wtorek, 15 lutego 2011

„Śląsk” Michała Cały


Michał Cała, Wałbrzych, 1979

Na wczorajszych zajęcia w Akademii fotografii pokazywałem studentom „Śląsk” Michała Cały. Ten cykl zrealizowany w latach 1978-1992 (takie ramy czasowe podaje autor na swojej stronie), po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć w krakowskiej Galerii ZPAF w roku 1987, albo 1986, a może w 1988? Teraz nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że ta ekspozycja zbiegła się w czasie z publikacją w ówczesnej „Fotografii”.
Jako początkujący wóczas fotograf, krakowską Galerię ZPAF (mieściła się wtedy przy ulicy św. Anny) odwiedzałem dość regularnie, ponieważ po prostu chciałem się czegoś nauczyć od starszych wiekiem i stażem kolegów („kolegów” - ma się rozumieć - in spe). No i z tą edukacją było tak, że faktycznie proces dydaktyczny zaszedł, ale dopiero w momencie kontaktu ze śląskimi  fotografiami Michała Cały. Bo wcześniej, kiedy oglądałem kolejne prezentacje ogólnozpafowskich pawi, niejako z definicji o nauce mowy być nie mogło.
Zdjęcia Cały dosłownie mną wstrząsnęły. Zobaczyłem wtedy, że można być bardzo blisko konkretu (wizualne realia śląskiej konurbacji były mi wtedy raczej znane) i potraktować go jako materiał do fotograficznego, czytaj - „artystycznego” cyklu. Po kilku latach, jakoś w 1993 albo 1994, zobaczyłem ponownie te prace na wystawie w Galerii B&B w Bielsku-Białej i przeżyłem lekkie rozczarowanie. Dotyczyło ono jakości powiększeń, które podczas tej prezentacji miały rozmiary w okolicach 50x60cm (wydaje mi się, że na wystawie w Krakowie odbitki nie były zbyt duże, ale Michał Cała twierdzi że wręcz przeciwnie) i jakoś przy tej wielkości nieco siadła na nich ostrość brzegowa oraz kontrast, a także rozpiętość tonalna. Natomiast samo podejście do tematu, sposób jego prezentacji, wybór motywów, wszystko to nadal działało.

Michał Cała, Wałbrzych-Sobięcin, 1979

Michał Cała, Wałbrzych, 1979

W 2006 Galeria Zderzak wydała album pt. „Śląsk”, gdzie znalazło się 101 fotografii ze śląskiego cyklu Cały. I właśnie taki zestaw w albumowym układzie pokazywałem studentom na zajęciach.
Oglądając trwającą kilkanaście minut projekcję, zastanawiałem się nad płaszczyzną/płaszczyznami odniesień oraz nawiązań do polskiej i zagranicznej fotografii. I nie znalazłem takowych… (pytałem o to studentów i im też nic nie przychodziło do głowy) Wygląda na to, że cykl Cały jest zjawiskiem niemal kompletnie osobnym i w pewnym sensie „samowystarczalnym”. Jednocześnie, patrząc na bardziej współczesne zdjęcia tego autora (czarno-biała seria „Śląsk i Zagłębie. 2004-2010” oraz kolorowa „Miasta Śląska i Zagłębia. 2004-2010”
), dostrzec można z pewnym zdumieniem, że jego metoda pracy: sposób kadrowania, wybór motywów, etc., na przestrzeni tych nieco ponad 40 lat, nie uległy właściwie żadnym zmianom… Czy to już jest ten „styl”, którego domaga się od fotografów Krzysztof Jurecki?
Pomimo wyrażonych powyżej zastrzeżeń, myślę, że „Śląsk” Michała Cały to przedsięwzięcie o wybitnym charakterze. W latach 80. ubiegłego wieku, oprócz „Zapisu socjologicznego” Zofii Rydet, nikt właściwie z taką konsekwencją i determinacją nie starał się tworzyć dużego dokumentalnego cyklu fotograficznego o charakterze wizualnej monografii (no chyba, że w końcu poznamy te „pękające w szwach archiwa”…).
Przeglądając przed chwilą album Michała Cały, znowu uwagę moją przyciągnęły kapitalne zdjęcia z Wałbrzycha z 1979 roku, z czasów gdy pracowały tam jeszcze kopalnie węgla, a koksownie  „Thorez”, „Chrobry”, „Mieszko” i „Wiktoria” (sic!), wypluwały w powietrze kłęby śmierdzącego dymu. Tamtejsze górzyste ukształtowanie terenu, umożliwiało wykonywanie zdjęć z „wysokiej perspektywy” i Cała świetnie to wtedy wykorzystał.

 Michał Cała, Wałbrzych, 1979

 Michał Cała, Wałbrzych 1979

Michał Cała, Wałbrzych 1979 

niedziela, 13 lutego 2011

Exquisite Corpse


Grzesiek Wróblewski podesłał mi linka do swojej najnowszej publikacji w piśmie Exquisite Corpse, GRATULACJE!!!
6 wierszy w tłumaczeniu Adama Zdrodowskiego.
Kolejno są to:
Ambient
Psycho Taiga
Two Grilled Tuna
Highway of the Sun  
Drunken Children
Cinnamomum Bark

Więc wklejam poniżej ostatni z tekstów, pochodzący z najnowszego tomu pt. „Kandydat” - w wersji angielskiej i polskiej.


CINNAMOMUM BARK

Out of cinnamomum bark emerged chitin
knights. Alex’s smoking a cigar.
In his childhood he signed a pact with the devil,

but back then people still believed in dragons.
Yesterday he split a pillow and an armchair.
He was looking for diamond cones.

***

KORA CYNAMONOWCA

Z kory cynamonowca wyszli chitynowi
rycerze. Alex pali cygaro.
Podpisał w dzieciństwie cyrograf,

ale wtedy wierzono jeszcze w smoki.
Wczoraj rozpruł poduszkę i fotel.
Szukał w nich diamentowych stożków.


***

Kiedyś, to znaczy 12 lat temu (jak ten czas leci…) chcieliśmy wydać wspólną książkę. W lipcu oraz listopadzie 1999 wybrałem się do Kopenhagi i zrobiłem trochę (całkiem sporo) zdjęć. Już po pierwszej sesji byłem zadowolony z materiału, więc w kwartalniku Fa-art, puściliśmy zajawkę przyszłego (niedoszłego) wydawnictwa pt. „Kopenhaga”. Z planów tych (wspólnych) nic nie wyszło, ale tamte dwie wyprawy do Storkøbenhavn, były dla mnie niezwykle ważne. Po raz pierwszy fotografowałem miasto o tak totalnym (od strony wizualnej) charakterze. Totalnie ceglanym przy okazji. Ponieważ zestaw zdjęć miał korespondować z cyklem krótkich prozatorskich zapisów, musiał mieć on spójny oraz „narracyjny” charakter. Spodobała mi się taka filozofia pracy i chociaż planowana książka zaistniała jedynie w postaci wydawniczej makiety, to kilka miesięcy później, gdy zacząłem intensywnie fotografować Górny Śląsk, tamte wcześniejsze kopenhaskie doświadczenia i przemyślenia bardzo mi się przydały.
Więc kilka fotografii z Kopenhagi z listopada 1999, wykonanych na Assistens Kirkegard czyli Cmentarzu Asystentów (spoczywają tam i Andersen, i Kierkegaard), co jakoś koresponduje też z nazwą amerykańskiego periodyku ;)





piątek, 11 lutego 2011

Drażniące przyjemności


Wygląda to trochę na festiwal poezji Krzysztofa Jaworskiego, ale czytam sobie właśnie po raz kolejny „Drażniące przyjemności” i raz po raz natrafiam na kapitalne wiersze. Tym razem dwa teksty z tomiku „Kameraden”. Książka ujrzała światło dzienne w 1994, czyli (jak ten czas leci) 17 lat temu. I nie miała szczęścia, najpierw do wewnątrz-bruLionowych recenzentów (którzy tom odwalili), potem do wydawnictwa Miniatura (które ją wydało nie wydając), no i wreszcie zaistniała w tomie wierszy zebranych. Z tym, że nikt z osób zawodowo komentujących literaturę, nad tym tomikiem się nie zająknął. Co wcale nie dziwi, jeśli per analogiam popatrzymy na poziom i zakres recenzji plastycznych…

***

Krzysztof Jaworski

Prawdziwa i wierna relacja
o tym co przez kilka sekund
działo się pomiędzy rewolucyjnie
nastawionym tłumem a sztandarami
organizacji robotniczej

Wystarczy mieć swojego
boga, lekarza czy poetę, żeby od razu
poczuć się wartościowym człowiekiem.
Na przykład Święty Augustyn zastanawia się
w swoich wyznaniach nad słowem, które
dało początek światu, zupełnie
jakby mu samo istnienie nie wystarczało.
Wszędzie te hierarchie.
O wszechświatowej rewolucji, która to zmieni
na razie głośno się nie mówi.
Pewnego dnia przechodzące sztandary
uśmiechnęły się do nas, a ja pomyślałem
o pokonaniu śmierci, wypiciu morza, rozproszeniu ciemności,
obracając w ustach słowo: proletariat.


Tak jak powinien zrobić to każdy
dorastający syn wysłuchawszy jednej
z fascynujących historii z obfitującego
w przygody życia swego ojca

Idą Abraham z Izaakiem przez pustynię
a Izaak mówi: - Tato, dlaczego
kosmici i rząd amerykański
sterują naszym myśleniem
z dachu Empire State
Building?
A potem chce dyskutować nad reprodukcją
obrazu Duane’a Hansona Race Riot, 1969-71,
czy jest gorszy, czy lepszy niż Rafaela
Canogara, Policja, 1969?

Czyż życie ludzkie kiedykolwiek nabierze godności?

– Słuchaj synu – powiedział ojciec, który szedł.


***
Oczywiście Race Riot Duane Hansona, to hiperrealistyczna rzeźba, w właściwie grupa rzeźb.




poniedziałek, 7 lutego 2011

PORWANIE PARYŻA


Coś bardziej à propos. Wiersz, który jakoś do tej pory omijałem. Niesprawiedliwie! Bo jest genialny! Pierwodruk w nieistniejącym już piśmie Bundesstraße 1 (nr 6/7, 1995), potem tekst ten pojawił się w książce „Pięć poematów” (Kielce, 1996), a następnie w wyborze wierszy „Drażniące przyjemności. 1988-2008” (Biuro Literackie – Wrocław 2008).

***

Krzysztof Jaworski

PORWANIE PARYŻA

Bieda określa świadomość. Szczególnie na Rue des 4
Fils – un, deux, trois, quatre – moje alabastrowe
stopy błogosławią, a dłonie ogrzewają zimne
powietrze Rue des 4 Fils. Tyle mogę im dać na Rue
des 4 Fils – kapłan samotności, książę
melancholii. Mogę policzyć gwiazdy: un, deux,
trois, quatre –
– parowanie i dłoń przytknięta do nieba.

Cinq.

Trocki nie zagrzał tu miejsca. Paryż
wygonił Trockiego. Paryż dał kopa Trockim
wszystkich krajów. Od tej pory Paryż nazywa swoje
ulice imionami komunistów.

W Paryżu siadywałem tu i tam, spokojny
i opanowany.
Tu: przy Place de Stalingrad z widokiem na napis
Place de Stalingrad.
Tam: przy Pont Neuf z widokiem na napis
Tut był Wasia.
Siadałem i myślałem o Paryżu.

Trocki w tym czasie podżegał do rewolucji,
pochłaniał französisches Frühstück, krztusił się
grzanką.

Na Rue St. Denis bije serce Paryża.

– Wszystko jest możliwe – tłumaczył
Trocki – Faust strugający Pinokia,
Geppetto paktujący z diabłem. – Chcę mieć ogromne,
silne dłonie – mówi Geppetto. – Chcę pojechać do
Paryża z ogromnymi, silnymi dłońmi.

Paryż dał mi pół franka, żebym się stąd wyniósł.

Trocki odwiedził kawiarnię Croissant, w której
został zabity Jaurès. Trocki dziwi się, bo Jaurès
płacił za swoje śniadania.

Paryż przewrócił się na plecy i wierzga nogami
udając martwego Jaurèsa.

Trocki zawitał do smutnego Paryża, gdy zeppeliny
krążyły nad miastem.
– Liczyłem je jak gwiazdy – chwali się Trocki –
wielkie nadmuchane gwiazdy, które łatwo policzyć.

Paryż jest kobietą. Wszystkie historie biorą swój
początek w Paryżu, oprócz historii o Trockim i
jego Pinokiu.

Paryż wypluwa ludzi w beton La Défense.
W Paryżu Trocki spotkał się z Martowem, a fałszywe
paszporty wystawały im z kieszeni. Gdyby Martow
miał drewnianą nogę, stukałby tą nogą chodząc po
Paryżu.

Paryż naigrywa się.

– Widzisz jak tu ładnie, Martow – mówi Trocki. –
Chyba wpadnę tu z Armią Czerwoną.

Paryż podkręca swoje słowiańskie wąsy.

– Jak wrócisz z Paryża, to przywieź mi trochę Paryża.

No nie, być w Paryżu i nie zobaczyć Trockiego?

– Patrz Martow – mówi Trocki i patrzy na
Paryż, kurwy, Murzynów, Martowa, zabite zające,
Pederastów, psie gówna, bilety do metra, białe
Wytrawne, grób Morrisona, jednofrankówki, migające
burdele –
wszyscy równi wobec prawa i siły nabywczej
pieniądza.

Jak stąd uciec?

Wiele dróg prowadzi do Paryża, mówiąc: Paryż,
Paryż, Paryż.

Liebknecht nie zjawił się w Zimmerwaldzie.

Otworzyłem oczy, ujrzałem Liebknechta sunącego Rue
des 4 Fils, wcale nie udawał się w kierunku
Zimmerwaldu.

Przywiozę, przywiozę.

Paryż lśni jak perła.
Szczur biega po pokoju.
Zdzichu mówi, że awangarda to gówno, na którym
dopiero wyrosną kwiaty, przy czym nie zalicza mnie
do kwiatów. Gorzała się kończy.
Pozostaje: złapać szczura, zasadzić kwiaty, kupić
nową gorzałę.

Paryża nie ma.

       Paryż, listopad 1994

niedziela, 6 lutego 2011

Bez związku


Zupełnie nie w kontekście „doświadczeń paryskich”, przypomniał mi się ten wiersz Krzyśka, pochodzący z książki „Jesień na Marsie”, wydanej w oszałamiającym nakładzie 100 egzemplarzy przez instytucję o nazwie „Fort Legnica” w 1997 (która po przenosinach do Wrocławia stała się Biurem Literackim). Pierwotnie myślałem o wstawieniu tekstu „Monsieur Pologne” (nieco bardziej w związku z w/w), ale… czy wszystko zawsze musi się tak ściśle ze sobą wiązać?

***

Krzysztof Jaworski

Na urodziny przyjaciela

W dziewięćdziesiąty drugim, w siedemdziesiąte piąte
urodziny Roberta Mitchuma, a wiecie do kogo

i w jakim filmie dobierał się Robert
Mitchum!, piliśmy z Dirkiem 50 procentową

wódkę z Polski, każda okazja jest dobra, aż tu nagle
wódka się skończyła, wszystko ma swoje granice. No to

Robert, my już myśleliśmy, że Mitchum, ale
to nie był Robert Mitchum, tylko nasz Robert, omylność

ludzka nie ma granic, powiedział:
Musimy iść na staję benzynową w celu

Zakupienia sześciu i pół
procentowego piwa. Dlaczego piwa, zapytałem. Dlatego piwa,

odpowiedział Robert, ale nie Mitchum, jednak, jak się okazało,
bo tutaj wódka jest dwudziesto, no, najwyżej 28

procentowa, na dodatek ohydna. Aha, odpowiedziałem, ten
to ma łeb, przypominając sobie, jak to wczoraj, w przeddzień

urodzin Roberta Mitchuma, piliśmy Ouzo. Tfu,
tak mi się przypomniało. I poszliśmy. Po drodze

mogliśmy śpiewać z Dirkiem Horst-Wessel-Lied, ale
kto o tej porze poznałby się na dowcipie? Więc

zaśpiewaliśmy Wenn-ich-die-blonde-Inge,
z Dirkiem to się śpiewa,

niech go nie znam, chociaż na przykład nie zna
kilku czołowych partyzanckich piosenek,

nic to, ten system i tak nie ma szans.
Facet

ze stacji benzynowej nie wpuszczał nas do środka, bo
się bał napadu. Czego, zapytał przez radio, a pod stołem

ściskał magnum, założę się o dwa piwa. Czego.
Jest piwo, zapytał Robert. Jest, mówi facet.

A jakie, zapytał Robert.
Facet się załamał.

Wchodźta, powiedział, nacisnął guzik i drzwi się otworzyły.
Na stacji benzynowej było piwo Früh Kölsch, owszem,

było wcześnie – 3 nad ranem, ale cztero i pół
procentowe. W życiu nie widziałem

tyle piwa 4,5 procentowego. A, niech tam,
powiedział Robert, łap się

za skrzynkę. Do mnie tak powiedział. Złapałem się. I
dostojnie skierowaliśmy się w kierunku wyjścia z napisem

Eingang. Co za pech, powiedział Robert,
mogliśmy trafić na piwo Słoń, a ono ma siedem i pół

procenta, jak Boga kocham, Słoń,
tak się nazywa, powiedział Robert. A ja zapytałem:

Ty,
Czy dzisiaj są twoje urodziny?

***
Wymieniany trzykrotnie Dirk, to Dirk Perschke, autor okładki książki Jaworskiego „Kameraden”, grający wówczas także w punkowym zespole o nazwie Die Gebirge.
Früh Kölsch to świetne piwo górnej fermentacji, którego nikt w Koloni nie nazywa piwem, ale właśnie Kölschem. Pija się go z wysokich szklanek o wyglądzie menzurek.
Piwo Słoń to produkt koncernu Carlsberg o nazwie Elephant, wysokoprocentowy i niespecjalnie smaczny.
Wenn ich die blonde Inge to foxtrott z lat 20. ubiegłego stulecia (muzykę i słowa popełnił niejaki Schwarz).
Horst Wessel Lied to piosenka popularna w kolejnej dekadzie, szczególnie podczas marszów z pochodniami i sztandarami z hakenkreuzem oraz napisem: Deutschland Erwache! (Niemcy obudźcie się!), co może nasuwać niejakie skojarzenia z rocznicowym spotkaniami na Krakowskim Przedmieściu i hasłami „Polsko obudź się!”, widocznymi na dzierżonych tam transparentach. Jej pierwszy wers brzmiący: Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! (Sztandary w górę! Szeregi mocno zwarte!), umieścił swego czasu na swoim komunikatorze gadu-gadu pewien poseł PiS ze Śląska.
Roberta (nie Mitchuma) nie znam.

czwartek, 3 lutego 2011

Paris Paris…


I feel love, Paris Paris
Love to love, Paris Paris
Feelings so close to my heart

Itd., itd., piejący koguta za kogutem „ojciec punk rocka” i dystyngowana Catherine Deneuve w kiczowatej piosence na kiczowaty temat z kiczowatym teledyskiem. I właśnie refren tego utworu towarzyszył mi w myślach podczas wernisażu mojej wystawy w L’Espace Pierre Premier, wczoraj w środę, z tym, że close konsekwentnie zamieniałem na distant

Ludzi przyszło całkiem sporo, książki sprzedawały się nieźle, wiele osób gratulowało mi projektu, ale z oficjalną inauguracją wernisażu czekaliśmy na Corrine Evens z Evens Foundation, współorganizatora przedsięwzięcia. Mniej więcej ok. godziny 19:30 rozpoczęło się uroczyste otwarcie, które trwało długo, bardzo długo, stanowczo zbyt długo.

Najpierw długo po francusku przemawiała pani Corrine, potem mikrofon przejął mężczyzna w mundurze lotnika armii izraelskiej (mogę się w tym względzie mylić, być może był pilotem cywilnym?), który też sobie pofolgował, jeśli idzie o czas wypowiedzi, potem wystąpił ambasador Izraela we Francji (co mnie szczególnie ucieszyło, mówił po angielsku z mocnym amerykańskim akcentem…), następnie dyrektorka Instytutu Polskiego Klaudia Podsiadło (po francusku), po niej mówiła Eleonora Bergman (w języku angielskim), dyrektorka Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, a ja oraz Jacek Michalak, wywołani na środek podczas pierwszego w kolejności przemówienia Corinne Evens, staliśmy i słuchaliśmy przedmówców, z tym, że ja w tym momencie głęboko zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście jestem na wernisażu swojej własnej wystawy?

Z tym użyciem i przekazywaniem mikrofonu od razu pojawiły się problemy, bezprzewodowy od razu odmówił posłuszeństwa, wydając przy tym kilka sprzężeń, przypominających beknięcie dinozaura. Chwilę potem pojawił się mikrofon podpięty do kabla, ale ilekroć Corrine Evens próbowała się zbliżyć do publiczności lub też wykonać jakiś gwałtowniejsze gesty, kabel wysuwał się z gniazdka i nic nie było słychać. Cała ta scena z mikrofonem przywołała mi na myśl pewną sekwencję z filmu „Zwariowany weekend” z Louisem de Funes, a mianowicie scenę kazania w kościele, gdzie urządzenie nagłaśniające sprawiało wygłaszającemu je księdzu dość podobne problemy. Jak ktoś nie zna, polecam.

W końcu mogłem przemówić. Zrobiłem to w miarę szybko, bez mikrofonu i po angielsku. Przedstawiłem istotę projektu i jego części składowe (wystawa 20 wielkoformatowych wydruków, projekcja 403 fotografii i album ze zdjęciami 306 obiektów, wraz z opisami i tekstami komentującymi), a następnie podziękowałem organizatorom pokazu: Corrine Evens i fundacji  Evensa, Liliane Zafrani (prawdziwej spiritus movens paryskiej prezentacji) oraz Jackowi Michalakowi, prezesowi Atlasa Sztuki, który wystawę wyprodukował i jest współwydawcą pierwszej i drugiej edycji albumu. No i zostałem nagrodzony бурными аплодисментами. Potem głos zabrał uczestniczący w wystawie Jérémie Dres (mówił też bez mikrofonu, dłużej i po francusku). Następnie przejąłem inicjatywę i zaprezentowałem stojącego obok mnie Jacka Michalaka, prezesa Atlasa Sztuki, oddając mu głos.

Pan Jacek przemawiał po angielsku i opowiadał, o historii projektu „Niewinne oko nie istnieje”, o jego poziomach znaczeniowych oraz o miejscach, gdzie dotąd był i gdzie jeszcze będzie prezentowany.
Potem przez mikrofon (z kablem) zaczęła mówić Corrine Evens, a właściwie weszła w rodzaj polemiki z przedmówcą (wypowiadała się po angielsku), miejscami o dość niestety agresywnym charakterze, zadając mu np. pytanie, „co czuje przeciętny mieszkaniec Polski, patrząc na zdewastowany budynek synagogi w swoim sąsiedztwie”.
Prezes Atlasa Sztuki starał się jej wytłumaczyć istotę projektu oraz zaangażowanie instytucji, którą kieruje, w produkcję wystawy i publikację książki oraz o odbiorze „Niewinnego oka” w Polsce, ale odpowiedzi te wywoływały jeszcze większą irytację szefowej Evens Foundation, a sytuacja z wyrywaniem kabla od mikrofonu z gniazdka wzmacniacza powtórzyła się kilkakrotnie.

Dostrzegłem na twarzach osób słuchających jej wypowiedzi rodzaj zdziwienia czy może nawet zniesmaczenia? Uśmiechający się pojednawczo w moim kierunku ambasador Izraela, podczas kolejnej z tyrad, podszedł do mnie i ostentacyjnie uścisnął mi dłoń oraz pogratulował projektu.
Korzystając z okazji podszedłem do mikrofonu (z kablem) i powiedziałem, że pytanie postawione przez Corrine Evens, skierowane zostało ewidentnie pod niewłaściwym adresem, lecz dalszego ciągu tej dyskusji już nie było, ponieważ pani Corrine wyszła z sali.

Być może jej zdenerwowanie związane było z miejscem ekspozycji komiksu Jérémiego Dres (który pojawił się na mojej wystawie, jako support narzucony przez współorganizatora) i którego bazgroły (sorry Winnetou) umieściliśmy w dolnej kondygnacji galerii?
Drugim supportem ekspozycji w L’Espace Pierre Premier była rzeźba autorstwa Nicolasa Schöffera, skądinąd bardzo ciekawa, ale nie wiem w jaki sposób mająca pasować do zdjęć dawnych synagog? No więc, zaproszona na wernisaż wdowa po panu Schöfferze, czekała podczas tego otwarcia na swoją kolej w prezentacji, ale się nie doczekała, ponieważ zdenerwowana Corinne Evens najwyraźniej o jej istnieniu zapomniała…

środa, 2 lutego 2011

Obraz Jana van der Heydena,


przedstawiający amsterdamski kanał i stojące przy nim domy, przed którym stanąłem dłużej w Luwrze i do którego kilkakrotnie wracałem, na reprodukcjach znalezionych w sieci (zapewne są to skany z albumów) wygląda tak:


albo tak:


Czyli zupełnie inaczej niż przy naocznym oglądzie. Całkowicie siada tutaj efekt trompe l'oeil, światło jest spłaszczone, a kolory to już tylko barwy.

***

O 17:00 wernisaż „Niewinnego oka” w L’Espace Pierre Premier (17 avenue Pierre 1er de Serbie). Trochę się denerwuję…

sobota, 29 stycznia 2011

COMMUNIQUÉ DE PRESSE

WOJCIECH WILCZYK
“Y avait-il une synagogue ici ?”
(Il n’y a pas d’oei l innoc ent )
Vernissage le Mercredi 2 Février 2011 de 17 h à 22h
Espace Pierre Premier
17 Avenue Pierre Ier de Serbie 75016 Paris

Poniżej wklejam w całości ten COMMUNIQUÉ DE PRESSE. Oprócz moich zdjęć, ma być tam też pokazana "kinetyczna" rzeźba Nicolasa Schöffera o nazwie Chronos 10 i komiks autorstwa Jérémiego Dres, zatytułowany Nous n’irons pas à Auschwitz, reportage au pays de ma grand-mère.



Jutro rano o 08:05 start do Paryża.

I poza wszystkim, myślę o muzeum w Louvrze i tamtejszych bogatych zbiorach holenderskiego malarstwa z XVII wieku.
Które mam zamiar dokładnie  obejrzeć. 
Z czego już się cieszę.

piątek, 28 stycznia 2011

“Y avait-il une synagogue ici ?” (Il n’y a pas d’oei l innoc ent)



Czyli „Niewinne oko nie istnieje” w Paryżu, w Espace Pierre Premier, 17 Avenue Pierre Ier de Serbie 75016 Paris.
Wernisaż w najbliższy wtorek 2 lutego o godzinie 17.00.


czwartek, 27 stycznia 2011

Arteon 01/2011


W najnowszym Arteonie ukazała się recenzja „Kalwarii” pióra Magdaleny Wróblewskiej. Fragment tego tekstu można przeczytać tu, natomiast w całości artykuł dostępny jest w wydaniu drukowanym.

Kalwaria Zebrzydowska, Wielki Czwartek, 12.04.2001

wtorek, 25 stycznia 2011

„Hiperrealizm, czyli ślepa uliczka światowej sztuki”


- w ten właśnie sposób Piotr Sarzyński - recenzent plastyczny tygodnika „Polityka” - zatytułował swoje omówienie wystawy „Hyper real”, którą jeszcze do 13 lutego zobaczyć można w wiedeńskiej instytucji o skrótowej nazwie MUMOK. I jak tu będąc administratorem bloga o nazwie HIPERREALIZM, nie podjąć zawartego tytule wyzwania? Od razu uprzedzę, że wystawy nie widziałem i pewnie się do Wiednia nie wybiorę, może do Budapesztu, gdzie od 28 czerwca do 23 września 2011 będzie pokazywana w tamtejszym Museum of Contemporary Art? Czytając tekst Sarzyńskiego dostrzegłem w nim kilka stwierdzeń, jakie nie odnoszą się zresztą do omawianej przez niego wystawy, lecz do samego gatunku (i jego okolic), które skomentować koniecznie trzeba.

O metodzie hiperrealistów Pisze Sarzyński w sposób następujący: Oczywiście, na fotografie regularnie zerkali tworząc obrazy Manet i Monet, Degas i setki innych. Ale hiperrealiści w przygodzie z fotografią poszli znacznie dalej. Przede wszystkim nie tyle malowali korzystając z fotografii, ile malowali – w powiększonej skali – same fotografie. W związku z tym całkiem mechanicznie przenosili szczegóły ze zdjęcia na obraz. […] Do tego dobudowali odpowiednią ideologię, która głosiła: żadnego subiektywizmu, żadnych autorskich przekształceń, wizji, dodatkowych inspiracji. Na obrazie ma się znaleźć dokładnie to, co jest na fotografii. Zero wyobraźni i kreatywności. Zero emocji, humoru, skojarzeń czy symboli. I co wtedy zostaje? Beznamiętne kopiowanie. No cóż, trochę jednak inaczej było z tym wykorzystaniem fotografii przez malarstwo… Po pierwsze nie było to bynajmniej „zerkanie”. Zdjęcia krajobrazów lub portretowe traktowano jako szkice, dokładniejsze od tych wykonanych ręcznie. I w przypadku pejzaży właśnie lub portretów dość wcześnie stosować zaczęto urządzenie o nazwie camera obscura, całkiem słusznie uważane za poprzednika aparatu fotograficznego. To „przenoszenie szczegółów na obraz” ma więc nieco dłuższy rodowód, niż chce Sarzyński i nie odnosi się wyłącznie do malarstwa z lat 60. i 70. XX wieku. Wystarczy zresztą popatrzyć na serię wedut przedstawiających twierdzę Sonnestein w Pirnie, autorstwa Bernardo Bellotto z kolekcji Zwingera.

John Salt,  Wreck With Writing On The Roof (1971)

Przejdźmy teraz do kwestii „emocji, humoru, skojarzeń, symboli”, których to wg. Sarzyńskiego w hiperrealizmie nie uświadczymy. Na myśl przychodzą mi w tym momencie obrazy Johna Salta (Anglika mieszkającego w USA), który wedle recenzenta „Polityki” wyspecjalizował się w malowaniu powypadkowych wraków (wolał upamiętniać auta po wypadkach). Otóż jestem przekonany, że wspomniana tematyczna predylekcja Salta, nie wynikała bynajmniej z chęci wyróżnieni z się z grona „hiperrealistycznych beznamiętnych kopistów”, co jak najbardziej świadomego podjęcia tematyki vanitas, tak atrakcyjnie obecnej w sztukach plastycznych od XVII wieku, z tym że z wykorzystaniem rekwizytów współczesnych i typowych dla konsumpcyjnego modelu kultury. Na ten aspekt malarstwa Salta zwróciła zresztą uwagę Ewa Kuryluk w swojej książce „Hiperrealizm, nowy realizm” wydanej w 1979 roku: O katastrofie, kalectwie i nagłości współczesnej śmierci mówi wrak maszyny – wgnieciona karoseria, rozdarta skóra obić, strzaskane szyby. Światło załamuje się dramatycznie na uszkodzonej blasze, czasem obraz destrukcji odbija się w jednej zachowanej szybie, w ocalałym lusterku kierowcy. Na samochodowym cmentarzysku wraki pożera rdza, porasta trawa. Powoli szarzeją nieskazitelnie czyste, jaskrawe barwy, zatracają się chłodne, ostre kontury: czas przystosowuje maszyny do przyrody, zmienia je w kulturowy relikt, w nagrobek cywilizacji.

Sarzyński przypisuje hiperrealistom bezduszną „tematyczną specjalizację” (Robert Cottingham wyspecjalizował się w malowaniu ulicznych neonów, Richard Estes – sklepowych witryn, […] błyszczące karoserie krążowników szos z upodobaniem uwieczniał Ralph Goings, Don Endy, Robert Bechtle i Ron Kleemann, ciężarówki – Alex Colville, […] John Baeder nie wychodził poza wizerunki barów i restauracji, a Richard McLean poza kowbojskie tradycje portretowania się w siodle), co miało im pomóc w odróżnieniu od siebie, bowiem warsztat jest tutaj niemal identyczny i sprowadza się do wiernego oddania utrwalonych na fotograficznej kliszy szczegółów. Otóż nic bardziej błędnego, podczas wystawy „Amerykański sen” w krakowskim Muzeum Narodowym (2 lipca 2009 - 4 października 2009), gdzie zaprezentowano hiperrealistyczne obrazy z kolekcji Louisa K. Meisela, kiedy podeszło się do ich powierzchni bardzo blisko, gdy pryskał efekt trompe l'olei, widać było wyraźnie pracę pędzla, różniąca się ewidentnie w przypadku zaprezentowanych autorów. Przy oglądaniu tych prac z dystansu, nie było też żadnych wątpliwości (przynajmniej ja takich nie miałem), że jest to malarstwo, a nie powiększona fotografia. Sporządzanie przez fotorealistów inwentaryzacji realiów współczesnej cywilizacji, by przywołać raz jeszcze słowa Ewy Kuryluk (cytowane także przez recenzenta „Polityki”), nie wyklucza bynajmniej posługiwania się symbolem  czy podejmowania tematyki społecznej, zresztą sam gest wyboru przedmiotów lub sytuacji, które mają być „zinwentaryzowane” jest tutaj ważny i nieprzypadkowy (niestety dla Sarzyńskiego Alex Colville np. to tylko twórca scenek rodzajowych).

John Salt, Ford (1972)

Kuratorki wiedeńskiej ekspozycji (Susanne Neuburger, Brigitte Franzen), która zresztą bazuje na zbiorach z kolekcji Petera i Irene Ludwig, bardzo przytomnie w ramach tytułowego „hyper realu” pokazali też prace artystów z kręgu pop-artu (Andy Warchol, Roy Lichtenstein, James Rosenquist i  Tom Wesellmann), amerykańskich fotografów z okresu 1960-70 pracujących w kolorze (Saul Leiter, Stephen Shore, Joel Meyerowitz, William Eggleston) oraz autorów wywodzących się ze „szkoły düsseldorfskiej”. O tych ostatnich Sarzyński pisze w sposób następujący: Najbardziej znani spośród nich i obszernie reprezentowani na wystawie to Candida Höfer, Andreas Gursky, Thomas Ruff i Thomas Struth. Ich prace w ciekawy sposób nawiązują do malarstwa hiperrealistycznego. Podobnie jak i ono wyzute są z emocji, często wyglądają na dość przypadkowo skadrowane, pozbawione jakiejkolwiek głębszej treści czy pozaartystycznych kontekstów. Ups! W tym momencie czytania recenzji zamieszczonej w „Polityce” musiałem się uszczypnąć, żeby w ten sposób sprawdzić, czy nie przysnąłem w trakcie lektury, bo to co przeczytałem, wydało mi się zbyt fantastyczne i niewiarygodne. No nie, nie zasnąłem, to jak najbardziej prasowy hyper real.

A więc po kolei. Pojawienie się na omawianej wystawie tych właśnie uczniów Bernda i Hilli Becherów, nie do końca wynika z „nawiązywania do malarstwa hiperrealistycznego” przez Hofer, Gurskiego, Ruffa czy Strutha. Owszem, taka korespondencja tutaj zachodzi, ale w nieco innym zakresie oraz przebiegu chronologicznym, niż to naświetla Sarzyński. Amerykańscy hiperrealiści wprowadzili w latach 60. temat miejski oraz produkowane masowo wytwory cywilizacji przemysłowej do sztuki realistycznej. Zrobili to korzystając dobrodziejstw techniki barwnych slajdów, które rzutowali na płótno i pieczołowicie przerysowywali szczegóły. Wyprzedzili w ten sposób kolorową fotografię, która podjętymi przez nich tematyką zainteresowała się o dobrych kilka lat później. Oczywiście istotna jest tutaj kwestia technologii wykonywania barwnych powiększeń. W momencie zaistnienia pierwszej fali hiperrealizmu, ich rozmiary oraz jakość były mocno limitowane. Przypomnijmy, że odbitki Stephena Shore’a z cyklu „Uncommon Places” (rozpoczętego w 1973) nie przekraczały rozmiarów 50x60cm, ponieważ ich autor, pracujący kamerą 8x10”, chciał uniknąć „pojawienia się ziarna”. W latach 70. prace Shore’a, w przypadku których obecność „hiperrealistycznych motywów” jest ewidentna, zostały włączone przez Becherów w do programu dydaktycznego szkoły w Düsseldorfie. Jeśli zaś idzie o Candidę Hofer, Andreasa Gurskiego, Thomasa Ruffa i Thomasa Strutha, to ich kolorowe prace powstające pod koniec lat 80. mogły uzyskać olbrzymie rozmiary dzięki nowym technologiom reprodukcji fotograficznego obrazu (tu np. obróbka komputerowa zeskanowanych negatywów oraz powiększanie ich przy pomocy techniki lambda printu). Czy jednak można powtórzyć za recenzentem „Polityki”, że są one „wyzute są z emocji, często wyglądają na dość przypadkowo skadrowane, pozbawione jakiejkolwiek głębszej treści czy pozaartystycznych kontekstów”? Oczywiście, że nie, tak samo zresztą, jak obrazy większości przedstawicieli pierwszej fali hiperrealizmu, do których miały nawiązywać.

Randy Dudley, Coney Island Creek at Corpse Ave (1988)

Temat miejski podjęty przez hiperrealistów, funkcjonował oczywiście w amerykańskiej fotografii od lat 90. XIX w. i miał się zupełnie dobrze – jeżeli spojrzymy np. na zdjęcia z archiwum Detroit Publishing Company, ale nikt tej czarno-białej produkcji nie opatrzyłby przymiotnikiem „artystyczna”. Z kolei, jak najbardziej artystyczne fotografie modernistów (czy przedstawicieli Neue Sachlichkeit na gruncie europejskim), podejmujących wielkomiejskie czy też industrialne motywy, powstawały wyłącznie w technice monochromatycznej i nic się tu zasadniczo nie zmieniało od lat 30. aż do lat 70. XX wieku. To właśnie pojawienie się hiperrealizmu i zapewne spektakularny sukces tego malarstwa, doprowadziły do przezwyciężenie paradygmatu modernistycznego obrazowania i sposobu prezentacji wspomnianej tematyki wyłącznie w monochromie (w czym oczywiście swój udział miał rozwój kolorowej technologii rejestracji obrazu oraz wykonywania jego powiększeń). Sarzyński pisze, że na wystawie słusznie nie pokazano  dorobku tych, którzy romans z fotorealizmem zaczęli w latach 80. czy 90. XX w., z konieczności lokując się na pozycjach epigońskich. I po raz kolejny trudno się tutaj zgodzić z sądem recenzenta „Polityki”. Przychodzi mi w tym miejscu na myśl nazwisko Randy Dudleya, artysty właśnie z tego „epigońskiego drugiego rzutu”, który konsekwentnie podejmuje w swych pracach tematykę industrialną i post (kolejna „specjalizacja”…). I bazując przy malowaniu swych płócien na panoramicznych zdjęciach, znowuż jest o kilka lat do przodu przed fotografami, którzy amerykański industrial i post, dostrzegli kolorze dopiero pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia.