środa, 16 listopada 2011

ENCYKLOPEDIA SYMBOLIZMU


Czytam dalej „Dwie kobiety nad Atlantykiem” Grzegorza Wróblewskiego (świetna książka!). Tym razem wiersz ze strony 39.


Grzegorz Wróblewski

ENCYKLOPEDIA SYMBOLIZMU
(PRZYPADEK NIILA)

Jestem szalony – powiedział Niil, wierny czytelnik Barthesa
i sezonowy miłośnik tureckich oliwek. I znaleźliśmy się
nagle wśród antycznych zegarków.
1. Ktoś ukradł mu pastę do zębów.
2. Nie zostawiając numeru telefonu.
Jestem szalony
kupiłem
dywan,
mimo
że
nie
znoszę
jego
zapachu.
I teraz będzie się na nim załatwiał mój rozpieszczony pers.

(Nie znoszę Turków, ale nie miałem wyjścia).

Po miesiącu stracił włosy i pracę redakcji.
Dał ogłoszenie, ale tureckie dywany
dawno już wyszły z mody.
Podaruj go teściom – radzili mu wierni przyjaciele.
Za te same pieniądze mógłbym kupić transport kul bilardowych
- narzekał.
Chyba nigdy nie doszedł do siebie. Spotkałem go potem na wystawie
malarstwa
Franza von Strucka. Niil, cień dawnego Niila
bardzo chciał mi się zwierzyć:
Jestem szalony
kupiłem
dywan,
mimo
że
nie
znoszę
jego
zapachu.

wtorek, 15 listopada 2011

Koksownia Jadwiga


Zabrze-Biskupice, Koksownia Jadwiga, 15.03.2003

Zdjęcie zostało zrobione przez okno „domu kawalera”, sąsiadującego z koksownią. Budynek ten powstał jako hotel robotniczy dla górników koncernu Borsiga w pierwszej dekadzie XX wieku. W momencie wykonywania fotografii była to już ruina pozbawiona stolarki okiennej i poszycia dachowego. Koksownię Jadwiga po raz pierwszy zobaczyłem w drugiej połowie lat 80., jadąc betonową wówczas autostradą z Bytomia. Jechałem w nocy i obiekt ten był cudownie oświetlony buchającymi płomieniami z koksowniczych pieców (chyba akurat otwarto którąś z komór). Wracając tą samą drogą kilka dni później, podjechałem pod sam zakład. Ponieważ działała jeszcze bateria po prawej stronie silosa na węgiel, musiało to być przed 1988, bo właśnie wtedy te przedwojenne jeszcze piece koksownicze systemu Otto, zostały rozebrane. Potem bywałem w tym miejscu wielokrotnie i obserwowałem proces degradacji „domu kawalera”, w którym – jak to pamiętam jeszcze z początku lat 90. – na parterze mieściły się jakieś hurtownie. Potem budynek stał zamknięty, by w końcu stać obiektem działań „złomiarzy”, którzy wybebeszyli go z wszelkich wartościowych elementów i rozkradli też blachę z poszycia dachowego. Trochę się bałem spinając po schodach tej ruiny, no ale wszedłem w końcu także na jej dach i stamtąd też robiłem zdjęcia. We wnętrzach „domu kawalera” kręcono niektóre sceny „Soli ziemi czarnej” Kazimierza Kutza (1969) i „Magnata” Filipa Bajona (1987). We wrześniu 2008 zawaliła się jedna ze ścian budynku i obiekt rozebrano. Szkoda.

poniedziałek, 14 listopada 2011

ANARCHIA I TUŃCZYK


Właśnie dotarła do mnie przesyłka pocztowa z najnowszą książką Grzegorza Wróblewskiego. Otwieram tom „Dwie kobiety nad Atlantykiem” i niemal od razu trafiam na wiersz p.t. „Anarchia i tuńczyk”. Szukałem bezskutecznie tego tekstu w książce „Hotelowe koty”, która przecież jest wydawnictwem w rodzaju wierszy zebranych (oczywiście mogłem zapytać autora…). Nie pamiętam już teraz, czy przeczytałem ten świetny tekst w jakimś niszowym czasopiśmie literackim, czy Grzesiek pokazywał mi go w Kopenhadze w 2004 (w 1999?) przy okazji przekładu na duński dla pisma literackiego Øverste kirurgiske? Nieważne. Ważne, że jest w najnowszej książce Wróblewskiego pt. „Dwie kobiety nad Atlantykiem” (Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011) na str. 9.


Grzegorz Wróblewski

ANARCHIA I TUŃCZYK

anarchiści rzucają koktajlem Mołotowa kupionym
za socjalne pieniądze
obliczają, ile muszą wydać na skuteczne załatwienie
jednego policjanta
trzeba rządzić się umiejętnie, bo przecież musi wystarczyć
na tuńczyka z puszki oraz cytrynę
tuńczyk z puszki to coś dla buntownika: potrawa tania
i można na niej długo pociągnąć!
państwowi urzędnicy regularnie wypłacają anarchistom
zasiłki i w ten sposób popierają anarchię
urzędnicy i anarchiści to podobno dwa zaciekle
zwalczające się światy!
nie można mówić przy urzędniku o anarchiście, bo z miejsca
dostanie nerwowej czkawki, a anarchiście o białej koszuli
wpuszczonej w szare spodnie, bo wyciągnie nóż
trudno być urzędnikiem i równie trudno być anarchistą,
a już na pewno nie wypada być anarchistą
w opiekuńczym kraju

niedziela, 13 listopada 2011

ZIMA


Koksownia Huty Królewskiej, 12.12.2002


Krzysztof Jaworski

Zima

Tymczasem zieleń poszarzała,
stając się pojęciem z podręcznika dla sadowników.
Za oknem niespokojnie kwitnie cywilizacja rozumu. Eksperci
od pogody wyliczają zalety pogody, a przypadkowa radiostacja
nawołuje do spacerów zaplanowanych na lipiec. Lawa śniegu.
Wiecznie podglądana przyroda odkrywa swe tajemnice i prasa
zamieszcza fotografie zwierząt przyłapanych
na zamarzaniu. Przepaść
między kulturą i naturą pogłębia się, by sprawiedliwość
triumfując zstąpiła na ziemię. Sprawiedliwość
zstępuje. Natura zawsze była głupsza od człowieka.
Ponad nami,
w bezimiennym pustkowiu,
dyszy gigantyczna huta zimy.

***

[Antycypując niejako to, co już niedługo nastąpi (na następny tydzień zapowiadane są opady śniegu), pomyślałem o tym pięknym wierszu, który nieodparcie kojarzy mi się z zimowymi zdjęciami postindustrialnych ruin na Śląsku. A szczególnie tym jednym z Huty Królewskiej, zrobionym prawie 9 lat temu. Ponieważ nie miałem w tamtym czasie shift-convertera (ani Arc Body, ani Flex Body, których konstrukcja umożliwia przesunięcie optycznej), musiałem szukać wyżej położonych, żeby móc objąć wszystkie te betonowe budowle przy zachowaniu pionów. Na terenie dawnej koksowni Huty Królewskiej, od strony Starego Chorzowa znajdował się nasyp i most kolejowy, z którego – bu użyć zwrotu z albumów turystyczno-krajoznawczych - „roztaczał się piękny widok na to miejsce”. Wielokrotnie wchodziłem na ten poprzemysłowy teren (oczywiście zawsze nielegalnie) i fotografowałem ruiny koksowni z tego właśnie punktu.]

---
Wiersz „Zima” Krzysztofa Jaworskiego pochodzi z tomu „Kameraden”, opublikowanego w 1994 przez wydawnictwo Miniatura. Ale ponieważ pozycja ta jest praktycznie niedostępna, lepiej sięgnąć do książki „Drażniące przyjemności”, zawierającej wiersze z lat 1988-2008, wydanej w 2008 przez Biuro Literackie, gdzie rzeczony tekst znajduje się na str. 51.

piątek, 11 listopada 2011

Coraz bardziej oddalające się


[Ryszard Krynicki podpisuje swoją książkę Niewiele więcej]


Ryszard Krynicki

Coraz bardziej oddalające się

Coraz trudniej uwierzyć

kiedy stoisz na moście
co jakiś czas przejeżdżają pociągi towarowe
załadowane czołgami lub samochodami
oddalającymi się coraz bardziej metaforami
czyjegoś strachu lub marzenia
żołnierzami w mundurach o ochronnym kolorze
zaiste te mundury przypominają naturalne
środowisko człowieka o które
o którego ciągle walczymy

robotnicy po pracy czekając na pociąg
piją jasne piwo na rozłożonych „Trybunach Ludu”
w ich głowach jest coraz jaśniej trybuny
coraz bardziej się rozkładają
(tak oto rzeczywistość naśladuje lingwistyczną poezję
która ją prześladuje)

urzędnicy na delegacji niosą kanapki w aktówkach
małe kraje są coraz częściej poligonami doświadczalnymi
dla wielkich mocarstw
i nic się nie zmienia zmienia się niewiara brak nadziei
są coraz większe
tworzą imperia nawiązują przyjacielskie kontakty
ludzki lęk zmienia swój język lecz mówi to samo
są sny które wykorzystują jawę
ciężka praca i wyzysk
i nic się nie zmienia
zmienia się przyroda
jeszcze mamy odwagę walczyć
o ochronę przyrody

ale także i ona
gdy dochodzi do władzy
odbiera nam władzę w rękach nogach
umysłach i sercach

***

Tak mi się jakoś ten wiersz „niepodległościowo” (Niepodlegli nicości) skojarzył...

[postać odwrócona rewersem do widza, a awersem do Ryszarda Krynickiego, to krytyk literacki Tomasz Burek, po prawej stronie widać też fragment poety Jana Polkowskiego i jego kurtki M65]

------

Powyższe zdjęcia wykonane zostały podczas wieczoru poetyckiego „Marzec ‘81 spotyka marzec ‘68” na Uniwersytecie Jagiellońskim, w którym wzięli udział: Ryszard Krynicki, Stanisław Barańczak, Jan Polkowski, Lech Dymarski i Tomasz Burek. Spotkanie zorganizował Jacek Sieradzan.

Aparat Flexaret VI + Foton NB-04 + lampa błyskowa Łucz M-1.

czwartek, 10 listopada 2011

Bielsko-Biała, 26.07.1990



Tak mi się wydaje, że to zdjęcie zrobiłem gdzieś w okolicach ul. Mariana Buczka (obecnie Romana Dmowskiego) albo jest to przejście podziemne pod ul. Lwowską? Nie jestem do końca pewien, ale po sprawdzeniu w maps.goole.com, wychodzi raczej na to drugie. Prawdę mówiąc, nie pamiętałem treści napisu za plecami pozującego chłopca z rowerkiem, ale na pewno właśnie dlatego sfotografowałem tą ścianę (a potem zaraz pojawił się rowerzysta, wkrótce dołączył jego kolega, a ja korzystając z rozwijającej się sytuacji, naświetliłem wtedy 9 klatek…).

*
Szczegóły techniczne (być może ważne ze względów historycznych?): Pentacon Six + Flektogon 50/4 + Fotopan HL.

środa, 9 listopada 2011

All You Fascists Bound To Lose


jak śpiewał Woody Guthrie, a ponieważ dziś wypada 73 rocznica Kristalnacht, więc piosenkę tę dedykuje patriotycznie usposobionym koleżankom i kolegom, co tak lubią maszerować z pochodniami i transparentem Polsko obudź się” (już niedługo pewnie zaczną śpiewać Chorągiew wznieś”...)
A w moim najbliższym sąsiedztwie pozytywne zmiany jednak. Proces myślowy trwał tu wprawdzie ponad miesiąc, ale w końcu napis na budynku przy ulicy Rydla 15 został zamalowany.

 2011-10-04, 08:34 (Nokia 2700)

2011-11-07, 12:16 (Nokia 2700)

wtorek, 8 listopada 2011

ULTRAS Miechowice


Bytom-Miechowice, ul. ks. Józefa Frenzla, 05.11.2005

Nie jestem do końca pewien nazwy ulicy (?). Przeglądając skany-wglądówki sprzed sześciu i więcej lat (robione jeszcze na Epsonie 4780) znajduję sporo ciekawych kadrów, które wcześniej pominąłem…
Przy okazji. Wczoraj dotarł do mnie, wylicytowany na Allegro album „Śląskie krajobrazy” Bogusława Blajera. Książka ta wydana przez gliwicką oficynę „Wokół Nas” w 2005 jakoś przeszła mi koło nosa. Tzn. otworzyłem ją w księgarni, zobaczyłem na końcu kadry z Osiedla Borsiga w Zabrzu-Biskupicach i odłożyłem na półkę z postanowieniem, że kupię ją w późniejszym terminie. Tak w ogóle, wydawnictwo „Wokół Nas” miało kiedyś bardzo ambitny program i opublikowało np. całą „tetralogie gliwicką” Horsta Bienka („Pierwsza polka”, „Wrześniowe światło”, „Czas bez dzwonów” oraz „Ziemia i ogień”), częściowo w edycji dwujęzycznej. Wracając do albumu Blajera, to… mogłem się nadal nie spieszyć. Wspomniane zdjęcia z Borsig Siedlung oraz z Biskupic czy kadry z widokiem na hałdę w Rydułtowach lub na kopalnie Dębieńsko i Rozbark, nie są w stanie zrekompensować wizualnej mizerii tej książki. Szkoda.

niedziela, 6 listopada 2011

Świętochłowice-Lipiny, ul. Chorzowska, 23.07.2005, godz. 16:00



Z dedykacją dla Marka Lohera, z którym miałem się okazję wreszcie spotkać w realu i przeprowadzić ciekawą rozmowę oraz wypić piwo, po moim wystąpieniu podczas sesji Photo Proxima w ostatni piątek. Sama sesja, jak myślę, bardzo interesująca, a pytania zadawane po secie z moim udziałem, sensowne i treściwe.
To też pierwszy porządnie zrobiony skan tego negatywu. Na zdjęciu satelitarnym w google.maps  widać, że budynek nadal istnieje i spełnia taką samą funkcję (ciekawe, czy nie zmienił się, widoczny na banerach właściciel?).

piątek, 4 listopada 2011

ZAWODZIE


Katowice-Zawodzie, ul. Cynkowa, 24.02.2010

[Ostatni film zrobiony moim Horizonem 202. To znaczy, ostatni poprawnie naświetlony. Potem zaczął mi świetlić równolegle paski przez całą szerokość klatki, co jest podobno często spotykaną wadą tego urządzenia. Przyzwyczaiłem się do niego przez te 9 lat, chociaż ilość felerów i wad konstrukcyjnych powinna mnie skłonić do walnięcia korpusem o glebę. Ale tak wspaniale brzęczał przy długich czasach ekspozycji, niczym trzmiel w pajęczej sieci…]

środa, 2 listopada 2011

ZAKUPIĆ na Allegro album Erazma Ciołka „Polska, sierpień 1980 - sierpień 1989” -- 15,99 PLN + 9,00 PLN wysyłka.


Przeczytać słowo wstępne pióra Stefana Bratkowskiego -- BEZCENNE!

Ten fragment najbardziej mnie ujął: Zdjęcia Erazma Ciołka są triumfem czarno-białej fotografii. Czarno-biała fotografia - w porównaniu z kolorową okazuje się już przetworzeniem rzeczywistości; nadaje jej inny walor, nadaje skupienie; kolor rozprasza widza, odwraca uwagę od treści, staje się wrogiem fotografii. Czarno-biała fotografia może utrwalać piękno. Ale przede wszystkim jest formą literacką. To gatunek pisarstwa albo dziennikarstwa. Zdjęcia są czasem krótkimi nowelkami, a czasem skrótowym, mistrzowskim reportażem, to znów fraszką czy maleńkim poemacikiem prozą.

Ach Ty poemaciku prozą...

wtorek, 1 listopada 2011

HERE COMES THE SUN


Chorzów II, róg ul. Teodora Kalidego i Pudlerskiej, 28.05.2005

Jakoś dopiero teraz porządnie zeskanowałem ten negatyw sprzed ponad sześciu lat. Chorzów II czyli Cwajka i moja ulubiona ulica Teodora Erdmana Kalidego, którą wielokrotnie fotografowałem. Pora dosyć wczesna, tuż po wschodzie słońca, czyli - ponieważ 28 maja 2005 słońce pojawiło się nad horyzontem o 04:49 - było trochę po piątej rano. 

niedziela, 30 października 2011

WARSZAWSKIE RUINY W KOLORZE (sierpień 1947)


 Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Ten zestaw kilkudziesięciu slajdów, który chce pozyskać do swojej kolekcji Narodowe Archiwum Cyfrowe, robi prawdziwą furorę na Facebooku, wzbudzając „ochy” i „achy” oglądających go internautów. Napisał o nim portal Fotopolis, a dzisiaj ma być też program w TVN24. Fotografie te wykonane zostały przez Henry N. Cobba, który był uczestnikiem delegacji amerykańskich architektów, podróżującej po Europie i obserwującej postępy odbudowy ze zniszczeń wojennych w Anglii, Czechosłowacji oraz w Polsce. Faktycznie Henry N. Cobb ma niezłe oko (które chyba z czasem utraciło nieco ostrość widzenia, jeżeli przyjrzymy się projektom brylastych wieżowców jego autorstwa...), więc jest co oglądać. W moim przypadku zaszła też swoista koincydencja, ponieważ cały poprzedni tydzień z ogonkiem, ślęczałem nad zdjęciami Zofii Chomętowskiej i Marii Chrząszczowej, robiąc separacje na doutony do wydawanego przez Fundację Archeologia Fotografii albumu „Kronikarki” (wszystkie arkusze są już wydrukowane, teraz tylko felcowanie, szycie i oprawa). Chomętowska i Chrząszczowa fotografowały zrujnowaną Warszawę w 1945 i wyłącznie w monochromie. Patrząc na zestaw slajdów Henry N. Cobba, odnalazłem znane mi ulice i ruiny. Jaka jest różnica? Na pewno skrócenie dystansu czasowego (wszystko to wygląda, jakby zdarzyło się niemal wczorajszego dnia…), zwracają zresztą na to uwagę inni „oglądacze” tej kolekcji. Technika kolorowa pozbawia też fotografowane ruiny swoistego patosu, tak typowego dla monochromatycznych przedstawień, gdzie do granic możliwości eksploatuje się „dramatyczną” grę światłocienia (by w roli ilustracji przywołać fotografie Leonarda Sempolińskiego lub Edwarda Falkowskiego). Jeżeli można by pokusić się o określenie konwencji  tych kolorowych przedstawień Warszawy z 1947, to należałoby mówić o… „stylu” małoobrazkowej kamery Leica lub Contax, o „stylu” slajdu Kodachrome. Sposób podejścia Henry N. Coba do tematu warszawskich ruin, to klasyczny przykład ujęcia werystycznego, mającego za zadanie prezentacje tematu w atrakcyjny wizualnie sposób, słowem „stylu zero”, który odnajdziemy też w „nowym dokumencie”. Tylko tyle i aż tyle.

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

Henry N. Cobb, Warszawa, sierpień 1947

sobota, 29 października 2011

Oświęcim, 2011-10-29 16:30, kładka na dworcu PKP


(Nokia 2700)


Wracając z Bielska-Białej, gdzie wybrałem się zobaczyć wystawy tegorocznego Foto Art Festiwalu, pojechałem drogę przez Pszczynę, Brzeszcze, Oświęcim, Chrzanów. Przejeżdżając obok dworca PKP w Oświęcimiu (omijam zawsze obwodnicę, bo zbyt dużo kilometrów się nadkłada), przypomniałem sobie o napisie na kładce nad torami, który sfotografowałem prawie dwa miesiące temu  i pomyślałem, że może warto zobaczyć, czy jeszcze istnieje?  Prawdę mówiąc,  byłem święcie przekonany, że go zamalowano. A właśnie, że nie! Jest i ma się wcale dobrze, jak na pośpiesznie pryśnięte graffiti. W związku z powyższym, zastanawiam się: 
1. Czy nikt o tym nie wie (mam tu na myśli np. służby miejskie)? 
2. Czy nikomu z przechodzących pomostem tekst ten nie przeszkadza (bo przecież w jakiś sposób powinni zareagować)?
3. Może przechodnie go nie widzą (mają notorycznie wzrok uniesiony w górę)?
Biorąc pod uwagę, że napis powstał w Oświęcimiu, gdzie podczas niemieckiej okupacji działał koncentracyjny obóz Auschwitz I oraz obóz śmierci Auschwitz II w pobliskiej Brzezince (Birkenau), gdzie wymordowano 960.000 obywateli narodowości żydowskiej, przywiezionych tu z różnych europejskich państw, jego obecność jest ekstremalnym skandalem. Jeżeli spojrzymy z kładki na lewo, to kilkaset metrów dalej po prawej stronie torowiska, można wypatrzyć miejsce, gdzie znajdowała się obozowa rampa, pod którą podjeżdżały transporty i na której dokonywano selekcji (ofiary do uśmiercenia w komorach gazowych odjeżdżały ciężarówkami do Brzezinki, tymczasowo ocaleni w pieszych kolumnach udawali się do obozu). Przy okazji, słynna i tak często teraz fotogarfowana „Brama Śmierci” w Birkenau oraz rampa, do której prowadziła, funkcjonowały dopiero od maja 1944, kiedy na przemysłową skalę zaczęto gazować trasporty Żydów z Węgier.

Na rzeczonym graffiti widnieje litera R w charakterystycznym kształcie, który skopiowano z logo Ruchu Chorzów. R oraz data 1920 powieszone są na szubienicy. Wezwanie JUDE RAUS! (pol. ŻYDZI WYNOCHA!) skierowane jest tutaj do zwolenników klubu z Chorzowa. W przypadku kibicowskiej rywalizacji, nazywanie przeciwnika „Żydem” ma charakter silnej obelgi o rasistowskim zabarwieniu i można się z nim spotkać w Krakowie, na Górnym Śląsku oraz w Łodzi. Zastosowanie języka niemieckiego (zdarza się to bardzo, bardzo często) odsyła bezpośrednio do Zagłady. W ramach „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” (niem. Endlösung der Judenfrage) w obozach śmierci zlokalizowanych na terenie okupowanej Polski, wymordowano w komorach gazowych 3 miliony osób narodowości żydowskiej. Warto też wiedzieć, że Ruch Chorzów, primo voto Ruch Hajduki Wielkie (tak się nazywała oficjalnie od 1923 ta dzielnica Chorzowa, wcześniej Bismarckhütte) powstał w 20 kwietnia 1920, czyli przed II Powstaniem Śląskim (19-25 sierpnia 1920), zaś użyte w nazwie klubu słowo „Ruch” nawiązywało bezpośrednio do śląskich ruchów powstańczych…

*****

Na Foto Ar Festiwal wybrałem się głównie dla prezentacji Alexandra Gronskiego. Niestety jego zestaw pokazany w Muzeum Włókiennictwa sprawił mi rozczarowanie… Zaprezentowane wydruki były dziwnej jakości. Nie wiem, czy to artystyczna koncepcja w stylu slow print w niskiej rozdzielczości i na kiepskim sprzęcie (przed oczami stanęły mi wydruki mojej pierwszej atramentówki HP) czy też chodzi raczej o politykę low cost ze strony organizatorów bielskiej imprezy? Nie mam pojęcia, ale patrząc na paletę kolorów zdjęć, jakie można zobaczyć na autorskiej stronie estońskiego fotografa, widać, że barwy są tam pełniejsze i bez np. niebieskiej dominanty. Jak się uważnie spojrzało na niebo wystawowym zdjęciu z Murmańska (patrz niżej), to można było dostrzec charakterystyczne, nieco ciemniejsze równoległe linie, jakie powstawać mogą przy brudnej głowicy albo przy wydruku w opcji draft

Alexander Gronsky, Murmansk ll, 2007