środa, 7 marca 2012

Fanatycy


Zabrze-Zaborze, ul. Olchowa, 14.01.2012

*** 

Wracając do Claude’a Lanzmanna, to odpowiedź na pytanie postawione przez Joannę Tokarską-Bakir, jest dość jednak prosta. Można ją zresztą znaleźć w tej części „Zająca z Patagonii”, gdzie autor „Shoah” pisze o realizacji swojego filmu. To właśnie farmazon i bufon, dziennikarz przepytujący do tej pory celebrytów i właściwie sam też celebryta, w przypadku podjęcia tematu Zagłady musiał zawiesić na kołku swoje dotychczasowe metody działania. To po pierwsze. Po drugie, przystępując do pracy nad „Shoah”, Lanzmann miał a swoim kącie tylko jeden dokument filmowy… Nie robił wcześniej filmowych reportaży, nie uczył się rzemiosła, więc jego postępowanie było wolne od dokumentalnej rutyny. Wyobraźmy sobie absolwenta polskiej szkoły filmowej, który kręci dokument na temat zagłady… No tak, może lepiej sobie tego jednak nie wyobrażać. To trochę tak, jak z polskimi studentami Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie z lat ’90, gdy w czasach dominacji czarnobiałego fotoreportażu, patrząc na zdjęcia trudno było przypisać im konkretnego autora, bo wszystkie prace wyglądały niemal identycznie… Z pewnością, gdyby Claude Lanzmann zdecydował się na studia w szkole filmowej, „nauczono” by go tam jak się robi „porządne” filmowe dokumenty. A tak, po zabawie w podchody i tajne nagrywanie mieszkających w RFN nazistów, przyjechawszy do PRL w 1978 roku, musiał się zmierzyć z polską przestrzenią, która potrafi walnąć pięścią między oczy. I do patentu, jak to wszystko sfilmować doszedł na własną rękę, a ponieważ robił to z autentyczną pasją i zaangażowaniem, pracował nad filmem długo, osiem lat, więc ta determinacja, obsesja w połączeniu z inteligencją, a także sporą dawką dziennikarskiej dezynwoltury (z czasów celebryckich reportaży), zaowocowały filmem genialnym i nowatorskim w sposobie prezentacji tematu. Ważny też był tutaj „impuls wizualny”, jak sam go nazywam, czyli sytuacja, kiedy charakter motywu, krajobrazu, obiektu, nie pozwala nam przejść obojętnie mimo i zmusza nas niejako do podjęcia działania. Dla Lanzmanna takim wizualnym wstrząsem, była wizyta w Treblince i obserwacja/percepcja obszaru położonego w bliskim sąsiedztwie dawnego obozu zagłady. 

wtorek, 6 marca 2012

PATRIOCI


Zabrze-Zaborze, ul. Olchowa, 07.01.2012

***

[10:33. Robota mi nie idzie, skaner tworzy dziwne kolory na podglądzie (?), oślepiające słońce wali w oko i prześwieca przez żaluzje... W związku z powyższym postanowiłem się zrelaksować, tzn. „oczyścić”, więc wlazłem z autobiografią Lanzamanna do wanny, otwarłem na chybił-trafił i trafiłem na poniższy fragment (str 344):

Widziałem wszystkich i wszystkie, o wszystkim pisałem i nie chwaląc się, mogę powiedzieć, że niektórzy mnie zawdzięczają jakościowy skok w karierze. Brigitte Bardot, która zwierzała mi się ze swoich wyjątkowych i ostatecznych namiętnych uczuć do każdego z nowo wybranych, Jeanne Moreau w Cuernavaca, nad długim basenem wypełnionym zieloną wodą, do którego zakochana w niej do szaleństwa amerykańska lesbijka codziennie wsypywała płatki świeżych róż, Ava Gardner w Madrycie podczas kręcenia 55 dni w Pekinie, jeszcze wspaniała, ale już pijaczka, Richard Burton i Liz Taylor na Sardynii w filmie Josepha Loseya, którzy na noc wycofywali się na jacht, skąd ze wszystkich pokładów dolatywały śmiertelne pogróżki, bo uganiali si.ę za sobą pijani i naprawdę szekspirowscy, obiecując jedno drugiemu, że dłużej nie pożyje, Gary Cooper w swojej posiadłości w Bel Air, wielki, piękny, wzruszający, zniszczony i prawie się nieodzywający, już go zżerał rak. Czy mógłbym zapomnieć o Martine Carol, Michèlle Morgan, Juliette Gréco, Madeleine Renaud, Edwige Feuillère, Delphine Seyring? I mężczyźni: Michel Piccoli, którego byłęm świadkiem, gdy brał ślub z Gréco, Sami Frey, François Périer, Curd Jürgens, Lelouch, Aznavour, Gabin, Belmondo, Antoine, Gainsbourg, i tylu innych... Pisałem właściwie o wszystkim, o pierwszej podróży papieża do Ziemi Świętej, o odkryciu przez ekipę amerykańsko-batawskich archeologów biblijnego miasta Çartan w dolinie Jordanu, z klejnotami i diademami królowej. Artykuł zaczynał się tak: „Królowa czekała od trzech tysięcy lat, poleciałem do niej nie tracąc ani godziny”. Pisałem o sekretach skarbu Tutenhamona, o tragediach wielkich alpejskich spinaczek, o mimie Marceau, szalonym gadule, gdy tylko dochodził do głosu, o wielkim Raymondzie Davosie z szeroką, dyszącą klatką piersiową, którą rozwinął dzięki intensywnemu posługiwaniu się drutem do krojenia masła, a właściwie osełek masła - ramiona odrzucone  w tył, po czym raptownie rozłożone szeroko i zakreślające szeroki nieubłagany łuk, by spać na oczekującą osełkę - czy ktoś wie, że nauczył się tego gestu w swoim pierwszym zawodzie sprzedawcy nabiału?

Tego nie wiedziałem... Odłożyłem książkę na okno i bynajmniej nie poczułem się zrelaksowany. Joanna Tokarska-Bakir miała stuprocentową rację, kreśląc w swojej miażdżącej recenzji (która pt. Spowiedź farmazona, ukazała się w 46 edycji pisma http://www.dwutygodnik.com/) następujące słowa: Autobiografia Claude'a Lanzmanna to książka-kuriozum. Krok po kroku autor bije rekordy: grafomanii bufonady, narcyzmu, celebryckiego samozapatrzenia. I tak jak autorka wspomnianego tekstu na temat Zająca z Patagonii, zadaję sobie pytanie: Czy farmazon może wyprodukować arcydzieło? Arcydzieło nazywa się Shoah. Farmazon to Calude Lanzmann.]

poniedziałek, 5 marca 2012

Cwajka, róg Pudlerskiej i Słowackiego


Chorzów II, 07.01.2012

[Czyli dobrze mi znane okolice. Zimą roku 2000 (luty-marzec), kiedy robiłem pierwsze zdjęcia do „Czarno-Białego Śląska często tu zaglądałem. I ten skwerek na rogu Pudlerskiej i Juliusza Słowackiego, zawsze był mocno wygraffitowany (tzn. ślepe ściany dwóch widocznych na zdjęciu kamienic), tyle że nie były to kolorowe murale tak jak teraz.]

niedziela, 4 marca 2012

Wiersze Grzegorza Wróblewskiego w Exquisite Corpse


Pokaźna porcja tekstów Grzegorza Wróblewskiego ukazała się znów w internetowym periodyku Exquisite Corps, tym razem w tłumaczeniach Agnieszki Pokojskiej. Świetnie! Gratulacje!
A ja dla własnej oraz Szanownych Czytelników przyjemności wklejam poniżej jeden z moich ulubionych wierszy Grzegorza.

***

Grzegorz Wróblewski

Anarchy and Tuna

a group of anarchists throwing a Molotov cocktail bought
for social services money
calculate the cost of finishing off
one policeman
you have to budget cleverly, as there has to be enough left
for canned tuna and lemon
canned tuna is just the thing for a rebel: a cheap foodstuff
that makes you go forever!
state officials regularly pay the anarchists
their dole and in so doing support anarchy
officials and anarchists supposedly being
two fiercely antagonistic worlds!
you can’t mention an anarchist in front of an official unless you
want him to have a fit of nervous hiccups,
or a white shirt tucked into grey pants
in front of an anarchist, unless you want him to get his knife
it’s hard to be an official,
it’s equally hard to be an anarchist,
but it’s shit manners to be an anarchist
in a welfare state 

piątek, 2 marca 2012

Osiedla Strusia


2012-03-02  10:15 (Nokia 2700)

Strusia bardzo konkretnego, bo Józef mu było na imię i pełnił funkcję lekarza nadwornego króla Zygmunta Augusta. Skąd jednak pomysł na taką, nieco absurdalnie czy też surrealnie brzmiącą nazwę blokowiska? Czy dlatego, że w pobliżu zlokalizowane jest Osiedle Jagiellońskie? Pewnie tak.

Brakowało mi filmu do pary do załadowania koreksu, więc postanowiłem skończyć ten, który mam w Noblexie. No i jak wybrałem się do Nowej Huty, to naświetliłem dwie rolki Ektara, ale nie Noblxem, tylko X-Panem...
A po powrocie do domu okazało się, że mój procesor JOBO CPE-2plus stanowczo odmawia współpracy. Odkręciłem pokrywę zasłaniającą silnik oraz elektronikę i zobaczyłem tam wodę. FUCK!  FUCK! FUCK! Ciekawe, czy da się go naprawić? Mam to urządzenie od 2005 roku i przy jego pomocy obrobiłem filmy do prawie wszystkie Życia po życiu, wszystkie do „Niewinnego okaNowego Miasta oraz do tego, którego dokumentację widać powyżej. I jak rozkręciłem to plastikowe pudełko kryjące werk, to natknąłem się na nalepkę o treści Made in West Germany. Czyli mój procesor, jak na wiek urządzeń technicznych, jest prawdziwym staruszkiem. Wiek minimum 23 lata! To niesprawiedliwe! Zwłaszcza, że zawsze się przywiązuję emocjonalnie do używanego sprzętu... (no może z wyjątkiem aparatu Horizon 202, tego chujostwa nie żałuję).

czwartek, 1 marca 2012

Kamienice przy ulicy Krakowskiej [nr 26, 24, 22]


Eugeniusz Wilczyk, Kazimierz, ul. Krakowska [1959-1964]

Wszystkie trzy domy stoją do tej pory i mają się dobrze. Zdjęcie zrobione zostało z wieży kościoła Bożego Ciała (widać zresztą cień kościelnej wieży na podwórku - a w nim panią ze zrolowanym dywanem na ramieniu). Aparat Praktisix. Optyka? Typuję szkło o ogniskowej 180mm. Jak to wygląda pod względem topograficznym, widać na screenshocie wklejonym poniżej.

Mapka na podstawie google.maps.com

Ojciec wielokrotnie fotografował to bardzo charakterystyczne podwórko domu przy ulicy Krakowskiej pod numerem 26. Ale do tego jeszcze wrócimy.

środa, 29 lutego 2012

Nie ma tu żadnych „artystów fotografików”


czyli rozmowa Jakuba Majmurka z Adamem Mazurem, kuratorem wystawy Świat nieprzedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji w CSW Zamek Ujazdowski, którą można przeczytać na portalu Krytyki Politycznej. Polecam tę telekturę, bo rozmowa jest niezwykle gęsta, ale zdarzają się też w niej zabawne momenty, takie jak np. poniżej cytowany. 

Jakub Majmurek: Kluczowe pojęcie na tej wystawie to „dokument”. Jak go właściwie rozumiesz? Przedstawiasz zdjęcia artystów fotografików i fotografów prasowych, towarzyszy temu program filmowy, który otworzył pokaz kinowej wersji Naszej ulicy Marcina Latałło. Czy nie kusiło cię, żeby włączyć do wystawy także fotografie amatorów? Czy też np. plakaty reklamowe, ulotki, wszystko to, co zaczęło zaśmiecać nasze miasta po ‘89 roku?

Adam Mazur: Nie ma tu żadnych „artystów fotografików”. Są za to dokumentaliści i fotoreporterzy. Są także amatorzy, konkretnie dzieci fotografujące w ramach warsztatów zorganizowanych przez Piotra Janowskiego swoje życie w popegeerowskiej wsi. Zdecydowałem się włączyć ten materiał do wystawy, gdyż jest to w sumie jeden z nielicznych istotnych historycznie materiałów wizualnych zrealizowanych w ostatnim dwudziestoleciu pokazujący, jak widzą świat ludzie spoza klasy średniej. Efekt tych działań jest niezwykły. Zwłaszcza jeśli porówna się to z perspektywą przyjętą przez twórców Arizony, czy prezentowanego również na wystawie Tomasza Tomaszewskiego. Gdzieś na granicy subiektywnego dokumentu i fotografii amatorskiej – w najlepszym tego słowa znaczeniu – sytuuje się także Fotodziennik Bohdziewicz, bardzo intymny, autentyczny, świetnie komunikujący się z odbiorcą.


I jeszcze fragment na temat mojego setu zatytułowanego... „Kapitał” ze zdjęciami z Górnego Śląska, wykonanymi latem 2001 roku w Bytomiu, Starym Chorzowie i Zabrzu-Biskupicach.

Adam Mazur: (..) Miraż obfitości nie przysłania realnej biedy, tylko ją jeszcze lepiej wydobywa. Powracamy do tematu dziwacznej ciągłości, jakiejś cinkciarsko-mafijnej historii rozgrywającej się między schyłkowym socjalizmem, a schyłkowym kapitalizmem. Niby-cynamonowe sklepiki fotografowane na Śląsku przez Wilczyka też mówią o tych mirażach. Salon masażu „Emmanuele”, drink bar, xerocentrum, czy sklep z modną, tanią, elegancką odzieżą używaną importowaną to opowieść jednocześnie o uwiedzeniu i o biedzie. Przy czym to dotyczy nie tylko Polski.

wtorek, 28 lutego 2012

...tu bowiem mieszkali krakowscy Żydzi


Przy okazji wymiany komentarzy pod poprzednim postem, wspomniałem fotograficzny album Henryka Hermanowicza „Kraków. Cztery pory roku”. Książka nie miała chyba jednak 600.000 nakładu (tak jak napisałem), natomiast na pewno Wydawnictwo Literackie wypuściło sześć jej edycji. Kompletna nieobecność krakowskich judaików w takiej publikacji, która po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 1958 roku, czyli w czasach poluzowanej cenzury (np. w stosunku do tego co się działo do października 1956), jest co najmniej dziwna i należy chyba słusznie przypuszczać, że raczej nie wynika z... „przeżywania traumy po Zagładzie”. Owszem, w albumie Hermanowicza znajduje się zdjęcie bramy prowadzącej na podwórko przed Synagogą Wolfa Popera, ale podpisane jest ono w sposób następujący: DOMY ULICY SZEROKIEJ. I tyle na ten temat.

Ciekawy jest również wstęp do tego albumu, pióra Jerzego Banacha (także redaktora tej publikacji), historyka sztuki z wykształcenia, profesora PAN, kustosza  Działu Ikonografii Wawelu i późniejszego wieloletniego dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie. Otóż w tekście tym znajduje się taki oto fragment na temat Kazimierza (myślę, że przeczytać go koniecznie należy, artykułując à la Czesław Wołłejko przedniozębowe ł):

Na południe od Wawelu, w pobliżu starego kościoła Na Skałce, powstał za Kazimierza Wielkiego gród, od imienia władcy nazwany Kazimierzem. Miał być on konkurencją dla Krakowa, nie cieszącego się łaską w pierwszych latach panowania monarchy. Król wyposażył fundowane przez siebie miasto w wspaniałe bazyliki: św. Katarzyny, wzniesioną dla przybyłych z Czech augustianów, i Bożego Ciała, pierwotnie kościół parafialny, przekazany kilkadziesiąt klat później kanonikom laterańskim sprowadzonym z Kłodzka. Architektura monumentalnych brył tych świątyń współzawodniczy godnie z kościołami krakowskimi. Mimo dobrych początków Kazimierz wiódł później skromny żywot w cieniu Krakowa, do którego został na koniec włączony w pierwszych latach ubiegłego wieku (tzn. XX w.). Jako pamiątkę świetniejszych czasów zachowało miasto prostokątny rynek z renesansowym ratuszem, kilka pięknych kościołów, parę bóżnic (tu bowiem mieszkali krakowscy Żydzi), wiele starych kamienic, wreszcie nazwę głównej ulicy Krakowskiej, bo do Krakowa niegdyś prowadzącej. W malowniczych, ale bardzo dzisiaj zaniedbanych zaułkach kazimierskich toczy się życie spokojniej, niby na prowincji.

Krakowscy Żydzi, którzy przez kilkaset lat współtworzyli to miasto, zostali przez Szanownego profesora Jerzego Banacha umieszczeni w nawiasie. Bardzo symbolicznie i znacząco zarazem. RĘCE OPADAJĄ...

poniedziałek, 27 lutego 2012

Mykwa Wielka od ulicy Dajwór


Eugeniusz Wilczyk, Kazimierz, Mykwa Wielka [1962]

Widoczny na zdjęciu budynek Mykwy Wielkiej został zburzony do fundamentów jakoś na przełomie lat 60/70 XX w. Co dobrze jeszcze pamiętam (tzn. puste miejsce ogrodzone płotem) i co było swego rodzaju skandalem, biorąc pod uwagę jego szesnastowieczny rodowód. Ale był to skandal drugi w kolejności, jeśli weźmiemy pod uwagę remont i przebudowę na początku poprzedniego stulecia, w ramach którego usunięto podobno historyczne elementy wnętrza. Ciekawe jak tamta renowacja wpłynęła na wygląd zewnętrzny mykwy, który - gdy spojrzeć na zdjęcie ojca - kojarzyć się może raczej z przeciętną architekturą przełomu XIX i XX w, a nie budynkiem postawionym w roku 1567...
Przygotowując tego posta szukałem jakichś informacji w sieci, ale i Wikipedia i Wirtualny Sztetl, powtarzają informacje o jego „modernizacji w latach 1974-1976, podczas gdy tak naprawdę, budynek Mykwy Wielkiej w obecnym kształcie wzniesiono od podstaw i przy zastosowaniu betonowych elementów konstrukcyjnych...
Opracowując negatywy ojca, cały czas zastanawiam się nad ramami czasowymi tego projektu. W przypadku rzeczonego zdjęcia, datowanie jest o tyle proste, że na płocie ogradzającym mykwę przylepiono sporą liczbę plakatów (które w takiej wersji ciągle w Krakowie nazywa się sztrajfami”). No więc wybrałem w pierwszej kolejności sztrajfę ze słowami „WIEC” i powiększyłem ją do takich rozmiarów, żeby móc odczytać ewentualną datę anonsowanego wydarzenia.


No i wszystko się tutaj wyjaśnia, ponieważ plakat informuje o „wiecu w przededniu 23 rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę”, czyli dodając liczbę 23 do daty 1939, otrzymujemy rok 1962. No więc, zdjęcie wykonane zostało latem 1962, kiedy już byłem na świecie i miałem półtora roku...

sobota, 25 lutego 2012

Ulica Szeroka z plamami



Negatyw jest chyba źle utrwalony? I w partii nieba widać wyraźne przebarwienia (a także zaświetlenia). Wydaje mi się, że jest to bardzo wczesne zdjęcie, biorąc pod uwagę ogrodzony płotem fragment Szerokiej vis a vis bramy do synagogi Remuh. Chyba tylko na małoobrazkowych negatywach ojca, czyli tych najwcześniejszych, widać to miejsce w takim kształcie. Czy obecność ogrodzenia jest związana z porządkowaniem starego cmentarza? A jeżeli tak, to zdjęcie może pochodzić z 1959 roku, kiedy trwały prace archeologiczne na terenie nekropolii.

piątek, 24 lutego 2012

Wola Duchacka, Kraków, 23.02.2012


 09:39 (Nokia 2700)

 10:13 (Nokia 2700)

10:16 (2700)

Per analogiam do zdjęć matówki wielkoformatowej kamery Wojtka Sienkiewicza, pomyślałem sobie, czy by nie zrobić foty przez wizjer Noblexa... No i zrobiłem. Jeszcze kilka lat temu, takie zdjęcie wymagałoby bardzo specjalistycznego obiektywu makro. A teraz wystarczy niskobudżetowa Nokia 2700... Chwilę później zaczęło lać.
Wola Duchacka wydawała mi się być miejscem mniej hardcorowym, niż owiany złą sławą Qrd2nów, a tymczasem przy ulicy Gromady Grudziąż (druga i trzecia fotografia) znalazłem skupisko ostyropianionych wieżowców z takimi właśnie malowidłami... Na zdjęciu drugim w kolejności mamy do czynienia z tzw. palimpsestem. To po pierwsze. Po drugie jest to na pewno murowany faworyt do otrzymania doktoratu honoris causa na jakimkolwiek wydziale skurwysynistyki stosowanej.

czwartek, 23 lutego 2012

Ulica Macedońska, ulica Serbska (Piaski Wielkie, Kraków)


 2012-02-22  09:31

 2012-02-22  09:35

2012-02-22  10:16

***

Austriacki fotograf Klaus Fritsch w swoim świetnym cyklu zdjęć pt. Oświęcim, w odautorskim komentarzu określał ten teren przy pomocy pożyczonego od Marca Augé terminu, jako nie-miejsce. Zdjęcia Fritscha przedstawiają obszary bez właściwości, położone w bliskim sąsiedztwie  wybudowanej przez Niemców fabryki śmierci. Banalne i nudne, małomiasteczkowe czy też prowincjonalnie krajobrazy. Nie dajmy się zwieść tandetnemu wyrazowi tej scenografii... dopóki nie zaludnią jej aktorzy i statyści. Tą zmianę bardzo dobrze widać np. na filmiku z niedawnego meczu I Ligi hokeja, rozegranego w Oświęcimiu pomiędzy tamtejszą Unią a Cracovią. Tę zmianę słychać przede wszystkim w okrzykach widowni. 

środa, 22 lutego 2012

Popołudniowa Szeroka


Eugeniusz Wilczyk, Kazimierz, ul. Szeroka [1959-1964]

Kadr z Praktisixa, do którego podpięte został jakieś krótkie tele (jakie? oto jest pytanie, na które postaramy się znaleźć odpowiedź). Ilość anten telewizyjnych na dachach oraz ich wygląd, wskazuje na wczesne lata 60. Pora chyba letnia, późne popołudnie.

wtorek, 21 lutego 2012

HISTORIA ZNIKANIA



Domel, który najprawdopodobniej nie wyrobił się na ostrym zakręcie DK 5 w okolicach Radomierza. Ten na pierwszy rzut oka, mało atrakcyjnie prezentujący się motyw, zobaczyłem podczas wyprawy do Miedzianki. Wybraliśmy się tam z moją żoną podczas grudniowego pobytu w Bagieńcu pod Świdnicą, żeby zobaczyć miasteczko (tzn. to co z niego pozostało) opisane w reportażu Filipa Springera Miedzianka. Historia znikania, na temat którego zresztą popełniłem recenzję dla A&B (można ją przeczytać w lutowej edycji miesięcznika). Książka świetna, celnie dotykająca tematyki ziem zachodnich (celowo nie chcę używać terminu „ziemie odzyskane”, bo wymyślono go przy okazji aneksji Zaolzia w 1938), których dzieje obok relacji polsko-żydowskich, są kolejnym „trupem w szafie” w naszej (w tym konkretnym przypadku powojennej) historii. Wracając do reklamy umieszczonej na zakręcie DK 5, wróciłem tam następnego dnia o wcześniejszej porze, kiedy słońce miałem idealnie za plecami i wykonałem całą serię ujęć, nie bardzo wierząc w powodzenie całego przedsięwzięcia. Tymczasem... po wywołaniu filmów i ich zeskanowaniu, okazało się, że jest co najmniej dobrze.