sobota, 22 stycznia 2011

Ulica Rzeczna revisited


Świętochłowice, ul. Rzeczna, 15.02.2000

No i wczoraj udając się z Zawodzia przez Załęże i Chorzów-Batory w kierunku Bytomia, zahaczyłem też o Świętochłowice. A tam niemal automatycznie skręciłem z ulicy Katowickiej w prawo w Pocztową, a następnie w lewo w Rzeczną, o której już kiedyś pisałem, zastanawiając się, czy budynek stojący przy jej skręcie w lewo, w kierunku Bytomskiej jeszcze istnieje. No więc istnieje, chociaż z pewnością jego dni są już policzone (z okna samochodu zobaczyłem, przyczepioną do muru żółtą tablicę ostrzegawczą z informacją: OBIEKT PRZEZNACZONY DO ROZBIÓRKI).
I jeszcze mała korekta posta z 20 października 2010. Na ulicę Rzeczną trafiłem po raz pierwszy w lutym 2000, a nie wiosną 2001, jak napisałem. Widoczny na drugim dom budynek uległ rozbiórce. Znajdował się z wspomnianym zakrętem w lewo/prawo w kierunku ulicy Bytomskiej, a wyburzono jakoś chyba w połowie ubiegłej dekady.
Oczywiście podczas tej lutowej wizyty przed jedenastu laty, robiłem zdjęcia  i dwa z nich prezentuję teraz z czarną negatywową ramką, czyli tak jak je wtedy w mniej więcej powielałem (żadne z nich nie znalazło się w albumie, a ramka była zwykle nieco szersza...). Na całe szczęście przy finalnych pracach nad „Czarno-Biały Śląsk”, zrezygnowałem z tej wątpliwej raczej „ozdoby”.

Świętochłowice, ul. Rzeczna, 15.02.2000

piątek, 21 stycznia 2011

Ulica Pokoju


Po mniej więcej rocznej przerwie, wylądowałem dziś rano w katowickiej dzielnicy Załęże. I chociaż 12 miesięcy nie jest jakimś porażającym dystansem czasowym, to jednak wygląd tego miejsca uległ istotnym zmianom. Przybyło w znacznej ilości kibicowskich graffiti, a ściślej rzecz ujmując - napisów o takiej treści. Ulica Pokoju to w Załężu enklawa zwolenników Ruchu Chorzów, więc niemal na każdym kroku można na murach zobaczyć nazwę tego klubu z charakterystycznie wykrojonym R.

Katowice-Załęże, ul. Pokoju, wrzesień 1999 

Do Załęża czuję silny sentyment, ponieważ ponad 11 lat temu, konkretnie we wrześniu 1999, zrobiłem tam zdjęcie, które znalazło się potem na okładce „Czarno-Białego Śląska”. Wracałem wówczas z nieistniejącej już uliczki, której nazwy nie pamiętam (wypadała w miejscu, gdzie obecnie stoi stacja benzynowa, tuż obok  masywnej estakady Drogowej Trasy Średnicowej), wtedy zamieszkałej przez Romów i właśnie wyburzanej. Po przekroczeniu ulicy Feliksa Bocheńskiego (wtedy jednopasmowej) wszedłem między rząd domów (wkrótce rozebranych) i zobaczyłem z oddali dziewczynkę, która spinała się po ceglanym murze familoka. Ujrzawszy tę niewiarygodnie wyglądającą scenę, rzuciłem się pędem w tamtym kierunku, żeby jej nie stracić i zrobić zdjęcie. Na całe szczęście nie trzeba było zmieniać filmu, przytknąłem wizjer hasselblada (prawdę mówiąc, był to toporny plastikowy pryzmat od kieva 88, którego wówczas używałem, ponieważ pasował do hassiego), zmierzyłem szybko świtało i naświetliłem z rozpędu kilka klatek, chociaż właściwe tylko ta pierwsza do czegoś mogła się nadawać, ponieważ stojące obok dzieci zaczęły się śmiać i krzyczeć: kamerujo, kemerujo, a dziewczynka odwróciła głowę i zobaczywszy fotografa, zeskoczyła z muru.

Kilka przecznic dalej na Załężu, np. przy Jana Wyplera kibicują drużynie GKS Katowice. Widać to bardzo wyraźnie i całkiem dosłownie, ponieważ każdy praktycznie dom obsmarowany jest napisami o treści KURWY, z tym że charakterystyczne ruchowskie R jest w tym słowie pisane do góry nogami (w stosunku do sytuacji sprzed 12 miesięcy, ilość graffiti wzrosła jak chiński produkt krajowy brutto). I nie wiem, czy zawsze tak było, bo 10 lat temu, zarejestrowałem tam, tzn. właśnie na ulicy Wyplera, następujący kadr, który świadczyć może o sympatii dla drużyny z Chorzowa? Widoczny nad nazwą klubu hakenkreuz, to dość często spotykany symbol w przypadku zwolenników (nazywających siebie psychofanami) tego zespołu… No, chyba że jest to rodzaj pewnego „dialogu” między fanami footballu? Fotografia poniższa znalazła się w książce „Kapitał”, w sąsiedztwie wierszy Krzysztofa Jaworskiego. Chciałem ją też dać do albumu „Czarno-Biały Śląsk, jako „typowe zdjęcie z regionu”, lecz Jan Michalski - wydawca i redaktor wspomnianej książki, stanowczo zaprotestował (nota bene Załęże, to jego Heimat, ponieważ jako dziecko mieszkał z rodziną w jednym z tych nieistniejących już familoków przy ulicy Bocheńskiego).

Katowice-Załęże, ul. Lisa, 11.12.2001

I teraz, podczas tej mojej porannej wizyty w Załężu, ale nie tylko tam, także na Zawodziu i w Chorzowie-Batorym (w części funkcjonującej pod nazwą Biadacz), zdałem sobie sprawę z postępującego w błyskawicznym tempie procesu degradacji tych dzielnic. Który właściwie nazwać by można najtrafniej ich „fawelizacją”. I trudno się tutaj nie zgodzić z działaczami nowej lewicy, że jest to efekt neoliberalnej polityki ostatnich lat.

wtorek, 18 stycznia 2011

Newsletter Atlasa Sztuki

jaki do mojej skrzynki mailowej dotarł dzisiaj rano (o 07:3) i który pozwalam sobie zacytować w całości poniżej:

II wydanie albumu Wojciecha Wilczyka "Niewinne oko nie istnieje"

Szanowni Państwo,

Z przyjemnością pragnę poinformować, że ukazało się II wydanie albumu autorstwa Wojciecha Wilczyka zatytułowanego „Niewinne oko nie istnieje”. Publikacja została wydana przez Atlas Sztuki wspólnie z Europejskim Stowarzyszeniem na rzecz Muzeum Historii Żydów Polskich w Paryżu. Zasadnicza część nakładu albumu wyjechała już do Francji, gdzie za kilkanaście dni w stolicy tego kraju zostanie zaprezentowany projekt Wojciecha Wilczyka (o szczegółach wystawy poinformuję wkrótce). Od dnia dzisiejszego album „Niewinne oko nie istnieje” można nabyć w Atlasie Sztuki.
Gorąco zachęcam do lektury tej niezwykłej publikacji. W II wydaniu obok tekstów opublikowanych w jej premierowej edycji, która ukazała się w styczniu 2009 roku (eseje napisane przez ówczesnego Ambasadora Izraela w Polsce Davida Pelega, kuratora projektu dra Adama Mazura, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego dr Eleonorę Bergman i historyka sztuki prof. dr hab. Eleonorę Jedlińską oraz rozmowa z artystą przeprowadzona przez dr Elżbietę Janicką) znalazł się tekst autorstwa prof. dr hab. Joanny Tokarskiej-Bakir.

Projekt Wojciecha Wilczyka zatytułowany „Niewinne oko nie istnieje” po prezentacji w Atlasie Sztuki w dniach od 16 stycznia do 1 marca 2009 roku kolejno pokazany został w:
-  Galerii Fotografii pf Centrum Kultury Zamek w Poznaniu (06.03.-31.03.2009),
- podczas 19 Międzynarodowego Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie (w Muzeum
  Etnograficznym – 27.06.-05.07.2009),
- podczas Projektu "Ulica Próżna" w Warszawie (30.08.- 06.09.2009),
- Kunstsammlungen Chemnitz (13.02.-05.04.2010),
- Muzeul Taranului Român w Bukareszcie (24.04.-08.05.2010),
- Centrul Expoziţional Constantin Brâncusi w Kiszyniowie (13.05.-31.05.2010).

Dodam także, że w Chemnitz wystawa pokazana została pod zmienionym tytułem „War hier eine Synagoge? Synagogenbauten in Polen”. Jednak ta prezentacja przyniosła Wojciechowi Wilczykowi, jako pierwszemu artyście w historii polskiej sztuki,  nominację do Nagrody Deutsche Börse Photography Prize 2011.

Wyrazem dostrzeżenia wyjątkowości albumu Wilczyka były także: nominacja do Nagrody im. Beaty Pawlak w 2009 roku, nominacja do Nagrody Energia Kultury Gazety Wyborczej w Łodzi w 2009 roku oraz wyróżnienie w kategorii „album” w II edycji Konkursu „Fotograficzna Publikacja Roku 2009”.

Przed projektem Wojciecha Wilczyka kolejne miejsca prezentacji, za kilkanaście dni Paryż, a potem Radom, Wrocław, Wałbrzych oraz Szczecin.

Serdecznie Państwa pozdrawiam,

Jacek Michalak

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Pamiątka z Kalwarii – uzupełnienie


Kalwaria Zebrzydowska, Wielki Piątek, 18.04.2003

1. Coś mi nie pasowało z tą datą, podaną przez Adama Sobotę w tekście „Fotografia polska”, zamieszczonym na portalu www.culture.pl. Wydawało mi się, że sam Adam Bujak mówił o czasie nieco wcześniejszym i faktycznie w słowie wstępnym do albumu „Misteria” podaje rok 1963.

2. Widoczne w dokumencie Hoffmana i Skórzewskiego przedstawienie pasyjne ma chyba jeszcze wczesną formę, gdzie niektóre sceny rozgrywane są bez tekstu (lub tak były zagrane na potrzeby filmu?). W książeczce „Krótka historia Kalwarii Zebrzydowskiej” ojciec Augustyn Chadam, twórca „Misterium kalwaryjskiego”, dokładnie opisuje cały proces powstawania spektaklu i podaje rok 1956, jako datę ostatecznej kodyfikacji jego kształtu. Patrząc jednak na filmowe sekwencje, wydaje mi się, że forma przedstawienia ewoluowała cały czas (po raz pierwszy widziałem je w 1995 roku, czyli 37 lat po wizycie Hoffmana i Skórzewskiego), tak zresztą jak stroje aktorów czy samo zachowanie widzów-pielgrzymów. Jeżdżąc do Kalwarii przez 10 lat nigdy nie widziałem np. pokonywania ostatniego etapu drogi na Golgotę (czyli górę Żar) na kolanach lub z głazami w rękach.

3. No właśnie stroje… Widoczna zmiana nastąpiła kilka lat temu, kiedy z rogatych czap Annasza i Kajfasza zniknęły gwiazdy Davida. Wspomniane nakrycia głowy słusznie oburzają ks. Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską w Gazecie Wyborczej (10.04.2009) mówi o nich tak: A czym, jeśli nie deformowaniem Pisma Świętego, są pasje sprawowane na polskich dróżkach i w polskich parafiach, których bronimy jak niepodległości? W Kalwarii Zebrzydowskiej stroje faryzeuszy z rogami wyraźnie podsuwają konotację: Żyd to diabeł. Jeśli ktoś spotyka Jezusa, spotyka judaizm, a zatem jeśli spotyka antyjudaizm, to czy naprawdę spotyka Jezusa? Oczywiście kształt tych rogatych czap to próba pewnego nawiązania do ikonograficznego wzorca głowy Mojżesza (lub jej nakrycia) z XVI/XVII wieku, co wyniknęło z błędnego tłumaczenia słowa qaran w Wulgacie, więc twarz patriarchy wracającego z tablicami Dekalogu z góry Synaj, gdzie odbył spotkanie z JHWH, „wypuszczała rogi”, a nie „promieniała”. Jednak te kalwaryjskie nakrycia głowy faryzeuszy są dość mocno przerysowane w swej „rogowatości”, więc może skoro usunięto z nich wreszcie gwiazdy Davida, pora na zmianę ich formy?

niedziela, 16 stycznia 2011

Pamiątka z Kalwarii


Jerzy Hoffman, Edward Skórzewski „Pamiątka z Kalwarii”

Na internetowym portalu Polityki przeczytałem tekst Zdzisława Pietrasika o najnowszym filmie Jerzego Hoffmana „Bitwa warszawska 1920”, który realizowany jest w technice 3D. Mając w pamięci ostatnie dziełe tego reżysera w postaci „Ogniem i mieczem” i czytając do tego jeszcze zacytowane w artykule fragmenty scenariusza, można się spodziewać NAJGORSZEGO...
Jerzy Hoffman swą filmową działalność zaczynał w latach 50. ubiegłego stulecia, jako autor obrazów dokumentalnych, tworzonych wspólnie z Edwardem Skórzewskim. W roku 1958 obaj panowie zrealizowali bardzo ciekawy zapis podczas uroczystości Wielkiego Tygodnia w Kalwarii Zebrzydowskiej. Film ten polecała mi kilkakrotnie Ela Janicka i po bezowocnych poszukiwaniach kopii, wpadłem na ten wielce „odkrywczy” pomysł, żeby wpisać go do wyszukiwarki serwisu youtube. Bingo!
Mimo upływu 53 lat od jego realizacji, film „Pamiątka z Kalwarii” Hoffmana i Skórzewskiego od strony wizualnej prezentuje się bardzo atrakcyjnie. Jest sprawnie i logicznie zmontowany, a w ścieżce dźwiękowej usłyszeć możemy, nagrane na żywo autentyczne śpiewy i modlitwy uczestników misterium (które są tutaj jedynym rodzajem słownego komentarza). Warto też dla pewnego porządku zauważyć, że Adam Bujak, kojarzony na początku swych fotograficznych działań z Kalwarią Zebrzydowską, fotografie w tym miejscu (wg. Adama Soboty) zaczął wykonywać w okolicach roku 1965.

piątek, 14 stycznia 2011

Smoleńsk 1912


Widok Katedry Wniebowzięcia ze wzgórza Kazań

Widok północnej części miasta z dzwonnicy Katedry Wniebowzięcia

Widok północno-wschodniej części miasta z murem twierdzy

Smoleńsk w obiektywie Sergeia Mikhailovicha Prokudin-Gorskiego, pioniera fotografii kolorowej, który dokumentował przedrewolucyjną Rosję aparatem własnej konstrukcji. Patent polegał na zarejestrowaniu kolejno trzech klatek w monochromie, naświetlanych oddzielnie przez filtr czerwony, zielony i niebieski (trzy negatywy w pionie). Następnie wykonywano z negatywu slajd, który rzutowano potem via laterna magica z trzema obiektywami, znów odpowiednio przez filtry: czerwony, zielony i niebieski, z czego powstawał obraz kolorowy. Jak się można domyślić, technika ta uniemożliwiała wykonywanie zdjęć obiektów w ruchu, zaś każde, nawet niewielkie poruszenie aparatu, skutkowało rozjeżdżaniem się konturów w barwach RGB. Prokudin-Gorski systematycznie fotografował rosyjskie zabytki architektury (w celach edukacyjnych zresztą), w tym między innymi twierdzę Smoleńsk. Pomyślałem więc sobie, że może warto byłoby popatrzeć jak wyglądało 99 lat temu to miejsce, którego nazwę przez zaciśnięte zęby wymawiają teraz osoby, gromadzące się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w każdą miesięcznicę katastrofy komunikacyjnej na lotnisku Siewiernyj.

Cerkiew Bugurodzicy (?)

Brama Nikolska

Widok na Dniepr z baszty Wiesieluka

czwartek, 13 stycznia 2011

Bloki, blokasy…


Alexander Gronsky, Murmansk ll, 2007

Alexander Gronsky, Murmansk, 2007

Dalej zdjęcia Alexandra Gronskiego z jego cyklu o nazwie Less then one, czyli po polsku Mniej niż jeden, który dotyczy terenów Rosji, gdzie statystyczna gęstość zaludnienia to mniej niż jedna osoba na kilometr kwadratowy. A więc pustkowia na dalekiej północy czy jak w poprzednim wpisie - południowe pogranicze z Kazachstanem. Pejzaże często zimowe, ale też sporo miejskich krajobrazów, tzn. widoków blokowisk z budynkami wykonanymi w technologii „wielkiej płyty”. I owe fotografie podobają mi się najbardziej, szczególnie, że te pozbawione „estetycznych” walorów motywy, na zdjęciach Gronskiego wyglądają niezwykle atrakcyjnie. Być może to „estetyka” właśnie (jej mocno anachroniczne kanony przyswajane w trakcie ogólnie pojętej edukacji), sprawiają, że rodzimych blokowisk, dominujących przecież w krajobrazie większości polskich miast, nie fotografuje się! A szkoda (tu ktoś mógłby powiedzieć, a taka wypowiedź zwykle pada, że przecież szuflady krajowych nestorów fotografii wręcz uginają się od tego typu motywów… No to ja mówię: sprawdzam! I niecierpliwe czekam na te schowane w archiwalnych głębinach „rewelacje” ;)

Alexander Gronsky, Vladivostok lX, 2006

Alexander Gronsky, Vladivostok Vlll, 2006

środa, 12 stycznia 2011

Kazakhstan Border, 2008



Taki właśnie tytuł nosi powyższa fotografia, której autorem jest Alexander Gronsky. Zdjęcie pochodzi z cyklu Less Than One.
Wyniesiony w górę biały samochód, to - na moje oko - Moskwicz model 412 (produkowany w latach 1967-75 w moskiewskich zakładach АЗЛК i aż do 1996 w Iżewsku, z tym że ИЖ miał okrągłe reflektory zamiast podłużnych).

wtorek, 11 stycznia 2011

MIZEJÍCÍ PRAHA


Jan Reich, z cyklu Mizející Praha - nádraží Bubny, 1978

Czyli Znikająca/Przemijająca Praga. Cykl Jana Reicha zrealizowany w latach 70. Zjęcia te wydają mi się być znacznie bardziej trafione, niż wykonywane dwie dekady później fotografie, które znalazły się w albumie „Bohemia” (noszącym silne piętno Jozefa Sudka, ale tego w najbardziej pocztówkowo-folderowym wyborze - bo przecież nie z industrialnej „Smutnej Krajiny” np.). Historia omawianego cyklu jest następująca,  Reich po roczny pobycie w Paryżu, gdzie wyemigrował po upadku praskiej wiosny, wrócił jednak do kraju. I wróciwszy, poza tym że miał niewiele do roboty, na nowo zobaczył pewne regiony Pragi, które dobrze znał z dzieciństwa, konstatując z lekkim zaskoczeniem, że niewiele się zmieniły. I najpierw dużo po nich chodził i je obserwował, a potem zaczął te miejsca fotografować. Seria istnieje też w postaci albumu (katalogu?), który ciągle jeszcze można nabyć (np. tu). Zastanawiam się, jakiego aparatu Reich tutaj użył? Proporcje kadru to 2:3, więc biorąc pod uwagę widoczny tu i ówdzie efekt lekkiego przyshiftowania, była to kamera 6x9cm, czy też może np. jakiś archaiczny wynalazek o formacie 10x15cm?

Jan Reich, z cyklu Mizející Praha - Holešovice, 1979

niedziela, 9 stycznia 2011

Maszyny


Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Pokazywałem dzisiaj studentom Akademii Fotografii „Maszyny” Łukasza Skąpskiego, jako ciekawy przykład rodzimej inspiracji twórczością Berndta i Hilli Becherów, w sensie zbudowania cyklu fotograficznego, jako rodzaju typologii (do czego zresztą Łukasz otwarcie się przyznaje). Serii bardzo udanej pod względem wizualnym, ale też dającej możliwość czytania na kilku poziomach znaczeniowych (co zresztą całkowicie świadomie jest ustawione przez autora).
I nagle zdałem sobie sprawę, że jego książka, która ukazała się w zeszłym roku w okolicach kolejnej edycji Miesiąca Fotografii w Krakowie, nie doczekała się właściwie żadnego prasowego omówienia…
No właśnie, czyżbym się jednak mylił i coś przeoczył? Zgooglowałem więc tytuł oraz autora i… nic.
Nic poza informacjami o wydaniu albumu lub prezentacji wystawy…
Dziwne…

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

Łukasz Skapski, z cyklu Maszyny

piątek, 7 stycznia 2011

Siedem ostatnich arkuszy drugiego wydania „Niewinnego oka”

przeszło dziś rano przez maszynę. Uff.
W związku z powyższym mam następujące refleksje:
1). Albumy fotograficzne należy drukować wyłącznie w firmie, która specjalizuje się w druku takich wydawnictw.
2). Koniecznie należy dostarczyć własnoręcznie wykonane proofy.
3). W razie jakichkolwiek wątpliwości patrz punkt 1. lub 2.
W przypadku przygotowywania plików RGB do druku atramentowego lub do Lambdy, nie mam specjalnych problemów i to co obserwuję na ekranie swojego monitora, widzę potem w 95% na odbitkach lub wydrukach. Przygotowywanie plików w CMYK-u lub duotonach do druku offsetowego, też właściwie nie sprawia mi problemów, aczkolwiek zupełnie nie rozumiem uwarunkowań procesu świecenia płyt CTP.
Bo pomimo, że obecna edycja „Niewinnego oka” zawiera niezmienione pliki z poprzedniego wydania, to różnice kolorystyczne (w niepoddanych żadnej korekcji odbitkach) okazały się być dość spore… Co gorsza, nie dało się ustawić profilu pod całość nakładu, tak, że w zasadzie każdy arkusz trzeba było korygować oddzielnie w odniesieniu do „proofa”, jakim było pierwsze wydanie książki. O ile kontrastowe zdjęcia, wykonane w mocnym świetle słonecznym, nie sprawiały specjalnych problemów, to te gdzie sporo było miejsc zacienionych, potrafiły uciekać nam w zielnie, seledyny lub błękity…
Maszyniści offsetowi mówią, że to kwestia gęstości siatek rastra, konkretnie - ich niewystarczającej gęstości. A więc pojawił się czynnik technologiczny, którego (uwarunkowań) nie rozumiem, zresztą sami drukarze też nie. Tę wiedzę - w podstawowym przynajmniej zakresie - muszę sobie przyswoić, biorąc pod uwagę, że mam zamiar jeszcze kilka książek opublikować.
Żałuję, że nie zdecydowałem się na druk drugiego wydania na innym papierze, a więc nie na arcticu („papierze dziurawym” - jak go określają maszyniści) tylko kredzie nowatechmat, na której znacznie lepiej siada farba, co skutkuje ładniejszym nasyceniem kolorów (znikają też problemy z chłodną dominantą w cieniach).
Oprócz opisywanego wyżej „czynnika technologicznego” istotny jest też „czynnik ludzki”. Doświadczony maszynista potrafi przesunąć heble tam gdzie trzeba, ale… musi mu się chcieć. Czynnik ludzki nie jest do końca obliczalny i wymaga działań dyplomatycznych oraz perswazyjnych. W razie istotniejszych problemów w tym względzie, trzeba powrócić do punktu 1. ;)

Wolbrom, synagoga od zaplecza, 16.05.2007

wtorek, 4 stycznia 2011

50 i 20 (tyś.)

Dzisiaj o godzinie 12:20 licznik bloga pokazał liczbę 20.000 (wejście z IP z Sosnowca).
Natomiast kilka godzin wcześniej (dokładnie o 03:15) mój osobisty licznik wystukał cyfrę 50.
A więc mały jubileusz.

Gdzieś na obrzeżach Poznania, 2007

czwartek, 30 grudnia 2010

KRAJOBRAZ AZJATYCKI i ZMIERZCH


Okładka "Kameraden" autorstwa Dirka Perschke

Czyli dwa wiersze z rewelacyjnego tomu Krzysztofa Jaworskiego "Kameraden". Książki którą mało kto zna, ponieważ pewne miniaturowe i nie istniejące już (na szczęście) wydawnictwo z Krakowa, wydało ją w śladowym nakładzie w 1994 roku, orzynając przy tym autora z przyznanej na tę publikację dotacji...
A więc najpierw mój ulubiony wiersz "Krajobraz azjatycki", a potem "Zmierzch".
Miłej lektury w końcu 2010 i na "nowy" 2011:


Krzysztof Jaworski

KRAJOBRAZ AZJATYCKI

Najdłuższa jest ulica Armii
Czerwonej. Ciągnie się od lewej do prawej albo
z góry na dół. Ja tam nie mieszkam,
ale są tacy co pytają o drogę.
Między pustką a ciemnością, mówię wtedy.
Od pustki po ciemność rozciąga się ulica
Armii Czerwonej. Ale ja tam nie mieszkam.
Bliżej ciemności skręcam w rozpacz,
tu gdzie kiwa się księżyc. Bo nawet na księżycu,
myślę, musi być ulica Armii
Czerwonej, od horyzontu  po horyzont.
Jak tęcza.

*

ZMIERZCH

Noc wyciąga dolara i przylepia go
na spoconym czole nieba. Biedni uśmiechają się
do bogatych bo nie mogą
kopnąć ich w dupę.
Nic za darmo.
Jestem zmęczony. Dzisiaj przez długie godziny
nawoływałem do zamieszek, roznosząc ulotki
deszczu. Niebo było złowrogie.
Trzymałem pięść wzniesioną
na wysokości czaszki.
Maszerowałem po pokoju.
Kto zamyka oczy dnia?

*

wtorek, 28 grudnia 2010

Nowy Rok, nowy projekt: „Nowe Miasto”, nowe wydanie „Niewinnego oka”


Zacznijmy od końca, jest to wydanie drugie, nieco zmienione. Właśnie siedzę od rana do wieczora w firmie Stabil, gdzie trwa druk.
Nowy projekt, którego realizację razem z Elżbietą Janicką rozpoczynamy w styczniu, nosi tytuł „Nowe miasto”. Rzecz ma dotyczyć Warszawy. Więcej informacji wkrótce na osobnym blogu.
I wreszcie Nowy Rok. Ale jaki on tam nowy? ;)

Elżbieta Janicka/Wojciech Wilczyk -- Warszawa, ul. Żelazna, 24.08.2010

piątek, 24 grudnia 2010

ŚWIĄTECZNA POCZTÓWKA



I pomyśleć, że wspomniane malowidło (w TEJ! oplsce) już dwa lata ozdabia ścianę Społecznej Szkoły Podstawowej nr 7 i Społecznego Gimnazjum nr 8 w Krakowie.