piątek, 16 marca 2012

Umschlag Plaza?


2012-03.15  16:01 (Nokia 2700)

Bo tak chyba się powinien nazywać kompleks budynków, który powstaje na terenie Umschlagplatzu, z którego w latach 1942-43 wywieziono około 300.000 Żydów z warszawskiego getta głównie do obozu zagłady w Treblince. Bardzo ciekawa forma „upamiętnienia tego miejsca i tragicznych wydarzeń, jakie się na nim rozegrały, prawda? Ręce opadają i nie tylko one. Wpada chyba życzyć nabywcom tych mieszkań spokojnych snów...
Przy okazji dziękujemy (!!!) ponownie Panu Profesorowi Markowi Żyliczowi za udostępnienie balkonu do wykonania zdjęcia. No, więc działamy z Elą Janicką dalej, pracując intensywnie nad „Nowym Miastem”, ale dzisiaj od ok. 11:00   pogoda pokrzyżowała nam plany. Mydlane słońce i nienajlepsza przejrzystość powietrza. BŁEEE... No i siedzimy w Starbucksie na rogu Jana Pawła II i Solidarności (primo voto Karola Świerczewskiego i Juliana Marchlewskiego), śledząc „rozwój wypadków”, tzn. czekając na zmianę aury, której charakter zupełnie nie zgadza się z dzisiejsza prognozą z new.meteo.pl...

środa, 14 marca 2012

Sharky z ulicy Częstochowskiej w Opolu


[29.01.2012]

Już wcześniej pisałem, że to namiar od Sławoja Dubiela (THX! ponownie). Może spróbuję go jeszcze raz sfotografować, także popołudniową porą, ale w czasie pełnej wegetacji. Czyli np. pod koniec maja. 
A może nie... ;)
---
A ja za chwilę ruszam do Warszawy. O 07:00 spotykamy się z Elą Janicką na ulicy Pereca i robimy zdjęcia z okna klatki schodowej na 15 piętrze, stojącej tam „jednostki mieszkalnej. A potem dalej, budynek banku przy Marszałkowskiej (na 10 piętrze mają w nim kapitalny balkon), później ulica Nalewki, Stawki... itd. itp. Mam nadzieję, że przejrzystość powietrza będzie przyzwoita, a pułap chmur wysoki z przebłyskami słońca.

wtorek, 13 marca 2012

Trabant w drodze z Warszawy do Łodzi (11.03.2012)


(Mamiya 7 + 65mm + Portra 400)

I zmiana formatu. Chwilowa, ponieważ aparat jest pożyczony. Tak w ogóle to pierwszy film, jaki nim (nią chyba?) zrobiłem. A efekty widoczne już po zrobieniu cyfrowych wglądówek... porażające. I piszę to jako użytkownik systemu Hasselblada oraz szkieł Zeissa. Niesamowite. Niesamowita jakość: ostrość i przenoszenie kontrastu. Duże - pozytywne oczywiście - zaskoczenie.

(Mamiya 7 + 65mm + Portra 400) 

poniedziałek, 12 marca 2012

LIBERTA PER GLI ULTRAS


Zabrze-Janek, ul. Makoszowska, 14.01.2012

LIBERTA PER GLI ULTRAS czyli WOLNOŚĆ DLA RUCHU ULTRAS. Zabrze, osiedle czy też dzielnica (?) o nazwie Janek. Trafiłem wtedy idealnie z pogodą. Dużo śniegu, dobra przejrzystość powietrza, nawet gdy w pewnym momencie zaczęło dość intensywnie śnieżyć. No i te murale na garażach po drugiej stronie Makoszowskiej (vis a vis osiedla). Rewelka. Czegoś takiego właśnie szukałem, a namiary na to miejsce dał mi pewien mieszkaniec Zaborza, który ucieszył się, że podoba mi się pomalowana w kolory Górnika Zabrze klatka schodowa bloku, gdzie mieszka (którą właśnie fotografowałem). Bo faktycznie wygląda nieźle. Wkleję to zdjęcie niebawem.

niedziela, 11 marca 2012

Trabant(y) w drodze z Warszawy do Łodzi. I sama Łódź...

2012-02-10  08:14 (Nokia 2700)

 2012-02-10  10:39 (Nokia 2700)

2012-02-10  13:21 (Nokia 2700)

Trochę (raczej bardzo...) nie trafiłem z pogodą. Ale jadąc z Warszawy do Łodzi via Skierniewice, zjeżdżając z DK8 natrafiłem na dwa kapitalne Trabanty. Pierwszy - to post-enerdowskie Trabolo z silnikiem od Volkswagena Polo, drugi - klasyczny 601 (niestety nie zrobiłem mu foty komórką). No a w Łodzi, ponieważ aura nie pozwalała na zbyt wiele, głównie spenetrowałem nie znane mi dotąd rejony, np. okolice ulicy Pogonowskiego, gdzie znalazłem sporo ciekawych murali. W przypadku ostatniej z wklejonych fotografii, napis o brzemieniu RTS CHN, czyli: Robotnicze Towarzystwo Sportowe (pełna nazwa klubu Widzew) Chojny (dzielnica Łodzi) ozdobiony jest... trójramiennym hakenkreuzem, wypisz wymaluj jak z flagi ultraprawicowej partii Afrikaner Weerstandsbeweging z RPA.

piątek, 9 marca 2012

Rozumienie


Kraków, ul. Józefa Wybickiego, 13.02.2012

Nazwa tego posta przypomina tytuł któregoś z wierszy Marcina Świetlickiego z tomu Nieczynny do odwołania... Trudno czy też nieważne, nie pamiętam zresztą czy tak zatytułowany tekst jest tam obecny. Widoczny na zdjęciu napis zobaczyłem dość wczesną jesienią ubiegłego roku, kiedy jechałem na rowerze po opłotkach ulicy Józefa Wybickiego. I całkiem niedawno, kiedy udałem się samochodem na zdjęcia w kierunku Prądnika Białego, przypomniałem sobie o jego istnieniu, tzn. postanowiłem sprawdzić czy jeszcze tam jest. No i jak się tego należało spodziewać napis jak najbardziej tam był. Można zadać pytanie, czy to nikomu nie przeszkadza? Np. użytkownikom tych garaży. Najwyraźniej chyba nie... Można się też domyślać rozwinięcia tego hasła, które znajdowało się zapewne na brązowych drzwiach (nowo wprawionych lub tylko pomalowanych) i brzmiało najprawdopodobniej: ŚCIERWA.

Czytam sobie dalej Zająca z Patagonii i w XVIII rozdziale książki, gdzie zaczyna się opis historii powstania Shoah”, znalazłem taki interesujący fragment:

Dwie lektury były dla mnie ważne: akta procesu Treblinki, który odbył się we Frankfurcie w 1960 roku, tam odkryłem zeznania dwóch bohaterów mojego filmu, esesmana Suchomela i Richarda Glazara, czeskiego Żyda, który przeżył powstanie w obozie, poznałem też dzięki nim niemieckiego prokuratora procesu Alfreda Spiessa, który potem bardzo przyjaźnie zgodził się mnie przyjąć i sam stał się jednym z protagonistów Shoah; w tym samym czasie przeczytałem także W stronę ciemności Gitty Sereny, angielskiej dziennikarki węgierskiego pochodzenia, która przeprowadziła długie rozmowy w więzieniu z Franzem Stanglem, drugim komendantem Treblinki. Tematem Sereny jest śmierć, ale, moim zdaniem, jej podejście jest czysto psychologiczne, zastanawia się nad złem, chce zrozumieć, jak ojcowie rodzin mogli spokojnie dokonywać masowych mordów - słowem, odgrzewane kotlety całej tej historyczno-literackiej potomności. Tymczasem moje nagłe zdumienie było od początku tak wielkie, że przeciwnie, nie chciałem zrozumieć i trzymałem się tego kurczowo.

Osobiście nie oceniałbym książki Gitty Sereny tak surowo (rozdział o działalności biskupa Aloisa Hudala, który w Watykanie pomagał funkcjonariuszom narodowosocjalistycznym i zwykłym zbrodniarzom wojennym   w wyjazdach, tzn. ucieczkach do Ameryki Południowej, jest niezmiernie interesujący...). W trakcie przeprowadzonych przez nią rozmów, widać jak Stangl wije się w łgarstwach, podobnie zresztą jak przepytywany w przez Lanzmanna w „Shoah Franz Suchomel z Treblinki. W przytoczonym chwilę wcześniej fragmencie Zająca z Patagonii” istotne wydaje mi się być to doznanie zdumienia” i niechęć do zrozumienia”: motywacji oprawców, bierności świadków i całego procederu Endlösung der Judenfrage. Ten całkowity, konsekwentny i najzwyklejszy brak zgody na to, co się wydarzyło, jest kluczowy dla tego filmu, dla sposobu obrazowania i konstruowania dokumentalnej narracji. 

czwartek, 8 marca 2012

OPĘTANI


Kraków-Olsza II, Zaułek Wileński, 15.01.2012
 
[OPĘTANI to raczej stara sprawa, co zresztą widać na zdjęciu. Natomiast „pamiątkowy mural po prawej stronie, po raz pierwszy zobaczyłem jesienią zeszłego roku i dopiero w styczniu udało mi się trafić z wolnym czasem oraz odpowiednią aurą (czekałem na śnieg i się doczekałem). Mam w swojej kolekcji już pięć takich malowideł. To z Zaułka Wileńskiego jest akurat trochę nietypowe, bo zwykle na takich graffiti przedstawiana jest podobizna wspominanej czy też upamiętnianej osoby.]

środa, 7 marca 2012

Fanatycy


Zabrze-Zaborze, ul. Olchowa, 14.01.2012

*** 

Wracając do Claude’a Lanzmanna, to odpowiedź na pytanie postawione przez Joannę Tokarską-Bakir, jest dość jednak prosta. Można ją zresztą znaleźć w tej części „Zająca z Patagonii”, gdzie autor „Shoah” pisze o realizacji swojego filmu. To właśnie farmazon i bufon, dziennikarz przepytujący do tej pory celebrytów i właściwie sam też celebryta, w przypadku podjęcia tematu Zagłady musiał zawiesić na kołku swoje dotychczasowe metody działania. To po pierwsze. Po drugie, przystępując do pracy nad „Shoah”, Lanzmann miał a swoim kącie tylko jeden dokument filmowy… Nie robił wcześniej filmowych reportaży, nie uczył się rzemiosła, więc jego postępowanie było wolne od dokumentalnej rutyny. Wyobraźmy sobie absolwenta polskiej szkoły filmowej, który kręci dokument na temat zagłady… No tak, może lepiej sobie tego jednak nie wyobrażać. To trochę tak, jak z polskimi studentami Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie z lat ’90, gdy w czasach dominacji czarnobiałego fotoreportażu, patrząc na zdjęcia trudno było przypisać im konkretnego autora, bo wszystkie prace wyglądały niemal identycznie… Z pewnością, gdyby Claude Lanzmann zdecydował się na studia w szkole filmowej, „nauczono” by go tam jak się robi „porządne” filmowe dokumenty. A tak, po zabawie w podchody i tajne nagrywanie mieszkających w RFN nazistów, przyjechawszy do PRL w 1978 roku, musiał się zmierzyć z polską przestrzenią, która potrafi walnąć pięścią między oczy. I do patentu, jak to wszystko sfilmować doszedł na własną rękę, a ponieważ robił to z autentyczną pasją i zaangażowaniem, pracował nad filmem długo, osiem lat, więc ta determinacja, obsesja w połączeniu z inteligencją, a także sporą dawką dziennikarskiej dezynwoltury (z czasów celebryckich reportaży), zaowocowały filmem genialnym i nowatorskim w sposobie prezentacji tematu. Ważny też był tutaj „impuls wizualny”, jak sam go nazywam, czyli sytuacja, kiedy charakter motywu, krajobrazu, obiektu, nie pozwala nam przejść obojętnie mimo i zmusza nas niejako do podjęcia działania. Dla Lanzmanna takim wizualnym wstrząsem, była wizyta w Treblince i obserwacja/percepcja obszaru położonego w bliskim sąsiedztwie dawnego obozu zagłady. 

wtorek, 6 marca 2012

PATRIOCI


Zabrze-Zaborze, ul. Olchowa, 07.01.2012

***

[10:33. Robota mi nie idzie, skaner tworzy dziwne kolory na podglądzie (?), oślepiające słońce wali w oko i prześwieca przez żaluzje... W związku z powyższym postanowiłem się zrelaksować, tzn. „oczyścić”, więc wlazłem z autobiografią Lanzamanna do wanny, otwarłem na chybił-trafił i trafiłem na poniższy fragment (str 344):

Widziałem wszystkich i wszystkie, o wszystkim pisałem i nie chwaląc się, mogę powiedzieć, że niektórzy mnie zawdzięczają jakościowy skok w karierze. Brigitte Bardot, która zwierzała mi się ze swoich wyjątkowych i ostatecznych namiętnych uczuć do każdego z nowo wybranych, Jeanne Moreau w Cuernavaca, nad długim basenem wypełnionym zieloną wodą, do którego zakochana w niej do szaleństwa amerykańska lesbijka codziennie wsypywała płatki świeżych róż, Ava Gardner w Madrycie podczas kręcenia 55 dni w Pekinie, jeszcze wspaniała, ale już pijaczka, Richard Burton i Liz Taylor na Sardynii w filmie Josepha Loseya, którzy na noc wycofywali się na jacht, skąd ze wszystkich pokładów dolatywały śmiertelne pogróżki, bo uganiali si.ę za sobą pijani i naprawdę szekspirowscy, obiecując jedno drugiemu, że dłużej nie pożyje, Gary Cooper w swojej posiadłości w Bel Air, wielki, piękny, wzruszający, zniszczony i prawie się nieodzywający, już go zżerał rak. Czy mógłbym zapomnieć o Martine Carol, Michèlle Morgan, Juliette Gréco, Madeleine Renaud, Edwige Feuillère, Delphine Seyring? I mężczyźni: Michel Piccoli, którego byłęm świadkiem, gdy brał ślub z Gréco, Sami Frey, François Périer, Curd Jürgens, Lelouch, Aznavour, Gabin, Belmondo, Antoine, Gainsbourg, i tylu innych... Pisałem właściwie o wszystkim, o pierwszej podróży papieża do Ziemi Świętej, o odkryciu przez ekipę amerykańsko-batawskich archeologów biblijnego miasta Çartan w dolinie Jordanu, z klejnotami i diademami królowej. Artykuł zaczynał się tak: „Królowa czekała od trzech tysięcy lat, poleciałem do niej nie tracąc ani godziny”. Pisałem o sekretach skarbu Tutenhamona, o tragediach wielkich alpejskich spinaczek, o mimie Marceau, szalonym gadule, gdy tylko dochodził do głosu, o wielkim Raymondzie Davosie z szeroką, dyszącą klatką piersiową, którą rozwinął dzięki intensywnemu posługiwaniu się drutem do krojenia masła, a właściwie osełek masła - ramiona odrzucone  w tył, po czym raptownie rozłożone szeroko i zakreślające szeroki nieubłagany łuk, by spać na oczekującą osełkę - czy ktoś wie, że nauczył się tego gestu w swoim pierwszym zawodzie sprzedawcy nabiału?

Tego nie wiedziałem... Odłożyłem książkę na okno i bynajmniej nie poczułem się zrelaksowany. Joanna Tokarska-Bakir miała stuprocentową rację, kreśląc w swojej miażdżącej recenzji (która pt. Spowiedź farmazona, ukazała się w 46 edycji pisma http://www.dwutygodnik.com/) następujące słowa: Autobiografia Claude'a Lanzmanna to książka-kuriozum. Krok po kroku autor bije rekordy: grafomanii bufonady, narcyzmu, celebryckiego samozapatrzenia. I tak jak autorka wspomnianego tekstu na temat Zająca z Patagonii, zadaję sobie pytanie: Czy farmazon może wyprodukować arcydzieło? Arcydzieło nazywa się Shoah. Farmazon to Calude Lanzmann.]

poniedziałek, 5 marca 2012

Cwajka, róg Pudlerskiej i Słowackiego


Chorzów II, 07.01.2012

[Czyli dobrze mi znane okolice. Zimą roku 2000 (luty-marzec), kiedy robiłem pierwsze zdjęcia do „Czarno-Białego Śląska często tu zaglądałem. I ten skwerek na rogu Pudlerskiej i Juliusza Słowackiego, zawsze był mocno wygraffitowany (tzn. ślepe ściany dwóch widocznych na zdjęciu kamienic), tyle że nie były to kolorowe murale tak jak teraz.]

niedziela, 4 marca 2012

Wiersze Grzegorza Wróblewskiego w Exquisite Corpse


Pokaźna porcja tekstów Grzegorza Wróblewskiego ukazała się znów w internetowym periodyku Exquisite Corps, tym razem w tłumaczeniach Agnieszki Pokojskiej. Świetnie! Gratulacje!
A ja dla własnej oraz Szanownych Czytelników przyjemności wklejam poniżej jeden z moich ulubionych wierszy Grzegorza.

***

Grzegorz Wróblewski

Anarchy and Tuna

a group of anarchists throwing a Molotov cocktail bought
for social services money
calculate the cost of finishing off
one policeman
you have to budget cleverly, as there has to be enough left
for canned tuna and lemon
canned tuna is just the thing for a rebel: a cheap foodstuff
that makes you go forever!
state officials regularly pay the anarchists
their dole and in so doing support anarchy
officials and anarchists supposedly being
two fiercely antagonistic worlds!
you can’t mention an anarchist in front of an official unless you
want him to have a fit of nervous hiccups,
or a white shirt tucked into grey pants
in front of an anarchist, unless you want him to get his knife
it’s hard to be an official,
it’s equally hard to be an anarchist,
but it’s shit manners to be an anarchist
in a welfare state 

piątek, 2 marca 2012

Osiedla Strusia


2012-03-02  10:15 (Nokia 2700)

Strusia bardzo konkretnego, bo Józef mu było na imię i pełnił funkcję lekarza nadwornego króla Zygmunta Augusta. Skąd jednak pomysł na taką, nieco absurdalnie czy też surrealnie brzmiącą nazwę blokowiska? Czy dlatego, że w pobliżu zlokalizowane jest Osiedle Jagiellońskie? Pewnie tak.

Brakowało mi filmu do pary do załadowania koreksu, więc postanowiłem skończyć ten, który mam w Noblexie. No i jak wybrałem się do Nowej Huty, to naświetliłem dwie rolki Ektara, ale nie Noblxem, tylko X-Panem...
A po powrocie do domu okazało się, że mój procesor JOBO CPE-2plus stanowczo odmawia współpracy. Odkręciłem pokrywę zasłaniającą silnik oraz elektronikę i zobaczyłem tam wodę. FUCK!  FUCK! FUCK! Ciekawe, czy da się go naprawić? Mam to urządzenie od 2005 roku i przy jego pomocy obrobiłem filmy do prawie wszystkie Życia po życiu, wszystkie do „Niewinnego okaNowego Miasta oraz do tego, którego dokumentację widać powyżej. I jak rozkręciłem to plastikowe pudełko kryjące werk, to natknąłem się na nalepkę o treści Made in West Germany. Czyli mój procesor, jak na wiek urządzeń technicznych, jest prawdziwym staruszkiem. Wiek minimum 23 lata! To niesprawiedliwe! Zwłaszcza, że zawsze się przywiązuję emocjonalnie do używanego sprzętu... (no może z wyjątkiem aparatu Horizon 202, tego chujostwa nie żałuję).

czwartek, 1 marca 2012

Kamienice przy ulicy Krakowskiej [nr 26, 24, 22]


Eugeniusz Wilczyk, Kazimierz, ul. Krakowska [1959-1964]

Wszystkie trzy domy stoją do tej pory i mają się dobrze. Zdjęcie zrobione zostało z wieży kościoła Bożego Ciała (widać zresztą cień kościelnej wieży na podwórku - a w nim panią ze zrolowanym dywanem na ramieniu). Aparat Praktisix. Optyka? Typuję szkło o ogniskowej 180mm. Jak to wygląda pod względem topograficznym, widać na screenshocie wklejonym poniżej.

Mapka na podstawie google.maps.com

Ojciec wielokrotnie fotografował to bardzo charakterystyczne podwórko domu przy ulicy Krakowskiej pod numerem 26. Ale do tego jeszcze wrócimy.

środa, 29 lutego 2012

Nie ma tu żadnych „artystów fotografików”


czyli rozmowa Jakuba Majmurka z Adamem Mazurem, kuratorem wystawy Świat nieprzedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji w CSW Zamek Ujazdowski, którą można przeczytać na portalu Krytyki Politycznej. Polecam tę telekturę, bo rozmowa jest niezwykle gęsta, ale zdarzają się też w niej zabawne momenty, takie jak np. poniżej cytowany. 

Jakub Majmurek: Kluczowe pojęcie na tej wystawie to „dokument”. Jak go właściwie rozumiesz? Przedstawiasz zdjęcia artystów fotografików i fotografów prasowych, towarzyszy temu program filmowy, który otworzył pokaz kinowej wersji Naszej ulicy Marcina Latałło. Czy nie kusiło cię, żeby włączyć do wystawy także fotografie amatorów? Czy też np. plakaty reklamowe, ulotki, wszystko to, co zaczęło zaśmiecać nasze miasta po ‘89 roku?

Adam Mazur: Nie ma tu żadnych „artystów fotografików”. Są za to dokumentaliści i fotoreporterzy. Są także amatorzy, konkretnie dzieci fotografujące w ramach warsztatów zorganizowanych przez Piotra Janowskiego swoje życie w popegeerowskiej wsi. Zdecydowałem się włączyć ten materiał do wystawy, gdyż jest to w sumie jeden z nielicznych istotnych historycznie materiałów wizualnych zrealizowanych w ostatnim dwudziestoleciu pokazujący, jak widzą świat ludzie spoza klasy średniej. Efekt tych działań jest niezwykły. Zwłaszcza jeśli porówna się to z perspektywą przyjętą przez twórców Arizony, czy prezentowanego również na wystawie Tomasza Tomaszewskiego. Gdzieś na granicy subiektywnego dokumentu i fotografii amatorskiej – w najlepszym tego słowa znaczeniu – sytuuje się także Fotodziennik Bohdziewicz, bardzo intymny, autentyczny, świetnie komunikujący się z odbiorcą.


I jeszcze fragment na temat mojego setu zatytułowanego... „Kapitał” ze zdjęciami z Górnego Śląska, wykonanymi latem 2001 roku w Bytomiu, Starym Chorzowie i Zabrzu-Biskupicach.

Adam Mazur: (..) Miraż obfitości nie przysłania realnej biedy, tylko ją jeszcze lepiej wydobywa. Powracamy do tematu dziwacznej ciągłości, jakiejś cinkciarsko-mafijnej historii rozgrywającej się między schyłkowym socjalizmem, a schyłkowym kapitalizmem. Niby-cynamonowe sklepiki fotografowane na Śląsku przez Wilczyka też mówią o tych mirażach. Salon masażu „Emmanuele”, drink bar, xerocentrum, czy sklep z modną, tanią, elegancką odzieżą używaną importowaną to opowieść jednocześnie o uwiedzeniu i o biedzie. Przy czym to dotyczy nie tylko Polski.