisałem wtedy, że prostym patentem na wykonanie ciekawych i nieszablonowych fotografii z tej imprezy, mogłaby być konwencja „reportażu uczestniczącego”. No i kolorowe zdjęcia Wasążnika zebrane w jedną sekwencję na jego stronie, są czymś takim właśnie. Tym razem szczególnie spodobała mi się fotografia z Jarocina 1983, na której widać Helenkę i Skandala podczas słynnego występu (zarejestrowanego zresztą chyba?), kiedy ta pierwsza odczytała artykuł dziennikarza gazety „Razem” Mariana Butryma, poświęcony scenie punkowej, a szczególnie zespołowi „o paranoicznej nazwie Dezerter” (próbowałem znaleźć w sieci ten tekst, spreparowany w formie klasycznego donosu prasowego – zupełnie jakby przeczytać jakiś elaborat na portalu Gazety Polskiej lub wPolityce – niestety bez powodzenia). 

Miachał Wasążnik, Jarocin 1983, Helenka i Skandal.

Tytuł wystawy w Rastrze zaczerpnięty został z wiersza Andrzeja Bursy:

***

Uliczki takie dobrze znam
Skrzypiące szczudła domów
Chodziłem nimi tu i tam
W dzieciństwie rozmarzonym

Uliczki takie dobrze znam
Nie muszę drogi pytać
Chodziłem nimi tu i tam
W młodości mej niesytej

1955

A mnie po głowie chodzi inny, późniejszy o dwa lata tekst autora Zabicia ciotki”, chyba bardzo w kontekście punkowych czasów (szczególnie jego dwie ostatnie zwrotki):


Andrzej Bursa

Sobie samemu umarłemu

Kiedy umarłem już na amen
Cicho do żony rzekłem:
Bardzo przepraszam cię kochana
Lecz wyjdę na chwileczkę

Gdy na Krupniczą mój upiór wchodził
Szepnąłem do koleżanki:
Wiesz ja nie żyję... nie przeszkadzajcie sobie
Ale nie mogłem ukryć żem jest martwy

Koledzy mnie obsiedli gwarnie
Z papierosami żywi spoceni
Pytali: Co z tobą umarłeś?
To nic Andrzejku tylko się nie łam

Ulicami co świat mi zamknęły na rygle
Na dworzec i przez kolejowe tory
Chodziłem cichy i wystygły
Gdzie kiedyś żywym chodziłem upiorem

Szlakiem w nudzie straconych najgorzej
Dni młodości stęsknionej i pustej
Uderzonej w żywe serce nożem
Uderzonej kastetem w usta

1957

wtorek, 6 grudnia 2011

niedziela, 4 grudnia 2011

NASI TAM BYLI


Krynki, ul. Piłsudskiego, 03.12.2011 (Nokia 2700)

Nasi nazi... 

Widoczne na zdjęciu miejsce znajduje się vis a vis budynku synagogi o nazwie Kaukaski Bejt ha-midrasz. Po 1945 kino, obecnie dom kultury. 

***

Przez ostatnie 4 dni fotografowałem działaczki i działaczy mniejszości etnicznych w Białymstoku i okolicach. Wszystko to dla projektu o edukacyjnym charakterze. Ponieważ nocowałem w Kruszynianach (przed tamtejszym meczetem robiłem zdjęcie przedstawiciela Tatarów), więc wczoraj po pracy wybrałem się do pobliskich Krynek. Było już dosyć późno, ok. 14:30, szybko zapadał mrok, a moja prościutka Nokia 2700, rejestrowała kadry z purpurową dominantą.

Krynki, ul. Grochowa, 03.12.2011. Budynek z motywem gwiazdy Davida na elewacji. W tle Sztibl Chasydów Słonimskich, stojący przy ul. Czystej - niestety od czasu, w którym go ostatnio widziałem, mocno podupadł (Nokia 2700).

Łaziłem po wszystkich znanych mi miejscach w Krynkach (w 2008 fotografowałem tutejsze synagogi do projektu Niewinne oko nie istnieje), pstrykałem zdjęcia, a ulice miasteczka były niemal zupełnie puste. Pustka i bezruch. Zapadający mrok. 

Wstąpiłem do sklepu obok trzech krzyży i kupiłem kilka butelek Łomży Niepasteryzowanej, potem w kolejnym sklepie nabyłem pęto palcówki (lokalna dojrzewająca kiełbasa z siekanego mięsa, REWELACJA!) i poszedłem w kierunku ruin Wielkiej Synagogi (wysadzono ją w powietrze w 1970...). 

Zaczęło się już robić naprawdę ciemno, więc pokręciłem się trochę po Zaułku Szkolnym i Zaułku Gminnym oraz ulicy Mokrej i... wróciłem do auta.

Krynki, ul. Kościelna, 03.12.2011 (Nokia 2700).  

Krynki, róg Zaułku Szkolnego i ulicy Mokrej - vis a vis ruin Wielkiej Synagogi, 03.12.2011 (Nokia 2700).

czwartek, 1 grudnia 2011

AFTERLIFE (& HOLY LIFE)


Rybnik-Chwałowice, Parafia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, 23.05.2011

Czyli pół tzw. kredensa w stalowym kolorze z symboliczną rejestracją-datą śmierci ks. Jerzego Popiełuszki oraz pomnik błogosławionego. Miałem się tam wybrać w czerwcu, kiedy rozkwitną krzaki róż, widoczne na pierwszym planie, ale nic z tych zamierzeń nie wyszło...
A teraz, tzn. na początku listopada, gdy tam pojechałem, róże wprawdzie kwitły jeszcze, ale na ekstremalnie długich badylach, zasłaniających tę przepiękną rzeźbiarską instalację. I nie wiem zupełnie, dlaczego pominąłem wcześniej ten kadr? Bo z tamtego majowego wyjazdu jest najlepszy...

poniedziałek, 28 listopada 2011

50 000 !!!

Dokładnie o 15:40:27, IP ze Szczecina.

Tymczasem licznik platformy blogspot wykazuje 70 868 wyświetleń strony.
Co by się jakoś zgadzało (no, nie do końca jednak...), bo na statystyce STAT4u mam wyłączone przeładowania strony. A tych ostatnich jest 21 765.

:)))

niedziela, 27 listopada 2011

ArtPunkt Opole



Dotarła do mnie wreszcie przesyłka z papierową edycją A10. Prezentacja obiektu zaprojektowanego przez Małgorzatę i Antoniego Domiczów wygląda świetnie. I w sumie wykorzystano 8 zdjęć. Mam duży sentyment do tej sesji (wykonanej rok temu w październiku), ponieważ budynek ArtPunktu bardzo dobrze się fotografowało, a zmiana położenia słońca, wydobywała z jego fasad coraz to nowe elementy. Podobnie było po zapadnięciu zmroku, kiedy zapaliły się lampy we wszystkich pomieszczeniach (prawdę mówiąc, iluminacja ta została sprokurowana na użytek sesji), kapitalnie podświetlając półprzezroczyste panele elewacji. 



sobota, 26 listopada 2011

Photo Proxima - fotografia zbliżająca

Na stronie www.photoproxima.eu ukazały się właśnie abstrakty referatów, wygłoszonych podczas podczas ostatniej sesji projektu Photo Proxima - fotografia zbliżająca, realizowanego przez krakowskie Muzeum Etnograficzne. Impreza odbyła się w dniach 3-4 listopada 2011 w klubie lokator przy ulicy Mostowej 4. 
Niniejszym zachęcam więc do lektury wystąpień André Rouillé - Czy fotografia cyfrowa jest fotografią, Givanniego Fiorentino - Społeczne obiegi fotografii w XXI wieku oraz mojego własnego - Fotografia dokumentalna to nie tylko mechaniczna forma pamięci.

piątek, 25 listopada 2011

Kominy!



[Kilka tygodni temu wybrałem się do Raciborza, żeby sfotografować Fiacika 126p - żyletkę, którego namiary podesłał swego czasu mi Wojtek Sienkiewicz. I w drodze, gdzieś w okolicach Rydułtowych, natrafiłem na ten wspaniały obiekt.

Kominy!
Uszczelnianie kominów
Kominy zewnętrzne izolowane
Wkłady kominowe ze stali nierdzewnej
Nasady kominowe

Czysta i konkretna poezja.]

środa, 23 listopada 2011

Fotografia ojczysta i Polska dla Polaków


Na portalu „Teologii Politycznej” pojawił się w ostatnim czasie tekst Marty Turkot Ato Polska właśnie” - rzecz o fotografii ojczystej, więc czytam dalej przytaczany w poprzednim poście wstęp mistrza Jana, a właściwie cofam się pierwszego akapitu, gdzie nasz „ojczysty fotografik” pisze, co następuje:

Zagadnienie fotografii ojczystej jest w Polsce jeszcze nowe, a więc niedość sprecyzowane i bywa pojmowane rozmaicie, czasem w sposób nieco ogólnikowy i mętny. By je lepiej określić przypomnijmy, że któryś z wielkich Polaków powiedział: „im bardziej uszlachetnicie dusze wasze, tym więcej rozszerzycie granice ojczyzny”. Dzisiejsza fotografia ojczysta rodzi się niewątpliwie z prądów zdrowego nacjonalizmu, nurtujących całą Europę, z pragnienia by wszystko, co własne, narodowe, poznać, zobrazować, pokazać, a następnie – pomnożyć, wywyższyć, rozwinąć, wzbogacić. Dzisiejsza fotografia dobrowolnie zaprzęga się w służbę idei mocarstwowej, służbę idei państwa, zespolonego ściśle z narodem i ojczyzną.

Według spisu z 1931 skład narodowościowy II RP przedstawiał się następująco:  Polacy – 68,9%, Ukraińcy – 10,1%, Żydzi – 8,6%, Rusini – 3,8%, Białorusini – 3,1%, Niemcy – 2,3%.

Wystawa „Piękno Ziemi Śląskiej” pokazywana była w Katowicach między 1-15 listopada 1938. Dwa tygodnie wcześniej oddziały wojska polskiego powodowane zapewne „prądami zdrowego nacjonalizmu” oraz w ramach „służby idei mocarstwowej”, przyłożyły się do rozbioru Republiki Czeskiej, zajmując tzw. Zaolzie. Przy tej okazji ukuto termin „ziemie odzyskane”, który po 1945 świetnie się sprawdził się jako nazwa zachodnich i północnych terenów Polski, które właśnie „powróciły do macierzy”.

Tekstu apologetycznego względem Jana Bułhaka na jakimś prawicowym portalu, spodziewał się od dawna, obstawiałem jednak Frondę, Gazetę Polska lub blog poety Wojciecha Wencla. Marta Turkot pisząc o Bułhaku pomija szereg niewygodnych faktów.

Jak szczegółowo to opisał Maciej Szymanowicz w eseju „W służbie idei. Uwagi o fotografii ojczystej” nasza ojczysta fotografia była klonem niemieckiej Heimatfotografie i jak ona powstała na skutek działania „prądów zdrowego nacjonalizmu”. Ale Heimat to tylko „mała ojczyzna”, pojęcie szersze to Vatterland. Fotografia ojczysta propagowana przez Jana Bułhaka przed II wojną, a także po 1945 roku to zdecydowanie raczej… Vaterlandfotografie.

Teraz przeskoczmy do końcowego akapitu bułhakowskiego wstępu do katalogu „Piękno Ziemi Śląskiej”:

Tyle na razie powiedzieć można o istocie fotografii ojczystej. Jęsli ma ona być nie pustym frazesem i nową zabawką dla snobów, lecz sprawą ważną i płodną w następstwa, jeśli ma stworzyć wielki, piękny skarbiec rodzimej prawdy i rodzimego piękna, obraz polskiej pracy, polskiego budowania, polskiej tradycji, wizerunek ziemi, człowieka, obyczaju, stroju, narzędzia, słowem obraz całego polskiego życia w jego różnolitej krasie i wymowie bogatej, samorodnej i swoistej, to trzeba się zabrać do dzieła poważnie i energicznie: na pomoc sentymentowi – wezwać ukształcenie estetyczne i wiedzę krajoznawczą i baczyć – by te trzy czynniki szły zawsze razem i razem tworzyły prawdziwy, wierny obraz plastyczny naszej ojczyzny.

„Rodzimej”, „rodzimego”, „polskiej”, „polskiego”… a wszystko to przy cytowanym wcześniej składzie etnicznym II RP.

Swój program „ojczystej fotografii” Bułhak bez problemu, ale i też bez specjalnych skrupułów zaadoptował na potrzeby propagandy Polski powojennej, która przecież - przynajmniej tak o niej piszą autorzy kojarzeni z Teologią Polityczną - nie była całkowicie niezależnym państwem. Skąd jednak decyzja ówczesnych władz komunistycznych, by skorzystać z usług przedwojennego nacjonalisty i twórcy nieszczęsnego terminu „fotografik”? Powróćmy raz jeszcze do Maciej Szymanowicza i jego eseju „W służbie idei. Uwagi o fotografii ojczystej”:

Protektorat władz komunistycznych nad fotografią ojczystą posiada jeszcze jeden, znacznie szerszy aspekt. Był on związany z ówczesną próbą narodowej legitymizacji władz komunistycznych, która stanowi istotne dla naszych rozważań tło historyczne. Komuniści obejmujący władze w Polsce wraz z postępami armii czerwonej doskonale zdawali sobie sprawę z braku poparcia społecznego. Brak wiarygodności oraz przeświadczenie większości społeczeństwa o agenturalnym charakterze władz, wpłynęły na konieczność unarodowienia wizerunku partii. Pisze o tym Marcin Zaremba w swojej pionierskiej pracy na temat nacjonalistycznej legitymizacji władz komunistycznych: „Aby przekonać naród, że nowe państwo polskie jest rzeczywiście <> i <>, podjęto wiele zabiegów o charakterze propagandowym i instytucjonalnym. Wachlarz tych działań był bardzo szeroki – poczynając od otaczania się narodowymi symbolami, posługiwania się językiem bardziej Romana Dmowskiego niż Róży Luksemburg, manipulowania historia i instrumentalnego traktowania dorobku polskiej kultury, a kończąc na umacnianiu ksenofobicznej wspólnoty narodowej poprzez wzbudzanie atmosfery narodowego zagrożenia”. Próba wsparcia się komunistów autorytetem przeszłości była koniecznością choćby dlatego, że wojna niebywale wyostrzyła podziały narodowe. Starano się przywoływać w sposób niejednokrotnie nachalny historię, której kontynuacją miały być ówczesne władze. Jak pisze Jadwiga Kiwerska: „Koncepcja <> została […] wylansowana jako wykładnia polityki komunistów (jako przykład ich związku z tradycją i historią), a później państwa polskiego. Innymi słowy, był to sposób legitymizacji władzy komunistycznej w Polsce” . Podobnie jak historia, również folklor został zawłaszczony przez propagandę, stając się jednym z elementów mitologii narodowej, co szczególnie było widoczne w corocznych obchodach dożynek. Proces ten nazwijmy za Piotrem Osęka „legitymizacją etniczną” władzy, dzięki której nie tylko odnoszono się do historycznej tradycji Ziem Odzyskanych, ale również nieustannie akcentowano powojenne „zjednoczenie” słowiańskie tłumaczące „braterskie więzy” ze Związkiem Radzieckim.

Jak to celnie ujął Czesław Miłosz w swoim poemacie „Trakt moralny” (1957): „Jest spadkobiercą ONR-u partia”. Miał na myśli oczywiście komunistyczną monopartię o nazwie PZPR, ale patrząc na prawą stronę współczesnej sceny politycznej w Polsce, znalazło by się też kilka organizacji, do których pasowałoby stwierdzenie poety.

wtorek, 22 listopada 2011

AMERICAN BIKINI (i fotografia ojczysta)


Mysłowice, 20.11.2011

[Jak czytam we wstępie do katalogu wystawy Piękno Ziemi Śląskiej” (1938) autorstwa Jana Bułhaka: 

Przymiotnik „ojczysty” posiada barwę subiektywną - uczuciową.  Każdemu człowiekowi jest wrodzone przywiązanie do ziemi ojczystej, do rodzinnego zakątka, więc i początkujący fotoamator, który grasuje z aparatem po kraju i odtwarza na chybił trafił te lub inne przedmioty i miejscowości, może łudzić się, że uprawia fotografię ojczystą. Ale tak nie jest - w przeciwnym bowiem razie tym mianem należałoby ochrzcić całą niezmierną produkcję amatorską, choćby zupełnie bezwartościową, czynioną bez wyboru, umiejętności i poczucia artystycznego tylko dlatego, że tematowo pochodzi z kraju ojczystego i przedstawia jakiś jego fragmencik. A to by zepchnęło fotografię ojczystą do poziomu zabawki. Trzeba więc stwierdzić w pierwszym rzędzie, że fotografowanie byle czego i byle jak choćby z sentymentem lokalnym, nie wchodzi jeszcze w zakres naszego zagadnienia.]

poniedziałek, 21 listopada 2011

AUTO KASACJA (POMIESZCZENIA I OGRODY)



[Okolice Strzelc Opolskich, początek listopada 2011. 
Przy okazji tego zdjęcia/miejsca przyszedł mi na myśl piękny wiersz Grzegorza Wróblewskiego Pomieszczenia i ogrody z tomu pod tym samym tytułem. Książka ukazała się w 2005, nakładem Biblioteki Narodowej i Duńskiego Instytutu Kultury, a ilustracje do niej wykonał nie żyjący już niestety Teodor Bok]


Grzegorz Wróblewski 

POMIESZCZENIA I OGRODY

Będą się do ciebie tajemniczo
uśmiechać ci, którzy przybędą tam przed tobą.
A potem, gdy nadejdą następni, ty będziesz już
wszystko wiedział.

Przywitasz ich takim samym uśmiechem i
wejdziecie razem do środka.
Powolnym ruchem dłoni wskażesz im
świeżo pościelone łóżka i rozległy widok na ogrody.

Na koniec, gdy już nieco ochłoną,
wytłumaczysz,
gdzie się znaleźli i co ich w przyszłości czeka.

sobota, 19 listopada 2011

Cédric Gerbehaye z otchłani


Cédric Gerbehaye, z cyklu Congo in Limbo

Na festiwal fotografii w Bielsku-Białej pojechałem specjalnie, żeby zobaczyć wystawę Alexandra Gronskiego. No i jak już wcześnie pisałem tutaj, doznałem lekkiego zawodu. I bynajmniej nie z powodu samych fotografii (te są świetne), tylko beznadziejnego sposobu produkcji ekspozycyjnych wydruków. Jakość prezentacji zdjęć z Kongo Cédrica Gerbehaye też pozostawiała sporo do życzenia (czułem się, jakbym oglądał panele z World Press Photo), ale same fotografie z cyklu (a także książki) „Congo in Limbo” to rewelacja! No więc, oglądam sobie teraz zdjęcia zmieszczone na stronie agencji VU, dla której pracuje Gerbehaye i nie mogę wyjść z podziwu. Wydawało mi się wcześniej, że konwencja reportażu, w której konsekwentnie porusza się także belgijski fotograf, to już zamknięty rozdział fotodziennikarstwa. Tymczasem okazuje się, że jak zawsze najważniejszy jest tutaj „czynnik ludzki” i wszystko zależy od tego, kto naciska spust migawki, wybiera sposób obrazowania oraz… rodzaj sprzętu. W przypadku serii z Kongo, Gerbehaye używa trzech rodzajów kamer: małego obrazka, średniego formatu dającego kadry w kwadracie oraz panoramicznego aparatu w typie swing lens camera. Zastanawiałem się, jakie z dostępnych urządzeń wybrał belgijski fotograf i po analizie rozmiarów klatki, wyszło mi, że musiał być to któryś z modeli Wideluxa na film 135 (aparatu całkowicie mechanicznego i nadającego się do pracy w ekstremalnych warunkach - jego „styl wideluxa bardzo mi odpowiada). Reporterskie projekty Cédrica Gerbehaye, to rodzaj wizualnej komunikacji, gdzie konwencja obrazowania (sprawiająca czasem wrażenie maniery) nie przysłania jednak relacjonowanych wydarzeń. Z zarejestrowanych kadrów Gerbehaye układa czytelne narracje, które mogą być atrakcyjne/wciągające dla widza, ale nie kosztem przekazywanej treści. To chyba najważniejsza w tym roku fotograficzna wystawa w Polsce. Jak podaje portal Fotopolis „Congo in Limbo” pokazywane będzie też w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Wernisaż 20 listopada o godz. 18:00. Natomiast 25 listopada o godz. 17:00 w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego rozpocznie się spotkanie z autorem, które poprowadzi Adam Mazur.


 Cédric Gerbehaye, z cyklu Congo in Limbo

Cédric Gerbehaye, z cyklu Congo in Limbo