Widoczny na zdjęciu Krzysztofa Millera mężczyzna z tatuażem przestawiającym Adolfa H. to Grzegorz H., bohater reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Skin społecznik”, który ukazał się w Dużym Formacie w czerwcu 2002 roku. Nie pamiętam już czy tekst był ilustrowany tym zdjęciem (co można sprawdzić udając się do biblioteki), w wersji elektronicznej, jaka jest dostępna w sieci fotografii brak. Przez ostatnich kilka dni media eksploatowały temat polskiego kibica, pobitego przez kopenhaską policję przed przegranym cztery do zera meczem z Danią. Ponieważ przy charakterystyce ofiary dziennikarze wspominali o skinowskiej przeszłości oraz skrupulatnie opisywali widoczne na ciele tatuaże – oprócz wspomnianego już Adolfa H., także swastykę, trystykę oraz wydziarane gotykiem hasło Waffen SS Meine Ehre heißt Treue (moim honorem jest wierność) – przypomniałem sobie oglądane całkiem niedawno zdjęcie z albumu „Fotografie, które nie zmieniły świata” oraz (mgliście) wspomniany reportaż Grzebałkowskiej. I co z tego wszystkiego wynika? Na filmiku, jaki jest szerowany w sieci można zobaczyć, że to raczej policjanci są stroną agresywną, istnieje jednak też nagranie – zamieściła je na swej stronie duńska policja oraz dziennik Ekstrabladet - gdzie sytuacja jest odwrotna. Z artykułu zamieszczonego w dzienniku Fakt dowiaduję się, że w 2001, czyli tuż przed powstaniem reportażu w Wielkim Formacie o założonej przez niego amatorskiej drużynie futbolowej w Sopocie, Grzegorz H. został skazany na 4,5 pozbawienia wolności za brutalne pobicie, jednak uchylał się od stawienia w więzieniu, a potem były kolejne przestępstwa i wyroki… No cóż, wszystko to dość smutne i niepokojące, „fotografie, które nie zmieniły świata”, reportaże, które nikogo i niczego nie zmieniają, światy równoległe (vide polecany wczoraj artykuł Jakuba Majmurka). Zaraz po opisywanym wydarzeniu polski MSZ ustami Witolda Waszczykowskiego zapowiadał interwencję w sprawie pobicia, o czym jednak najwyraźniej „zapomniał”…
piątek, 8 września 2017
Fotografia, która nie zmieniła świata
Widoczny na zdjęciu Krzysztofa Millera mężczyzna z tatuażem przestawiającym Adolfa H. to Grzegorz H., bohater reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Skin społecznik”, który ukazał się w Dużym Formacie w czerwcu 2002 roku. Nie pamiętam już czy tekst był ilustrowany tym zdjęciem (co można sprawdzić udając się do biblioteki), w wersji elektronicznej, jaka jest dostępna w sieci fotografii brak. Przez ostatnich kilka dni media eksploatowały temat polskiego kibica, pobitego przez kopenhaską policję przed przegranym cztery do zera meczem z Danią. Ponieważ przy charakterystyce ofiary dziennikarze wspominali o skinowskiej przeszłości oraz skrupulatnie opisywali widoczne na ciele tatuaże – oprócz wspomnianego już Adolfa H., także swastykę, trystykę oraz wydziarane gotykiem hasło Waffen SS Meine Ehre heißt Treue (moim honorem jest wierność) – przypomniałem sobie oglądane całkiem niedawno zdjęcie z albumu „Fotografie, które nie zmieniły świata” oraz (mgliście) wspomniany reportaż Grzebałkowskiej. I co z tego wszystkiego wynika? Na filmiku, jaki jest szerowany w sieci można zobaczyć, że to raczej policjanci są stroną agresywną, istnieje jednak też nagranie – zamieściła je na swej stronie duńska policja oraz dziennik Ekstrabladet - gdzie sytuacja jest odwrotna. Z artykułu zamieszczonego w dzienniku Fakt dowiaduję się, że w 2001, czyli tuż przed powstaniem reportażu w Wielkim Formacie o założonej przez niego amatorskiej drużynie futbolowej w Sopocie, Grzegorz H. został skazany na 4,5 pozbawienia wolności za brutalne pobicie, jednak uchylał się od stawienia w więzieniu, a potem były kolejne przestępstwa i wyroki… No cóż, wszystko to dość smutne i niepokojące, „fotografie, które nie zmieniły świata”, reportaże, które nikogo i niczego nie zmieniają, światy równoległe (vide polecany wczoraj artykuł Jakuba Majmurka). Zaraz po opisywanym wydarzeniu polski MSZ ustami Witolda Waszczykowskiego zapowiadał interwencję w sprawie pobicia, o czym jednak najwyraźniej „zapomniał”…
czwartek, 7 września 2017
środa, 6 września 2017
I wypuściłam rybę
Stary numer Literatury na Świecie (3/1994), który czytałem/przeglądałem po informacji o śmierci Johna Ashberego... Rok później także w przekładzie Stanisława Barańczaka ukazał się w Wydawnictwie Znak tom: Elizabeth Bishop 33 wiersze. Uwielbiam tę narracyjną (nazwijmy ją tak roboczo) formę w anglosaskiej poezji...
wtorek, 5 września 2017
Cisza wokół albumu Konrada Pustoły
[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Transformacja (2014) str.
92-93]
Jeszcze przed wakacjami, a właściwie to przed rozpoczęciem
remontu mieszkania, dowiedziałem się, że zapowiadany album ze fotografiami
zmarłego dwa lata temu Konrada Pustoły jest już w dystrybucji. Szybko zajrzałem
więc na stronę księgarni MOCAK-u i upewniwszy się, że książka jest u nich
dostępna, pojechałem do muzeum. I tu spotkały mnie dwa zaskoczenia, po pierwsze
cena tej publikacji wynosząca 49 zł, a książka ta to solidny album, po drugie
(a właściwe to także po pierwsze) jej
zawartość - po dokonaniu zakupu, jeszcze w muzealnym holu niecierpliwie zdarłem
z okładki ochronną folię, żeby zobaczyć co jest w środku. W przygotowanym przez
Karolinę Ochab wydawnictwie, a opublikowanym przez Fundację Nowych Działań,
które zatytułowane jest po prostu Konrad Pustoła, możemy oglądać zdjęcia z dziewięciu projektów artysty i
mniej więcej połowa tego zestawu, to prace wcześniej nie pokazywane. Fotografie
ułożone są cyklami, ale bez uwzględnienia chronologii ich powstania, seria
przechodzi w serię bez oddzielania zdjęć od siebie, obrazy mają mówić same, nie
są podpisane czy też datowane, dopiero na końcu książki pojawiają się
miniatury, tytuły projektów i krótkie ich opisy. Taki sposób prezentacji
dorobku Konrada Pustoły nazwany został tutaj esejem wizualnym i faktycznie jest
to próba zmierzenia się z tym, co jest dostępne w archiwum autora. Oczywiście
tego typu działania to rodzaj interpretacji archiwalnej zawartości, więc w przypadku
omawianego albumu, bardziej zwracamy uwagę na pewną konsekwencję w wyborze
konwencji obrazowania - powiedzmy, że można nazwać ją werystyczną, zapominając
o performatywnym czy interwencyjnym aspekcie innych przedsięwzięć artysty,
które tutaj nie zostały uwzględnione.
Taka interpretacja, taki wybór i sposób prezentacji zdjęć
Pustoły zupełnie mi nie przeszkadza, ponieważ to co w książce zostało
udostępnione odbiorcy, to obrazy przyciągające uwagę swym kształtem (wyborem
motywów i sposobem ich prezentacji), wciągające treścią widoczną w ich
powierzchni, uwodzące widza jednym i drugim. Obszerna grupa zdjęć pochodzących
z serii Transformacja, ostatniego projektu realizowanego przez artystę w 2014
roku, na których oglądamy współczesne, działające pełną parą obiekty
industrialne, sfotografowane w minimalistyczny i zarazem atrakcyjny wizualnie
sposób, świetnie koresponduje z wcześniejszą o dekadę serią opuszczonych domów
oraz fabryk (Pustoła fotografował je podczas podróży po Polsce, kiedy był
przewodnikiem Marka Powera, pracującego nad materiałem, który znalazł się później w książce The Sound of Two Songs). Oba cykle prezentowane w albumie w bezpośrednim
sąsiedztwie i z zakłóconą chronologią (Transformacja przed Opuszczonymi domami...) to
nie tylko dokumentalna rejestracja realnego, a bardziej konkretnie - efektów
ekonomicznych trendów, ale też – jak myślę - mocno symboliczny i znaczący zapis
sytuacji rugowania pracowników z procesu wytwarzania dóbr. Oglądając wspomniane
industriale Pustoły przyszły mi do głowy zdjęcia Taryn Simon, gdzie spotkać się
możemy z podobnym sposobem obrazowania oraz wykorzystania obrazów i być może
jest to jakiś rodzaj odniesienia w sensie metody/metod używania fotografii?
Oczywiście nie sugeruję tutaj (co jest zwyczajem niektórych rodzimych krytyków
fotografii), że Pustoła amerykańską fotografkę bezwolnie kopiował, zwracam
tylko uwagę na powinowactwo istotnych aspektów ich działań.
Omawiany album wszedł do dystrybucji jakieś trzy-cztery
miesiące temu (choć w stopce tego wydawnictwa figuruje data 2016), można go bez
problemu kupić w sieci księgarni artystycznych i... od premiery książka nie
doczekała się żadnego omówienia! Owszem wspomniała o nim na swoim blogu AnetaSzyłak, a poza tym cisza. Cisza. Cisza. Cisza... To niezrozumiałe! I zarazem skandaliczne! Dostajemy do rąk
kawał świetnej fotografii i nikomu w tych wszystkich mniej lub bardziej
niszowych pismach kulturalnych nie chce się zamówić tekstu na temat tej
publikacji? Nikt nie odczuwa potrzeby skomentowania tej ważnej książki? Jest to
tym bardziej dziwne, że Pustoła nie miał wcześniej - tzn. kiedy żył - problemów z krytycznym odbiorem swoich
działań. Recenzja, komentarz, to formy dialogu, jaki musi być obecny w
kulturze, nawet jeżeli z punktu widzenia tej czy innej redakcji jest to
skrajnie niedochodowy proceder (bo żeby mieć dobre teksty, trzeba za nie
płacić...). Rugowanie tego rodzaju aktywności sprowadzi nas wszystkich do
komunikacji na poziomie tweetów lub memów (tudzież blurbowych lansów na
facbooku), czego sobie i Państwu szczerze nie życzę!
[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Niedokończone domy (2005)
str. 106-107]
Więcej zdjęć Konrada Pustoły można oglądać na witrynie konradpustola.org.
poniedziałek, 4 września 2017
PÓŹNE ECHO
Z osób widocznych na powyższym zdjęciu wśród żywych pozostaje jeszcze tylko Vincent Warren (autor fotografii opuścił ten świat w 1998). Wczoraj The Guardian podał wiadomość o śmierci Johna Ashberego. I co ciekawe, na facebooku informację tę szerowali wyłącznie poeci, prawdę mówiąc można ich było policzyć na palcach jednej ręki*... Nie mieliśmy więc do czynienia z wylewem powszechnego żalu, tudzież klespydro-laurek jak np. po zgonie Davida Bowiego. Co pokazuje też skalę odbioru awangardowej (kiedyś) poezji**, zresztą nie tylko takiej. Twórczość Johna Ashberego niewątpliwe spopularyzował w Polsce Piotr Sommer, choć nie tylko on przekładał wiersze amerykańskiego poety (także: Kacper Bartczak, Julia Fiedorczuk, Jacek Gutorow, Tadeusz Pióro, Agata Preis-Smith, Andrzej Sosnowski, Bohdan Zadura i Jan Zieliński).
Widoczne wyżej skany wykonane zostały z kultowego (kultowego kiedyś?) wydania Literatury na Świecie, nr 7 (180) z 1986 roku, poświęconej poetom "szkoły nowojorskiej".
W roli komentarza pozwolę sobie na koniec przytoczyć wiersz Grzegorza Wróblewskiego Nieporozumienie, który zeskanowałem z reedycji tomu Ciamkowatość życia, wydanego w 2003 roku przez wydawnictwo Lampa i Iskra Boża:
-----
* Aktualizacja 10:25. Niszowe pisma i oficyny zaczęły właśnie wspominać poetę... oczywiście na facebooku.
** Aktualizacja 14:45. Jak widzę i Gazeta Wyborcza podała tę wiadomość. Czas zamieszczenia artykułu 12:50. Imponujący timing ;)
* Aktualizacja 10:25. Niszowe pisma i oficyny zaczęły właśnie wspominać poetę... oczywiście na facebooku.
** Aktualizacja 14:45. Jak widzę i Gazeta Wyborcza podała tę wiadomość. Czas zamieszczenia artykułu 12:50. Imponujący timing ;)
niedziela, 3 września 2017
Gdybym był odrobinę wierzący
Adam Ważyk
RZEŹBA PREKOLUMBIJSKA
W Muzeum Człowieka
jest twarz okrutnego boga
ukryta za twarzą zdartą z ofiary,
twarz niewidzialna,
którą można poznać
po podwójnych ustach.
Tu powinienem był zrozumieć wszystko -
rytuał maskarady
i smutek przechodnia,
smutek przechodnia odartego z twarzy.
PROJEKT
Gdybym był odrobinę wierzący
może prosiłbym Boga aby mnie uchował
od pasożytów w pociągu o ciężkich urzędniczych spojrzeniach
wahających się między arogancją a lękiem
od poetów szeleszczących papierem
od estetów i ekspresjonistów
od rzeczownika delikatesy i przymiotnika urokliwy
od dzikiego przymiotnika kulturowy
i musiałbym umieścić w tej litanii
oglądane w telewizorze
biedne pieśniarki pompujące przy niewidzialnej studni
strzały piłkarskie o cztery metry nad bramką
nazywane pięknymi strzałami
filmy na niby
komedie z przymrużeniem oka
dyskusje
reklamy na niby
neony Metal-Export
życie na niby
ale niestety nie mogę ułożyć litanii
bo nie jestem wierzący
[wiersze Adama Ważyka przepisałem z książki: Antologia poezji świadectwa i sprzeciwu 1944-1984. POETA PAMIĘTA. Wybór: Stanisław Barańczak, Puls Publications, Londyn 1984, str. 79-80]
Rzeczoną antologię kupiłem jakiś czas temu allegro, a w środku znalazłem taką kartkę...
SPK to na pewno Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, a nie Stowarzyszenie Pomocy Królikom (jest taka organizacja...). Solura to miasto w w Szwajcarii, gdzie pod koniec życia mieszkał i tamże zmarł Tadeusz Kościuszko.
[wiersze Adama Ważyka przepisałem z książki: Antologia poezji świadectwa i sprzeciwu 1944-1984. POETA PAMIĘTA. Wybór: Stanisław Barańczak, Puls Publications, Londyn 1984, str. 79-80]
Rzeczoną antologię kupiłem jakiś czas temu allegro, a w środku znalazłem taką kartkę...
SPK to na pewno Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, a nie Stowarzyszenie Pomocy Królikom (jest taka organizacja...). Solura to miasto w w Szwajcarii, gdzie pod koniec życia mieszkał i tamże zmarł Tadeusz Kościuszko.
sobota, 2 września 2017
Reporter wojenny Jozef Cincik przed odlotem na polski front
Jak podpisane jest widoczne niżej zdjęcie, które zeskanowałem z katalogu Sen x Skutočnosť / Umenie & Propaganda 1939-1945 z wystawy w Słowackiej Galerii Narodowej (20.10.2016-26.02.2017), poświęconej sztuce i propagandzie faszystowskiego państwa słowackiego ks. Tiso. "Polski front"? Owszem, we wrześniu 1939 od południa zaatakowały II RP cztery dywizje słowackie, zajmując Nowy Targ, Krynicę, Sanok... Czy Polska Rzeczpospolita Kaczyńska Wstająca z Kolan nie powinna się upomnieć o jakieś repatriacje od Słowacji (zwłaszcza, że mają teraz Euro)? Ale co ja piszę, jeszcze ktoś potraktuje to poważnie... W porównaniu do Dolchstoßu jaki nam wymierzył ZSRR 17 września 1939, agresja Słowacji była jak zranienie scyzorykiem, który natychmiast został wycofany, złożony, schowany... Jakkolwiek umożliwił Słowakom zajęcie spornych terenów Spiszu i Orawy, któreśmy zajumali w 1938 roku podczas rozbioru Czechosłowacji.
Ciekawe czy widoczny poniżej pomnik - upamiętniający żołnierzy słowackich poległych na "polskim froncie" pod Sanokiem - jeszcze istnieje?
piątek, 1 września 2017
18 PAŹDZIERNIKA 1982
Wiktor Woroszylski
18 PAŹDZIERNIKA 1982
Starszy kapral Jan Maciejewski
trzymając się ziemi rozkraczonymi nogami
po raz ostatni pełni służbę przy moim ciele
W skupieniu
przetrząsa bieliznę i listy
i obmacuje mnie szuflami rąk
jakby zgarniała niewidzialny miał mojej egzystencji
Jest w tym coś z oczyszczenia
i uświęcenia
W tak uroczystej chwili
wpatruję się w jej kapłana i myślę
cóż byłoby warte moje błąkanie się
przez tyle miesięcy w poświacie tego Elizjum
gdybym na koniec zaniedbał zatrzymać w oku
starszego kaprala Jana Maciejewskiego
jego płowy wąs i jaskółcze gniazdo nad karkiem
rumiane policzki
opięte łydki
i tłuste zwinne palce
których dotyk na zawsze
odcisnął na mnie swój znak
czwartek, 31 sierpnia 2017
Robotnicy '80
Warto wrócić do dokumentu Andrzeja Zajączkowskiego i Andrzeja Chodakowskiego w kolejną rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Warto oglądnąć ten zapis do końca, szczególnie teraz w kontekście nachalnej propagandy, jaką uprawia państwowa telewizja na usługach populistów z PiS. O realizacji filmu ciekawie opowiada Andrzej Zajączkowski w wywiadzie dla Radio France Internationale (nagranie z 2008 roku).
środa, 30 sierpnia 2017
wtorek, 29 sierpnia 2017
Album "Jedynka" Macieja Rawluka!
Jedynka Macieja Rawluka to album poświęcony krajowej trasie nr 1, która przebiega z północy na południe Polski (jak ktoś chce, to na odwrót). Książka opuściła drukarnię w drugiej połowie czerwca bieżącego roku i dotarła do mnie pod koniec miesiąca, kiedy właśnie zacząłem remont mieszkania. Zdążyłem więc odebrać paczkę z poczty, zobaczyć jak książka jest wydrukowana, po czym publikacja wróciła do opakowania i spoczęła obok innych pudeł na balkonie... W międzyczasie (gdy zajmowałem się malowaniem ścian, sufitów* oraz podłóg, głównie jednak przenoszeniem ruchomości w remontowanych wnętrzach) autor Jedynki zaczął na swoim blogu umieszczać zdjęcia, jakie do książki nie weszły... Wakacyjne miesiące to niespecjalnie dobry moment na działania o charakterze promocyjnym, chociaż po zdominowaniu i zdemolowaniu infosfery przez facebooka, chyba nie ma już idealnego czasu na tego rodzaju akcje? Książkę wydała Akademia Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi (Katedra Fotografii i Multimediów Wydziału Sztuk Wizualnych), więc jak można się domyślić publikacja ta nie będzie miała normalnej dystrybucji, z drugiej strony „szeroko dystrybuowane” albumy fotograficzne i tak dostępne są zwykle w księgarniach sprofilowanych na sztuki wizualne (czyli głównie w sklepach muzeów i galerii sztuki współczesnej...). Wspominam o tym wszystkim ponieważ książka jest już od dwóch miesięcy w obiegu i... jak do tej pory to ważne wydawnictwo nie doczekało się omówienia. Sam chętnie popełniłbym recenzję Jedynki, ale ponieważ jestem autorem tekstu w książce, nie bardzo wypada (choć z drugiej strony, jeśli przywołać casus Stacha Szabłowskiego, który będąc współkuratorem Późnej Polskości recenzował niedawno w Dwutygodniku konkurencyjną Historiofilię Piotra Bernatowicza oraz swoją wystawę, to nie ma się co obcyndalać...).
Jedynka Macieja Rawluka to
książka wybitna! W ciągu trzech lat autor tego dzieła wielokrotnie przemierzył
trasę od Gdańska do Cieszyna (w takim właśnie porządku ułożone są zdjęcia w
albumie) fotografując przydrożne krajobrazy oraz spotkanych ludzi. Oczywiście
proceder fotografowania w podróży nazywany czasem „fotografią drogi” to rodzaj
wizualnej narracji, używanej przez fotografów od dobrych kilku dekad. Zastosowany
przez Stephena Shore’a w Uncommon Places fabularny
schemat, mający postać przemiennej triady: krajobraz-wnętrze-portret, możemy też
odnaleźć opowieści Rawluka, używa on go jednak ze znacznie większą
pomysłowością, niż fotografowie zza oceanu podążający za autorem American Surfaces. Ponieważ Jedynka jest rodzajem monografii trasy
nr 1, układ zdjęć w albumie podporządkowany jest topografii tego szlaku
komunikacyjnego - czemu daje też wyraz linearna grafika umieszczona na wewnętrznych stronach okładki, gdzie można zlokalizować sfotografowanych ludzi i miejsca. Wybierając typowe, przeciętne peryferyjne krajobrazy oraz
takichże ludzi, Maciej Rawluk podaje nam to wszystko w sposób atrakcyjny (niejako
odwrotnie proporcjonalnie do banalności motywów). Dynamiczne panoramy uzyskane
ze sklejenia dwóch kadrów przy skrajnych położeniach canonowskiego shifta 17mm
rozdzielają opowieść składającą się z typowych dla małego obrazka kadrów o
proporcjach 2:3 oraz portretowych kwadratów z Bessy 667, gdzie sfotografowani „użytkownicy”
jedynki pozują w swoich miejscach pracy (czy jest to kierowca tira w szoferce
ciężarówki, motorniczy za szybą sterowniczego stanowiska podmiejskiego tramwaju,
pani z kiosku, pan z myjni samochodowej z pistoletową myjką w ręku, barman z
ladą czy pracownica klejąca reklamę na przydrożnym bilbordzie).
Ważną cechą Jedynki Macieja Rawluka jest niewątpliwie wiarygodność tej wizualnej narracji, czy może lepiej
powiedziawszy – reprezentatywność zarejestrowanych motywów. Tak się składa, że trasę
tę przemierzyłem siedząc za kierownicą samochodu wiele razy (także w całej jej długości),
a widziane przy tej okazji krajobrazy ciągle mam pod
powiekami… W tym, co Rawluk sfotografował i wybrał do swojego albumu nie ma żadnej
ściemy, „podkręcania tematu” (w czym celują
zwykle rodzimi fotoreporterzy) czy omijania sytuacji niewygodnych. Oglądana w
książce droga krajowa numer jeden wraz z przyległościami, to nie tylko seria
wciągających fotografii o dokumentalnym charakterze, ale też rodzaj metafory polskości
(żadnej tam późnej czy filohisterycznej…), kwintesencja rodzimej urbanistyki,
inżynierii, topografii, ekonomii, polityki (brakujące kategorie można uzupełnić). Ponieważ książki nadal nie ma w typowej księgarnianej dystrybucji, warto zaglądnąć na stronę autora lub jego bloga i zamówić ten album bezpośrednio u niego. Do czego wszystkich zdecydowanie namawiam!
[Maciej Rawluk, Jedynka, str.187-188]
-----
* oczywiście używając Jedynki.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Nowoczesność i Zagłada.. (A.D. 2017)
Gdy zobaczyłem wczoraj ten bilbord przy Bronowickiej niemal automatycznie pomyślałem o tytule (tudzież zawartości) książki Zygmunta Baumana. Ponieważ zrobione wczoraj zdjęcie wykonałem pod światło (jakkolwiek z opcją HDR pro), chciałem dzisiaj rano powtórzyć ujęcie, ale anonimową doradę zastąpiły winogrona... I nie stało się tak, ponieważ ktoś pracujący w reklamie francuskiej sieci hipermarketów się zreflektował, tylko... (proszę zwrócić uwagę na litery w lewym dolnym rogu) skończyła się promocja na śródziemnomorskie ryby. W przypadku tego typu radosnej twórczości reklamowej (rodzimej i zagranicznej) funkcjonuje hasło grafik płakał jak projektował. Bo ja wiem? Grafik płakał jak eksterminował? Grafik nie płakał w ogóle jak...
niedziela, 27 sierpnia 2017
Coś pomiędzy listem, liściem i snem
Wioletta Grzegorzewska
Lis
Wyskoczył zza śmietników
w połowie East Hill Road w Ryde,
przeciął ulicę i pomknął w stronę zagajnika.
Fox! krzyknęłam tak głośno,
że przestraszyłam idące przede mną Angielki.
Lis, powtórzyłam ciszej
i w tej chwili zdałam sobie sprawę,
jak piękne polskie słowo wypowiadam:
coś pomiędzy listem, liściem i snem.
East Tilbury
20.03.2017
[Przepisane z tomu: Wioletta Grzegorzewska Czasy zespolone, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2017, str. 75]
sobota, 26 sierpnia 2017
zmiany, zmiany, zmiany... (małe)
Widocznego powyżej Rovera 200, którego zaparkowano/porzucono przy końcu ulicy Rydla, mijam dość często i zawsze wraca do mnie wtedy myśl, czy nie byłoby dobrym pomysłem wrócić do Życia po życiu? Korzystając z faktu, iż rozłożył mi się na wakacjach telefon (Samsung S-4 zoom), który zastąpiłem modelem Zenfone Max 3 Laser firmy Asus, wybrałem się dzisiaj w to miejsce, żeby zobaczyć jak nowe urządzenie poradzi sobie z motywem (szczególnie, że można nim robić zdjęcia na manualu, jak i też zadać tryb super resolution czy HDR-a). I w sumie nie jest źle, posiadający taką samą rozdzielczość matrycy Samsung generował obrazy o wyraźnie gorszych parametrach (co z biegiem czasu oraz używania ulegało pewnej intensyfikacji). Więc może komórkowe Życie po życiu? Już w trakcie pracy nad Świętą wojną nabierałem coraz silniejsze go przekonania, że jest to właściwie projekt na smartfona, a nie upierdliwego w obsłudze analoga...
piątek, 25 sierpnia 2017
Pierwsi po Bogu
Wioletta Grzegorzewska
Inspekcja z Londynu
Pierwsi po Bogu wkraczają do pokoju załogi,
aby uzupełnić grafik. Błogosławieni, którzy się godzą
na nadgodziny, albowiem w tym miesiącu dostaną
dwa pensy premii orz ci, którzy podpisali deklarację
pracy na nocki, bo tylko oni odbiorą zaproszenia
na Christmas Party. Reszta może sobie skoczyć
do konkurencji albo postrzelać po pracy w paintballa.
Pierwsi po Bogu przy stanowisku kolegi z Afganistanu,
który od czterech godzin bez przerwy smaży frytki,
prezentują, jak bezpiecznie zmieniać filtr,
wyławiać chochlą skwarki z frytury.
Gdy sól jątrzy rany po oparzeniach na dłoniach Asifa,
spalony olej podrażnia jego płuca i krtań,
Pierwsi po Bogu poklepują go po plecach:
"Tylko tak dalej, chłopcze, tylko tak dalej".
[Przepisane z tomu: Wioletta Grzegorzewska Czasy zespolone, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2017, str. 60]
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















