Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Levine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip Levine. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2014

Śniąc po szwedzku

Philip Levine

Śniąc po szwedzku

Śnieg pada na wysokie spłowiałe trzciny
nad brzegiem morza i chociaż gdzieniegdzie
niebo jest ciężki i ciemne, blade słońce
przeziera przez chmury, rzucając żółte światło
na powierzchnię nadpływających fal.
Ktoś zostawił rower oparty
o pień młodego drzewa i poszedł
do lasu. Ślady mężczyzny znikają
wśród masywnych sosen i dębów, powolnego
mężczyzny o dużych stopach, powłóczącego
prawą noga pod dziwnym kątem, kiedy podąża
w stronę samotnego białego domku,
który wysyła ku niebu pióropusz dymu. Półotwarta
brezentowa torba leży w drewnianym pojemniku
nad przednim kołem. Pojedyncze kryształki śniegu,
jeden po drugim, przedostają się do środka,
zamazując adres listu,  tego,
który napisałem w Kalifornii i wysłałem,
chociaż wiedziałem, że nie dotrze na czas.
Co ma z nami wspólnego ten brzeg morski w pobliżu 
Malmö i ten biały domek szczelnie zamknięty
przed wiatrem, i śnieg padający cały dzień bez celu
i potrzeby. Oto nasz brezentowy worek odpowiedzi,
gdybyśmy tylko mogli dopasować listy do siebie.

[wiersz w przekładzie Ewy Hryniewicz-Yarbrough z tomu: Philip Levine Miasto marzeń. Wybór wierszy, Wydwanictwo Znak, Kraków 2013, str. 37.
Tak mi ten tekst spasował do klimatu zdjęć Mateusza Kiszki z jego cyklu Martwa Wisła]

piątek, 16 sierpnia 2013

Miłosierdzie

Philip Levine

Miłosierdzie

Statek, który osiemdziesiąt trzy lata temu przywiózł
moją matkę na Ellis Island, nazywał się "Miłosierdzie".
Matka pamięta, że próbowała jeść nieobranego
banana i że po raz pierwszy widziała pomarańczę
w rękach młodego szkockiego marynarza, 
który dał jej kawałek, wytarł jej usta
czerwoną chustą i nauczył słowa "pomarańcza",
powtarzając je cierpliwie kilka razy.
Długa jesienna podróż, dni pociemniałe
od czarnej wody uspokajającej się z nadejściem nocy,
potem pustka jak okiem sięgnąć
i niezmierzona przestrzeń mknąca na krańce
świata. Modliła się po rosyjsku i w jidysz
o odnalezienie rodziny w Nowym Jorku, modlitwy
niewysłuchane, niezrozumiane lub może zlekceważone
przez wszystkie te moce, które przeganiały fale ciemności, 
zanim się obudziła, i utrzymywały "Miłosierdzie" na wodzie,
podczas gdy ospa szalała wśród pasażerów i załogi,
dopóki zmarłych nie pochowano w morzu, odmawiając
dziwne modlitwy w niezrozumiałym dla niej języku.
"Miłosierdzie", jak przeczytałem na pożółkłych stronach
książki, którą znalazłem w pokoju bez okien
w bibliotece na Czterdziestej Drugiej Ulicy,
stało trzydzieści jeden dni z dala od brzegu,
z powodu kwarantanny, zanim pasażerowie zeszli
na ląd. Tam kończy się ta historia. Inne statki
przypłynęły, "Tancred" z Glasgow, "Neptun"
pod duńską banderą, "Umberto IV",
lista ciągnie się całymi stronami, listopad ustępuje
zimie, morze uderza w ten obcy brzeg.
Włoscy górnicy z Piemontu kopią
pod miastami zachodniej Pensylwanii,
by znowu odkryć ten sam koszmar,
który pozostawili w domu. Dziewięcioletnia dziewczynka
jedzie całą noc pociągiem z jedną walizka i pomarańczą.
Uczy się, że miłosierdzie jest czymś, co można jeść
i jeść, choć sok spływa po brodzie, co można
wytrzeć wierzchem dłoni i nigdy nie mieć dosyć.

[wiersz w przekładzie Ewy Hryniewicz-Yarbrough z książki: Philip Levine Miasto marzeń. Wybór wierszy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 49-50]


Przy okazji, autorem zdjęcie wykorzystango na okładce znakowskiego wyboru wierszy Philipa Levine'a jest William Herman Rau. Świetny fotograf, który w ostatniej dekadzie XIX w. dla kompanii Pennsylvania Railroad wykonał około 450 fotografii (kamera 18x22"... nazywana całkiem słusznie mammoth view camera) dokumentujących szlaki kolejowe w tym stanie, infrastrukturę oraz dworce. No i z tego materiału zrobiono też w 2002 roku kapitalny album, którego niestety nie mam... 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Solo

Philip Levine

Solo

Matka mówi, że śnił jej się
John Coltrane, młody Trane
grający swoją muzykę  z taką radością,
powściągliwością i pasją,
że nie mogła się powstrzymać od łez.
A teraz, gdy siedzi przebudzona, z rękami
złożonymi na kolanach, łzy wzbierają
w jej ślepych oczach. Telewizor
z tyłu za nią jest szary, bez wyrazu.
Już późno, nie słychać sąsiadów,
nie słychać nawet miasta Los Angeles.
Żeby tu dotrzeć, jechałem godzinami
autostradą 99 przez Grapevine
w górę do nieba. Kładę lewą rękę
na jej ramieniu, a ona się uśmiecha.
Co za świat, matka i syn
znajdują pociechę w Kalifornii
dokładnie tak jak nam mówiono,
pośród palm i całodobowych
supermarketów handlujących
o 2 w nocy podświetlonymi pomarańczami.
- Był sam - mówi matka, ale nie
dodaje: tak jak ja - i grał solo.
Co za świat, ten wielki człowiek, młodszy
od mojej matki o połowę lat, przychodzi
we śnie, żeby jej podarować
muzykę, którą ona, ocierając
łzy, przekazuje mnie, gdyż teraz
słyszę w ciszy muzykę świata i to słowo:
solo. Co za świat, kiedy przyjechałem,
wielka niecka gór kryła się w obłokach spalin,
morze rozpościerało się jak zatłuszczony
dywan, róże przywiezione przeze mnie
z Fresno więdły na siedzeniu obok i mogłem
zawrócić i zostać bez muzyki.


[wiersz w przekładzie Ewy Hryniewicz-Yarbrough z książki: Philip Levine Miasto marzeń. Wybór wierszy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, str. 31-32]