sobota, 13 kwietnia 2013

APATIA


Krzysztof Jaworski

APATIA

Od lat ten sam stary screensaver.


----------
[Wiersz z tomu Dusze monet, w sam raz na trzynastkę...]

piątek, 12 kwietnia 2013

MANIFEST NORMALIZMU - Nie ma prywatnego raju


Manifesty artystyczne bywają nudne jak flaki z olejem, nadęte lub nieznośnie pretensjonalne (vide teoria "fotogenii"). Kiedy Krzysztof Sienkiewicz przy okazji spotkania w MOCAKU w styczniu tego roku opowiadał mi o dwóch edycjach Normalizmu, wspomniał też o manifeście, jaki sformułowany został przez Jana Rogało przy okazji wydania drugiej książki. Spodziewałem się znaleźć ten tekst właśnie w albumie, ale okazało się, że był on tylko wygłoszony podczas promocji wydawnictwa. Szczerze mówiąc obawiałem się rozczarowania in minus, a tymczasem wypowiedź pt. "Nie ma prywatnego raju", jest rzeczowa i w wielu punktach trafiona. Myślę, że to ważny tekst, szczególnie na gruncie polskim, gdzie tradycja fotografii dokumentalnej jest stosunkowo świeża, a werystyczny zapis ciągle wywołuje u krytyków sztuki starszej daty podejrzenie "bezstylowości". 

Nie ma prywatnego raju.

Koncepcja stojąca za Normalizmem nie jest bardzo skomplikowana. Sam Normalizm nie określa również szczególnego kierunku w fotografii. Jest raczej próbą zrozumienia formy oraz struktury, która jest ściśle powiązana z procesem robienia zdjęć samym w sobie.

W zasadzie Normalizm jest banalny i przepracowany do znudzenia. Nie różni się niczym od metodologicznych opisów, które robił Henry Fox Talbot; obiektywnych (co nie wyklucza pewnej dozy celebracji) portretów znikającego Paryża Eugene Atgeta, czy prac związanych z grupą New Topographics - Becherami lub Stephenem Shorem.

Każdy z nich na swój własny sposób poświęcił się redukcji obrazu do pozbawionego bezpośrednich emocji, quasi naukowego zapisu rzeczywistości. W konsekwencji żaden z nich nie skoncentrował się na procesie fotograficznym jako czymś metafizycznym. Normalizm za to kładzie nacisk na proces mentalnym i poszukiwanie piękna w tym co zwykłe i z pozoru nieciekawe.

Termin Normalizm pochodzi od czasownika normalizacja. Opisuje powrót do normalnego stanu po przeżyciu dziwnego, niecodziennego doświadczenia. Uważam że kondycja ta jest najważniejszym elementem w momencie gdy patrzymy na fotografię jako proces intelektualny, w którym pomijamy aspekty techniczne. Dlatego niezależnie czy pracujemy aparatem wielkoformatowym czy telefonem komórkowym w momencie gdy fotografujemy towarzyszy nam specyficzna progresja emocji. Widzimy kadr - rośnie napięcie, które osiąga plateau gdy jeszcze raz analizujemy wszystkie elementy. Naciśnięcie spustu migawki jest chwilą uwolnienia. Zapis został stworzony. Powracamy do zwykłej rutyny.

Ta procedura opisana powyżej jest całkiem naturalna i często pozostaje niezauważona. Myślę że fotografowie zrzeszeni wokół Normalizmu są świadomi tych emocji i własnie w nich kolektywnie znajdują esencje swoich działań. Zgodnie z mottem Normalizmu 2 - nie ma prywatnego raju.

A tak wygląda Normalizm II:






[Zdjęcia z strony 8hbooks.com]

----------
Fotografie z obu edycji Normalizmu można znaleźć też pod adresem www.nudnafotografia.org

czwartek, 11 kwietnia 2013

ŚWIEŻONKA


[2005]

Kto jeszcze pamięta dwa Autosany H9-35 z takim napisem, stojące przy DK 1 na odcinku miedzy Częstochową a Piotrkowem Trybunalskim? Jeden z nich udało mi się sfotografować w 2005.
Kiedyś też, ale w zupełnie innym miejscu i barze spróbowałem świeżonki. Prawdę mówiąc, potrawa ta przypominająca rodzaj luźnego gulaszu, zaprawionego śmietaną niespecjalnie mi wtedy podeszła...
DK-1, nazywana jest też "Gierkówką" lub "drogą śmierci". Oba określenia są jakoś tam słuszne, bo faktycznie ta quasi-autostrada powstała za miłościwego panowania I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, ale wybudowano ją bez wiaduktów... Jest szeroka i prosta, więc kierowcy naciskają mocniej pedał gazu, a tu np. z jakiejś wiejskiej drogi wyjeżdża sobie traktor, żeby przeciąć tę arterię i... BUM!

Karol Gustaw Szymkowiak na swoim blogu cytował ostatnio Bogdana Konopkę, który o pojazdach pojawiających się na zdjęciach mówi tak: moje fotografie architektury czy tak zwanego niewidzialnego miasta – jak to sobie nazwałem – pozbawione są ludzi, nie ma też na nich samochodów, żeby nie można było powiedzieć „A Peugeot 206, on to więc musiał wykonać w takim a takim okresie”.
Ach to nieznośne "dążenie do wieczności", można by powiedzieć... 
Jednak w przypadku samochodów kwestia datowania wcale nie jest aż tak jasna i oczywista. Bo np. widoczny na zdjęciu model autobusu produkowano w latach 1975-1997 i jeszcze trochę w 2000. Kiedy przypomniałem sobie o tym kadrze, nie byłem pewien, czy został on naświetlony w 2004, 2005 czy 2006? Robiąc "Życie po życiu" celowo nie podawałem dat wykonania zdjęć ani lokalizacji, licząc na to, że informacje te z czasem się zatrą... (ach to nieznośne "dążenie do wieczności"...).

Wracając do "Gierkówki" vel "drogi śmierci", zimą 1992 okolicach Radomska skasowałem moją kochaną renówkę (Renault Traffic). Była gołoledź i w pewnym momencie tir jadący po przeciwnym pasie wpadł w poślizg, przejechał na drugą stronę, po czym się zatrzymał. Nie jechałem szybko, jakieś max. 60 km/h, jednak nie miałem możliwości, żeby wyhamować. Próbowałem zjechać na pas rozdzielający drogi, ale śnieg był mocno zmarznięty i ubity, tak że wcale nie poruszałem się wolniej. I ten czas od momentu kiedy zdałem sobie sprawę, że walnę w naczepę, aż do spektakularnego i głośnego BUM!, w moim odczuciu trwał długo. I zbliżając się nieuchronnie do tego tira (na całe szczęście uderzyłem w tylne koła) nie czułem nic, ani strachu, ani żadnych retrospektywnych filmów z przeszłości przed oczami, nic, po prostu nic (tyle w kwestii "wieczności").

środa, 10 kwietnia 2013

BŁOTO


10 kwietnia wcześnie rano jechałem w kierunku pewnej wsi pod Pszczyną (zapomniałem nazwy tego miejsca), żeby dla pisma A&B sfotografować "dom typowy", zaprojektowany przez Roberta Koniecznego. Zanim dotarłem na miejsce (oczywiście prowadził mnie tam GPS), chciałem zadzwonić do żony, że pogoda jest niespecjalna do fotografowania (około pół do dziewiątej wylazło jednak słońce), ale okazało się to niemożliwe, tak jak gdyby sieć była przeciążona. Jechałem dalej, a wtedy odezwał się sygnał telefonu. Na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko Elki Janickiej, a kiedy odebrałem połączenie, spytała mnie, czy wiem co się stało? Nie wiedziałem, a po usłyszeniu informacji o katastrofie prezydenckiego tupolewa i o śmierci wszystkich pasażerów, po chwili milczenia... niemal jednocześnie zaczęliśmy mówić o hipotezie zamachu, którą z pewnością wysunie i zacznie politycznie rozgrywać partia Jarosława Kaczyńskiego. I tak też się stało, ale wtedy podczas tej telefonicznej rozmowy rankiem 10 kwietnia 2010 roku, oboje wstrząśnięci wypadkiem, w którym zginęło 96 osób, nie zdawaliśmy sobie sprawy czy lepiej powiedziawszy, nie mogliśmy przewidzieć, jak złowieszczą skalę przybierze zjawisko "patriotycznego przebudzenia" w najgorszym nacjonalistycznym wydaniu, które rozpoczęło się od pikiety "w obronie krzyża" ustawionego pod Pałacem Prezydenckim... 

W międzyczasie dojechałem na miejsce i zabrałem się do roboty. Rozstawiłem swoje Manfrotto MK161 IIB, do którego podpiąłem Hassela z Distagonem 40 FLE (w takiej kombinacji oś optyczna wypadła mi na wysokości 2,65m), wlazłem na dostawioną aluminiową drabinkę i zacząłem fotografowanie. Miejsca nie było tam zbyt dużo, więc żeby objąć ten "typowy" dom o kształcie ściętego ukośnie w obie strony walca razem z prowadzącą do niego ścieżką z płaskich kamieni, musiałem się częściowo przemieścić na błotnistą wiejską drogę. I podczas wspomnianych przenosin chyba jakoś źle postawiłem którąś z nóg drabinki firmy Krause, więc po wejściu na ostatni stopień straciłem równowagę i pociągając za sobą statyw z aparatem wyryłem prosto w największą kałużę... Na całe szczęście nic się nie stało Hasselowi, na całe szczęście mnie też nic nie dolegało, poza tym, że byłem potłuczony i dokumentnie upierniczony błotem.

Cały wypadek (a wcześniej proceder fotografowania) obserwował facet z sąsiedniej posesji, który po tym jak w końcu się pozbierałem z ziemi (tj. błota), powiedział tylko: "Tak na tej drodze trzeba bardzo uważać", po czym wszedł do swojego domu. I tyle. Jakoś doprowadziłem się do stanu używalności (słońce wyszło, błoto wyschło i się wykruszyło), wyprostowałem kamieniem wygiętą nogę drabinki firmy Krause (być może właśnie z tej przyczyny straciłem równowagę) i porobiłem jeszcze trochę zdjęć. Kiedy późnym popołudniem wróciłem do domu telewizyjne programy informacyjne  prześcigały się w podawaniu informacji na temat katastrofy prezydenckiego tupolewa, a prezenterzy -  powtarzając to stwierdzenie jak mantrę - mówili o "niesamowitym poczuciu wspólnoty oraz solidarności, jakie w obliczu tej narodowej tragedii okazują sobie Polacy"...

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rogate czapy Annasza i Kajfasza z Kalwarii Zebrzydowskiej


Kupiłem niedawno na Allegro książkę pt. "Życie Jezusa Chrystusa", której autorem jest twórca kalwaryjskich misteriów Męki Pańskiej - O. Augustyn Chadam, zaś zdjęcia ilustrujące tę publikację wyszły spod ręki Adama Bujaka (dlatego m.in. ją kupiłem). Fotografie przedstawiają "Ziemię Świętą", współczesną Jerozolimę, Jana Pawła II w Rzymie i... kalwaryjskie uroczystości Wielkiego Tygodnia. Książka wyszła w Wydawnictwie Calvarianum w roku 1985, ale w stopce jest też informacja o imprimatur Kurii Metropolitalnej z datą 27.11.1982. Jak się należy domyślać, najpierw zaglądnąłem do części ze zdjęciami z Kalwarii i na gorąco wklejam 3 skany fotografii, na których pojawiają się Annasz z Kajfaszem (wydaje mi się, że kiedy robiłem tam zdjęcia, czapka tego drugiego był znacznie mniej rogata...).



[skany z książki Życie Jezusa Chrystusa. Według Czterech Ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Teksty ewangeliczne zestawił, opatrzył wstępem i objaśnieniami - O. Augustyn Chadam ofm. Zdjęcia, projekt i opracowanie - Adam Bujak, Wydawnictwo Calvarianum - Kalwaria Zebrzydowska, 1985]


A teraz rodzaj komentarza. W rozmowie Katarzyny Wiśniewskiej z księdzem Romualdem Jakubem Wekslerem-Waszkinelem pt. "Rozmowa o Biblii. Po chrzcie stałem się Żydem", zamieszczonej w Gazecie Wyborczej (wydanie z 10.04.2009) można znaleźć bardzo ciekawy fragment, dotyczący widocznych na zdjęciach nakryć głowy Annasza i Kajfasza.

Jakie są główne grzechy dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce?

- Mam wrażenie, że Kościół nie dostrzega pewnych problemów. W Wielki Piątek jak co roku modlono się w kościołach, "aby lud, który niegdyś był narodem wybranym, mógł osiągnąć pełnię odkupienia". To jest złe tłumaczenie. W wersji łacińskiej mszału nie ma słów: "lud, który niegdyś był narodem wybranym" - ale "lud, który jako pierwszy został wybrany". Nie można modlić się za naród niegdyś wybrany, bo on nigdy nie przestał być narodem wybranym! Ks. Stanisław Musiał nazwał to tłumaczenie sabotażem teologicznym. A ono przetrwało do dziś... Tak jakby nie było Soboru Watykańskiego II, nie było łez Jana Pawła II w Instytucie Yad Vashem. Jakiż problem zrobić korektę, wydrukować erratę, którą wklejono by do mszału?

Kto mógłby to zarządzić?

- Episkopat. To sprawa, którą powinna się zająć komisja liturgiczna Episkopatu.

Zwracał się ksiądz z tym do Episkopatu?

- Od kilkunastu lat piszę o tym we wszystkich moich tekstach. Sygnalizowałem też inne sprawy, np. tytułów akapitów w Biblii. Niektórzy zarzucają mi, że chcę zmieniać Pismo Święte, ale to nieprawda. Ja chciałbym, żeby ono było w sposób poprawny odczytywane, a nie deformowane, żeby znikły tytuły akapitów sprzeczne z dokumentem soborowym "Nostra aetate" takie jak "Jezus odrzucony przez swój naród" czy "odrzucenie Żydów". Najlepiej byłoby wydać Biblię bez śródtytułów, bo one narzucają interpretację. Zapewne są ludzie, których to nie boli, których to nie dotyczy, którzy przechodzą obok tego jak obok napisu na murze: "Żydzi do gazu!" czy "Żydy won!".

Ksiądz to porównuje?

- A jakaż jest różnica między napisaniem na płocie "Żydy won!" a dopisaniem do Pisma Świętego hasła "odrzucenie Żydów"? Tu jest trochę grzeczniej, a tam trochę mniej? Mówimy: to jakiś dureń maluje po płocie, po co się przejmować. Przepraszam bardzo, a kto napisał w Piśmie Świętym? Teologowie, bibliści. Całe tłumaczenie Biblii Tysiąclecia weszło do liturgii. Chyba coś tu jest nie w porządku. Dlaczego przez tyle lat nikt nie chce tego ruszyć?

Ksiądz ma też zastrzeżenia do pieśni wielkopostnych.

- Tu jesteśmy w samym sercu wielkiej katechezy, która w Wielkim Tygodniu robi się szczególnie dotkliwa. Adorujemy krzyż i śpiewamy "Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił". Dla przeciętnego człowieka ten lud to przecież nie są ludzie zgromadzeni w tym kościele, tylko Żydzi. Bo czy Polaków Bóg "wyzwolił z mocy faraona"? Nie. Mało komu przyjdzie więc do głowy, że to on swoimi grzechami ukrzyżował Jezusa. Nie brak też pieśni o tym, jak Żydzi się rzucili jako lwy zaciekłe na Pana Jezusa.
A czym, jeśli nie deformowaniem Pisma Świętego, są pasje sprawowane na polskich dróżkach i w polskich parafiach, których bronimy jak niepodległości? W Kalwarii Zebrzydowskiej stroje faryzeuszy z rogami wyraźnie podsuwają konotację: Żyd to diabeł. Jeśli ktoś spotyka Jezusa, spotyka judaizm, a zatem jeśli spotyka antyjudaizm, to czy naprawdę spotyka Jezusa? 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Jarosław, ul. Mały Rynek


06.04.2013 [Samsung S5610]

W albumie Niewinne oko nie istnieje brakuje jednego obiektu z Jarosławia. Studiując leksykon Eleonory Bergman i Jana Jagielskiego Zachowane synagogi i domy modlitwy w Polsce, znalazłem tam zdjęcie widocznego powyżej budynku, ale z adresem o brzemieniu: Rynek 17. I podczas kilkukrotnych pobytów w Jarosławiu szukałem bezskutecznie tego domu modlitwy pod numerem 17 przy Rynku, a tymczasem znajdował się on w bardzo, bardzo bliskim sąsiedztwie przy ulicy... Mały Rynek (być może także jest to 17, ale tego nie sprawdziłem). Tak więc informacja, jaką podaje Wikipedia jest błędna. Podobnie myli się Wirtualny Sztetl (ponieważ notki na obu portalach mają podobne brzmienie, ciekawe jest, kto z kogo korzystał?).

niedziela, 7 kwietnia 2013

Powrót do domu


Pojechałem przez Jarosław, czyli trochę nadkładając drogi, ponieważ chciałem sfotografować (a właściwie - biorą pod uwagę niespecjalną aurę - zobaczyć, czy ten obiekt jeszcze istnieje?) bok Poloneza, który umieszczony na dachu parterowego domu robi za reklamę sklepu z samochodowymi częściami. Zanim jednak dotarłem na miejsce, wyjeżdżając z Zamościa i jadąc obok lotniska, trafiłem na coś takiego:

2013-04-06  08:47

Nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie, ale ten autobus marki Renault, z oknami zasłoniętymi dyktą i napisem BAR PIWNY, stojący wśród zwałów śniegu na lotnisku Aeroklubu Zamojskiego, wyglądał zjawiskowo (poświęciłem mu 6 klatek Ektara).

2013-04-06  11:14

Tu także nie wiem, czy ta roztopowa pogoda dobrze zagra w przypadku widocznego na zdjęciu motywu (generalnie chcę teraz fotografować takie obiekty w mocnym słonecznym świetle...), ale następna okazja przyjazdu do Jarosławia może zdarzyć się nieprędko, więc naświetliłem 4 kadry.

2013-04-06  13:10

A potem jadąc już do domu drogą przecinającą Sędziszów Małopolski, minąłem tego Trabanta. Wydaje mi się, że po raz pierwszy (był chyba trochę inaczej ustawiony?) fotografowałem go 9 lat temu... No cóż, przewaga karoserii z tworzyw sztucznych nad metalowymi skorupami jest w przypadku zjawiska korozji  ewidentna. Zawróciłem, zaparkowałem vis a vis i naświetliłem dwie ostatnie klatki na rolce. 

I pędziłem w stronę Krakowa. W Tarnowie zboczyłem na drogę na Kielce, żeby wjechać na co dopiero oddany odcinek A4, ale przed tym miastem właśnie poczułem lekkie szarpnięcie samochodu, potem następne i następne, aż wreszcie na ul. Jana Pawła II auto zgasło na amen. Spotkało mnie już coś podobnego ponad rok temu, kiedy wysiadł "czujnik wysokiego ciśnienia paliwa". No więc laweta, transport do najbliższego serwisu Peugota, a wyrok zapadnie w poniedziałek. FUCK!

sobota, 6 kwietnia 2013

Wczorajszy wernisaż w Zamościu - 05.04.2013


Tu od razu małe sprostowanie. Galeria w Zamościu nie działa pod patronatem ZPAF - jak pisałem - ale Zamojskiego Towarzystwa Fotograficznego. Widoczny na kilku zdjęciach wysoki młody człowiek w kraciastej koszuli, to Piotr Komajda, inicjator pokazu "Niewinnego oka" w tym mieście. 
Ludzi przyszło sporo, także na spotkanie autorskie, które odbyło się po wernisażu (a potem jeszcze odbył się przegląd portfolio, zapijany Perłą Export). Było bardzo fajnie.










[05.04.2013 15:42-16:33]

czwartek, 4 kwietnia 2013

Grybów, 19.11.2006

Grybów, synagoga, 19.11.2006

Dziewiętnastego listopada słońce zaszło o 15:45, czyli fotografia ta była wykonana po godzinie piętnastej. Do książki weszło jednak zdjęcie prezentujące budynek od strony wschodniej, zrobione rano. Potem pojechałem do Dukli, żeby sfotografować sztibl rabina Cwi Laitnera, który stoi przy ulicy Cergowskiej 8.

W Grybowie nie byłem od momentu wykonania fotografii z poprzedniego wpisu (23 stycznia 2008), więc zgooglowałem grybowską synagogę, żeby się dowiedzieć jak zakończyły się prace modernizacyjne tego obiektu. Niestety informacje są bardzo enigmatyczne, także te umieszczone na portalu Wirtualny Sztetl, który firmuje Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. 

Na Wikipedii znalazłem natomiast informację, którą pozwolę sobie zacytować w całości i pozostawić bez komentarza: W lokalnym Muzeum Parafialnym znajduje się ekspozycja poświęcona grybowskim Żydom. Wśród eksponatów znajduje się unikatowy, ponad 200-letni zwój Tory, który Żydzi oddali księżom na przechowanie, nim Niemcy wywieźli ich do ośrodków zagłady.

środa, 3 kwietnia 2013

Grybów, 23.01.2008

Grybów, synagoga, 23.01.2008

Wariantowe ujęcie zimowe, zrobione z parkingu za sklepem przy ulicy Jakubowskiego. Do książki weszło jednak zdjęcie wykonane jesienią 2007 (niemal z tego miejsca)Za synagogą dominująca nad okolicą neogotycka wieża kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej.

[Za oknem biało, sypie obficie, a ja dzisiaj na krótko do Warszawy. Na całe szczęście pociągiem, a nie samochodem.]

wtorek, 2 kwietnia 2013

NIEWINNE OKO NIE ISTNIEJE w Zamościu


5 kwietnia w galerii ZPAF w Zamościu o godzinie 16:00 otwiera się prezentacja projektu "Niewinne oko nie istnieje". Tym razem nieco okrojona, jeśli idzie o ilość pokazywanych zdjęć, ponieważ galeryjna przestrzeń nie pozwala na prezentację wszystkich 20 wielkoformatowych fotografii. Za to w towarzyszącym ekspozycji slajdszole będzie można zobaczyć ponad 400 kadrów, w tym sporo wariantowych ujęć obiektów, które nie znalazły się w książce. Np. te dwa kadry z Sanoka z budynkiem chasydzkiej modlitewni Klaus Sadogóra.

[10.11.2007]

W albumie "Niewinne oko nie istnieje" widoczny na zdjęciach obiekt, opisany został w sposób następujący:

Sanok, Synagoga Klaus Sadogóra, Rynek 10
Wzniesiona w 1924 z inicjatywy chasydów z Sadogóry, zwolenników cadyka Izraela Friedmana. Budynek na planie prostokąta z salą modlitwy prawdopodobnie na 1 piętrze. Lata II wojny przetrwała bez zniszczeń. Po 1945 umieszczono w niej Archiwum Państwowe. Zachował się kształt i układ okien w elewacji północno-wschodniej. 


[10.08.2008]

niedziela, 31 marca 2013

NORMALIZM


Zamówiłem niedawno u Jana Rogalo dwie edycje Normalizmu. Książki miały przyjść przed Wielkanocą, ale ponieważ zwlekałem z przelewem, a Poczta Polska dostała tradycyjnej sraczki przedświątecznej, pewnie odbiorę je we wtorek. No i jestem bardzo ciekaw zawartości (choć dokonania autorów takich jak: Krzysztof Eberle, Krzysztof Pacholak i Łukasz Biederman znam raczej dobrze) oraz manifestu wspomnianego w pierwszym zdaniu wydawcy i inicjatora całego przedsięwzięcia.

Normalizm? 
Hm... Zawsze gdy kupuję bilety komunikacji miejskiej i proszę o bilet taki-a-taki, pada pytanie.
- Normalny?
I mam ochotę zwykle wtedy odpowiedzieć.
- Nie, popierdolony.
Ale ponieważ... ponieważ, mówię najwyżej.
- Jeżeli ma pani/pan nienormalne, to proszę sprzedać mi jeden.

Krzysztof Eberle, jeden z uczestników drugiej edycji Normalizmu, którego bloga śledzę od jakiegoś czasu, zamieścił w lutym dwa kapitalne zdjęcia z Gdańska. Fotografie prezentują okolice ulicy Robotniczej i są idealnie trafione. Znam trochę potencjał tego miejsca, ponieważ fotografowałem je wiosną 2008 do projektu Cities on the Edge (kuratorem przedsięwzięcia był John Davies). A Krzysztof - któremu dwukrotnie wpisałem dedykację do książki i nie zapamiętałem przy tym twarzy - doskonale odebrał atmosferę ulicy Robotniczej i świetnie wykorzystał  wizualne walory tamtejszego krajobrazu.

Krzysztof Eberle, zdjęcie z bloga mouthstrappedinstatic.blogspot.com
Krzysztof Eberle, zdjęcie z bloga mouthstrappedinstatic.blogspot.com

piątek, 29 marca 2013

czwartek, 28 marca 2013

Wielki Czwartek 09.04.1998


Kalwaria Zebrzydowska, Wielki Czwartek, piwnica Domu Kajfasza, 09.04.1998

[Żeby mieć lepszą perspektywę do robienia zdjęć, przysunąłem trochę stojącą pod ścianą ławeczkę w stronę figury Chrystusa przy pręgierzu i stanąłem na niej. Zrobiłem to tuż przed zakończeniem nabożeństwa pod kaplicą Domu Kajfasza, które kończy Drogę Krzyżową w Wielki Czwartek i bardzo dobrze, bo za chwilę to małe sklepione pomieszczenie wypełniło się tłumem pielgrzymów. Wierni wchodzili do kaplicy, okrążali figurę, wrzucali ofiarę do wcale niemałych rozmiarów skarbonki, dotykali rzeźby, a potem swojego czoła i przenosili  w ten sposób "świętość" na siebie (niektórzy wdrapywali się na cokół i całowali to kamienne wyobrażenie Chrystusa).
Widoczna na zdjęciu pani, z oddaniem wpatrująca się w okrążała rzeźbę wielokrotnie, a ja za każdym tym okrążeniem robiłem jej zdjęcie. Przeglądnąłem teraz stykówki i mam ją na 21 klatkach.
Wszystko to miało miejsce 15 lat temu...

A do mnie dopiero teraz dotarł mocno i złowieszczo symboliczny układ tego miejsca.  Piwnica domu arcykapłana, który w parateatralnym przedstawieniu ostatnich dwóch dni życia Jezusa występował wówczas w rogatej czapie z ogromną gwiazdą Dawida, umieszczoną centralnie nad czołem. W 2006 roku po interwencji Instytutu Yad Vashem sześcioramienne gwiazdy zniknęły z nakryć głowy Sanhedrynu, aczkolwiek rogi na czapkach pozostały...]

wtorek, 26 marca 2013

Dzisiaj głos miał towarzysz skaner


Towarzysz skaner, pardon, obywatel skaner (przecież to pół-Duńczyk, pół-Szwed) powiedział nam dzisiaj, że niby tak, ale w zasadzie to jednak nie...
Właściwie zrobił to już wczoraj nasz towarzysz, ale chyba go niezbyt uważnie słuchaliśmy...

Ponieważ strawestowałem fragment wiersza "Lewą marsz" Włodzimierza Majakowskiego (w genialnym przekładzie Antoniego Słonimskiego), muszę przyznać, że to tłumaczenie zawsze bardziej podobało mi się od oryginału. I owszem lubię ten fragment, który w oryginale, to jest przekładzie brzmi:

Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj ma głos
towarzysz Mauzer.

Ale także ten kawałek (może nawet bardziej):

Czyż ulegniemy w walce?!
Ciaśniej
ściśnijcie światu na gardle
proletariatu palce!

Na razie jednak, to ja sobie zaciskam palce na gardle, bo deadline, to jest deadline, a towarzysz (obywatel?) skaner pojechał do szwedzkiego pana doktora od skanerów...