wtorek, 15 października 2013

poniedziałek, 14 października 2013

Polska, Giszowiec, 14.10.2013


 [Katowice-Giszowiec, 2013-10-04  09:19]

 [Katowice-Giszowiec, 2013-10-04  09:50]

[Katowice-Giszowiec, 2013-10-04  19:28]

Jak właśnie sobie policzyłem, mam już sfotografowanych 10 "murali pamiątkowych". A ten widoczy powyżej, spróbuję powtórzyć przy pokrywie śnieżnej (jeżeli doczeka...), co powino dobrze zrobić zdjęciu.
Dzisiejszy wyjazd do Giszowca nie był do końca owocny, ponieważ od mojego ostatniego pobytu w tej dzielnicy Katowic (29 VIII), spora część malowideł przy ulicy Wojciecha została zapaćkana przez fanów konkurencyjnego klubu. Szkoda, bo nie mogłem wcześniej tu przyjechać, a graffiti zjawiskowe...

sobota, 12 października 2013

W STRONĘ CIEMNOŚCI

Tego dnia w Treblince było istne Piekło Dantego (...). Kiedy wjechałem do obozu i wysiadłem z samochodu na placu (Sortierungplatz), stałem po kolana w pieniądzach. Brodziłem w banknotach, monetach, kamieniach szlachetnych, biżuterii, odzieży. Leżały rozrzucone po całym placu. Fetor był nie do zniesienia. Wszędzie leżały setki, nie, tysiące rozkładających się ciał. Za placem, w lesie, kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie płotu z drutu kolczastego i wokół obozu, pośród namiotów i ognisk zobaczyłem grupy Ukraińców i kobiet - były to jak się później dowiedziałem, prostytutki z całej okolicy - wszyscy pijani, tańczyli, śpiewali i grali na instrumentach... 

Przypomniał mi się dzisiaj ten fragment książki Gitty Sereny W stronę ciemności. Rozmowy z komendantem Treblinki (str. 135), który jest wypowiedzią głównego "bohatera" tej publikacji, czyli SS-Hauptsturmführera Franza Stangla. Przypomniał mi się dzisiaj rano, gdy w krakowskiej dzielnicy Prądnik Czerwony, fotografowałem graffiti o treści HITLER WRÓĆ ŻYDÓW TRUĆ. Napis na bloku przy ul. Strzelców wprawdzie dość szybko zamalowano, ale litery były doskonale widoczne.
A potem na pobliskim chodniku sfotografowałem swastykę (niezamalowaną), której towarzyszyło hasło JE... ŻYDA. Najwyraźniej trudno było tutaj ustalić, kto ma ten napis usunąć... A nikomu z mieszkańców nie przyszło do głowy, że można to zrobić np. na własną rękę.
I ciągle miałem w pamięci tę wypowiedź Franza Stangla, gdy mniej więcej godzinę później w dzielnicy Płaszów, na skrzyżowaniu ulic Płaszowskiej i Saskiej, natknąłem się na przypłowiałe grffiti MATKI PEJSÓW SA KU... JE... ŻYDÓW MACZETAMI. Napis ten sfotografowałem wiosną tego roku i byłem święcie przekonany, że hasło o takie treści błyskawicznie zostanie zamalowane... Jak widać myliłem się (a napis ten, który umieszczono na parterowym budynku handlowym, nie jest jakoś ukryty...).
Chwilę wcześniej sfotografowałem pokaźnych rozmiarów mural na garażu przy ulicy Płaszowskiej, gdzie sylwetce orła z godła państwowego towarzyszył emblemat Wisły Kraków oraz kotwica Polski Walczącej. Zupełnie nieźle zostało to namalowane, jednak na ścianie garażu obok widniała przekreślona gwiazda Dawida i litery AJ - skrót od ANTY JUDE...

piątek, 11 października 2013

Sławoj Dubiel "Historia naturalna"

O razu muszę zastrzec, że nie widziałem tej wystawy w postaci analogowej. Czego żałuję, ale termin pokazu na Opolskim Festiwalu Fotografii w zeszłym roku pokrywał się ściśle z moimi zajęciami... Poprosiłem więc kiedyś autora, żeby wklejał na swojego bloga te zdjęcia i w ten sposób skopiowałem 12 fotografii. 
Zapis pod nazwą "Historia naturalna" dotyczy Łambinowic na Opolszczyźnie, gdzie mieścił się przed II wojną światową poligon niemiecki, a także obozy jenieckie z czasów wojny prusko-francuskiej (1870-71) i dwóch późniejszych (Dulag B Lamsdorf, Stalag VIII B Lamsdorf, Stalag VIII F i Stalag 344 Lamsdorf). W lipcu 1945 roku utworzono też w pobliżu Łambinowic polski... obóz koncentracyjny, gdzie przetrzymywano głównie Ślązaków i Niemców. Placówka nie działała zbyt długo (do października 1946), ale w wyniku złych warunków sanitarnych, tortur ze strony strażników oraz zwykłych zabójstw, życie straciło około półtora tysiąca więźniów (z ogólnej liczby ok. 5000 internowanych). 
Sławoj Dubiel sfotografował ten mocno naznaczony teren rok temu i - jak mi mówił - ma zamiar kontynuować swój zapis także tej jesieni, gdy opadną liście. Bardzo się z tego cieszę, bo dotychczasowe efekty jego pracy są interesujące i jak myślę - idealnie trafione. I mimo, że używa on jak zwykle materiałów b&w to zapis ten jest jak najbardziej transparentny. Dlaczego? Dubiel nie idzie w kierunku estetyzowania całej sytuacji, nie nostalgizuje historii tego miejsca, więc nie jest to rejestracja w typie "Szarych Łambinowic" czy - może tak właśnie  by się to nazywało - "Szarego Stalagu"...
Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Klucznik, teren poligonu i Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Klucznik, teren poligonu i Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Teren po Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Teren po Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012 

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Teren po Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012 

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Teren poligonu i Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012 

Sławoj Dubiel, z cyklu Historia naturalna, Teren poligonu i Stalagu 318/VIII F/344 Lamsdorf, 2012 

czwartek, 10 października 2013

Cytat na dziś (2)

Wczorajsza lektura w IR "Jan Matejko", którym przyjechałem do Warszawy. Podczas podróży powtórnie przeczytałem pierwszy rozdział Obrazów mimo wszystko Georgesa Didi-Hubermana i ten fragment wydał mi się bardzo ważny:

Mówić o Auschwitz w kategoriach niewypowiedzianego nie oznacza wcale zbliżyć się do Auschwitz - wręcz przeciwnie, oznacza to oddalić Auschwitz do sfery, którą Giorgio Agamben określił jako mistyczną adorację, lub wręcz nieświadomą powtórką nazistowskiego arcanum
Z obrazem natomiast należy uczynić to, co już czynimy - zapewne z większą łatwością (Foucault nam w tym pomógł) - z językiem; uczynić to z cała teoretyczną dokładnością. Ponieważ wszystkie świadectwa w każdym akcie pamięci - zarówno w języku, jak i w obrazie - są ze sobą całkowicie solidarne, nie przestają wymieniać się nawzajem swoimi brakami: obraz często pojawia się tam, gdzie zdaje się zawodzić słowo, a słowo często pojawia się tam, gdzie zdaje się zawodzić wyobraźnia. "Prawda" o Auschwitz, jeżeli to wyrażenie ma jakikolwiek sens, jest tak samo niewyobrażalna, co niewypowiedziana. Skoro horror obozów sprzeciwia się wyobraźni, jakże więc niezbędny jest nam każdy obraz wyrwany takiemu doświadczeniu! Skoro zaś potworność obozów funkcjonuje jako przedsięwzięcie mające doprowadzić do zniknięcia wszystkiego, jakże niezbędne jest nam każde zjawisko - jakkolwiek by było fragmentaryczne, trudne do oglądania i zinterpretowania - w którym zostanie nam wizualnie zasugerowany choćby jeden trybik napędzający tę machinę!

[Georges Didi-Huberman Obrazy mimo wszystko, Universitas, Kraków 2008, str. 33-34]

środa, 9 października 2013

12 000 domów Macieja Rawluka

Tyle ma ich być podobno w Łodzi wg. Macieja Rawluka, który - jak pisze to na swoim blogu - postanowił je wszystkie sfotografować. No więc, SZACUN z w/w powodu! Narszcie ktoś zabrał się za niknącą w oczach Łódź i systematycznie zaczął robić dokumentację tego miasta. I aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz... Owszem, może ktoś powiedzieć, że Łódź już wcześniej sfotografowano. Bo faktycznie fotografowano to miasto, ale efekty tej działalności pozostawiają niestety sporo do życzenia. Sam ma dwa takie albumy. Pierwszy to - Łódź. Zdjęcia z początku wieku Artura Urbańskiego, wydany po raz pierwszy w roku 2003, a teraz wznowiony. Drugi - Za bramami Ziemi Obiecanej Tomasza M. Sobieraja, także z tego roku. No i nie są to wydawnictwa zbyt udane (rzecz ujmując nadzwyczaj eufemistycznie...). Tym bardziej cieszy pomysł Macieja Rawluka, zwłaszcza, że to co do tej pory umieścił na swoim blogu, pozwala pomyślnie rokować temu projektowi (no, może z wyłączeniem "składanek", których nie kupuję...). Poniżej wklejam dziesięć fotografii wykonanych w ciągu ulicy Wólczańskiej. Jest co oglądać!


Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 58
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 90
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 97
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 121/123
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 124
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 141
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 149
 Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 219
 Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 228
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 260

wtorek, 8 października 2013

„Figury Niemożliwe” na La Biennale di Venezia 2014

Print sreen ze strony Zachęty:


No i cieszę się bardzo i SKŁADAM GRATULACJE całemu zespołowi Instytutowi Architektury, ale na pierwszym miejscu Marcie Karpińskiej, mojej żonie !!! :)))

poniedziałek, 7 października 2013

Brecht zaskakujący i elegijny

Bertot Brecht

[Jadąc wygodnym samochodem]

Jadąc wygodnym samochodem
Po wiejskiej drodze
Z nadejściem nocy zobaczyliśmy zgiętego w ukłonie
Oberwańca, który machał, żeby go zabrać.
Mieliśmy dach nad głową i mieliśmy miejsce i pojechaliśmy dalej
I usłyszeliśmy jak mówię niechętnym głosem: nie
Nie możemy zabrać nikogo. 
Przebyliśmy kawał drogi, może tyle co cały dzień piechotą
Kiedy nagle przeraził mnie ten mój głos
To moje zachowanie i ten
Cały świat.

[Nauczycielu nie mów zbyt często]

Nauczycielu nie mów zbyt często, że masz rację!
Niech uczeń sam to pojmie!

Nie naciągaj prawdy:
Ona tego nie przetrzyma.

Słuchaj jak mówisz!

[Kiedy w białej sali Charité]

Kiedy w białej sali Charité
Zbudziłem się nad ranem
I usłyszałem kosa, wiedziałem
Lepiej. Już od dłuższego czasu
Nie bałem się śmierci: niby co
Ma mi być, jeśli nie będzie
Mnie? Od tej chwili
Potrafiłem się cieszyć
każdą piosenką kosa, również tą po mnie.

[wiersze w przekładzie Piotra Sommera z tomu: Cały ten Brecht, Biuro Literackie, Wrocław 2012, str. 148, 157 i 163]

niedziela, 6 października 2013

Cytat na dziś

z książki Georgesa Didi-Hubermana Obrazy mimo wszystko (najpierw chciałem napisać "ważny cytat książki Georgesa Didi-Hubermana", ale brzmiałoby to jak zajawka z nacjonalistycznego portalu wSczujni.pl braci Karnowskich, więc dałem sobie spokój...), którą czytam od soboty. Choć rzecz traktuje o Zagładzie i o sposobach traktowania wizualnych dokumentów, to poruszana w esejach Didi-Hubermana kwestia rzekomej "niewyrażalności" Shoah, odnosić sie może niekoniecznie tylko do wymordowania Żydów przez nazistów w ramach Endlösung der Judenfrage... Ciekawe są kulturowe (i psychologiczne) mechanizmy, które w tej kategorii starają się zamknąć róże bestialstwa, jakich jesteśmy świadkami (i które czasem rejestrujemy np. przy użyciu fotografii).

Dyskurs niewyrażalnego podlega dwóm różnym i ściśle symetrycznym porządkom. Jeden wypływa z estetyzmu, który dąży do zaprzeczenia historii w jej konkretnych przypadkach. Drugi wypływa z historycyzmu, który dąży do zaprzeczenia obrazowi w jego specyficznych cechach formalnych. Przykładów nie brakuje. Wiadomo, że niektóre ważne dzieła sztuki wywoływały niewłaściwie, generalizujące opinie komentatorów na temat "niewidzialności" ludobójstwa. Tym samym wybory formalne w Shoah, filmie Claude'a Lanzmanna, posłużyły za alibi całemu dyskursowi - tak moralnemu, jak estetycznemu - o nieprzedstawialnym, niewidzialnym, niewyobrażalnym... Te wybory formalne były jednak specyficzne, a więc relatywne - nie ustanowiły żadnej reguły. Ponieważ film Shoah nie wykorzystuje żadnego "dokumentu z epoki", nie pozwala na wydanie jakiegokolwiek niepodważalnego sądu na temat ogółu archiwów fotograficznych. Zaś to, co proponuje w zamian, niezaprzeczalnie buduje (w ciągu około dziesięciu godzin) wstrząsający wątek obrazów wizualnych i akustycznych, twarzy, słów i sfilmowanych miejsc, wszystko to skomponowane zgodnie z wymogami formalnymi i przy największym zaangażowaniu w kwestię przedstawialnego.

[Georges Didi-Huberman Obrazy mimo wszystko, Universitas, Kraków 2008, str. 35-26]

sobota, 5 października 2013

Wild Gift

Coś nie przechodzi mi przeziębienie... I ciągle kaszlę, i łeb mnie nap... Nie pomagają brane przez tydzień leki, nie pomaga Jack Daniel's (wczoraj - bez lodu), ani Weihestephaner (dzisiaj - ciepły). Co robić? Leżę z netbookiem na kolanach i słuchawkami na uszach. Na pierwszy ogień poszedł Jan Dismas Zelenka i jego kapitalne Requiem dla Augusta Sasa II. Przy słuchanych w następnej kolejności sonatach triowych jednak wysiadłem i przerzuciłem się na X.
Chyba jakoś 30 lat temu (ale wydaje mi się, że raczej na wiosnę) w audycji Piotra Kosińskiego Cały ten rock usłyszałem ostre gitarowe riffy i śpiewających równolegle wokalistkę i wokalistę (Exene Cervenka i Billy Zoom), więc instynktownie wcisnąłem guzik nagrywania w Grundigu (kaseta na całe szczęście była na miejscu) i w ten sposób zapisałem materiał z dwóch pierwszych płyt tej amerykańskiej kapeli punkowej. No więc słucham sobie teraz kolejno i na zmianę Los Angeles i Wild Gift (za produkcję obu longplayów odpowiadał - jak mi się zdaje - zmarły niedawno Ray Manzarek), a muzyka wchodzi mi do głowy idealnie.


To mój ulubiony kawałek (jeden z wielu ulubionych...), który wycięty został z dokumentu The Decline of Western Civilization o punkowej scenie w Los Angeles (tak w ogóle, to warto oglądnąć ten materiał, szczególnie, że postawy buntu czy sprzeciwu w kulturze masowej, a także tej o tzw. ambicjach "wysokich", to zjawiska niezmiernie teraz rzadkie...).

piątek, 4 października 2013

Fabryka domów w Tarchominie dla Krzyśka Sienkiewicza



[wiosna 2007]

Kiedyś się zgadaliśmy, chyba na Fejsie, że na miejscu wyburzonych hal fabryki domów powstaje deweloperskie osiedle. Więc obiecałem wrzucić kilka fot z materiału, jaki zrobiłem na wystawę Betonowe dziedzictwo (kur. Ewa Gorządek & Stach Szabłowski) w CSW-Zamek Ujazdowski w 2007. 
Słowo się rzekło, Tarchomin na blogu ;)

środa, 2 października 2013

O "Innym Mieście" i eidosie...

Waldemar Śliwczyński poświęcił Innemu Miastu ostatni wpis na swoim blogu. Generalnie tekst ten jest przychylny naszemu projektowi, jakkolwiek w drugiej jego części pojawiły się kwestie wymagające komentarza czy też jakiegoś rodzaju sprostowania.
Pisze Śliwczyński:

Ale, żeby nie było tu zbyt słodko, napiszę coś jeszcze. Otóż, przeprowadziłem eksperyment - na sobie, choć interesujące o wiele bardziej byłoby przeprowadzenie go na dużo liczniejszej próbce. Polegał on na tym, że spróbowałem spojrzeć na same zdjęcia bez wiedzy o tym, czego dotyczą. Dokonałem więc czegoś w rodzaju husserlowskiej redukcji ejdetycznej, cokolwiek oszukanej, bo zanim jej dokonałem wcześniej przeczytałem wszystkie teksty zawarte w publikacji, ale na użytek tej wypowiedzi przyjmijmy, że faktycznie podmiot poznający nic nie wiedział o założeniach projektu i miał do zinterpretowania tylko same fotografie. Cała „analiza” będzie skrótowa.
Pierwsze co widzę, to miasto, duże miasto, wiem, że to Warszawa, chociażby dlatego, że widać ikoniczny Pałac Kultury i Nauki. Na pierwszym planie większości zdjęć są budynki starsze niż na planach odległych. Ich stan zachowania jest różny, ale w większości kiepski, mam wrażenie, że niebawem zostaną rozebrane, zwłaszcza te pierwotnie mieszkalne, bo kościoły, czy synagogi lub gmachy użyteczności publicznej to przecież zabytki, których się nie rozbiera. Dalej prawie zawsze widzę nowoczesne wieżowce, gdzie dominuje żelbet i szkło. Często na pierwszych planach mamy budowę, sprzęt budowlany. Wszystkie zdjęcia to klasyczne weduty, pięknie oddane szczegóły (wielki format!), piony są pionowe, poziomy poziome, dzięki pochmurnemu niebu, nie ma „słońca”, jest łagodnie rysujące światło, pozbawione bezszczegółowych smolistych cieni i pozbawionych szczegółów świateł. Kolor - bardzo naturalny, choć nasycony. Ogólne wrażenie - tak „naprawdę” wygląda nasza stolica. Zdjęcia, chociażby z powodu ptasiej perspektywy, której przecież jako nieloty, na co dzień nie mamy, przyjemnie się ogląda, są ucztą dla oczu (nie wstydźmy się tego!).
Natomiast - te zdjęcia same w sobie, czyli bez opisu słownego, który wyjaśnia o co chodzi - dla np. obcokrajowca, który nie zna naszej historii i nie zna założeń autorskich, które legły u podstaw projektu, są o czymś zupełnie innym. Sądzę nawet, czym z pewnością mocno narażę się autorom i co im wyda się szczególnie dotkliwe, że mogą być odbierane jako współczesna egzemplifikacja bułhakowskiej fotografii ojczystej, czyli pewną postacią propagandy. Patrzcie jak zmienia się nasza stolica - miejsce starych budynków zajmują drapacze chmur, Warszawa jest nowoczesna, Warszawa to plac budowy. Albo inaczej, chyba lepiej: dbamy o zabytki, nie wyburzamy ich, lecz znajdujemy im miejsce w nowoczesnym mieście.

Słowem: czy sama fotografia „Innego miasta” pokazuje intencje, jakie przyświecały Janickiej i Wilczykowi?
Mój eksperyment „fenomenologiczny” pokazuje, że nie.

Poddajmy w takim razie próbie takiej ejdetycznej redukcji Topografię ciszy Waldemara Śliwczyńskiego. Czy dla kogoś kto nie zna polskich powojennych realiów opowiadana w tym albumie historia będzie czytelna? Czy ktoś, kto nie ma pojęcia o Dekrecie o przeprowadzeniu reformy rolnej PKWN z 6 września 1944, będzie znał przyczyny dewastacji ziemiańskich rezydencji w Wielkopolsce oraz tragiczne czasem losy ich właścicieli? Czy fotografie Śliwczyńskiego zawierają w sobie takiego rodzaju informacje? A po co w takim razie w albumie są aż dwie przedmowy (jedna mojego autorstwa zresztą), które m.in. informacje o przyczynach dewastacji tych obiektów zawierają. Można też postawić pytanie, czy autor tych pięknych zdjęć wykonywał je ze stanem świadomości w rodzaju tabula rasa, czy też miał w tyle głowy jakąś jednak wiedzę o przyczynach upadku klasy społecznej, która fotografowane budynki przed rokiem 1945 zamieszkiwała. Można też w końcu zapytać o motywacje, które zadecydowały o wyborze akurat tego tematu.
Redukcja ejdetyczna to fajny instrument poznawczy, jednakże o specyficznie wąskim zastosowaniu w przypadku fotografii. Na pewno sprawdzi się w u autorów, którzy wieszają kamienie na sznurkach i je fotografują, albo tych co rozgrywają kompozycję kadru w konwencji chiaroscuro (tudzież rozmokłych kolodionistów, abstrakcjonistów i mistyków od wielokrotnej ekspozycji). Wydaje mi się jednak, że użycie przez Waldemara omawianej metody interpretacyjnej, to tylko rodzaj parawanu, który skrywa problem dotyczący czy też może nawet prześladujący wielu fotografów w Polsce, a mianowicie obawę przed zajęciem/zaprezentowaniem zdecydowanego stanowiska w jakiejś sprawie, która rzecz jasna nie dotyczy kwestii li tylko estetycznych. Takich aktów wyraźnie brakuje, a całe sfery życia społecznego, religijnego, ekonomicznego i politycznego nie doczekały się interpretacji... I love Poland? Pod pewnym względami tak, ale od razu przychodzi mi na myśl kilka przeciwznacznych czasowników.
Jeśli idzie zaś o przywoływanego Johna Daviesa, to on akurat expressis verbis mówi o motywacjach, jakie skłoniły go do rozpoczęcia serii Metropoli Project, poświęconej centrom dużych brytyjskich miast czy fotografowania dezidustrializacji Środkowej Anglii i procesów urbanizacyjnych na tym terenie, co możemy podziwiać w albumie British Landscape. Oczywiście historia fotografowanych przez Daviesa terenów ma diametralnie inny ciężar gatunkowy, ale z drugiej strony te dezintegracyjne dla środkowoangielskiego przemysłu procesy, sa jak najbardziej czytelne dla mieszkańców Królestwa.
Na koniec o Bułhaku. Być może komuś z widzów Innego Miasta takie porównanie przyjdzie do głowy. Jeżeli jednak taka sytuacja miałaby miejsce, to z pewnością spowodowana byłaby powierzchownym obeznaniem ze zdjęciami tego autora oraz nieznajomością jego tekstów programowych. Bułhak jako twórca „fotografii ojczystej” (będącej kalką popieranej w III Rzeszy Heimatfotografie, zaadoptowaną po 1945 roku na potrzeby propagandy powojennego socjalistycznego państwa polskiego, które notabene doprowadziło do deklasacji ludzi ze jego sfery…), ale także wcześniejszy „fotografik”, autor zeszytów „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie”, prezentuje w swoich wywodach poglądy etnocentryczne i nacjonalistyczne… Zresztą kiedyś te złote myśli „ojczystego fotografa” na hiperrealizmie cytowałem (tu i tu).
Ten gwałtowny proces deweloperski, o którym wspomina Waldemar Śliwczyński przywołując Jana Bułhaka (dotyczący głównie terenu po „małym getcie”), przez widzów wystawy w Zachęcie - przynajmniej przez tych, których opinie miałem okazję usłyszeć - jest jednak zupełnie inaczej interpretowany… Ludzie oglądający nasze zdjęcia byli raczej zaskoczeni skalą oraz bezwzględnością tego procederu i ostatecznym pogrzebaniem modernistycznej wizji architektonicznej, która tworzyła urbanistyczne koncepcje z uwzględnieniem potrzeb wszystkich użytkowników miasta, niezależnie od ich statusu finansowego.

poniedziałek, 30 września 2013

Epitafium dla Koksowni "Gliwice"



Gliwice, Koksownia "Gliwice", 25.03.2002

Drugi film (Agfa APX 100), jaki zrobiłem na Śląsku Horizonem 202 po zakupie tego aparatu w firmie Himpol (która handlowała wówczas rosyjskim sprzętem fotograficznym). Te betonowe ruiny wież węglowych dość szybko wysadzono w powietrze, natomiast budynek widoczny na drugim zdjęciu po lewej stronie, trochę sobie jeszcze postał (zapewne Marek Locher doskonale jest zorientowany w kwestii dat wyburzeń).
Byłem w tym miejscu kilkanaście razy i zawsze ktoś grzebał w rumowiskach w poszukiwaniu złomu. Stojący przy rowerze "poszukiwacz" na pierwszym zdjęciu (pod ruiną wieży węglowej) nie ma głowy... bo się chop musiał poruszyć w trakcie ekspozycji, a czas tejże - z tego co pamiętam - to była 1/2 lub 1/4 sekundy (przy długich naświetlania bęben Horizona obracał się dość wolno...).

niedziela, 29 września 2013

Niebo tego lata

Bertolt Brecht

Niebo tego lata

Wysoko nad jeziorem leci bombowiec
Z łodzi wiosłowych podnoszą wzrok
dzieci, kobiety, stary mężczyzna. Z daleka
Wyglądają jak młode szpaki, co rozdziawiając dzioby
Czekają na pożywienie

[wiersz w przekładzie Jakuba Ekiera z tomu: Ten cały Brecht. Przekłady i szkice. Jacek St. Buras, Jakub Ekier, Andrzej Kopacki, Piotr Sommer, Biuro Literackie, Wrocław 2012, str. 73]

Dzień jest wprawdzie jesienny, ale słoneczny i niestety dość zimny. Po eskapadzie do Szczecina jestem trochę przeziębiony, więc nie wychodzę z domu. No i po porannym zaglądnięciu na Facebooka oraz lekturze łoli kilku "znajomych", jakoś mi się ten wiersz Brechta przypomniał...

sobota, 28 września 2013

"Niewinne oko nie istnieje" na wystawie "Sztuka polska wobec Holokaustu" w Żydowskim Instytucie Historycznym

Świetną wystawę Sztuka polska wobec Holokaustu, która prezentowana jest w Żydowskim Instytucie Historycznym im Emanuela Ringelbluma w Warszawie, już tutaj kilkakrotnie ansonsowałem (tak w ogóle to jest to najbardziej prestiżowa zbiorowa wystawa w jakiej miałem okazję i zaszczyt uczestniczyć). Pretekstem do tego wpisu jest natomiast filmik, na jaki natknąłem się w serwisie youtube.com, nakręcony przez  ekipę z ŻIH-U, w którym opowiadam o pokazywanym na wystawie projekcie Niewinne oko nie istnieje i nie tylko. Zapraszam do oglądania!