czwartek, 10 października 2013

Cytat na dziś (2)

Wczorajsza lektura w IR "Jan Matejko", którym przyjechałem do Warszawy. Podczas podróży powtórnie przeczytałem pierwszy rozdział Obrazów mimo wszystko Georgesa Didi-Hubermana i ten fragment wydał mi się bardzo ważny:

Mówić o Auschwitz w kategoriach niewypowiedzianego nie oznacza wcale zbliżyć się do Auschwitz - wręcz przeciwnie, oznacza to oddalić Auschwitz do sfery, którą Giorgio Agamben określił jako mistyczną adorację, lub wręcz nieświadomą powtórką nazistowskiego arcanum
Z obrazem natomiast należy uczynić to, co już czynimy - zapewne z większą łatwością (Foucault nam w tym pomógł) - z językiem; uczynić to z cała teoretyczną dokładnością. Ponieważ wszystkie świadectwa w każdym akcie pamięci - zarówno w języku, jak i w obrazie - są ze sobą całkowicie solidarne, nie przestają wymieniać się nawzajem swoimi brakami: obraz często pojawia się tam, gdzie zdaje się zawodzić słowo, a słowo często pojawia się tam, gdzie zdaje się zawodzić wyobraźnia. "Prawda" o Auschwitz, jeżeli to wyrażenie ma jakikolwiek sens, jest tak samo niewyobrażalna, co niewypowiedziana. Skoro horror obozów sprzeciwia się wyobraźni, jakże więc niezbędny jest nam każdy obraz wyrwany takiemu doświadczeniu! Skoro zaś potworność obozów funkcjonuje jako przedsięwzięcie mające doprowadzić do zniknięcia wszystkiego, jakże niezbędne jest nam każde zjawisko - jakkolwiek by było fragmentaryczne, trudne do oglądania i zinterpretowania - w którym zostanie nam wizualnie zasugerowany choćby jeden trybik napędzający tę machinę!

[Georges Didi-Huberman Obrazy mimo wszystko, Universitas, Kraków 2008, str. 33-34]

środa, 9 października 2013

12 000 domów Macieja Rawluka

Tyle ma ich być podobno w Łodzi wg. Macieja Rawluka, który - jak pisze to na swoim blogu - postanowił je wszystkie sfotografować. No więc, SZACUN z w/w powodu! Narszcie ktoś zabrał się za niknącą w oczach Łódź i systematycznie zaczął robić dokumentację tego miasta. I aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz... Owszem, może ktoś powiedzieć, że Łódź już wcześniej sfotografowano. Bo faktycznie fotografowano to miasto, ale efekty tej działalności pozostawiają niestety sporo do życzenia. Sam ma dwa takie albumy. Pierwszy to - Łódź. Zdjęcia z początku wieku Artura Urbańskiego, wydany po raz pierwszy w roku 2003, a teraz wznowiony. Drugi - Za bramami Ziemi Obiecanej Tomasza M. Sobieraja, także z tego roku. No i nie są to wydawnictwa zbyt udane (rzecz ujmując nadzwyczaj eufemistycznie...). Tym bardziej cieszy pomysł Macieja Rawluka, zwłaszcza, że to co do tej pory umieścił na swoim blogu, pozwala pomyślnie rokować temu projektowi (no, może z wyłączeniem "składanek", których nie kupuję...). Poniżej wklejam dziesięć fotografii wykonanych w ciągu ulicy Wólczańskiej. Jest co oglądać!


Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 58
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 90
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 97
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 121/123
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 124
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 141
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 149
 Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 219
 Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 228
Maciej Rawluk, 12 000 domów, ul. Wólczańska 260

wtorek, 8 października 2013

„Figury Niemożliwe” na La Biennale di Venezia 2014

Print sreen ze strony Zachęty:


No i cieszę się bardzo i SKŁADAM GRATULACJE całemu zespołowi Instytutowi Architektury, ale na pierwszym miejscu Marcie Karpińskiej, mojej żonie !!! :)))

poniedziałek, 7 października 2013

Brecht zaskakujący i elegijny

Bertot Brecht

[Jadąc wygodnym samochodem]

Jadąc wygodnym samochodem
Po wiejskiej drodze
Z nadejściem nocy zobaczyliśmy zgiętego w ukłonie
Oberwańca, który machał, żeby go zabrać.
Mieliśmy dach nad głową i mieliśmy miejsce i pojechaliśmy dalej
I usłyszeliśmy jak mówię niechętnym głosem: nie
Nie możemy zabrać nikogo. 
Przebyliśmy kawał drogi, może tyle co cały dzień piechotą
Kiedy nagle przeraził mnie ten mój głos
To moje zachowanie i ten
Cały świat.

[Nauczycielu nie mów zbyt często]

Nauczycielu nie mów zbyt często, że masz rację!
Niech uczeń sam to pojmie!

Nie naciągaj prawdy:
Ona tego nie przetrzyma.

Słuchaj jak mówisz!

[Kiedy w białej sali Charité]

Kiedy w białej sali Charité
Zbudziłem się nad ranem
I usłyszałem kosa, wiedziałem
Lepiej. Już od dłuższego czasu
Nie bałem się śmierci: niby co
Ma mi być, jeśli nie będzie
Mnie? Od tej chwili
Potrafiłem się cieszyć
każdą piosenką kosa, również tą po mnie.

[wiersze w przekładzie Piotra Sommera z tomu: Cały ten Brecht, Biuro Literackie, Wrocław 2012, str. 148, 157 i 163]

niedziela, 6 października 2013

Cytat na dziś

z książki Georgesa Didi-Hubermana Obrazy mimo wszystko (najpierw chciałem napisać "ważny cytat książki Georgesa Didi-Hubermana", ale brzmiałoby to jak zajawka z nacjonalistycznego portalu wSczujni.pl braci Karnowskich, więc dałem sobie spokój...), którą czytam od soboty. Choć rzecz traktuje o Zagładzie i o sposobach traktowania wizualnych dokumentów, to poruszana w esejach Didi-Hubermana kwestia rzekomej "niewyrażalności" Shoah, odnosić sie może niekoniecznie tylko do wymordowania Żydów przez nazistów w ramach Endlösung der Judenfrage... Ciekawe są kulturowe (i psychologiczne) mechanizmy, które w tej kategorii starają się zamknąć róże bestialstwa, jakich jesteśmy świadkami (i które czasem rejestrujemy np. przy użyciu fotografii).

Dyskurs niewyrażalnego podlega dwóm różnym i ściśle symetrycznym porządkom. Jeden wypływa z estetyzmu, który dąży do zaprzeczenia historii w jej konkretnych przypadkach. Drugi wypływa z historycyzmu, który dąży do zaprzeczenia obrazowi w jego specyficznych cechach formalnych. Przykładów nie brakuje. Wiadomo, że niektóre ważne dzieła sztuki wywoływały niewłaściwie, generalizujące opinie komentatorów na temat "niewidzialności" ludobójstwa. Tym samym wybory formalne w Shoah, filmie Claude'a Lanzmanna, posłużyły za alibi całemu dyskursowi - tak moralnemu, jak estetycznemu - o nieprzedstawialnym, niewidzialnym, niewyobrażalnym... Te wybory formalne były jednak specyficzne, a więc relatywne - nie ustanowiły żadnej reguły. Ponieważ film Shoah nie wykorzystuje żadnego "dokumentu z epoki", nie pozwala na wydanie jakiegokolwiek niepodważalnego sądu na temat ogółu archiwów fotograficznych. Zaś to, co proponuje w zamian, niezaprzeczalnie buduje (w ciągu około dziesięciu godzin) wstrząsający wątek obrazów wizualnych i akustycznych, twarzy, słów i sfilmowanych miejsc, wszystko to skomponowane zgodnie z wymogami formalnymi i przy największym zaangażowaniu w kwestię przedstawialnego.

[Georges Didi-Huberman Obrazy mimo wszystko, Universitas, Kraków 2008, str. 35-26]

sobota, 5 października 2013

Wild Gift

Coś nie przechodzi mi przeziębienie... I ciągle kaszlę, i łeb mnie nap... Nie pomagają brane przez tydzień leki, nie pomaga Jack Daniel's (wczoraj - bez lodu), ani Weihestephaner (dzisiaj - ciepły). Co robić? Leżę z netbookiem na kolanach i słuchawkami na uszach. Na pierwszy ogień poszedł Jan Dismas Zelenka i jego kapitalne Requiem dla Augusta Sasa II. Przy słuchanych w następnej kolejności sonatach triowych jednak wysiadłem i przerzuciłem się na X.
Chyba jakoś 30 lat temu (ale wydaje mi się, że raczej na wiosnę) w audycji Piotra Kosińskiego Cały ten rock usłyszałem ostre gitarowe riffy i śpiewających równolegle wokalistkę i wokalistę (Exene Cervenka i Billy Zoom), więc instynktownie wcisnąłem guzik nagrywania w Grundigu (kaseta na całe szczęście była na miejscu) i w ten sposób zapisałem materiał z dwóch pierwszych płyt tej amerykańskiej kapeli punkowej. No więc słucham sobie teraz kolejno i na zmianę Los Angeles i Wild Gift (za produkcję obu longplayów odpowiadał - jak mi się zdaje - zmarły niedawno Ray Manzarek), a muzyka wchodzi mi do głowy idealnie.


To mój ulubiony kawałek (jeden z wielu ulubionych...), który wycięty został z dokumentu The Decline of Western Civilization o punkowej scenie w Los Angeles (tak w ogóle, to warto oglądnąć ten materiał, szczególnie, że postawy buntu czy sprzeciwu w kulturze masowej, a także tej o tzw. ambicjach "wysokich", to zjawiska niezmiernie teraz rzadkie...).

piątek, 4 października 2013

Fabryka domów w Tarchominie dla Krzyśka Sienkiewicza



[wiosna 2007]

Kiedyś się zgadaliśmy, chyba na Fejsie, że na miejscu wyburzonych hal fabryki domów powstaje deweloperskie osiedle. Więc obiecałem wrzucić kilka fot z materiału, jaki zrobiłem na wystawę Betonowe dziedzictwo (kur. Ewa Gorządek & Stach Szabłowski) w CSW-Zamek Ujazdowski w 2007. 
Słowo się rzekło, Tarchomin na blogu ;)

środa, 2 października 2013

O "Innym Mieście" i eidosie...

Waldemar Śliwczyński poświęcił Innemu Miastu ostatni wpis na swoim blogu. Generalnie tekst ten jest przychylny naszemu projektowi, jakkolwiek w drugiej jego części pojawiły się kwestie wymagające komentarza czy też jakiegoś rodzaju sprostowania.
Pisze Śliwczyński:

Ale, żeby nie było tu zbyt słodko, napiszę coś jeszcze. Otóż, przeprowadziłem eksperyment - na sobie, choć interesujące o wiele bardziej byłoby przeprowadzenie go na dużo liczniejszej próbce. Polegał on na tym, że spróbowałem spojrzeć na same zdjęcia bez wiedzy o tym, czego dotyczą. Dokonałem więc czegoś w rodzaju husserlowskiej redukcji ejdetycznej, cokolwiek oszukanej, bo zanim jej dokonałem wcześniej przeczytałem wszystkie teksty zawarte w publikacji, ale na użytek tej wypowiedzi przyjmijmy, że faktycznie podmiot poznający nic nie wiedział o założeniach projektu i miał do zinterpretowania tylko same fotografie. Cała „analiza” będzie skrótowa.
Pierwsze co widzę, to miasto, duże miasto, wiem, że to Warszawa, chociażby dlatego, że widać ikoniczny Pałac Kultury i Nauki. Na pierwszym planie większości zdjęć są budynki starsze niż na planach odległych. Ich stan zachowania jest różny, ale w większości kiepski, mam wrażenie, że niebawem zostaną rozebrane, zwłaszcza te pierwotnie mieszkalne, bo kościoły, czy synagogi lub gmachy użyteczności publicznej to przecież zabytki, których się nie rozbiera. Dalej prawie zawsze widzę nowoczesne wieżowce, gdzie dominuje żelbet i szkło. Często na pierwszych planach mamy budowę, sprzęt budowlany. Wszystkie zdjęcia to klasyczne weduty, pięknie oddane szczegóły (wielki format!), piony są pionowe, poziomy poziome, dzięki pochmurnemu niebu, nie ma „słońca”, jest łagodnie rysujące światło, pozbawione bezszczegółowych smolistych cieni i pozbawionych szczegółów świateł. Kolor - bardzo naturalny, choć nasycony. Ogólne wrażenie - tak „naprawdę” wygląda nasza stolica. Zdjęcia, chociażby z powodu ptasiej perspektywy, której przecież jako nieloty, na co dzień nie mamy, przyjemnie się ogląda, są ucztą dla oczu (nie wstydźmy się tego!).
Natomiast - te zdjęcia same w sobie, czyli bez opisu słownego, który wyjaśnia o co chodzi - dla np. obcokrajowca, który nie zna naszej historii i nie zna założeń autorskich, które legły u podstaw projektu, są o czymś zupełnie innym. Sądzę nawet, czym z pewnością mocno narażę się autorom i co im wyda się szczególnie dotkliwe, że mogą być odbierane jako współczesna egzemplifikacja bułhakowskiej fotografii ojczystej, czyli pewną postacią propagandy. Patrzcie jak zmienia się nasza stolica - miejsce starych budynków zajmują drapacze chmur, Warszawa jest nowoczesna, Warszawa to plac budowy. Albo inaczej, chyba lepiej: dbamy o zabytki, nie wyburzamy ich, lecz znajdujemy im miejsce w nowoczesnym mieście.

Słowem: czy sama fotografia „Innego miasta” pokazuje intencje, jakie przyświecały Janickiej i Wilczykowi?
Mój eksperyment „fenomenologiczny” pokazuje, że nie.

Poddajmy w takim razie próbie takiej ejdetycznej redukcji Topografię ciszy Waldemara Śliwczyńskiego. Czy dla kogoś kto nie zna polskich powojennych realiów opowiadana w tym albumie historia będzie czytelna? Czy ktoś, kto nie ma pojęcia o Dekrecie o przeprowadzeniu reformy rolnej PKWN z 6 września 1944, będzie znał przyczyny dewastacji ziemiańskich rezydencji w Wielkopolsce oraz tragiczne czasem losy ich właścicieli? Czy fotografie Śliwczyńskiego zawierają w sobie takiego rodzaju informacje? A po co w takim razie w albumie są aż dwie przedmowy (jedna mojego autorstwa zresztą), które m.in. informacje o przyczynach dewastacji tych obiektów zawierają. Można też postawić pytanie, czy autor tych pięknych zdjęć wykonywał je ze stanem świadomości w rodzaju tabula rasa, czy też miał w tyle głowy jakąś jednak wiedzę o przyczynach upadku klasy społecznej, która fotografowane budynki przed rokiem 1945 zamieszkiwała. Można też w końcu zapytać o motywacje, które zadecydowały o wyborze akurat tego tematu.
Redukcja ejdetyczna to fajny instrument poznawczy, jednakże o specyficznie wąskim zastosowaniu w przypadku fotografii. Na pewno sprawdzi się w u autorów, którzy wieszają kamienie na sznurkach i je fotografują, albo tych co rozgrywają kompozycję kadru w konwencji chiaroscuro (tudzież rozmokłych kolodionistów, abstrakcjonistów i mistyków od wielokrotnej ekspozycji). Wydaje mi się jednak, że użycie przez Waldemara omawianej metody interpretacyjnej, to tylko rodzaj parawanu, który skrywa problem dotyczący czy też może nawet prześladujący wielu fotografów w Polsce, a mianowicie obawę przed zajęciem/zaprezentowaniem zdecydowanego stanowiska w jakiejś sprawie, która rzecz jasna nie dotyczy kwestii li tylko estetycznych. Takich aktów wyraźnie brakuje, a całe sfery życia społecznego, religijnego, ekonomicznego i politycznego nie doczekały się interpretacji... I love Poland? Pod pewnym względami tak, ale od razu przychodzi mi na myśl kilka przeciwznacznych czasowników.
Jeśli idzie zaś o przywoływanego Johna Daviesa, to on akurat expressis verbis mówi o motywacjach, jakie skłoniły go do rozpoczęcia serii Metropoli Project, poświęconej centrom dużych brytyjskich miast czy fotografowania dezidustrializacji Środkowej Anglii i procesów urbanizacyjnych na tym terenie, co możemy podziwiać w albumie British Landscape. Oczywiście historia fotografowanych przez Daviesa terenów ma diametralnie inny ciężar gatunkowy, ale z drugiej strony te dezintegracyjne dla środkowoangielskiego przemysłu procesy, sa jak najbardziej czytelne dla mieszkańców Królestwa.
Na koniec o Bułhaku. Być może komuś z widzów Innego Miasta takie porównanie przyjdzie do głowy. Jeżeli jednak taka sytuacja miałaby miejsce, to z pewnością spowodowana byłaby powierzchownym obeznaniem ze zdjęciami tego autora oraz nieznajomością jego tekstów programowych. Bułhak jako twórca „fotografii ojczystej” (będącej kalką popieranej w III Rzeszy Heimatfotografie, zaadoptowaną po 1945 roku na potrzeby propagandy powojennego socjalistycznego państwa polskiego, które notabene doprowadziło do deklasacji ludzi ze jego sfery…), ale także wcześniejszy „fotografik”, autor zeszytów „Wędrówek fotografa w słowie i obrazie”, prezentuje w swoich wywodach poglądy etnocentryczne i nacjonalistyczne… Zresztą kiedyś te złote myśli „ojczystego fotografa” na hiperrealizmie cytowałem (tu i tu).
Ten gwałtowny proces deweloperski, o którym wspomina Waldemar Śliwczyński przywołując Jana Bułhaka (dotyczący głównie terenu po „małym getcie”), przez widzów wystawy w Zachęcie - przynajmniej przez tych, których opinie miałem okazję usłyszeć - jest jednak zupełnie inaczej interpretowany… Ludzie oglądający nasze zdjęcia byli raczej zaskoczeni skalą oraz bezwzględnością tego procederu i ostatecznym pogrzebaniem modernistycznej wizji architektonicznej, która tworzyła urbanistyczne koncepcje z uwzględnieniem potrzeb wszystkich użytkowników miasta, niezależnie od ich statusu finansowego.

poniedziałek, 30 września 2013

Epitafium dla Koksowni "Gliwice"



Gliwice, Koksownia "Gliwice", 25.03.2002

Drugi film (Agfa APX 100), jaki zrobiłem na Śląsku Horizonem 202 po zakupie tego aparatu w firmie Himpol (która handlowała wówczas rosyjskim sprzętem fotograficznym). Te betonowe ruiny wież węglowych dość szybko wysadzono w powietrze, natomiast budynek widoczny na drugim zdjęciu po lewej stronie, trochę sobie jeszcze postał (zapewne Marek Locher doskonale jest zorientowany w kwestii dat wyburzeń).
Byłem w tym miejscu kilkanaście razy i zawsze ktoś grzebał w rumowiskach w poszukiwaniu złomu. Stojący przy rowerze "poszukiwacz" na pierwszym zdjęciu (pod ruiną wieży węglowej) nie ma głowy... bo się chop musiał poruszyć w trakcie ekspozycji, a czas tejże - z tego co pamiętam - to była 1/2 lub 1/4 sekundy (przy długich naświetlania bęben Horizona obracał się dość wolno...).

niedziela, 29 września 2013

Niebo tego lata

Bertolt Brecht

Niebo tego lata

Wysoko nad jeziorem leci bombowiec
Z łodzi wiosłowych podnoszą wzrok
dzieci, kobiety, stary mężczyzna. Z daleka
Wyglądają jak młode szpaki, co rozdziawiając dzioby
Czekają na pożywienie

[wiersz w przekładzie Jakuba Ekiera z tomu: Ten cały Brecht. Przekłady i szkice. Jacek St. Buras, Jakub Ekier, Andrzej Kopacki, Piotr Sommer, Biuro Literackie, Wrocław 2012, str. 73]

Dzień jest wprawdzie jesienny, ale słoneczny i niestety dość zimny. Po eskapadzie do Szczecina jestem trochę przeziębiony, więc nie wychodzę z domu. No i po porannym zaglądnięciu na Facebooka oraz lekturze łoli kilku "znajomych", jakoś mi się ten wiersz Brechta przypomniał...

sobota, 28 września 2013

"Niewinne oko nie istnieje" na wystawie "Sztuka polska wobec Holokaustu" w Żydowskim Instytucie Historycznym

Świetną wystawę Sztuka polska wobec Holokaustu, która prezentowana jest w Żydowskim Instytucie Historycznym im Emanuela Ringelbluma w Warszawie, już tutaj kilkakrotnie ansonsowałem (tak w ogóle to jest to najbardziej prestiżowa zbiorowa wystawa w jakiej miałem okazję i zaszczyt uczestniczyć). Pretekstem do tego wpisu jest natomiast filmik, na jaki natknąłem się w serwisie youtube.com, nakręcony przez  ekipę z ŻIH-U, w którym opowiadam o pokazywanym na wystawie projekcie Niewinne oko nie istnieje i nie tylko. Zapraszam do oglądania!


piątek, 27 września 2013

Epitafium dla "Silesii"


Katowice-Wełnowiec, Zakłady Metalowe "Silesia", 26.10.2003

Wiem, wiem, ta hala była niezwykle często fotografowana (a jej kratownicowa więźba dachowa przez fotografików namiętnie grafizowana...). O jej istnieniu poinformował mnie Michał Szalonek, a miało to miejsce w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, jeszcze w ich pierwszej siedzibie przy Torstrasse, czyli bardzo, bardzo dawno temu.
No i w końcówce pracy nad Czarno-Białym Śląskiem zrobiłem kilka podejść do tego obiektu, które pojawiły się w albumie, a efekty późniejszej nieco kolorowej sesji wrzucałem zresztą dwukrotnie na hiperrealizm (1 i 2).
Dwukrotnie też fotografowałem halę cynkowni przy użyciu Horizona i chyba nawet zrobiłem z wybranych klatek klasyczne analogowe odbitki (jakkolwiek na plastiku Agfy).
Chciałem tę przestrzeń bardziej wyeksponować w albumie, ale Jan Michalski - jego redaktor i współwydawca, powiedział mi, że to ujęcie zbyt przypomina mu... Zjeżdżałkę. No bo na wcześniejszej nieco wystawie Fotorealizm w Zderzaku, fotografie Eryka pojawiły się moim wyborze i były to kadry (prawie wszystkie, tzn. o ile dobrze pamiętam 8/10) o centralnej i symetrycznej kompozycji. Co ciekawe zresztą, on sam nigdy potem tak ich nie układał i nie zestawiał, a znalazły się one później (nie wszystkie jednak) w jego Sedymentacji. Taka i też anegdota "kuratorsko-krytyczna" przy okazji epitafijnego wpisu o śp. Zakładach Metalowych "Silesia" w Wełnowcu.

czwartek, 26 września 2013

"PL: TOŻSAMOŚĆ WYOBRAŻONA" (JUŻ JEST !!!)

Czyli antologia tekstów pod redakcją Joanny Tokarskiej-Bakir, w której swoje eseje, wiersze oraz zdjęcia zamieścili następujący autorzy:

Łukasz Baksik
Dorota Głowacka
Irena Grudzińska-Gross
Piotr Gruszczyński
Elżbieta Janicka
Agnieszka Jarzyńska-Bućko
Bożena Keff
Krystyna Piotrowska
Zuzanna Radzik
Joanna Roszak
Tadeusz Słobodzianek
Claudia Snochowska-Gonazlez
Joanna Tokarska-Bakir
Wojciech Wilczyk
Anna Zawdzka
Artur Żmijewski
Tomasz Żukowski


Mój udział w tym przedsięwzięciu, to esej Piękne czasy, w przypadku którego ilustracjami są zdjęcia mojego ojca Eugeniusza Wilczyka (tekst traktuje w znacznej mierze o nim i o jego fotografiach), wykonane na krakowskim Kazimierzu - dawnej dzielnicy żydowskiej, w latach 1959-1964.

środa, 25 września 2013

Epitafium dla Huty "Jedność"


Siemianowice Śląskie, ul. Marii Konopnickiej, Epitafiu01.12.2002

To miejsce z kilkoma wiaduktami na zapleczu zlikwidowanej już Huty "Jedność" (primo voto Laurahütte) długo nie dawało mi spokoju. Kilkakrotnie je fotografowałem i zawsze potem miałem poczucie niedosytu... 
Kiedy teraz patrzę na ten panoramiczny kadr z Horizona 202 (jego swingujący obiektyw poddał rurociąg w prawej górnej części klatki "zabiegom dystorsyjnym"...), to widzę, że raczej nic się tu więcej nie da zrobić... Gdybym nawet stanął wyżej w kombinacji: rozłożone na maxa Manfrotto 161MK2B (nie miałem wtedy) + drabinka dla fotografującego + kamera z szerokim szkłem, to wspomniana rura wlazłaby mi na budynki...
Chyba jakoś 2 lata temu przejeżdżałem tym kawałkiem ulicy Marii Konopnickiej (która potem przechodzi w czadowo wyglądającą Jana Matejki - budynki na dalszym planie) i widocznego na zdjęciu osiatkowanego mostu już nie było.

wtorek, 24 września 2013

Słynne parówki

Miloš Doležal

Słynne parówki

Wędliniarz Kołaczek
robił z delikatnych jelitek
słynne parówki
jarmarki z nimi objeżdżał
Pewnego razu jak zwykle ruszył
z dwoma wikliniakami wędlin
na targ do Humpolca
W ulewie dzień przestał w bramie
nic nie utargował
Oklapły nocą wracał do domu
za plecami na wozie dwa pełne kosze
W alei przed Zahradka
przyszła mu myśl
rozwiesić parówy na drzewach
Rano przy świtaniu
cała wieś szczekała

[wiersz w przekładzie Jerzego Kędzierskiego z tomu: Miloš Doležal Gmina, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004]

Kupiłem sobie wczoraj za jedyne 3 zł w krakowskiej Taniej Książce tomik Miloša Doležala, którego edycja jakoś uszła mojej uwadze (mały nakład? słaba dystrybucja? no i żeby zapłacić kartą oraz przekroczyć kwotę 10 zł dołożyłem jeszcze Supermarket bohaterów radzieckich Jáchyma Topola za 8 zł...). I przypomniałem sobie, że przecież miałem okazję spotkać osobiście autora i dostać od niego rzeczoną książkę w wersji czeskiej. Ale kiedy to było? Zastanawiałem się dość długo, przerzucając zakurzone tomiki na regale i typując rok 1995 lub 1996 oraz krakowską knajpę Vis a Vis, nazywaną popularnie Zwisem. Bo tak mi się wydaje, że właśnie w tym miejscu doszło do spotkania, kiedy Miloš Doležal razem z jakimś drugim poetą (w ogóle się nie odzywającym) odbyli obowiązkową pielgrzymkę do stóp Marcina Świetlickiego. No i dzisiaj rano książkę znalazłem, a w niej następującą dedykację...


...z której wynika, że spotkanie (myślę jednak, że drugie w kolejności) miało miejsce w Legnicy w 1997 roku podczas tamtejszego festiwalu literackiego (pod nieco idiotyczną nazwą "Barbarzyńcy i nie"). Na którym faktycznie pokazywałem jakieś zdjęcia, a te autor Gminy określił jako "kafkowskie"... W sumie to takie określenie nawet mi pasuje, ale czy akurat tamte fotografie, prezentowane w Legnicy pod tytułem... sorry... Poezja, miały coś z Kafką wspólnego? Raczej watpię.


Słynne parówki w wersji oryginalnej - tak w ogóle, to jeden z fajniejszych wierszy w tomiku Doležala - wyglądają tak: