to tytuł wywiadu, jaki dla kwartalnika AUTOPORTRET (nr 1 [40] 2013) przeprowadziła ze mną Katarzyna Mrugała, a który jest teraz dostępny online i za free. ZAPRASZAM DO LEKTURY!
czwartek, 29 sierpnia 2013
środa, 28 sierpnia 2013
Ben Marcin "Last House Standing"
Facebook doprowadza mnie czasem do czarnej rozpaczy i mam szczerą chęć wymeldować się z tego interesu... Czytam wpisy na łolach różnych ludzi, których znam od 20 i więcej lat, także np. dawnych znajomych z krakowskiego knajpianego szlaku i obserwuję, jak z uporem godnym lepszej sprawy, pakują się w jakieś smutne prawicowe czy nacjonalistyczne historie.
Z drugiej strony jednak przez ten "portal społecznościowy" (który w dużej mierze służy chyba do jakiejś formy inwigilacji jego użytkowników...) poznałem ostatnio np. Andrzeja Maciejewskiego i jego świetny cykl Lisbon-Moscow. Coś za coś.
No i dzisiaj rano trafiłem na podlinkowaną przez Andrzeja stronę z internetowego magazynu feature shot z materiałem pod tytułem Forgotten Solo Row Houses Photographed in Baltimore, Philly and New Jersey ze zdjęciami Bena Marcina. ŁOŁ! Poczekam jeszcze z tym wypisaniem się z Fb... ;))
Ben Marcin, z serii Last House Standing - Philadelphia, PA
O intencjach, jakie przyświecają mu podczas pracy nad serią Last House Standing Ben Marcin (mieszkający w Baltimore fotograf ma niemiecko-polskie korzenie) pisze w sposób następujący:
One of the architectural quirks
of certain cities on the eastern seaboard of the U.S. is the solo row house.
Standing alone, in some of the worst neighborhoods, these nineteenth century
structures were once attached to similar row houses that made up entire city
blocks. Time and major demographic changes have resulted in the decay and
demolition of many such blocks of row houses. Occasionally, one house is spared
- literally cut off from its neighbors and left to the elements with whatever
time it has left.
My interest in these solitary
buildings is not only in their ghostly beauty but in their odd placement in the
urban landscape. Often three stories high, they were clearly not designed to
stand alone like this. Many details that might not be noticed in a homogenous
row of twenty attached row houses suddenly become apparent when everything else
has been torn down. And then there's the lingering question of why a single row
house was allowed to remain upright. Still retaining traces of its former
glory, it is often still occupied. One morning, while photographing what I
thought was an abandoned solo row house, the front door swung open and an older
man wearing a bath robe and jeans walked out and confronted me. Was I from the
city, he wanted to know, ready to defend his narrow piece of turf. At that
moment, I understood why this row house was still standing.
Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, MD
Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, MD
Projekt Bena Marcina bardzo mi się podoba na tym etapie, jaki można oglądać na jego internetowej stronie, ciekawie mnie jednak, jak się to wszystko dalej rozwinie? Podjęty przez niego temat ma nie tylko spory ciężar gatunkowy ale też i wizualny potencjał, na pewno więc warto tę sprawę pociągnąć dalej. Istotna kwestia to, jakie obszary zostaną jeszcze sfotografowane i czy autor Last House Standing pokusi się o interpretację, tego co rejestruje, np. dotykającą wpływu amerykańskiego modelu ekonomicznego na powstawanie takich miejsc w terenach zurbanizowanych? Typologizujące ujęcie tematu, uwzględniające oczywiście charakter fotografowanych obiektów oraz ich lokalizację, jest tutaj oczywistym wyborem, ale też ten język wizualny jest już dość dobrze oswojony przez widzów i komentatorów fotografii, więc z odbiorem takiego seryjnego ujęcia nie ma specjalnych problemów (oczywiście niekoniecznie u nas w kraju, już słyszę jak pewien krytyk "średnio-starszego pokolenia" mówi z przekąsem o "postbecherowszczyźnie"...).
Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, Camden NJ
Ben Marcin, z serii Last House Standing - Baltimore, Camden NJ
wtorek, 27 sierpnia 2013
Jak mistrzowie Zen przypominają dorosłe śledzie
Gary Snyder
Jak
mistrzowie Zen przypominają dorosłe śledzie
Tak
niewielu osiąga pełne rozmiary
I
jak niezbędni są wszyscy inni;
dary dla łańcucha pokarmowego,
którymi żywi się inny wszechświat.
Ci
wielcy są pokarmem rekinów.
[przekład
Andrzeja Szuby z tomu: Gary Snyder Dlaczego
kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen. Wiersze
wybrane., Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 119]
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Andrzej Maciejewski "LISBON-MOSCOW"
Na zdjęcia z cyklu Lisbon-Moscow Andrzeja Maciejewskiego trafiłem na... Facebooku. Po prostu po procedurze "zaprzyjaźnienia się" z ich autorem, fotografie o nazwach europejskich miast, lecz przestawiających kanadyjskie pustkowia, zaczęły mi się wyświetlać, zwykle zaraz po otwarciu tego społecznościowego portalu (chyba powinienem te dwa ostatnie wyrazy wsadzić w cudzysłów...). Zdjęcia kapitalne, więc wszedłem na profil fotografa i przeglądnąłem je sobie wszystkie jedno po drugim (wszystkie jakie wtedy były udostępnione), co przekonało mnie, że seria ta jest fajnie wymyślona i prowadzona bardzo konsekwentnie. Co ciekawe, fotografii tych nie zobaczymy na autorskiej stronie Maciejewskiego, ani na jego blogu...
Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Paris, January 2013
O samym projekcie Andrzej Maciejewski mówi tak (w rozmowie z Karolem Gustawem Szymkowiakiem, jaka ukazała się niedawno na łamach internetowego magazynu FotoTekstura):
Pomysł
fotografowania miejsc w Ontario, które mają nazwy europejskich miast miałem już
w głowie około 10 lat temu. Przez te lata sam fakt, że to jest takie lekko
paranoiczne, żeby na przykład wioskę, w której są cztery domy nazywać Moskwa to
było jakby za mało. Musiałem mieć coś więcej. Teraz wiem co chcę opowiedzieć o
Ontario, o tutejszej kulturze, o stylu (czy raczej jego braku) w architekturze
itd. Nazwy miejscowości stały się tylko elementem wiążącym całość i oczywiście
lekką referencją do Europy. Myślę, że ten zestaw będzie o tym jaki jest końcowy
efekt eksperymentu przenoszenia kultury Europy do Ameryki. Co pozostało w nas z
kultury starego kontynentu. Jakby na to nie patrzeć Kanada jest kolonią, która
przetrwała tylko dlatego, że udało się prawie zupełnie zgładzić czy
przynajmniej totalnie zdegradować lokalną ludność. Jest to też kraj emigrantów
z całego świata i każdy dodaje coś swojego do tego „stylu”. Efekt często jest
bardzo żałosny i śmieszny. Ten projekt zacząłem w styczniu tego roku i planuję kontynuować
przez około rok. Oprócz ogólnych widoków tych miejscowości chcę jeszcze dodać
fotografię wnętrz i ludzi.
Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Belfast, March 2013
Obdarzone europejskimi nazwami prowincjonalne miasteczka i osiedla na terenie południowo-wschodniej Kanady, oglądane na zdjęciach Andrzeja Maciejewskiego właściwie niewiele różnią się od siebie. Przybysze z Europy, którzy osiedlili się na ziemiach odebranych plemionom Irokezów, zapewne kiedyś w kształcie stawianych domów i kościołów starali się nawiązywać do swoich lokalnych tradycji, ale po kilkudziesięciu czy paruset latach już tego nie widać. Procesy unifikacyjne, za którymi stoi technologia wytwarzania materiałów budowlanych, charakter współczesnych połączeń komunikacyjnych - czyli głównie dróg dla samochodów, wreszcie postępujący zanik typowo wiejskiej zabudowy na rzecz małomiasteczkowej czy przypominającej niekończące się przedmieścia, wszystko to sprawia, że fotografowane przez Maciejewskiego kanadyjskie "nie-miejsca" wyróżnia jedynie - absurdalnie brzmiąca dla mieszkańca Europy - nazwa.
Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Dresden, 2013
Ale ten właśnie element projektu Andrzeja Maciejewskiego, to jeden z lepów (że posłużę się terminologią Tomka Sikory), które z pewnością przyciągnie uwagę odbiorców. To bardzo ważne. A już po tym etapie wstępnego zainteresowania, z pewnościa zagrają same zdjęcia, bo sposób przedstawiania krajobrazów południowo-wschodniego Ontario, oszczędny oraz zdystansowany i nazwijmy rzecz po imieniu - "topograficzny", pokazuje je jednak jako miejsca wizualnie atrakcyjne. A to niezmiernie istotny parametr w przypadku odbioru fotograficznego dokumentu. Myślę, że w dalszym planie zagra tu także historia prezentowanego obszaru, bo jest to przecież ziemia, którą w mniej lub bardziej brutalny sposób odebrano Indianom. Poziomy znaczeniowe, jakie można wydobyć przy jeszcze bardzo wstępnym kształcie tej serii, każą się spodziewać dobrego odbioru cyklu Lisbon-Moscow Andrzeja Maciejewskiego i co najmniej kilkupłaszczyznowej interpretacji. Myślę też, że uwagę na pewno zwróci egzystencjalny wymiar tego projektu, widoczna w nim samotność obserwatora i... pustka ziejąca z wielu zarejestrowanych widoków.
Andrzej Maciejewski, z cyklu Lisbon-Moscow - Lisbon, May 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
Innego życia nie ma
Gary Snyder
Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem
wstają wcześniej niż adepci Zen
Wysoko na siedzeniu, mrok tuż przed świtem,
lśnią wypolerowane piasty kół
- błyszczący kominek Diesla
nagrzewa się, pokasłuje
na stromiźnie Tyler Road
wiodącej na wyrąb nad potokiem Poormana.
Trzydzieści mil kurzu.
Innego życia nie ma.
Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem
wstają wcześniej niż adepci Zen
Wysoko na siedzeniu, mrok tuż przed świtem,
lśnią wypolerowane piasty kół
- błyszczący kominek Diesla
nagrzewa się, pokasłuje
na stromiźnie Tyler Road
wiodącej na wyrąb nad potokiem Poormana.
Trzydzieści mil kurzu.
Innego życia nie ma.
[przekład Adama Szostkiewicza z tomu: Gary Snyder Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen. Wiersze wybrane., Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 60. W słowie wstępnym do tego tomu Adam Szostkiewicz wspomina swoją korespondencję z Gary Snyderem w końcówce lat 70. oraz publikację 13 przekładów jego wierszy w Literaturze na Świecie (nr 1 z 1981 roku). No i tak się składa, że mam tą edycję LnŚ (kupiłem ją w 1986 w antykwariacie), która zresztą poświęcona była głównie prozie Johna Hawkesa. Ten numer miesięcznika ma też kapitalną okładkę, więc wklejam jej skan poniżej oraz drugi wiersz Snydera pt. "Linie frontu" - zawierający, jak myślę bardzo ważne przesłanie - który w tomie wydanym ostatnio przez Znak znajduje się na str. 52]
Linie frontu
Rakowata opuchlizna
sięga aż po wzgórze - czuć
cuchnący powiew -
i opada w dół.
Tutaj zimują jeleniowate;
warkot piły łańcuchowej w wąwozie.
Dziesięć deszczowych dni - ciężarówki
wywożące ścięte drzewa stanęły,
drzewa łapią oddech.
W niedzielę czterokołowy jeep z Reality Co. przywozi
facetów zainteresowanych obejrzeniem ziemi,
do której mówią:
rozsuń nogi.
W górze huk odrzutowca, tu w porządku;
z każdym uderzeniem serca
pompującym zgniliznę w chore, otłuszczone żyły Ameryki
granica się przybliża -
spychacz prychający, mielący gąsienicami,
zsuwający się na bok ze stosu
odartych ze skóry jeszcze żywych krzewów
opłacany przez człowieka
z miasta.
Za spychaczem las aż po Arktykę
i pustynia wciąż należąca do Pajutów.
To tutaj: za tę linię
nie możemy dać się zepchnąć.
sobota, 24 sierpnia 2013
Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości...
Czytam sobie arcyciekawą książkę Marii Janion Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie i w Części Drugiej w rozdziale Jeden cud, traktującym o Zygmuncie Krasińskim i jego Nie-Boskiej Komedii, natrafiłem na taki oto fragment:
Marzący jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest - ta zasada w szczególności sprawdza się w korespondencji Krasińskiego. Zwłaszcza jego listy do Delfiny Potockiej przepełnione są ciągle tworami natężonej wyobraźni - aby oderwać się od tego, co jest "tu i teraz", i poszybować "tam", by stworzyć nową rzeczywistość wspominania wyidealizowanej przeszłości i budowania wizji przyszłości. To jest struktura Przedświtu, to jest owo "Daj mi teraz marzyć, daj", wykpione przez Gombrowicza w Ferdydurke. Stały nawyk alienowania się od skrzeczącej teraźniejszości i przebywania w krainach marzenia, snu, snu na jawie, wizji łączył się u Krasińskiego z przypisywaniem sobie właściwości jasnowidza, umiejętności przewidywania przyszłości, a zwłaszcza katastrof. Na tym przecież zbudowana jest Nie-Boska Komedia, której nie raz przypisywano wielką siłę proroctwa, wnikania pod powierzchnię zdarzeń. Krasiński umiał naginać przyszłość za pomocą przewidywań, przybierających postać fantazmatów - literacko inscenizowanych możliwych scenariuszy wydarzeń. Sądził, że ta zdolność nigdy go nie opuści. Do Augusta Cieszkowskiego pisał w roku 1849, roku katastroficznych rojeń i przeczuć, uwiarygadniajacych, jak sądził jego Nie Boską: "Proszę Cię, często pisuj do mnie i o szczególikach różnych mów, ja mam szczególny instynkt do zbliżających się katastrof i wyrabiających się pod ziemią zdrad!
I po lekturze tego tekstu, przypomniał mi się nagle jeden z wpisów, zamieszczonych na blogu Krzysztofa Jureckiego. W poście o przydługim tytule Andrzej J. Lech. CITÁTY Z JEDNEJ REALITY / QUOTES FROM ONEREALITY. FOTOGRAFIE / Z ROKOV 1978 – 2010 (Poľský inštitút v Bratislave1.11. –30.11. 2012) możemy natrafić na następujące wywody (pisownia oryginalna):
Super huragan Sandy okazał się zbyt silny, pokonał nie tylko
linie lotnicze. Spowodował dla stosunkowo niewielkiego regionu kolo Nowego
Jorku autentyczny koniec świata - Apocalypse Now, który powtarza się co pewien
czas w dziejach ludzkości. Kiedy nastąpi ostateczny koniec? Zdaniem
postmodernistów (np. prof. Tadeusz Sławek) - nigdy, zdaniem chrześcijan w
przyszłości....
Zresztą, jak słusznie zauważył na wernisażu wystawy Amerykanin Roberto Muffoletto, Andrzej
pokazuje stan "przed" i "po" katastrofie, z czym się
zgadzam. Nawet w ten sposób czasami zestawiałem jego prace w Bratysławie,
delikatnie zakłócając chronologię zdarzeń, gdyż ta nie jest najważniejsza. Inny
amerykański krytyk Patrick Keough był pełen uznania dla nowojorskich zdjęć
Andrzeja. To cieszy, ponieważ ich opinie
są "z wewnątrz, czyli z USA"
są cenne. Poza tym, fotografia Andrzeja ma "dar", jaki miała
poezja w starożytnej Grecji czy dramaty Szekspira, może nie jasnowidzenia, ale
przewidywania zdarzeń... Wypełnia się dziwnymi pustymi amerykańskimi,
meksykańskimi czy polskimi pejzażami, niczym naczynie, przyjmujące życiodajny
napój w swym profecznym wymiarze. To "czyni" ją wyjątkową na scenie
polskiej, a w przyszłości może i europejskiej. Odróżnia ją od wielu naśladowców
i imitatorów rzeczywistości fotografujących śmieszne karoserie samochodowe czy
kolorowe witryny, sprowadzając widoczki do formy karykatury.
Ups!
Ups!
Oczywiście w swojej książce Maria Janion nie zajmuje się fotografią, aczkolwiek analizowany przez nią w przypadku autora Nie-Boskiej Komedii proceder tworzenia fantazmatów, które projektowane są na rzeczywistość, dotyczy całkiem sporej grupy artystów, przyjmujących postawę profetów lub proroków. Zjawisko to obejmuje także niektórych krytyków sztuki, a przytoczony przez mnie cytat z bloga Krzysztofa Jureckiego, to chyba wręcz podręcznikowy przykład fantazmatycznej krytyki fotografii...
piątek, 23 sierpnia 2013
17 DNI
Grzegorz Wróblewski
17 DNI
środa: buntuje się serce i lewa ręka (reklamy wieprzowiny
i ananasów
w puszce),10 piw, “Hokus pokus” Kurta Vonneguta, telefon
do Clausa
w sprawie jego idiotycznego, ryżego zarostu, ponowne
konflikty
z otoczeniem
czwartek: nadal ból serca (pismo “Pomerania” z Gdańska,
reklamy butów),
tylko 3 piwa, ciąg dalszy Vonneguta, który zaczyna
(niestety) nudzić,
sztorm
piątek: serce przestało boleć (pocztówka od znajomych z
Aalborga),
dzień bez alkoholu, “Kowal z Podlesia Większego” -
przyjemna
opowiastka Tolkiena
sobota: drętwienie rąk (pusta skrzynka), wino w
olbrzymiej ilości,
niepotrzebne telefony, sprzeniewierzenie większej sumy
pieniędzy,
za ścianą znów szepty
niedziela: ponownie lewa ręka i ból serca (pusta
skrzynka), kac moralny
i cielesny, “Psie serce” Bułhakowa, telefon od Torbena
dot. mojego telefonu
do niego z dnia wczorajszego, skrytka pod kołdrą,
depresja, wilgoć
poniedziałek: ból serca (zawiadomnie w sprawie remontu
klatki schodowej),
kilka kontrolnych piw dla zbadania stanu organizmu,
trochę lepsza
koncentracja, w związku z tym “Oda do Walta Whitmana”
(Lorca),
potem A. Lenartowski i jego “Święta Teresa z Lisieux”:
Cud jako negacja, to jasne.
wtorek: ból serca i drętwienie rąk (list od przyjaciela z
Polski, reklamy
mięsa), żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym, zero
piwa i papierosów
środa: tabletki na obniżenie ciśnienia (pusta skrzynka),
halucynacje (czyli
pseudopercepcyjne wrażenia występujące bez obiektywnych
bodźców
zewnętrznych), program o manatach (ssakach z rzędu syren)
czwartek: drętwienie rąk (lokalna gazeta), “Jakżeż ja się
uspokoję”
(rękopis - kartka papieru 21x13,1 cm.) Stanisława
Wyspiańskiego:
…jakżeż ja się uspokoję… , no właśnie, ale tylko
jedno wino
z tej oczywistej okazji
piątek: ból serca, drętwienie rąk (list od siostry z
Warszawy, reklama pizzy),
przejście z alkoholu na haszysz jest zbawienne, ale tylko
przez kilkanaście
minut, potem znowu psychiczna pustynia…, korzenie o
ludzkiej postaci
sobota: ból serca (reklamy mięsa i samochodów),
“Jednolita teoria
czasoprzestrzeni” Adama Wiśniewskiego-Snerga, sucha
pszczoła
niedziela: serce przestało boleć (pusta skrzynka), czy
kiedyś odwiedzę
(khana pauroti, khana, khana…) Prawdziwe Góry?
W tym moim przeklętym stanie?
poniedziałek: pulsowanie głowy, ciśnienie? (list z
Akademii),
bardzo spokojny (w końcu!) dzień, rozmawiam ze swoimi
roślinami,
głaszczę ich liście i podlewam je wodą,
tympanon z Dawidem i Betsabe (Trzebnica)!
wtorek: ból serca (pusta skrzynka), nerwowy poranek,
potem wiadome
rozwinięcie, na koniec senne majaki, czyżby maska
mrugnęła okiem?
środa: drętwienie rąk (pusta skrzynka), w tym układzie
tylko
Robert Louis Stevenson i Lloyd
Osbourne: - Amen - dodał wuj Ned.,
próbuję wydostać się na powierzchnię, coś tam (jednak)
mnie korci,
jeszcze nie nadszedł czas!
czwartek: ponownie lewa ręka (rachunki za mieszkanie),
pijemy dlatego, że nie mamy nic innego do roboty - mówi Flemming
(jemu nigdy nie urywa się film)
piątek: ból serca (pusta skrzynka)...
[Mój ulubiony zapis z Kopenhagi (lub ściślej rzecz ujmując - zdecydowany faworyt wśród ulubionych zapisów). Oczywiście można go też znależć w amrykańskim wydaniu, które co dopiero opublikowała oficyna Zephyrpress. Książka stoi sobie na regale vis a vis łóżka i codziennie rano otwierajac oczy spoglądam na elewację kamienicy przy Amagerbrogade...
czwartek, 22 sierpnia 2013
Milczenie wokół "6 mètres avant Paris"
to tytuł mojej recenzji kapitalnego albumu Eustachego Kossakowskiego w najnowszym jedenastym wydaniu kwartalnika Herito. Dla zachęty wklejam poniżej fragment tekstu i zachęcam do lektury pisma, które w tej edycji zawiera materiały (bardzo ciekawe zresztą) poświęcone głównie Republice Chorwacji.
[Herito nr 11 (2013) str 160-167]
(...) Nie
sposób omawiać 6 mètres avant Paris, nie odnosząc się do portretów Paryża,
które powstawały od momentu wynalezienia przez Niépce’a i Daguerre’a metody
fotograficznej rejestracji obrazu. Gdy przypomnimy sobie fotografie zabytkowych
budynków wykonane w połowie XIX wieku w ramach Mission Héliographique, nieco
późniejsze „widoki administracyjne” zarejestrowane w czasie przebudowy miasta
przez Georges’a Haussmanna, tworzoną przez prawie cztery dekady dokumentację
Eugène’a Atgeta, nocne zdjęcia Brassaïa czy uliczne kadry Henriego
Cartier-Bressona i André Kertésza (by poprzestać na autorach najbardziej
znanych czy też popularnych widoków miasta na rzeką Seine), widzimy, jak
odmienne i nowatorskie było spojrzenie oraz działanie Kossakowskiego.
Oczywiście – w jego podejściu sporo jest też ironii czy sarkazmu świeżego
imigranta, niepewnego przedłużenia wizy pobytowej i poruszającego się po
mieście najtańszą metodą per pedes. Sfotografowany przez Kossakowskiego w 1971
roku Paryż, otoczony wówczas jeszcze nimbem „kulturalnej stolicy świata”,
ukazuje nam swe dojmująco banalne oblicze.
[Herito nr 11 (2013) str 160-167]
Wróćmy jednak do samej metody pracy autora 6 mètres avant
Paris. Jeżeli jego zdjęcia zestawić z fotografiami pokazanymi na słynnej i
wpływowej ekspozycji New Topographics: Photographs of a Man-Altered Landscape
Williama Jenkinsa, gdzie oglądać można było prace takich autorów jak (między
innymi) Robert Adams, Lewis Baltz, Bernd i Hilla Becher, Frank Gohlke czy
Stephen Shore, to dostrzeżemy zadziwiające podobieństwa w wyborze motywów i
sposobie prezentacji zurbanizowanego krajobrazu. Jednak wystawa Jenkinsa zaprezentowana
została w Muzeum Fotografii George Eastman House w styczniu 1975 roku, czyli
niespełna cztery lata po 6 metrów przed Paryżem w Musée des Arts Decoratifs.
Kierując się własną wizualną intuicją, podrasowaną zapewne przez obserwacje
konceptualnych działań artystów Galerii Foksal (których akcje dokumentował
przed wyjazdem z kraju) oraz widoczną przekorą wobec „artystycznych” – w
popularnym odbiorze – konwencji obrazowania, Kossakowski w swoim sposobie
prezentacji tematu „Paryż” zdecydował się na weryzm mogący nasuwać skojarzenia
z dadaistycznym ready made z lat dwudziestych XX wieku lub pokrewnymi mu i
późniejszymi o trzy dekady serigrafiami, na których możemy oglądać wypadek
ambulansu pogotowia ratunkowego lub (bez specjalnej różnicy) puszkę z zupą
pomidorową. (...)
środa, 21 sierpnia 2013
Piramida spod Olkusza
Podpowiedź Daniela Chojnackiego. Często jeżdżę DK 94, ale go jakoś nie przyuważyłem. Inna sprawa, że wcześniej prawdopodobnie widziałem tylko tą reklamową piramidę, na której ktoś ostatnio poharatał banery i częściowo je poobdzierał...
"Odkryty" samochód to Ford Aerostar, produkowany w latach 1986-1997 (i wydaje mi się, że to raczej późny model)
Uroczy obiekt, naprawdę kocham ten kraj ;))
[11:00]
[ 11:09]
[11:06]
wtorek, 20 sierpnia 2013
MOUNTMITTE
Każdy ma swój szczyt... ;))
Widoczny na zdjęciu park linowy znajduje się w Berlinie w narożniku między Julie-Wolfthorn-Straße a Caroline-Michaelis-Straße.
[Hasselblad 500 C/M + PC-Mutar 1,4x Shift Converter + Planar 80/2,8 CF + Kodak Ektar 100]
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
KOPENHAGA (x3)
No i mam wreszcie papierowe wydanie amerykańskiej edycji Kopenhagi Grzegorza Wróblewskiego (dostałem osobiście od autora w zeszły piątek). Książka wygląda świetnie, jest bardzo ładnie złożona, no i tłumacz prozy Wróblewskiego na angielski - Piotr Gwiazda - dołożył też do oryginalnej wersji z roku 2001, fragmenty próz z książki Pomyłka Marcina Lutra. Bardzo sensownie i kompatybilnie względem starszego tekstu. Nie jestem tam żadnym ekspertem od translacji, ale przekłady Piotra Gwiazdy, także interesującego poety piszącego po angielsku, bardzo mi podchodzą, są idelanie trafione i klarowne.
Warto zwrócić uwagę na rekomendacje z IV strony okładki Kopenhagi (i oczywiście przeczytać te blurby). Joshua Clover, Gabriel Gudding i Marjorie Perloff...
ŁOŁ!
ŚWIETNIE!
Kopenhaga miała do tej pory 3 książkowe edycje. Więc dla przypomnienia wklejam poniżej skan okładki wydania polskiego z 2000 roku oraz późniejszą o rok publikację w języku duńskim (w obu przypadkach autorką okładkowych fotografii była Beata Wróblewska).
[Grzegorz Wróblewski Kopenhaga, wyd. Kartki, seria: Świat na uboczu, Białystok 2000]
[Grzegorz Wróblewski Kopenhaga. Oversat af Beata T. Wróblewska & Jacob Drong, Biblioteket Øverste Kirurgiske, Printed in Dennmark 2001]
niedziela, 18 sierpnia 2013
NARODZINY NARODU, czyli 7 nowych wierszy Krzysztofa Jaworskiego
piątek, 16 sierpnia 2013
Miłosierdzie
Philip Levine
Miłosierdzie
Statek, który osiemdziesiąt trzy lata temu przywiózł
moją matkę na Ellis Island, nazywał się "Miłosierdzie".
Matka pamięta, że próbowała jeść nieobranego
banana i że po raz pierwszy widziała pomarańczę
w rękach młodego szkockiego marynarza,
który dał jej kawałek, wytarł jej usta
czerwoną chustą i nauczył słowa "pomarańcza",
powtarzając je cierpliwie kilka razy.
Długa jesienna podróż, dni pociemniałe
od czarnej wody uspokajającej się z nadejściem nocy,
potem pustka jak okiem sięgnąć
i niezmierzona przestrzeń mknąca na krańce
świata. Modliła się po rosyjsku i w jidysz
o odnalezienie rodziny w Nowym Jorku, modlitwy
niewysłuchane, niezrozumiane lub może zlekceważone
przez wszystkie te moce, które przeganiały fale ciemności,
zanim się obudziła, i utrzymywały "Miłosierdzie" na wodzie,
podczas gdy ospa szalała wśród pasażerów i załogi,
dopóki zmarłych nie pochowano w morzu, odmawiając
dziwne modlitwy w niezrozumiałym dla niej języku.
"Miłosierdzie", jak przeczytałem na pożółkłych stronach
książki, którą znalazłem w pokoju bez okien
w bibliotece na Czterdziestej Drugiej Ulicy,
stało trzydzieści jeden dni z dala od brzegu,
z powodu kwarantanny, zanim pasażerowie zeszli
na ląd. Tam kończy się ta historia. Inne statki
przypłynęły, "Tancred" z Glasgow, "Neptun"
pod duńską banderą, "Umberto IV",
lista ciągnie się całymi stronami, listopad ustępuje
zimie, morze uderza w ten obcy brzeg.
Włoscy górnicy z Piemontu kopią
pod miastami zachodniej Pensylwanii,
by znowu odkryć ten sam koszmar,
który pozostawili w domu. Dziewięcioletnia dziewczynka
jedzie całą noc pociągiem z jedną walizka i pomarańczą.
Uczy się, że miłosierdzie jest czymś, co można jeść
i jeść, choć sok spływa po brodzie, co można
wytrzeć wierzchem dłoni i nigdy nie mieć dosyć.
[wiersz w przekładzie Ewy Hryniewicz-Yarbrough z książki: Philip Levine Miasto marzeń. Wybór wierszy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 49-50]
Przy okazji, autorem zdjęcie wykorzystango na okładce znakowskiego wyboru wierszy Philipa Levine'a jest William Herman Rau. Świetny fotograf, który w ostatniej dekadzie XIX w. dla kompanii Pennsylvania Railroad wykonał około 450 fotografii (kamera 18x22"... nazywana całkiem słusznie mammoth view camera) dokumentujących szlaki kolejowe w tym stanie, infrastrukturę oraz dworce. No i z tego materiału zrobiono też w 2002 roku kapitalny album, którego niestety nie mam...
czwartek, 15 sierpnia 2013
RADOŚCI
Grzegorz Kwiatkowski
radości
wiosną wędrowaliśmy z bratem po lasach
żeby pozbierać i zakopać zdechłe sarny
które nie przeżyły zimy
albo wpadły w sidła
i wykrwawiły się
to były nasze najpiękniejsze lata:
taczka pełna sosnowych gałązek i smugi krwi
i uczucie radości po dobrze wykonanej robocie
[wiersz z tomu: Grzegorz Kwiatkowski Radości, Biuro Literackie, Wrocław 2013, str. 7]
środa, 14 sierpnia 2013
Ambona z Zamościa
Zamość, ul. Nadrzeczna, 03.08.2013
czy też Beobachtungspunkt? Nie mam pojęcia. Powyższa lokalizacja to podpowiedź Piotrka Komajdy. Nie ma tam łatwego dojścia (przód szoferki celuje idealnie w północ...), teren dookoła przecinają kanały melioracyjne i dodatkowo posesja, na której postawiono tę ambonę z recyklingu jest ogrodzony.
No więc zapiąłem do mojego 500 C/M długo nie używanego Sonnara CF 250/5,6 i ustawiłem się tak, żeby mieć tę ex-kabinę (Żuka?) ponad linią horyzontu, ale pod drutami sieci 380 V, co wymusiło widoczny dystans (przy okazji, wydaje mi się, że V700 nieco nadmiernie osładza Ektara... no ale z drugiej strony, słońce było wtedy też dość nisko... a powyższy kadr został naświetlony w okolicach godziny dziewiętnastej).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































