czwartek, 7 października 2010

Stary Chorzów, ul. Bożogrobców - albo kolor czerwony


 24.11.2000

Kiedy wszedłem na półpiętro (pomiędzy pierwszą a drugą kondygnacją) oficyny przy ulicy Bożogrobców w Starym Chorzowie, żeby przez okno sfotografować to niesamowite podwórko, moją uwagę zwrócił czerwony „strażacki” kolor schodów, balustrady i okiennej stolarki. Nie zaprzątałem sobie jednak wtedy głowy tym spostrzeżeniem. A kilka miesięcy później w Zabrzu-Biskupicach na Borsig Siedlung - robotniczym osiedlu, które składa się z 57 unikatowych familoków z lat 1863-71, kiedy szukając perspektywy do zrobienia zdjęcia wszedłem na poddasze jednego z tych budynków, zdałem sobie nagle sprawę, że prawie wszystko: podłoga z wyrobionych desek, nieco toporne w wyglądzie balustrady, lamperia na ścianach, okienna wnęka, parapet, framugi, wreszcie drzwi do kibla, mają kolor sfatygowanej już mocno czerwieni. I znowu, wprawdzie zanotowałem sobie w pamięci tą obserwację, ale nie przejmowałem się nią zbytnio. A znacznie później, już pod koniec pracy na „Czarno-Białym Śląskiem”, kiedy na Bobrku wszedłem na pierwsze piętro familoka przy ulicy Pasteura, czerwony barwa przebijała w przetartych deskach koślawych schodów, pomalowanych na kawowy brąz.
Czytam teraz janoschowego „Cholonka”* i na stronach 18-19 znalazłem fragment bardzo a propos powyższych obserwacji:

       (…) W ogóle można powiedzieć, że człowiek czysty jest też i pracowity. Na przykład pół roku temu kolej malowania sieni przypadła na Jankowskiego. Przyniósł więc z kantyny, która z kopalni otrzymała czerwoną farbę po niższych cenach, od razu kilka wiader więcej, bo co się ma, to się ma, i zaraz po fajerancie zaczął u góry malować. Najpierw czyściutko listewki u podłogi. Pozwalał farbie ściekać za listwy, żeby wszystkie pluskwy pozdychały. Potem pociągnął dylówkę, wyrównał dziury kitem szklarskim i na koniec położył klocki i deski, by łatwiej było chodzić. Ale zostało jeszcze trochę farby, więc pomalował parapety okienne. Czerwone z czerwonym zawsze się zgodzi. Pomalował też ramy okienne, żeby zanadto nie odbijały od reszty. Z farby olejnej, która jeszcze została, wymalował wzdłuż sieni piękną lamperię. To na pewno nie zaszkodzi, bo farba olejna się tak nie brudzi jak farba robiona na kleju roślinnym. Zostało jeszcze trochę farby, więc podwyższył lamperię o parę centymetrów, trzykrotnie, aż doszedł do sufitu. Sufitu nie chciał malować, bo to nie bardzo pasuje, sufity na czerwono. Resztą farby wypacykował drzwi Pelce. Naturalnie za jego zgodą, jego baba nie miała tu nic do powiedzenia. Pelka wlał mu za to parę sznapsów, a potem zaczęli obaj dalej malować. Najpierw drzwi Wondrasza, który też im nalał kilka głębszych, a potem drzwi Świętkowej, bo o sobie uczciwy człowiek myśli na końcu. Ponieważ u Pelki parapety, ramy i drzwi między pokojami też już były wytarte, więc wszystko to pomalowali, a farbie ciągle nie było końca. Pomalowali więc Pelce ściany pięknie na czerwono, a gdy Pelkowa zaczęła beczeć, wypędzili ją na dwór. Dzieci były całe czerwone, bo czegóż się można po takich smarkaczach spodziewać? Smarowały po ścianach, gdy matki nie było, i w ogóle używały sobie. Farby wystarczyłoby jeszcze na drzwi Königów, ale tu już czuwała Świętkowa, aby Königowa nie odniosła jakiejś korzyści z Jankowskiego. O północy Pelka z Jankowskim zasnęli, a resztą farby Jankowski wysmarował następnego dnia latrynę od zewnątrz, od wewnątrz i sedes, a Świętkowa umyślnie nie powiedziała o tym Königowej. Sądząc po odcisku tyłka, musiała to być Königowa, która się tam przykleiła. I słusznie się stało!
       Z farby, która pozostała, mógł jeszcze Jankowski swobodnie całą izbę wymalować, dobrze to wyglądało. Kiedy inkasent przyszedł odczytać zużycie prądu, od razu powiedział, że to jest najpiękniejsze piętro na całej ulicy Oślowskiego.

---------
* przekład z niemieckiego - Leon Bielas.

wtorek, 5 października 2010

Zabrze-Poremba, ulica Piekarska


29.03.2003

na którą po raz pierwszy trafiłem chyba w 1993, a potem wielokrotnie tam przyjeżdżałem i robiłem zdjęcia.
Widoczne na zdjęciu familoki o mocno archaicznym wyglądzie, wybrukowana grubą granitową kostką ulica, wszystko to już nie istnieje.  
Za którymś razem z okna na pierwszym piętrze, środkowego budynku po lewej stronie, wychylił się mężczyzna w białym podkoszulku na ramiączkach i spytał mnie, czy wiem, że tu „urodził się ten słynny pisarz”?
Chodzi panu może o Janoscha? – zgadłem, będąc świeżo po lekturze fenomenalnego fragmentu powieści „Jakie to szczęście znać Hrdlaka”, który pojawił się w także nie istniejącym już piśmie „Nagłos”, w numerze 14/15 z 1994, który poświęcony był Górnemu Śląskowi.
Okazało się że trafiłem.
11 marca 1931 w Zabrzu Porembie na ulicy Piekarskiej (primo voto Beckerwegstrasse) urodził się Horst Eckert, syn Johanna i Hedwig (z domu Głodny).
Pisarz bardziej jest znany, jako autor książek dla dzieci, które sam ilustruje.
Opublikowana w 1970 powieść Cholonek oder Der liebe Gott aus Lehm, w polskim tłumaczeniu opublikowana przez wydawnictwo Śląsk w 1974 i 1990 pod tytułem „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”, to obecnie aukcyjny i antykwaryczny rarytas.
Stojące przy Piekarskiej budynki bezsensownie wyburzono w 2005 pod budowę DTŚ – czyli „drogowej trasy średnicowej”, która docelowo ma połączyć (inwestycja ciągle jest nie zakończona) Katowice z Zabrzem.

niedziela, 3 października 2010

Are you comfortable now? (2)



Ponieważ Sevillian słusznie przypomniał mi kwestię wyretuszowanego kciuka Matki Tułaczki, którego obecność właściwie nic tu nie przeszkadza, więc dlaczego by nie powiesić tej fotografii w oryginalnym i nie zafałszowanym kształcie? I też nie przypomnieć odautorskiego komentarza, jakiego Dorothea Lange udzieliła pismu Popular Photography w lutym 1960 (to właśnie ten tekst, w polskim przekładzie, pojawił się w numerze Fotografii z 1962 lub 1963, który przed laty miałem okazję przeczytać). Wersja Lange, bardzo ładnie, wręcz literacko podana, odbiega nieco w szczegółach od tego, co powiedziała kilkanaście lat później pani Florence Thompson.

"It was raining, the camera bags were packed, and I had on the seat beside me in the car the results of my long trip, the box  containing all those rolls and packs of exposed film ready to mail back to Washington. It was a time of relief. Sixty-five miles an hour for seven hours would get me home to my family that night, and my eyes were glued to the wet and gleaming highway that stretched out ahead. I felt freed, for I could lift my mind off my job and think of home.

I was on my way and barely saw a crude sign with pointing arrow which flashed by at the side of the road, saying PEA-PICKERS CAMP. But out of the corner of my eye I did see it I didn't want to stop, and didn't. I didn't want to remember that I had seen it, so I drove on and ignored the summons. Then, accompanied by the rhythmic hum of the windshield wipers, arose an inner argument:

Dorothea, how about that camp back there? What is the situation back there?

Are you going back?

Nobody could ask this of you, now could they?

To turn back certainly is not necessary. Haven't you plenty if negatives already on this subject? Isn't this just one more if the same? Besides, if you take a camera out in this rain, you're just asking for trouble. Now be reasonable, etc. etc., etc.

Having well convinced myself for 20 miles that I could continue on, I did the opposite. Almost without realizing what I was doing I made a U-turn on the empty highway. I went back those 20 miles and turned off the highway at that sign, PEA-PICKERS CAMP.

I was following instinct, not reason; I drove into that wet and soggy camp and parked my car like a homing pigeon.

I saw and approached the hungry and desperate mother, as if drawn by a magnet. I do not remember how I explained my presence or my camera to her but I do remember she asked me no questions. I made five exposures, working closer and closer from the same direction. I did not ask her name or her history. She told me her age, that she was 32. She said that they had been living on frozen vegetables from the surrounding fields, and birds that the children killed. She had just sold the tires from her car to buy food. There she sat in that lean-to tent with her children huddled around her, and seemed to know that my pictures might help her, and so she helped me. There was a sort of equality about it.

The pea crop at Nipomo had frozen and there was no work for anybody. But I did not approach the tents and shelters of other stranded pea-pickers. It was not necessary; I knew I had recorded the essence of my assignment."

Dorothea Lange z Graflexem 45 SLR, Kalifornia, luty 1936

piątek, 1 października 2010

Tomasz Piątek o Łodzi


Łódź, ul. Piotrkowska 114-116, 24.02.2008

Czytając świetny tekst pt. Nie Łódźmy się, zamieszczony na portalu Krytyki Politycznej, przypomniała mi się rozmowa z Johnem Daviesem sprzed nieco ponad dwóch lat. Będąc wtedy w Anglii i mieszkając na przedmieściach Liverpoolu, wybrałem się na wycieczkę do pobliskiego Manchesteru. I chodząc po tym mieście, szukałem jakichś pozostałości po fabrykach przemysłu tekstylnego, i z rosnącym zdumieniem… niczego właściwie nie znajdywałem, a poruszałem się w obrębie  centrum miasta. Owszem napotkałem kilka fabrycznych hal zamienionych na apartamentowce, jakieś przebudowane odpowiedniki familoków, pod którymi parkowały wypasione bryki, ale to w zasadzie było wszystko, aha jeszcze budynki banków, skądinąd bardzo ładne. Zrelacjonowałem swoje wrażenia Daviesowi, a on powiedział mi, że wszystkie te poindustrialne obiekty, tudzież terraced houses – czyli szeregowce wybudowane dla robotników w ich sąsiedztwie, przez kilkadziesiąt lat stały opuszczone, niszczały, po czym po prostu je wyburzono. Ma zresztą zdjęcia, ponieważ przed osiedleniem się w Liverpoolu, mieszkał właśnie w Manchesterze. Potem rozmowa zeszła na inne tematy, rzeczonych fotografii nie zobaczyłem (czego żałuję), a wracając potem od niego do Burscough, gdzie mieszkałem, pomyślałem sobie, że taki sam dokładnie proces spotka zabudowę centrum Łodzi, czyli – jak to się czasem mówi i w powyższym kontekście złowieszczo trafnie – polskiego Manchesteru.

środa, 29 września 2010

„Hotelowe koty” Grzegorza Wróblewskiego już za miesiąc?



Liczący 428 stron tom, zawiera kompletny zestaw wierszy z wszystkich opublikowanych do tej pory książek poety, czyli teksty z: „Ciamkowatości życia” (1992), „Planet” (1994), „Doliny królów” (1996), „Symbiozy” (1997), Prawa serii” (2000), „Pomieszczeń i ogrodów” (2005), „Nocy w obozie Corteza” (2007), „Pana Roku, Trawy i Turkusów” (2009), a ponadto premierowy tomik „Kandydat”. Oprócz tego czytelnik znajdzie w środku komentarze autorstwa Anny Kałuży, Piotra Czerniawskiego oraz niżej podpisanego.

Książkę wydaje Rita Baum.

A na okładce (która na razie wygląda tak i raczej niewiele się tu zmieni),  moje zdjęcie - nieco podkadrowane, zrobione w Chorzowie w 2005.

poniedziałek, 27 września 2010

"Are you comfortable now?"


Dorothea Lange, Nipomo, California. February 1936.

To zdjęcie autorstwa Dorothei Lange jest powszechnie znane. Przy tworzeniu tekstów na temat „Matki tułaczki” zużyto hektolitry atramentu i kilometry taśmy do maszyn do pisania, nie mówiąc już o samym papierze*. Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku odnaleziono bohaterkę tej fotografii - okazała się nią być pani Florence Thompson. Udzieliła ona wtedy krótkiego wywiadu, który ze strony http://www.livinghistoryfarm.org/ wklejam poniżej. Myślę, że jej słowa to niezbędny komentarz, nie tylko do zdjęć Lange oraz jej kolegów z ekipy F.S.A., ale też tych wszystkich fotografów eksplorujących „amerykańskie powierzchnie” (by nawiązać do tytułu wczesnej serii Stephena Shore’a).

      "I left Oklahoma in 1925 and went to Oroville [California]. That's where them three girls' dad [Cleo] died, in Oroville, 1931. And I was 28 years old [in 1931], and I had five kids and that one [the baby in this photo, Norma] was on the road. She never even saw her daddy. She was born after he died. It was very hard. And cheap. I picked cotton in Firebaugh, when that girl there was about two years old, I picked cotton in Firebaugh for 50-cents a hundred."
     Question: "A 'hundred' [meaning] weight?"
     "A hundred pounds."
**
     Question: "How much could you pick in a day, then?"
     "I generally picked around 450, 500. I didn't even weigh a hundred pounds. I lived down there in Shafter, and I'd leave home before daylight and come in after dark. We just existed! Anyway, we lived. We survived, let's put it that way. I walked from what they called a Hoover camp ground right there at the bridge [in Bakersfield], I walked from there to way down on First Street, and worked at a penny a dish down there for 50-cents a day and the leftovers. Yeah, they give me what was leftover to take home with me. Sometimes, I'd carry home two water buckets full.
     "Well, [in 1936] we started from L.A. to Watsonville. And the timing chain broke on my car. And I had a guy to pull into this pea camp in Nipomo. I started to cook dinner for my kids, and all the little kids around the camp came in. 'Can I have a bite? Can I have a bite?' And they was hungry, them people was. And I got my car fixed, and I was just getting ready to pull out when she [Dorothea Lange] come back and snapped my picture.
      "I come to this town [Modesto] in 1945. I transferred from Whittier State to Modesto. And when this hospital opened up out here, I went to work there. And the first eight years I lived in this town, I worked 16 hours out of 24. Eight-and-a-half years, seven days a week."
     Question: "Are you comfortable now?"
     
"Yeah."

Dorothea Lange, Nipomo, California. February 1936.

---------
* W Polsce o kulisach wykonania tego zdjecia (w wersji podanej przez jego autorkę), pisał w pierwszej połowie lat 60. XX w. miesięcznik "Fotografia" w dużym artykule, który był poświęcony sylwetce Dorothei Lange.
** Miara wagi stosowana m.in. w U.S.A. oraz Wielkiej Brytanii. 1 pound (funt), to dokładnie 453.59237 gramów.

piątek, 24 września 2010

PUNX NOT DEAD



Właśnie dostałem drogą mailową zaproszenie od Zbyszka Tomaszczuka na wystawę pod takim tytułem. I w tym momencie zasypała mnie tzw. lawina wspomnień, bo po raz pierwszy materiał, który od dzisiaj (obok zdjęć m.in. Cezarego Koczwarskiego, Doriana Flisa, Józefa Robakowskiego, Michała Szymanka i Grzegorza Tomczyka) będzie pokazywany w lubelskiej Zachęcie, zobaczyłem w klubie Hybrydy w sierpniu 1983. Akurat przyjechała wtedy do Warszawy reggowa grupa Misty In Roots, a grająca jako support formacja IZRAEL, mająca w swym składzie muzyków z Brygady Kryzys, Tiltu i Deutera, przestała pisać na plakatach swą nazwę w postaci ISSIAEL. III Program Polskiego Radia puszczał nieustannie kawałek „Idą ludzie Babilonu” - ale o ile pamiętam -  w pełnej wersji z tekstem, z dopiero co nagranej płyty „Biada, Biada, Biada” (która ostatecznie ukazała się dopiero po dwóch latach, mocno zremiksowana przy udziale śp. Piotra Marka, zaś ze wspomnianego utworu wykasowano słowa, pozostawiając tylko refren). A ja w sierpniu 1983 przyjechałem właśnie na koncert Misty in Roots do stolicy.

Wystawa Tomaszczuka w Hybrydach dosłownie mnie wtedy powaliła, bo był to zapis niezwykle na czasie, idealnie trafiony pod względem wizualnym i do jeszcze kompletnie unikalny. I co ciekawe, ciągle tak jest, mimo że w 1999 ukazał się np. album „Polski Punk” Anny Dąbrowskiej (Ady Layons), czy całkiem niedawno wydana o przez korporację Ha!art książka „Generacja” ze zdjęciami Michała Wasążnika oraz tekstami Łukasza Jarosza. Bo rodzima „sztuka” takimi sprawami się nie interesowała, a wśród moich znajomych z polonistyki o tzw. „wysokokulturowych” skłonnościach panowało powszechne przekonanie, że cały ten underground, to spisek esbeckich strategów z ulicy Rakowieckiej, mający doprowadzić do zniszczenia „prawdziwie niezależnej” kultury polskiej. Wspomniany materiał pojawił się potem (w 1985?) w zalegającym zwykle w punktach kolportażu miesięczniku „Sztuka”, jako ilustracje do tekstów Piotra Rypsona i Piotra Bratkowskiego (tu nie jestem do końca pewien obu nazwisk, bo z trudem zdobyty egzemplarz „Sztuki” – to jedyna chyba edycja tego periodyku, która sprzedała się w całym nakładzie – pożyczyłem komuś i oczywiście do mnie nie wrócił).


Dziesięć lat temu przy okazji retrospektywnej wystawy Zbigniewa Tomaszczuka pt. „Zakres widzenia” w krakowskim Muzeum Historii Fotografii, przeprowadzałem z autorem wywiad dla portalu fotoTAPETA i zagadnąłem go o materiał pokazywany w Hybrydach (jesteśmy tam jeszcze na „pan”):

Wojciech Wilczyk: - Pamiętam, że gdy w sierpniu 1983 zobaczyłem plakat reklamujący Pana wystawę w Hybrydach pt. "Punk", prawie nie mogłem uwierzyć, że ktoś raczej nie związany z tą subkulturą tak szybko i bardzo wnikliwie zareagował na to zjawisko...
Zbigniew Tomaszczuk: - To była prosta rzecz. Pracowałem wtedy jako instruktor fotografii w dzielnicowym domu kultury na Łowickiej, a ci chłopcy po prostu przychodzili tam na próby. Ponieważ wszystko to odbywało się w jednym miejscu, gdy okazało się, że oni grają koncert, zrobiłem jakieś zdjęcia i tak się zaczęło, chociaż wbrew pozorom ten zestaw powstawał dość długo. Ponieważ to było bardzo hermetyczne środowisko, do niektórych osób musiałem wybierać się kilka razy, żeby ich sfotografować. I mimo, że ten materiał jest - jak sądzę - dość skromny, to w owych czasach nie było zbyt wielu takich rzeczy.
WW: A potem miał pan z nimi jakieś kontakty?
ZT: Nie, to był raczej taki rodzaj aneksu do moich głównych zainteresowań.
WW: Większość sfotografowanych przez Pana punków znałem z koncertów, tak samo zresztą jak teksty piosenek, które umieszczone były na planszach ze zdjęciami.
ZT: Tak, bo to byli głównie chłopcy od Dezertera, z Płonącej Żyrafy, TNT, Xenny. Ta muzyka mnie interesowała, choć prawdę powiedziawszy, pokoleniowo byłem trochę za stary na takie towarzystwo, ale ciekawiło mnie to nie tyle od strony wizualnej, lecz raczej jako możliwość zrobienia materiału dokumentalnego, że można to po prostu zarejestrować, to wydawało mi się wtedy interesujące. 

środa, 22 września 2010

„KALWARIA” JUŻ JEST !!!



Tu w lustrze i w rękach Waldka Ślwiczyńskiego (dzisiaj rano na przywitanie dostałem tego MMSa), a już wkrótce w księgarniach !!!

niedziela, 19 września 2010

Na tyłach rzeczywistości (2)

  
John Vachon. The coal company town of Kempton, West Virginia, May 1939.

W nawiązaniu do komentarza Sevilliana, switchman’s shack to zdecydowanie „budka zwrotniczego”, a nie „dozorcy” – jak to figuruje w wersji Bogdana Brana. Hm, itd., ITP.
Jednak w 1984 roku, kiedy ukazał się w Wydawnictwie Literackim zbiór jego przekładów Ginsberga, udało mi się zdobyć egzemplarz tej książki, tylko dzięki znajomości z autorem tłumaczeń (który w 1982 był niebanalnym wykładowcą kursu filozofii na polonistyce).
Sam jednak tytuł wiersza, traktowany dosłownie i metaforycznie jest mi bliski, i oddaje też pewien sposób oglądu tego, co nas otacza, czego doświadczamy zmysłem wzroku np. I nieodparcie kojarzy mi się też ze zdjęciami Johna Vachona lub Carla Mydensa, jakie na przełomie lat 30. i 40. wykonywali w ramach programu F.S.A. (mam wrażenie, że te, co celniejsze raczej obok niego) i które zebrane w albumie Long Time Coming: A Photographic Portrait of America, 1935-1943 robią ciągle spore wrażenie. Między innymi znalezieniem się na wspomnianych tyłach/zapleczu właśnie.

Carl Mydans, Group of houses at Detroit and Van Buren Streets, near electric railroad. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Carl Mydans, Junk, with living quarters close by. Milwaukee, Wisconsin, April 1936.

Czytam sobie ostatnio po raz drugi (dla relaksu oraz rozrywki) „W drodze” Jacka Kerouaca. I o ile stylistyka tej powieści jest już nieco - i też zaskakująco - anachroniczna oraz często gęsto pretensjonalna, to w warstwie opisowej/faktograficznej można tutaj znaleźć mnóstwo elementów, jakie zarejestrowane zostały właśnie w tych miejskich pejzażach Vachona i Mydansa, a wobec których - literatura piękna i tzw. kultura wysoka zwykle niedowidzą. „Nie załapują się na nie” – jak mógłby powiedzieć powieściowy Dean Mariority, czyli realny Neal Cassady (określony przez Ginsberga w poemacie „Skowyt” mianem „adonisa z Denver”). Tymczasem jestem na stronie 102 wydania polskiego z 1993 (Państwowy Instytut Wydawniczy, tłumaczenie Anny Kołyszko) i prowadzący narrację w pierwszej osobie Sal Paradise (alter ego autora), ogląda przez szybę greyhounda wjazd do Hollywood:

Wyglądałem pożądliwie przez okno – domy zdobione sztukaterią, palmy, zajazdy, całe to szaleństwo, łachmaniarska ziemia obiecana, niezwykły kraniec Ameryki. Wysiedliśmy z autobusu przy Ulicy Głównej, która nie różniła się od głównej ulicy, kiedy wysiada się z autobusu w Kansas City, Chicago czy Bostonie – kamieniczki, brud, wokół snują się rozmaite indywidua, tramwaje suną ze zgrzytem przez ten beznadziejny świt, kurewski smród wielkiego miasta.

John Vachon, Business section of Dubuque, Iowa. The rich live in houses on the cliffs seen in background, April 1940.

John Vachon, Liquor store in Omaha, Nebraska, November 1938.

John Vachon, The Alamo movie theater in Washington, D.C., December 1937.

John Vachon. Scraps of paper blowing on bridge. St. Louis, Missouri, May 1940.

piątek, 17 września 2010

Na tyłach/zapleczu rzeczywistości


17 września i kolejna rocznica agresji ZSRR na Polskę w 1939 roku, określana w będących bardziej na prawo mediach informacyjnych - „wbiciem noża w plecy”. Co wywołuje oczywiście skojarzenia z niemieckim terminem Der Dolchstoss, tak chętnie używanym przez panów, którzy na swych proporcach mieli wypisane hasło: Deutschland erwache… Podobnie zresztą (pozostając w kręgu brunatnych konotacji), jak te marsze z pochodniami, które odbyły się na Krakowskim Przedmieściu tydzień temu.
A mnie po głowie chodzi od wczoraj wiersz Allena Ginsberga z 1954 pt. „Na tyłach rzeczywistości”. Wklejam poniżej najpierw przekład Piotra Sommera, a potem wersję Bogdana Barana:


Na tyłach rzeczywistości

za bocznicą kolejową w San Jose
       doszedłem samotnie
aż do fabryki czołgów
       i usiadłem na ławce
przy budce zwrotniczego.

Wśród źdźbeł siana na asfaltowej
        szosie leżał kwiat
— przerażający sienny kwiat
       myślałem — o kruchej
czarnej łodydze z koroną
       brudnych żółtawych
cierni długich na cal jak
       w Chrystusowej, i ze zbrukaną
bawełnianą kępką po środku
       jak stary pędzel do golenia
co leżał pod garażem
       cały rok.

Żółty kwiat, żółty,
       przemysłowy kwiat,
twardy kolczasty brzydki kwiat,
       a jednak kwiat,
co w twoim mózgu ma kształt ogromnej
       żółtej Róży!
Oto jest kwiat tego Świata.

*

Na zapleczu rzeczywistości

bocznicy kolejowej w San Jose
       wędrowałem samotny aż
dotarłem przed fabrykę cystern
       i usiadłem na ławce
obok budki dozorcy.

Kwiat leżał na kępce siana
      na asfaltowej szosie
— pomyślałem okropny
       wyschły kwiat — miał
kruchą czarną łodygę
       i koronę żółtawo brudnych
ostrych płatków podobnych
       cierniowej koronie Jezusa a w środku
suchą splamioną bawełniana kępkę
       jak stary pędzel do golenia
rok temu porzucony
       gdzieś koło garażu.

Żółty, żółty kwiat,
       kwiat przemysłu,
twardy ostry i szpetny,
       mimo to kwiat —
o kształcie ogromnej żółtej
       Róży w twym mózgu!
Oto jest kwiat Świata.

czwartek, 16 września 2010

Москва, станция метро Театральная



Tak mi się jakoś przypomniało dziś to zdjęcie, zrobione w maju 1995 w Moskwie i skojarzyło z chodnikiem przed pałacem prezydenckim oraz urzędującymi tam przez ostatnie pięć miesięcy ”obrońcami krzyża”.
Zaraz przy wyjściu z stacji metra Театральна znajdowało się odcinek trotuaru, określany jako красный уголок, gdzie stali fanatycy sprzedający rozmaite staliniana i leniniana. Tych pierwszych gadżetów mieli zresztą znacznie więcej w swojej ofercie.

poniedziałek, 13 września 2010

Hans van der Meer i jego pejzaże: trzeciej, czwartej oraz zapewne także piątej ligi piłki nożnej


Hans van der Meer, The Landscape of Lower League Football, Budapest, Hungary

Wracając dzisiaj rano z Placu Imbramowskiego, gdzie w jednej z budek kupuję Lvazzę (po 9,90 PLN!), jechałem ulicą gen. Augusta Fieldorfa-Nila, przy której zlokalizowane jest boisko piłkarskie czwartoligowego klubu Clepardia. I patrząc na murawę tego małego stadionu, od strony zachodniej sąsiadujące z elewacją dziesięciopiętrowego bloku, przypomniały mi się zdjęcia Hansa van der Meera, o których od dawna chciałem napisać.

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football, Perafita, Portugal

Jego projekt European Fields, The Landscape of Lower League Football, którego tematem są właśnie boiska małych klubów piłkarskich, to seria wizualnie interesująca i konsekwentnie przeprowadzona. Jednak patrząc na te kolejne zlokalizowane w Europie stadiony i murawy, po kilku-kilkunastu takich widokach, coraz większą uwagę widza (a w każdym razie moją) przyciągać zaczynają rzeczy i obiekty, które zlokalizowane są na drugim planie i stanowią tło, dla toczącej się gry. To oczywiście integralny element serii van der Meera.

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football, Cheux, France

Przy okazji tego cyklu, można postawić pytanie (które sam osobiście sobie zawsze zadaje w przypadku fotograficznych projektów) o potencjał znaczeniowy podjętego tutaj tematu. O ile ludyczny charakter tych pejzaży trzecioligowego footballu jest niepodważalny i z pewnością zapewnia cyklowi powodzenie u publiczności, czy też kolejnych nabywców albumu, to warstwie – nazwijmy ją tak – „znaczeniowo-informacyjnej” nie dzieje się tutaj jednak zbyt wiele. Nośność informacyjna tematu, umożliwiająca np. dokonanie pewnych przesunięć znaczeniowych, sprowadzenia sekwencji prezentowanych motywów do rodzaju metafory, nie jest to oczywiście warunkiem sine qua non w przypadku  dokumentalnych przedsięwzięć fotograficznych, ale chyba lepiej gdy taka możliwość istnieje…

Hans van der Meer, European Fields, The Landscape of Lower League Football,Marseille, France

niedziela, 12 września 2010

Bastille Day


Wspaniały (!!!) wiersz Rona Padgetta, na który natknąłem się w internetowym wydaniu Jacket Magazine i wklejam go a propos (a także z przekory) obchodzonej wczoraj w telewizorze rocznicy zamachów na WTC.

Ron Padgett

Bastille Day

The first time I saw Paris
I went to see where the Bastille
had been, and though
I saw the column there
I was too aware that
the Bastille was not there:
I did not know how
to see the emptiness.
People go to see
the missing Twin Towers
and seem to like feeling
the lack of something.
I do not like knowing
that my mother no longer
exists, or the feeling
of knowing. Excuse me
for comparing my mother
to large buildings. Also
for talking about absence.
The red and gray sky
above the rooftops
is darkening and the inhabitants
are hastening home for dinner.
I hope to see you later.

sobota, 11 września 2010

„Kalwaria” już pod koniec września!!!


2001

2001

Materiał zarejestrowany w latach 1995-2004
128 stron.
105 zdjęć w duotonach (+ 2 na okładce).
Posłowie mojego autorstwa pt. „Wokół Kalwarii”.
Wydawnictwo KROPKA, Września, 2010.

1998

W najnowszym Kwartalniku Fotografia, który niebawem pójdzie do druku, znajdzie się też wywiad ze mną, przeprowadzony przez Waldemara Śliwczyńskiego. CO NINIEJSZYM ZAPOWIADAM i POLECAM.

 1998

2000

czwartek, 9 września 2010

Zielony samochód

 
Stephen Shore, Natural Bridge, New York, 1974

Co za dzień…
- A szlag by go trafił - powtarzałem sobie w myślach raz po raz (chociaż po dwudziestej wszystko się pozytywnie wyjaśniło).
Jednak wcześniej, żeby sobie osłodzić wątpliwe przyjemności, jakie mnie  spotkały, po powrocie do domu zacząłem oglądać album Stephena Shore’a „Uncommon Places”, kilka lat temu kupiony okazyjnie w świetnie zaopatrzonej księgarni muzeum sztuki współczesnej Hamburger Bahnhof w Berlinie i wybrałem to właśnie zdjęcie.
Rok temu widziałem je w realu, eksponowane na wystawie przy okazji dziesięciolecia nagrody Deutsche Börse Photography Prize i to zielona auto (ciekawe co to za marka?), na zdjęciu Shore'a absolutnie genialnie plastyczne, po prostu niemal wyłaziło z wykonanej w technice c-printu odbitki o rozmiarach 50.8 x 61 cm (negatyw 8x10”).