Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Achmatowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Achmatowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 grudnia 2018

(Życie po końcu życia i coś jeszcze)

Anna Achmatowa

(Elegie północy)

Trzecia

             Mnie jak rzece
Surowa epoka zmieniła bieg.
Zmieniono mi życie. Innym nurtem
Obok innego życia popłynęło
i oto nawet nie znam swoich brzegów.
A ileż to widowisk opuściłam,
Nie przy mnie unosiła się kurtyna
i opadała. Iluż moich przyjaciół
Nigdy, ni razu w życiu nie spotkałam,
Ileż to zarysów obcych miast
W mych oczach mogłoby wywołać łzy,
A ja znam na tym świecie jedno miasto
I we śnie po omacku je odnajdę.
I iluż to nie napisałam wierszy,
Chór ich tajemny wokół mnie się błąka
i może przyjdzie jeszcze taka chwila,
Gdy mnie zadusi...
Wszystkie początki znam i zakończenia,
Życie po końcu życia i coś jeszcze,
Czego wspominać teraz nie należy.
I jakaś obca kobieta zajęła
Jedynie mnie przysługujące miejsce,
Nosi moje najbardziej własne imię,
Mnie zostawiając przezwisko, z którego
Zrobiłam chyba wszystko, co możliwe.
Niestety, nie we własnym legnę grobie.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
Lecz jeślibym spojrzała skądeś  z zewnątrz
Na me dzisiejsze, teraźniejsze życie,
To chyba wreszcie poznałabym zawiść...

2 września 1945
Leningrad


[I tak jak poprzednio tłumaczenie Seweryna Pollaka z książki: Anna Achmatowa, Wiersze, Wydawnictwo „Współpraca‟, Warszawa 1990, s. 310-311.]

piątek, 14 grudnia 2018

(ELEGIE PÓŁNOCY)

Anna Achmatowa

Pierwsza 

Prehistoria

                                      Mieszkam teraz gdzie indziej...

                                                      A. Puszkin 

Rosja Dostojewskiego. Dysk księżyca

Dzwonnica przysłoniła do połowy.
W szynkowniach tłumy. Kłusem mkną dorożki,
Czteropiętrowe rosną kamienice
Przy cerkwi Objawienia, na Grochowej.
Wszędzie szyldy wekslarzy, szkoły tańca,
A obok „Henriete‟, „Basile‟, „André
I okazałe trumny: „Miłow-starszy‟.
A zresztą miasto mało się zmieniło.
Nie tylko ja, ale i inni również
Zauważyli, że potrafi czasem
Wyglądać jak wyblakła litografia,
Nie pierwszorzędna, ale przyzwoita,
Z siedemdziesiątych, zdaje mi się, lat.
        Szczególnie zimą, na krótko przed świtem,
        Albo o zmierzchu, bo wtedy za bramą
        Ciemnieje prosty i sztywny Litiejny,
        Jeszcze nie pohańbiony modernizmem,
        A naprzeciwko mieszkają: Niekrasow,
        Sałtykow-Szczedrin... Obaj już dostali
        Tablice memorialne. Z jakimż lękiem
        Patrzyliby dziś na nie! Idę dalej,
A w starej Russie wspaniałe rynsztoki,
W ogródkach na wpół zmurszałe altany,
I szyby w oknach czarne jak przeręble,
I zda się, że tam coś się przydarzyło,
Że lepiej nie zaglądać, idźmy dalej
Nie z każdym miejscem można się dogadać,
Ażeby swą odkryło tajemnicę
(A w Optinej już być mi nie sądzone...)

Spódnice szeleszczące, pledy w kratę,

Lustra oprawne w orzechowe ramy,
Urodą Kareniny zaskoczone,
A w wąskich korytarza te obicia,
Któfre tak podziwialiśmy w dzieciństwie,
Tym samym pluszem wyściełane krzesła...
        Wszystko jest jakąś zbieraniną...
        Dziwni ojcowie i dzieci. Majątki
        Pozastawiane. W Badenie—ruletka.

Kobieta z przezroczystymi oczami

(Tak bardzo błękitnymi, że natychmiast
Morze mi się przypomina na ich widok!),
O wymyślnym imieniu, z białą dłonią,
Obdarzona dobrocią, którą w spadku
Podobno od niej, jak mówią przejęłam —
Zbędne dziedzictwo w mym okrutnym życiu...

Kraj cały w dreszczach, a katorżnik z Omska

Wszystko zrozumiał i wszystko przekreślił,
Oto za chwilę on wszystko przemiesza
I sam ponad chaosem przedstworzenia 
Uniesie się jak duch. Już bije północ.
Pióro wciąż skrzypi, a wiele z tych stronic
na wskroś przesiąkło Siemionowskim placem.

W takich to czasach przyszło nam się zrodzić,

I nieomylnie odmierzywszy czas,
By nie pominąć niczego z widowisk
Dziwnych, pożegnaliśmy się z niebytem.

3 września 1940

Leningrad
Październik 1943
Taszkient


*         *        *


Анна Ахматова

Первая
Предыстория

                                       Я теперь живу не там…
                                                         A. Пушкин

Россия Достоевского. Луна
Почти на четверть скрыта колокольней.
Торгуют кабаки, летят пролетки,
Пятиэтажные растут громады
В Гороховой, у Знаменья, под Смольным.
Везде танцклассы, вывески менял,
А рядом: «Henriette», «Basile», «Andre»
И пышные гроба: «Шумилов-старший».
Но, впрочем, город мало изменился.
Не я одна, но и другие тоже
Заметили, что он подчас умеет
Казаться литографией старинной,
Не первоклассной, но вполне пристойной,
Семидесятых кажется годов.
        Особенно зимой, перед рассветом
        Иль в сумерки — тогда за воротами
        Темнеет жесткий и прямой Литейный,
        Еще не опозоренный модерном,
        И визави меня живут — Некрасов
        И Салтыков… Обоим по доске
        Мемориальной. О, как было б страшно
        Им видеть эти доски! Прохожу.
А в Старой Руссе пышные канавы,
И в садиках подгнившие беседки,
И стекла окон так черны, как прорубь,
И мнится, там такое приключилось,
Что лучше на заглядывать, уйдем.
Не с каждым местом сговориться можно,
Чтобы оно свою открыло тайну
(А в Оптиной мне больше не бывать…)

Шуршанье юбок, клетчатые пледы,
Ореховые рамы у зеркал,
Каренинской красою изумленных,
И в коридорах узких те обои,
Которыми мы любовались в детстве,
Под желтой керосиновою лампой,
И тот же плюш на креслах…
       Все разночинно, наспех, как-нибудь…
       Отцы и деды непонятны. Земли
       Заложены. И в Бадене — рулетка.

И женщина с прозрачными глазами
(Такой глубокой синевы, что море
Нельзя не вспомнить, поглядевши в них),
С редчайшим именем и белой ручкой,
И добротой, которую в наследство
Я от нее как будто получила, —
Ненужный дар моей жестокой жизни…

Страну знобит, а омский каторжанин
Все понял и на всем поставил крест.
Вот он сейчас перемешает все
И сам над первозданным беспорядком,
Как некий дух, взнесется. Полночь бьет.
Перо скрипит, и многие страницы
Семеновским припахивают плацем.

Так вот когда мы вздумали родиться
И, безошибочно отмерив время,
Чтоб ничего не пропустить из зрелищ
Невиданных, простились с небытьем.

1945


[Wiersz w tłumaczeniu Seweryna Pollaka przepisałem z książki: Anna Achmatowa, Wiersze, Wydawnictwo „Współpraca‟, Warszawa 1990, s. 303-307. Tekst oryginalny skopiowałem ze strony anna-ahmatova.su, gdzie datowany jest on - jak widać powyżej - na rok 1945. Chciałem dołączyć do tego wpisu jakieś zdjęcie Siergieja Michajłowicza Prokudina-Gorskiego, dokumentującego w kolorowej technice (sic!) przedrewolucyjną Rosję, ale - mimo, że fotografie świetne - nic mi jednak nie podeszło...]

[Biblioteka we Wschowie (jeżeli jeszcze ta instytucja istnieje?) pozbyła się fajnej książki...]

poniedziałek, 10 grudnia 2018

(Kogóż to oni przenoszą na schodach?)

Anna Achmatowa

Trzecia (Północne elegie)

W tym domu jakże strasznie było żyć —
Ani kominka blask patriarchalny,
Ani kołyska mojego dzieciątka,
Ni to, że byliśmy oboje młodzi
I wypełnieni pomysłami,
Nie pomniejszało okrutnego strachu.
Lecz ja się z niego nauczyłam drwić
I zostawiłam odrobinkę wina,
A także chleba okruchy dla tego,
Który po nocy jak pies drapał w drzwi
Albo zaglądał nam w niskie okienko,
Kiedyśmy się starali milcząc głucho,
Nie widzieć, co się wydarza w zalustrzu,
I pod czyimi ciężkimi krokami
Jęczały z bólu ciemnych schodów stopnie,
Jakby żałośnie błagając o litość.
Ty, uśmiechając się dziwnie, mówiłeś:
„Kogóż to oni przenoszą na schodach?‟

Dziś jesteś tam, gdzie wie się wszystko, powiedz:
Co poza nami w tym domu mieszkało?

*       *       *

Анна Ахматова

Третья (Северные элегии)

В том доме было очень страшно жить,
И ни камина свет патриархальный,
Ни колыбелька моего ребенка,
Ни то, что оба молоды мы были
И замыслов исполнены,
Не уменьшало это чувство страха.
И я над ним смеяться научилась
И оставляла капельку вина
И крошки хлеба для того, кто ночью
Собакою царапался у двери
Иль в низкое заглядывал окошко,
В то время, как мы, замолчав, старались
Не видеть, что творится в зазеркалье,
Под чьими тяжеленными шагами
Стонали темной лестницы ступени,
Как о пощаде жалостно моля.
И говорил ты, странно улыбаясь:
«Кого они по лестнице несут?»

Теперь ты там, где знают все, скажи:
Что в этом доме жило кроме нас?


[Wiersz w tłumaczeniu Leopolda Lewina przepisałem z książki: Akme znaczy szczyt, Gumilow, Achmatowa, Mandelsztam w przekładach Leopolda Lewina, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 261. Tekst oryginalny skopiowałem ze strony anna-ahmatova.su, gdzie datowany jest on na rok... 1921. Więc może pasuje do niego fotografia autorki, także - jak myślę - wykonana w na początku lat dwudziestych XX wieku, którą ściągnąłem z artykułu zamieszczonego w Wysokich Obcasach (21.07.2014). Tak w ogóle, po sieci krąży stosunkowo dużo zdjęć poetki, a także reprodukcji malarskich portretów, gdzie zdecydowanie wyróżnia się ten namalowany przez Kuźmę Pietrowa-Wodkina.]


środa, 5 grudnia 2018

(I oto jest jesienny ów krajobraz)

Anna Achmatowa

Czwarta (Północne elegie)

I oto jest jesienny ów krajobraz,
Którego całe życie tak się bałam:
I niebo ― niczym pałająca otchłań,
I głosy miasta ― jak z tamtego świata
Dobiegające i obce na wieki.
Jakby to, z czym się w sobie borykałam
Przez życie całe, otrzymało życie
Całkiem odrębne i w te się wcieliło
Oślepłe mury, i w ten czarny ogród...
A w tamtej chwili me byłe domostwo
Śledziło mnie za moimi plecami
Swym okiem przymrużonym, nieżyczliwym ―
Oknem zapamiętanym już na zawsze.
Piętnaście lat - piętnastoma wiekami
Z granitu jakby mi się wydawało,
Lecz i ja sama byłam niby granit:
Teraz proś, dręcz się, nazywaj królewną
Morską. Już wszystko jedno. Nie potrzeba...
Lecz należało mi przekonać siebie,
Że to się już zdarzało wielokrotnie
Nie tylko ze mną ― i z innymi także -
I nawet gorzej. Nie, nie gorzej ― lepiej.
Z wszystkiego najstraszliwsze ― rzekł w ciemności:
„Jakąż to pieśnią temu lat piętnaście
Ów dzień witałaś, tyś przecież niebiosa
I chóry gwiazd, i chór wód błagała,
By uroczyście uczciły spotkanie
Z tym, od którego odeszłaś w tej chwili...

Takie jest dzisiaj twe srebrne wesele:
Sproś gości, upiększ się i zatryumfuj!‟

[Wiersz w tłumaczeniu Leopolda Lewina z tomu: Akme znaczy szczyt, Gumilow, Achmatowa, Mandelsztam w przekładach Leopolda Lewina, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 263. Czytało się kiedyś tę książkę na okrągło... A przepisało dziś ten tekst, będąc w podobnym nastroju jak jego podmiot liryczny, słuchając opery Siroe, re di Persia Jochanna Adolfa Hassego, który na tym blogu nie raz był już wymieniany.]


Fajne książki kiedyś wydawano...