piątek, 6 września 2013

William Eggleston "Chromes"


[William Eggleston]

Od razu ujęło mnie to zdjęcie. To drugie niżej zresztą też.

[William Eggleston]

A oba pochodzą z trzyczęściowego albumu Chromes, jaki wydał w 2011 Steidl i którego z pewnością sobie nie kupię, ponieważ to ekskluzywne wydawnictwo chodzi teraz po minimum... 500$. 



Od czego jednak jest portal youtube? ;))
Pod podanymi niżej linkami można oglądnąć zawartość tych 3 tomów:

czwartek, 5 września 2013

NEW TOPOGRAPHICS - WSTĘP

Siedzę i piszę tekst (do następnego Herito) poświęcony przedsięwzięciu o nazwie Eine Sammlung Topohrafischer Fotografien in Ostdeutschland, posiłkując się przy tej robocie studiowaniem albumu New Topographics, który życzliwie udostępnił mi Krzysztof Eberle (DZIĘKI!). To edycja Steidla z 2010 roku, w której umieszczono też na końcu książki reprodukcje stron oryginalnego katalogu wystawy New Topographics. Photographs of a Man-altered Landscape, pokazywanej w International Museum of Photography at George Eastman House w Rochester w roku 1975. I jest to bardzo wciągająca lektura - tego jak wyglądała ta publikacja oraz samego kuratorskiego tekstu Williama Jenkinsa (który - co ciekawe - nie został przedrukowany w tej albumie Steidla...). A ponieważ proponowana w nim kategoria "bezstylowości" bywa przywoływana przez komentatorów fotografii w Polsce i zazwyczaj w negatywnym raczej znaczeniu, warto poznać jak ją rozumiał sam Jennkins i do kogo się odwoływał:



[skany z albumu New Topographics, Steidl Publishers and Center for Creative Photography in cooperation with George Eastmann House, 2010, str. 250]

środa, 4 września 2013

...to dobrze że jest nas tak wiele rodzajów...


[DK 94, 04.08.2013]

Frank O'Hara

[Na otwartej autostradzie]

Na otwartej autostradzie
gdzie śmierć ochoczo pędzi
w świetle słońca a o czwartej olbrzymie przęsła
rzucają cienie swych łuków
na przystań dowiaduję się
o niewierności Portorykańczyków
i nikczemności Żydów
z ust irlandzkiego taksówkarza
to dobrze że jest nas ta wiele rodzajów
w ten sposób śmierć będzie miała wybór
a może nawet będzie wolała
tego co rzuca pierwszy cień dnia
na tych którzy próbują dożyć zmierzchu

[1 stycznia 1960]


[wiersz w przekładzie Piotra Sommera z jak najbardziej "kultowego" tomu: Frank O'Hara Twoja Pojedynczość, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987, str. 93. Na obwolucie książki zreprodukowano rysunek Saula Steinberga "Widok świata z 9-tej Avenue" (1975)]



wtorek, 3 września 2013

Amsterdam, festyn na cześć królowej

Reiner Kunze

Amsterdam, festyn 
na cześć królowej

Deutschland, Deutschland über alles

Kopali szprychy roweru
przyczepionego do latarni, aż się
osunął

Nie umknęła ich uwadze twoja złość,
fala piwa
okryła ci okulary pianą

Że też znowu
zimnym chluśnięciem
umiejętnie przywrócili świadomość

Że też inni odwracali wzrok

Jak wtedy u nas


[przekład Jakuba Ekiera. W książce: Reiner Kunze Remont poranka. Wybór przekład i posłowie Jakub Ekier, Biuro Literackie, Wrocław 2008, str. 132. 
Wiersz jak najbardziej na czasie... (dokładnie to samo napisałem cytując inny wiersz Kunzego przydrożny hotelik transmisja telewizyjna). A nie mam/nie miałem racji?]

poniedziałek, 2 września 2013

JAK ROZPĘTAŁEM TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ RAZEM Z TVN24

Wniosek o zgodę na atak już w Kongresie
"Świat stoi dziś na skraju kolejnego konfliktu"
"Wielu sądziło, że rakiety będą już w powietrzu". "Obama w potrzasku"
"Kongres nie byłby zwoływany, gdyby jego zgoda nie była pewna"
Turcja szykuje się do wojny. Relacja reportera "Faktów" TVN
Wojsko się zbroi, a turyści wypoczywają. "Każdy wie, że coś może się wydarzyć"
Co zaatakują Amerykanie? Mają bomby do niszczenia broni chemicznej
Przypadkowo ostrzelał gdyński port, teraz popłynął do Syrii
Amerykańska analiza prawna: atak na Syrię nielegalny
Biskupi: pilnujcie, czego uczą wasze dzieci
"Pan Tadeusz" zniknie z listy lektur
Pociąg Pendolino przemknął przez Warszawę
Nasza służba zdrowia lepsza od niemieckiej?
Polskie dzieci tyją na potęgę, pożyją krócej niż rodzice
Prognoza pogody na dziś: pierwszy września pochmurny i deszczowy
Roczny chłopczyk zmarł po wypiciu trującej cieczy
Zginęli motocyklista i pasażerka
Podniebne akrobacje w Bielsku-Białej
Legia ograła Cracovię i znowu jest liderem
Popis kibiców Pogoni. Tak "modlą się" o mistrzostwo
Zawiesił członkostwo w Platformie
"Pożyczali 300 zł, musieli oddać 2000"
13 Polaków chce kolonizować Marsa. Przejdą rekrutację?
"Trzymał mi ręce wykręcone do tyłu. Chcieli zatrzeć ślady łamania prawa"
Policjanci i strażnicy miejscy z zarzutami po bójce na ulicy
Trąba wodna zdewastowała marinę
Radwańska walczy o ćwierćfinał US Open
Maja prywatnie. Też błyszczy
NAJNOWSZE INFORMACJE ZE ŚWIATA
Polak zabił żonę na oczach dzieci
Pendolino, tańczący żołnierze czy dom Celine Dion? Wybierz wideo tygodnia

(2013.09.01  09:23)

[Kiedyś, chyba z jakieś 10 lat temu, Jarek Lipszyc prowadził w Radiu Jazz audycję, w trakcie której dzwonił do mnie, a ja mu "na żywca" czytałem takie wierszyki, sporządzane metodą "ctrl+c, ctrl+v" z ówczesnej prasy. Zabawa trwała chyba ze dwa lata i miałem nawet nadzieję, że zrobię z tego jakąś książeczkę, ale sprawa ostatecznie upadła czy też wygasła (zabrakło mi konsekwencji i tzw. "zapału"). No ale, niektóre daty mają ładunek wielce symboliczny (a media informacyjne są, jakie są), więc wczoraj rano, popijając kawę postanowiłem wypróbować portal TVN24 i z każdym kopiowanym tytułem zaliczałem coraz większy opad kopary... Konkretna poezja.]

niedziela, 1 września 2013

Dwa wiersze na pierwszego września

Gottfried Benn

FINIS POLONIAE

Finis Poloniae –
zwrot językowy,
który, pominąwszy jego treść historyczną,
oznacza
koniec wielkich państw.

Atmosfera jakby ktoś rzucił czary,
wszystko oddycha z trudem,
niepewne powietrze – gdyby mogło zawierać myśli,
to byłyby te o nieeuropejskich monsunach
i żółtych morzach.

Wielkie samo przez się ginie,
mówi do siebie i w ostatnim głosie,
ta obca pieśń, zazwyczaj niedoceniana,
tolerowana czasem –

Finis Poloniae –
może w dzień deszczowy, niezbyt lubiany,
lecz w danym wypadku jakieś szmery szczęść,
no a później solo na rogu,
do tego hortensja, najspokojniejszy z kwiatów,
utrzymujący się aż do mżawki listopada,
cicho na grób

[przełożył Feliks Przybylak, wiersz skopiowałem ze strony Podgórskiej Sceny Poezji]


Nelly Sachs

MARTWE DZIECKO MÓWI

Matka trzymała mnie za rękę.
Nagle ktoś podniósł nóż pożegnania:
Matka wyrwała swą rękę z mojej,
Aby nie trafił we mnie.
Dotknęła jednak lekko mego biodra –
I ręka jej krwawiła –

Odtąd rozcinał mi nóż pożegnania
Każdy kęs w gardle na dwoje –
Wypływał w zmierzchu porannym ze słońcem
I w moich oczach zaczynał się ostrzyć –
W uszach mych szlifowały się wiatry i woda
I każdy głos pociechy w serce mnie kłuł –

Kiedy na śmierć mnie wyprowadzono,
Poczułam jeszcze w ostatniej chwili
Wydobycie wielkiego noża pożegnania.

[przełożył Leopold Lewin, wiersz przepisałem z Literatury na Świecie nr 1 (117) z 1981 r., str. 230-231]

sobota, 31 sierpnia 2013

Pracowita sobota


 2013-08-31  10:47
2013-08-31  12:04
 2013-080-31  12:09
2013-08-31  14:08

Raczej nieszczególnie wyglądają te foty zrobione via hasselbladowski wizjer PME-3, ale trochę "sztuki" od święta/weekenda nie zawadzi... ;))

piątek, 30 sierpnia 2013

Innego życia nie ma (cd.)


Kraków, ul. Jerzego Giedroycia, 04.08.2013

[Trabanta 601 produkowano w latach 1964-1990.

Fabrykę VEB Sachsenring Automobilwerke w Zwikau opuściło podobno aż 2 818 547 szt. tego modelu...

Odporny na korozję materiał użyty do produkcji karoserii Trabiego nazywał się duroplast.

Ze sfotografowanych Trabantów  (w niemieckim i łacinie słowo to oznacza satelitę, bo na cześć pierwszego radzieckiego sputnika auto zostało tak nazwane) mógłbym właściwie utworzyć indywidualny subcykl w Afterlife.

Policzyłem, że od 1989 roku zasiadam za kierownicą siódmego z rzędu samochodu. Co się stało z poprzednikami? Poszły na żyletki.

Tymczasem wyśmiewane w dowcipach "mydelniczki" wciąż są używane jako reklamy składnic złomu oraz szrotów i w tym kontekście mamy do czynienia z zestawieniem o właściwościach oksymoronu...

Kiedyś wytwarzano małe, proste w konstrukcji samochody, które rzadko pędziły szybciej niż 120 kilometrów na godzinę. Zdarza mi się tęsknić za tamtymi czasami...]

czwartek, 29 sierpnia 2013

WSZYSTKO MOMENTALNIE PODUPADA

to tytuł wywiadu, jaki dla kwartalnika AUTOPORTRET (nr 1 [40] 2013) przeprowadziła ze mną Katarzyna Mrugała, a który jest teraz dostępny online i za free. ZAPRASZAM DO LEKTURY!



środa, 28 sierpnia 2013

Ben Marcin "Last House Standing"

Facebook doprowadza mnie czasem do czarnej rozpaczy i mam szczerą chęć wymeldować się z tego interesu... Czytam wpisy na łolach różnych ludzi, których znam od 20 i więcej lat, także np. dawnych znajomych z krakowskiego knajpianego szlaku i obserwuję, jak z uporem godnym lepszej sprawy, pakują się w jakieś smutne prawicowe czy nacjonalistyczne historie. 
Z drugiej strony jednak przez ten "portal społecznościowy" (który w dużej mierze służy chyba do jakiejś formy inwigilacji jego użytkowników...) poznałem ostatnio np. Andrzeja Maciejewskiego i jego świetny cykl Lisbon-Moscow. Coś za coś.
No i dzisiaj rano trafiłem na podlinkowaną przez Andrzeja stronę z internetowego magazynu feature shot z materiałem pod tytułem Forgotten Solo Row Houses Photographed in Baltimore, Philly and New Jersey ze zdjęciami Bena MarcinaŁOŁ! Poczekam jeszcze z tym wypisaniem się z Fb... ;))


Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, MD

 Ben Marcin, z serii Last House Standing - Philadelphia, PA

O intencjach, jakie przyświecają mu podczas pracy nad serią Last House Standing Ben Marcin (mieszkający w Baltimore fotograf ma niemiecko-polskie korzenie) pisze w sposób następujący:

One of the architectural quirks of certain cities on the eastern seaboard of the U.S. is the solo row house. Standing alone, in some of the worst neighborhoods, these nineteenth century structures were once attached to similar row houses that made up entire city blocks. Time and major demographic changes have resulted in the decay and demolition of many such blocks of row houses. Occasionally, one house is spared - literally cut off from its neighbors and left to the elements with whatever time it has left.
My interest in these solitary buildings is not only in their ghostly beauty but in their odd placement in the urban landscape. Often three stories high, they were clearly not designed to stand alone like this. Many details that might not be noticed in a homogenous row of twenty attached row houses suddenly become apparent when everything else has been torn down. And then there's the lingering question of why a single row house was allowed to remain upright. Still retaining traces of its former glory, it is often still occupied. One morning, while photographing what I thought was an abandoned solo row house, the front door swung open and an older man wearing a bath robe and jeans walked out and confronted me. Was I from the city, he wanted to know, ready to defend his narrow piece of turf. At that moment, I understood why this row house was still standing.

 Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, MD

Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, MD

Projekt Bena Marcina bardzo mi się podoba na tym etapie, jaki można oglądać na jego internetowej stronie, ciekawie mnie jednak, jak się to wszystko dalej rozwinie? Podjęty przez niego temat ma nie tylko spory ciężar gatunkowy ale też i wizualny potencjał, na pewno więc warto tę sprawę pociągnąć dalej. Istotna kwestia to, jakie obszary zostaną jeszcze sfotografowane i czy autor Last House Standing pokusi się o interpretację, tego co rejestruje, np. dotykającą wpływu amerykańskiego modelu ekonomicznego na powstawanie takich miejsc w terenach zurbanizowanych? Typologizujące ujęcie tematu, uwzględniające oczywiście charakter fotografowanych obiektów oraz ich lokalizację, jest tutaj oczywistym wyborem, ale też ten język wizualny jest już dość dobrze oswojony przez widzów i komentatorów fotografii, więc z odbiorem takiego seryjnego ujęcia nie ma specjalnych problemów (oczywiście niekoniecznie u nas w kraju, już słyszę jak pewien krytyk "średnio-starszego pokolenia" mówi z przekąsem o "postbecherowszczyźnie"...).

Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, Camden NJ

Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, Camden NJ

wtorek, 27 sierpnia 2013

Jak mistrzowie Zen przypominają dorosłe śledzie

Gary Snyder

Jak mistrzowie Zen przypominają dorosłe śledzie

Tak niewielu osiąga pełne rozmiary
I jak niezbędni są wszyscy inni;
             dary dla łańcucha pokarmowego,
             którymi żywi się inny wszechświat.

Ci wielcy są pokarmem rekinów.

[przekład Andrzeja Szuby z tomu: Gary Snyder Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen. Wiersze wybrane., Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 119]

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Andrzej Maciejewski "LISBON-MOSCOW"


 Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Warsaw, March 2013

Na zdjęcia z cyklu Lisbon-Moscow Andrzeja Maciejewskiego trafiłem na... Facebooku. Po prostu po procedurze "zaprzyjaźnienia się" z ich autorem, fotografie o nazwach europejskich miast, lecz przestawiających kanadyjskie pustkowia, zaczęły mi się wyświetlać, zwykle zaraz po otwarciu tego społecznościowego portalu (chyba powinienem te dwa ostatnie wyrazy wsadzić w cudzysłów...). Zdjęcia kapitalne, więc wszedłem na profil fotografa i przeglądnąłem je sobie wszystkie jedno po drugim (wszystkie jakie wtedy były udostępnione), co przekonało mnie, że seria ta jest fajnie wymyślona i prowadzona bardzo konsekwentnie. Co ciekawe, fotografii tych nie zobaczymy na autorskiej stronie Maciejewskiego, ani na jego blogu...


  Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Paris, January 2013

  Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Glasgow, January 2013

 Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Toledo, January 2013

O samym projekcie Andrzej Maciejewski mówi tak (w rozmowie z Karolem Gustawem Szymkowiakiem, jaka ukazała się niedawno na łamach internetowego magazynu FotoTekstura):

Pomysł fotografowania miejsc w Ontario, które mają nazwy europejskich miast miałem już w głowie około 10 lat temu. Przez te lata sam fakt, że to jest takie lekko paranoiczne, żeby na przykład wioskę, w której są cztery domy nazywać Moskwa to było jakby za mało. Musiałem mieć coś więcej. Teraz wiem co chcę opowiedzieć o Ontario, o tutejszej kulturze, o stylu (czy raczej jego braku) w architekturze itd. Nazwy miejscowości stały się tylko elementem wiążącym całość i oczywiście lekką referencją do Europy. Myślę, że ten zestaw będzie o tym jaki jest końcowy efekt eksperymentu przenoszenia kultury Europy do Ameryki. Co pozostało w nas z kultury starego kontynentu. Jakby na to nie patrzeć Kanada jest kolonią, która przetrwała tylko dlatego, że udało się prawie zupełnie zgładzić czy przynajmniej totalnie zdegradować lokalną ludność. Jest to też kraj emigrantów z całego świata i każdy dodaje coś swojego do tego „stylu”. Efekt często jest bardzo żałosny i śmieszny. Ten projekt zacząłem w styczniu tego roku i planuję kontynuować przez około rok. Oprócz ogólnych widoków tych miejscowości chcę jeszcze dodać fotografię wnętrz i ludzi.


  Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Belfast, March 2013

 Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Florence, March 2013

Obdarzone europejskimi nazwami prowincjonalne miasteczka i osiedla na terenie południowo-wschodniej Kanady, oglądane na zdjęciach Andrzeja Maciejewskiego właściwie niewiele różnią się od siebie. Przybysze z Europy, którzy osiedlili się na ziemiach odebranych plemionom Irokezów, zapewne kiedyś w kształcie stawianych domów i kościołów starali się nawiązywać do swoich lokalnych tradycji, ale po kilkudziesięciu czy paruset latach już tego nie widać. Procesy unifikacyjne, za którymi stoi technologia wytwarzania materiałów budowlanych, charakter współczesnych połączeń komunikacyjnych - czyli głównie dróg dla samochodów, wreszcie postępujący zanik typowo wiejskiej zabudowy na rzecz małomiasteczkowej czy przypominającej niekończące się przedmieścia, wszystko to sprawia, że fotografowane przez Maciejewskiego kanadyjskie "nie-miejsca" wyróżnia jedynie - absurdalnie brzmiąca dla mieszkańca Europy - nazwa.


  Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Dresden, 2013

 Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Moscow, May 2013

Ale ten właśnie element projektu Andrzeja Maciejewskiego, to jeden z lepów (że posłużę się terminologią Tomka Sikory), które z pewnością przyciągnie uwagę odbiorców. To bardzo ważne. A już po tym etapie wstępnego zainteresowania, z pewnościa zagrają same zdjęcia, bo sposób przedstawiania krajobrazów południowo-wschodniego Ontario, oszczędny oraz zdystansowany i nazwijmy rzecz po imieniu - "topograficzny", pokazuje je jednak jako miejsca wizualnie atrakcyjne. A to niezmiernie istotny parametr w przypadku odbioru fotograficznego dokumentu. Myślę, że w dalszym planie zagra tu także historia prezentowanego obszaru, bo jest to przecież ziemia, którą w mniej lub bardziej brutalny sposób odebrano Indianom. Poziomy znaczeniowe, jakie można wydobyć przy jeszcze bardzo wstępnym kształcie tej serii, każą się spodziewać dobrego odbioru cyklu Lisbon-Moscow Andrzeja Maciejewskiego co najmniej kilkupłaszczyznowej interpretacji. Myślę też, że uwagę na pewno zwróci egzystencjalny wymiar tego projektu, widoczna w nim samotność obserwatora i... pustka ziejąca z wielu zarejestrowanych widoków.


 Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Heidelberg, May 2013

Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Odessa, May 2013


  Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Lisbon, May 2013

niedziela, 25 sierpnia 2013

Innego życia nie ma

Gary Snyder

Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem
wstają wcześniej niż adepci Zen

Wysoko na siedzeniu, mrok tuż przed świtem,
lśnią wypolerowane piasty kół
- błyszczący kominek Diesla
nagrzewa się, pokasłuje
na stromiźnie Tyler Road
wiodącej na wyrąb nad potokiem Poormana.
Trzydzieści mil kurzu.

Innego życia nie ma.

[przekład Adama Szostkiewicza z tomu: Gary Snyder Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen. Wiersze wybrane., Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 60. W słowie wstępnym do tego tomu Adam Szostkiewicz wspomina swoją korespondencję z Gary Snyderem w końcówce lat 70. oraz publikację 13 przekładów jego wierszy w Literaturze na Świecie (nr 1 z 1981 roku). No i tak się składa, że mam tą edycję LnŚ (kupiłem ją w 1986 w antykwariacie), która zresztą poświęcona była głównie prozie Johna Hawkesa. Ten numer miesięcznika ma też kapitalną okładkę, więc wklejam jej skan poniżej oraz drugi wiersz Snydera pt. "Linie frontu" - zawierający, jak myślę bardzo ważne przesłanie - który w tomie wydanym ostatnio przez Znak znajduje się na str. 52]


Linie frontu

Rakowata opuchlizna
sięga aż po wzgórze - czuć
           cuchnący powiew -
i opada w dół.
Tutaj zimują jeleniowate;
warkot piły łańcuchowej w wąwozie.

Dziesięć deszczowych dni - ciężarówki
wywożące ścięte drzewa stanęły,
drzewa łapią oddech.
W niedzielę czterokołowy jeep z Reality Co. przywozi
facetów zainteresowanych obejrzeniem ziemi,
do której mówią:
rozsuń nogi.

W górze huk odrzutowca, tu w porządku;
z każdym uderzeniem serca
pompującym zgniliznę w chore, otłuszczone żyły Ameryki
granica się przybliża -

spychacz prychający, mielący gąsienicami,
zsuwający się na bok ze stosu
odartych ze skóry jeszcze żywych krzewów
opłacany przez człowieka
z miasta.

Za spychaczem las aż po Arktykę
i pustynia wciąż należąca do Pajutów.
To tutaj: za tę linię
nie możemy dać się zepchnąć.

sobota, 24 sierpnia 2013

Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości...


Czytam sobie arcyciekawą książkę Marii Janion Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie i w Części Drugiej w rozdziale Jeden cud, traktującym o Zygmuncie Krasińskim i jego Nie-Boskiej Komedii, natrafiłem na taki oto fragment:

Marzący jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest - ta zasada w szczególności sprawdza się w korespondencji Krasińskiego. Zwłaszcza jego listy do Delfiny Potockiej przepełnione są ciągle tworami natężonej wyobraźni - aby oderwać się od tego, co jest "tu i teraz", i poszybować "tam", by stworzyć nową rzeczywistość wspominania wyidealizowanej przeszłości i budowania wizji przyszłości. To jest struktura Przedświtu, to jest owo "Daj mi teraz marzyć, daj", wykpione przez Gombrowicza w Ferdydurke. Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości i przebywania w krainach marzenia, snu, snu na jawie, wizji łączył się u Krasińskiego z przypisywaniem sobie właściwości jasnowidza, umiejętności przewidywania przyszłości, a zwłaszcza katastrof. Na tym przecież zbudowana jest Nie-Boska Komedia, której nie raz przypisywano wielką siłę proroctwa, wnikania pod powierzchnię zdarzeń. Krasiński umiał naginać przyszłość za pomocą przewidywań, przybierających postać fantazmatów - literacko inscenizowanych możliwych scenariuszy wydarzeń. Sądził, że ta zdolność nigdy go nie opuści. Do Augusta Cieszkowskiego pisał w roku 1849, roku katastroficznych rojeń i przeczuć, uwiarygadniajacych, jak sądził jego Nie Boską: "Proszę Cię, często pisuj do mnie i o szczególikach różnych mów, ja mam szczególny instynkt do zbliżających się katastrof i wyrabiających się pod ziemią zdrad!

I po lekturze tego tekstu, przypomniał mi się nagle jeden z wpisów, zamieszczonych na blogu Krzysztofa Jureckiego. W poście o przydługim tytule Andrzej J. Lech. CITÁTY Z JEDNEJ REALITY / QUOTES FROM ONEREALITY. FOTOGRAFIE / Z ROKOV 1978 – 2010 (Poľský inštitút v Bratislave1.11. –30.11. 2012) możemy natrafić na następujące wywody (pisownia oryginalna):

Super huragan Sandy okazał się zbyt silny, pokonał nie tylko linie lotnicze. Spowodował dla stosunkowo niewielkiego regionu kolo Nowego Jorku autentyczny koniec świata - Apocalypse Now, który powtarza się co pewien czas w dziejach ludzkości. Kiedy nastąpi ostateczny koniec? Zdaniem postmodernistów (np. prof. Tadeusz Sławek) - nigdy, zdaniem chrześcijan w przyszłości....

Zresztą, jak słusznie zauważył na wernisażu wystawy  Amerykanin Roberto Muffoletto, Andrzej pokazuje stan "przed" i "po" katastrofie, z czym się zgadzam. Nawet w ten sposób czasami zestawiałem jego prace w Bratysławie, delikatnie zakłócając chronologię zdarzeń, gdyż ta nie jest najważniejsza. Inny amerykański krytyk Patrick Keough był pełen uznania dla nowojorskich zdjęć Andrzeja. To cieszy, ponieważ ich opinie  są "z wewnątrz, czyli z USA"  są cenne. Poza tym, fotografia Andrzeja ma "dar", jaki miała poezja w starożytnej Grecji czy dramaty Szekspira, może nie jasnowidzenia, ale przewidywania zdarzeń... Wypełnia się dziwnymi pustymi amerykańskimi, meksykańskimi czy polskimi pejzażami, niczym naczynie, przyjmujące życiodajny napój w swym profecznym wymiarze. To "czyni" ją wyjątkową na scenie polskiej, a w przyszłości może i europejskiej. Odróżnia ją od wielu naśladowców i imitatorów rzeczywistości fotografujących śmieszne karoserie samochodowe czy kolorowe witryny, sprowadzając widoczki do formy karykatury.

Ups!
Oczywiście w swojej książce Maria Janion nie zajmuje się fotografią, aczkolwiek analizowany przez nią w przypadku autora Nie-Boskiej Komedii proceder tworzenia fantazmatów, które projektowane są na rzeczywistość, dotyczy całkiem sporej grupy artystów, przyjmujących postawę profetów lub proroków. Zjawisko to obejmuje także niektórych krytyków sztuki, a przytoczony przez mnie cytat z bloga Krzysztofa Jureckiego, to chyba wręcz podręcznikowy przykład fantazmatycznej krytyki fotografii...

piątek, 23 sierpnia 2013

17 DNI


Grzegorz Wróblewski

17 DNI

środa: buntuje się serce i lewa ręka (reklamy wieprzowiny i ananasów
w puszce),10 piw, “Hokus pokus” Kurta Vonneguta, telefon do Clausa
w sprawie jego idiotycznego, ryżego zarostu, ponowne konflikty
z otoczeniem
czwartek: nadal ból serca (pismo “Pomerania” z Gdańska, reklamy butów),
tylko 3 piwa, ciąg dalszy Vonneguta, który zaczyna (niestety) nudzić,
sztorm
piątek: serce przestało boleć (pocztówka od znajomych z Aalborga),
dzień bez alkoholu, “Kowal z Podlesia Większego” - przyjemna
opowiastka Tolkiena
sobota: drętwienie rąk (pusta skrzynka), wino w olbrzymiej ilości,
niepotrzebne telefony, sprzeniewierzenie większej sumy pieniędzy,
za ścianą znów szepty
niedziela: ponownie lewa ręka i ból serca (pusta skrzynka), kac moralny
i cielesny, “Psie serce” Bułhakowa, telefon od Torbena dot. mojego telefonu
do niego z dnia wczorajszego, skrytka pod kołdrą, depresja, wilgoć
poniedziałek: ból serca (zawiadomnie w sprawie remontu klatki schodowej),
kilka kontrolnych piw dla zbadania stanu organizmu, trochę lepsza
koncentracja, w związku z tym “Oda do Walta Whitmana” (Lorca),
potem A. Lenartowski i jego “Święta Teresa z Lisieux”:
Cud jako negacja, to jasne.
wtorek: ból serca i drętwienie rąk (list od przyjaciela z Polski, reklamy
mięsa), żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym, zero piwa i papierosów
środa: tabletki na obniżenie ciśnienia (pusta skrzynka), halucynacje (czyli
pseudopercepcyjne wrażenia występujące bez obiektywnych bodźców
zewnętrznych), program o manatach (ssakach z rzędu syren)
czwartek: drętwienie rąk (lokalna gazeta), “Jakżeż ja się uspokoję”
(rękopis - kartka papieru 21x13,1 cm.) Stanisława Wyspiańskiego:
jakżeż ja się uspokoję… , no właśnie, ale tylko jedno wino
z tej oczywistej okazji
piątek: ból serca, drętwienie rąk (list od siostry z Warszawy, reklama pizzy),
przejście z alkoholu na haszysz jest zbawienne, ale tylko przez kilkanaście
minut, potem znowu psychiczna pustynia…, korzenie o ludzkiej postaci
sobota: ból serca (reklamy mięsa i samochodów), “Jednolita teoria
czasoprzestrzeni” Adama Wiśniewskiego-Snerga, sucha pszczoła
niedziela: serce przestało boleć (pusta skrzynka), czy kiedyś odwiedzę
(khana pauroti, khana, khana…) Prawdziwe Góry?
W tym moim przeklętym stanie?
poniedziałek: pulsowanie głowy, ciśnienie? (list z Akademii),
bardzo spokojny (w końcu!) dzień, rozmawiam ze swoimi roślinami,
głaszczę ich liście i podlewam je wodą,
tympanon z Dawidem i Betsabe (Trzebnica)!
wtorek: ból serca (pusta skrzynka), nerwowy poranek, potem wiadome
rozwinięcie, na koniec senne majaki, czyżby maska mrugnęła okiem?
środa: drętwienie rąk (pusta skrzynka), w tym układzie tylko
Robert Louis Stevenson i Lloyd Osbourne: - Amen - dodał wuj Ned.,
próbuję wydostać się na powierzchnię, coś tam (jednak) mnie korci,
jeszcze nie nadszedł czas!
czwartek: ponownie lewa ręka (rachunki za mieszkanie),
pijemy dlatego, że nie mamy nic innego do roboty - mówi Flemming
(jemu nigdy nie urywa się film)
piątek: ból serca (pusta skrzynka)... 


[Mój ulubiony zapis z Kopenhagi (lub ściślej rzecz ujmując - zdecydowany faworyt wśród ulubionych zapisów). Oczywiście można go też znależć w amrykańskim wydaniu, które co dopiero opublikowała oficyna Zephyrpress. Książka stoi sobie na regale vis a vis łóżka i codziennie rano otwierajac oczy spoglądam na elewację kamienicy przy Amagerbrogade... 
Z w/w okazji też specjalna muzyka dzisiaj. The Animals, pierwsze płyty, np. album, którego skan okładki wklejam poniżej.]