niedziela, 15 lipca 2012

Ekspedycja


W czwartek rano wydrukowane w lablabie zdjęcia (jak zwyke perfekcyjnie) wsadziłem w ramy, a zaraz w południe zostały zabrane do Wrocławia. I podczas tych oprawczych działań, całkiem dosłownie potraktowałem wskazujący palec u prawej ręki... Dopychając metalowe sztyfty, unieruchamiające plecy w oprawach, użyłem właśnie wspomnianego palca, a w takiej konfiguracji żelastwo momentalnie (i całkiem logicznie) wlazło mi pod paznokieć i do końca. Ból początkowo nie był specjalnie silny, ale już w nocy dał o sobie znać z wszelkimi szykanami. A więc, gorączka i opuchlizna, paznokieć w kolorze filetowym (moje dziecko twierdziło, że w "szarym"). Więc dwa ostatnie dni wyłączone z aktywności, a sam palec (jest już znacznie lepiej) wygląda teraz jak po charakteryzacji do "Nocy żywych trupów" ;)
Ale zdjęcia wyglądają OK. I ciszę się, że takiej postaci będą pokazane na wystawie "Urwany film" w BWA we Wrocławiu (wernisaż w najbliższy piątek, ZAPRASZAM!).









czwartek, 12 lipca 2012

POLSKA (2)



[Jak to leciało? Chyba jakoś tak:

A ja odczekuję ironiczną, gorzką
chwilę, krzywię się 
i triumfalnie zaprzeczam]

środa, 11 lipca 2012

POLSKA



30.04.1983
Kraków.
Kazimierz.
Ulica Kupa (skąd taka nazwa już kiedyś wyjaśniałem).
Aparat: Praktica FX-3 + obiektyw Carl Zeiss Jena Tessar 50mm, f. 2,8.
Film: ORWO NP22, wywołany w R09 (więc ziarno po zbóju).
A kogo przedstawia zdjęcie? 
No właśnie, to „pytanie konkursowe”.

poniedziałek, 9 lipca 2012

FACEBOOK (albo „klezmerzy na każdym kroku”)


Najpierw tekst, który znalazłem dzisiaj rano na Facebooku, udostępniony przez jedną z moich znajomych (Ania Makówka), autorstwa Jacka Ślusarczyka (który moim znajomym nie jest*):

Noc sobotnio-niedzielna, po koncercie na Szerokiej; nastrój nadprzyrodzonego święta, braterskiego spotkania. Dla tego magicznego doznania od piętnastu lat mieszkamy na Kazimierzu. Chcieliśmy mieszkać tutaj, w tym szczególnym i wyjątkowym miejscu w Polsce, gdzie Żydzi są - ufam - najzwyczajniej i najoczywiściej tymi którymi zawsze dla nas powinni być - naszymi bliźnimi, braćmi i siostrami. W miejscu, gdzie wysiłkiem wielu ludzi dobrej woli a przede wszystkim nieocenionego Janusza Makucha stworzono swoistą utopię: Polskę wolną od szaleństwa antysemityzmu. Wracamy w szampańskim nastroju z Placu Nowego do domu; na rogu Józefa i Bożego Ciała stoi grupa ludzi, rozpoznajemy wśród nich naszego przyjaciela- Uwe von Seltmana. Uwe jest czymś zdruzgotany i przygnębiony. Pytamy co się stało. Od Uwe i jego znajomych słyszymy rzeczy które sprowadzają nas do parteru. Znajomi Uwe są polskim Żydami, Polakami żydowskiego pochodzenia. Przyjechali do Krakowa na Festiwal Kultury Żydowskiej z różnych stron świata, także z Izraela, kilkanaście osób.
Po koncercie na Szerokiej poszli razem z Uwe do baru "Moment" na rogu Estery i Bożego Ciała, kwadrans po pierwszej. Kiedy usiedli razem przy stolikach jeden z kelnerów "Momentu" "poczęstował" ich na wpół głośnym powitaniem - "pierdoleni żydzi" po czym stwierdził, że jest późno i " nie będziemy już obsługiwać". W tym czasie " Moment" i pewnie wszystkie knajpy Kazimierza były tłumnie zatłoczone… Kiedy uraczeni przez kelnera "pierdolonym" powitaniem zaczęli głośno protestować zostali przez innych agresywnych kelnerów i kelnerki wyproszeni i na odchodne poczęstowani frazą "jebać żydów, żydzi do Izraela". Byli tak zszokowani działaniem kelnerów "Momentu", że woleli wyjść niż się kłócić. Zobaczyliśmy ludzi którzy byli w stanie traumy i histerii, na granicy płaczu. Jak ktoś kto będąc przed momentem w stanie euforii dostał pięścią w nos… Staliśmy bezradni pośród nich, nie bardzo wiedząc co i jak zaradzić. W końcu wraz z Uwe zaczęliśmy ich nakłaniać by poszli razem do komisariatu policji na Szeroką i powiadomili co się stało. Udało nam się ich przekonać. Wiem, że policja po jakimś czasie rzecz całą umorzy: "niska szkodliwość czynu" etc.. Ale my, mam nadzieję, mieszkańcy Krakowa i kazimierskiej utopii, nie umorzymy…

Nie będę się czepiać „magicznych doznań” i „kazimierskiej utopii”, natomiast opisany powyżej incydent to rzecz okropna, ale… czy tak naprawdę dla kogoś, kto mieszka w Polsce, w Krakowie i „od 15 lat na Kazimierzu” jest to jakimś zaskoczeniem? Napisy o treści „JEBAĆ ŻYDÓW” zwykle z rozwinięciem „SIEKIERAMI” albo coraz częściej „MACZETAMI” to krakowska norma. Wystarczy opuścić centrum miasta. I jakoś nie słyszałem, żeby policja czy prokuratura traktowała takie malowidła jako przestępstwo, żeby ścigano sprawców… A ponieważ przyglądam się zjawisku od trzech lat, mogę autorytatywnie stwierdzić, że tego rodzaju graffiti jest coraz więcej i przybierają coraz bardziej agresywną formę. Oczywiście całą sprawę można sprzątnąć pod dywan, jak robią to publicyści portali i gazet prawicowych, a także „mainstreamowa prasa” (to ich określenie gazet w rodzaju Wyborczej, Polityki, Wprost czy Newsweeka) i napisać, że to dzieło „hołoty”, „marginesu”, „kretynów”, „chuliganów”, czyli pewnej nielicznej grupy polskiego społeczeństwa. Ale tak wcale nie jest. Teraz powrócę do Facebooka, gdzie w popołudnie poprzedzające koncert na ulicy Szerokiej, znalazłem taką oto dyskusję (róż i cynober to moi znajomi)…

Facebook, Polska, 07.07.2012

-----
*W chwili pisania tego posta nie był.

sobota, 7 lipca 2012

Kino „Strumyk”


w Łaszczowie i w ramce ;)

09.01.2008

Podczas wczorajszego robienia skanów i obrabiania plików do druku na wystawę „Urwany film”, która 20 lipca otwiera się w BWA we Wrocławiu, pomyślałem sobie, czemu by nie zostawić na zdjęciu z Łaszczowa „magicznej” czarnej ramki... (od kolejnych „magicznych” działań, np. dodania winiety w Photoshopie czy rozbalansowania kolorów jednak się powstrzymałem).

Bardzo mnie cieszy udział we wrocławskiej wystawie, której kuratorem jej jest Łukasz Gorczyca. Przy jej okazji po raz kolejny zaprezentowane zostaną fotografie z projektu „Niewinne oko nie istnieje”, a w tym konkretnym przypadku, będą to cztery obiekty, jakich nie ma w zestawie zdjęć, wyprodukowanych przez Atlas Sztuki. Jak się nietrudno domyślić, są to budynki synagog, które po 1945 roku (i wcześniejszym zdewastowaniu przez Niemców), były przebudowane na kina. Widoczny na zdjęciu obiekt z Łaszczowa, nie był jednak synagogą (ta stoi po przeciwnej stronie ulicy Rycerskiej), a Bejt ha-midraszem, czyli domem nauki, gdzie obok pomieszczeń dydaktycznych mieściła się też sala modlitwy.
Oczywiście, tak jak w przypadku atlasowej wystawy, będą to wydruki archiwalne na papierze Hahnemuhle Photo Rag 308 i w rozmiarach 100x100cm (i oczywiście, i jak się tego należy domyślać, bez ramek...).

piątek, 6 lipca 2012

HERITO numer 7 (2012)


Już jest!!!


A wewnątrz m.in. mój tekst o albumach: Stefana Kiełszni „Ulica Nowa 3” i Maxa Kirnbergera „Fotografie getta: Lublin 1940”.

(…)
Publikacja obu albumów nie była specjalnie komentowana w mediach. Owszem, Fotografie getta otrzymały nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, lokalna lubelska prasa informowała o spotkaniach promocyjnych, ale próżno by szukać jakichś analiz materiału zawartego w obu wydawnictwach. Jest to dziwne, bo w przypadku prac Kirnbergera mamy jednak do czynienia z okiem zwycięzcy w wojnie i okupanta, więc zanim nazwie się jego fotografie „autentycznym fotoreportażem” (jak uczynił to prof. Tadeusz Radzik, nieżyjący już kierownik zakładu historii najnowszej UMCS), warto by się najpierw zastanowić, jakie były uwarunkowania wyboru motywów i sposobu ich prezentacji. Archiwum Kirnbergera, pozostające obecnie w posiadaniu Deutsches Historisches Museum, udostępnione zostało szerszemu gronu odbiorców przez tę właśnie instytucję. Sam autor (zmarły w 1983 r.) zdjęć z gett w Lublinie, Izbicy, Rzeszowie i Zamościu, a także fotografii z przedwojennych nazistowskich parad i parteitagów, nigdy nie zdecydował się na prezentację swoich diapozytywów, a przecież miał chyba rozeznanie, po procesie norymberskim, po późniejszych o dekadę rozprawach załóg Treblinki i Einsatzgruppen, po uprowadzeniu Adolfa Eichmanna i jego procesie w Tel Awiwie, jak ważnym zapisem dysponuje.

W przypadku fotografii Stefana Kiełszni lista problemów jest dłuższa. Przede wszystkim pojawia się pytanie o polski dokument fotograficzny sprzed 1939 roku, a ściślej rzecz ujmując o jego… zagadkową nieobecność. Czy więc wykonane w 1934 roku na lubelskim podzamczu zdjęcia żydowskich sklepów i firm, dom po domu, ulica po ulicy, należy uznać za prekursorski zapis w historii fotografii polskiej? Na pewno tak! Pozostają jednak pytania, dlaczego autor fotografii tak długo zwlekał z ich prezentacją, a później lekką ręką udostępniał swoje negatywy komu popadnie, co doprowadziło do istotnego rozproszenia kolekcji? Czym tak naprawdę się kierował, przystępując do pracy w 1934 roku, to znaczy w momencie – zgodnie z danymi z jego biografii – jego początków w tej dziedzinie? Materiał ujawniony przez Kiełsznię w 1977 roku ma wszystkie cechy świadomego działania artystycznego, jednakże nie wpłynął on zasadniczo na jego późniejszą działalność fotograficzną i właściwie przez niego samego nigdy nie został wyczerpująco skomentowany.
(…)

środa, 4 lipca 2012

Nowe


A właściwie to stare...

Nowe, lato 1992 (Nikon F-801s + AF Nikkor 50/1,4 + Ilford Delta 400)

20 lat temu wracając znad morza, zatrzymałem się na chwilę w miasteczku o nazwie Nowe (primo voto Neuenburg…)
Miałem ze sobą świeżo nabytego Nikon F-801s, więc po zaparkowaniu samochodu na tamtejszym rynku (w pobliżu zjawiskowo wyglądającego „Hotelu pod Orłem” – ciekawe, czy jeszcze istnieje?), zacząłem krążyć po ulicach.
Było już dosyć późno (wydaje mi się, że druga połowa sierpnia), pochmurnie ale ciepło. Ponieważ Nikona załadowałem Deltą 400, którą naświetlałem na 800 ASA, więc spokojnie mogłem robić zdjęcia z ręki (i tak właśnie postępowałem). Pisząc powyższe zdania, zdałem sobie nagle sprawę jak wiele w ciągu tych 20 lat się zmieniło. Nikon F-801s to mniej więcej odpowiednik modelu D700, ale jakości obrazu uzyskiwanego z ówczesnej Delty 400 (wkrótce potem pojawiła się modyfikacja tego filmu, a w okolicach 1998 trzecia wersja, produkowana do tej pory – rzeczywiście rewelacyjna), nie da się porównać do tego z cyfry… Mając wówczas D 700 w ręku, bez problemu (i bez szumów) mógłbym robić zdjęcia przy kilkukrotnie wyższym ISO… I z nieporównywalnie większą też łatwością…
Przy pomocy google maps zlokalizowałem ulice widoczne na zdjęciu. Arteria prostopadła do fotografującego, to ulica Grudziądzka. Uliczka z remontowaną Syreną Bosto nazywa się Mroczna (całkiem trafnie chyba…).
Architektura tych „kujawsko-pomorskich” miasteczek zawsze przyciągała moją uwagę, ale jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby je konsekwentnie fotografować… Niestety. I gdybym np. zrobił to dodatkowo w kolorze…
Pamiętam, że była to sobota i na którymś z programów leciała właśnie „Dynastia” (tzn. nie na „którymś”, tylko na TVP1, dopiero rok później powstał pierwszy prywatny kanał, czyli Polsat), a ponieważ okna były wszędzie pootwierane, mojemu spacerowi po Nowem, towarzyszyły kwestie wypowiadane przez Alexis, Blake’a i Krystle. Niezły dojazd.

poniedziałek, 2 lipca 2012

The 50 States Project & Andrew Borowiec


Na stronę tytułowego projektu trafiłem przypadkowo, szukając w sieci  wywiadów z Andrew Borowcem lub jego autorskich wypowiedzi. Idea przedsięwzięcia była prosta. Każdy autor/fotograf reprezentował jeden z 50 stanów USA i raz na dwa miesiące musiał zrobić zdjęcie na zadany temat. Tych zadań było 6 i miały one następujące tytuły:
„People”
„Habitat”
„Landscape”
„Industry”
„Entertainment”
„The American Dream”

Andrew Borowiec, "untilted" (The 50 States Project - 'People')
Czyli… jak to zwykle bywa w przypadku „zbiorówek”, wszystko zależy/zależało od tego kto się do zadanych tematów ustosunkowuje. No i jak się popatrzy na stronę „The 50 States Project” to widać, że było z tym różnie, ale na pewno z pozytywnym wyłączeniem Andrew Borowca. I w sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo to fotograf przedni (w Polsce raczej mało znany), mający na koncie siedem interesujących serii i cztery albumy. Borowiec fotografuje miejski i industrialny krajobraz (w projekcie reprezentuje stan Ohio) od ćwierćwiecza i generalnie unika przy tym sztafażu (więc koniecznie powinien odwiedzić nasz kochany kraj, żeby ktoś z rodzimych komentatorów fotografii mógł mu zadać to arcyważne pytanie: „Dlaczego na zdjęciach nie ma ludzi?”). W przypadku pierwszego zadania pt. „People” widzimy fotografię cmentarza z budynkiem fabryki opon na drugim planie i można to oczywiście uznać za pełne humoru (czarnego raczej...) wybrnięcie z tematu, ale też, biorąc pod uwagę obecną kondycję Cleveland w Ohio, a szerzej też stan w jakim się obecnie znajdują przemysłowe tereny USA, określane jako „Rust Belt”, to kadr ten jest idealnie trafiony, a stuletnia na oko hala zakładu Goodyeara z tła, nie znalazła się w nim przypadkiem.

Dalej też jest ciekawie. „Habitat” to dla Borowca dzielnica opuszczonych domów (z autorskiego przypisu dowiadujemy się, że w Cleveland jest ich 15.000), „Landscape” – typowy pejzaż developerskiego osiedla z chłodnią kominową elektrowni w tle, „Industry” – huta stali, która ma zostać zamknięta (piękny kadr!),  „Entertainment” – fasada pool baru, wreszcie „The American Dream”, to nieukończone osiedle mieszkaniowe – i znowu idealnie trafiony motyw. Ale czy jest w tym coś dziwnego? Bynajmniej, fotografując od lat tereny „Rust Belt”, Borowiec bardzo świadomie wybiera miejsca, motywy i krajobrazy. To co pokazuje, to nie tylko idealnie skonstruowane kadry, które mogą cieszyć oko widza swym kształtem, ale też pewien rodzaj... „topograficznej”  interpretacji.
 
 Andrew Borowiec, "Slavic Village, Cleveland" (The 50 States Project - 'Habitat')

 Andrew Borowiec, "Locust Point, Ohio" (The 50 States Project - 'Landscape')

 Andrew Borowiec, "Mingo Junction, Ohio" (The 50 States Project - 'Industry')

 Andrew Borowiec, "Untilted" (The 50 States Project - 'Entertainment')

Andrew Borowiec, "West 6th Street, Cleveland, 2010" (The 50 States Project - 'The American Dream')

niedziela, 1 lipca 2012

Północ


Norwegia, Lofoty, 2006

1 lipca.

W lipcu zawsze myślę o podróży na północ.

Większość populacji ciągnie w tym czasie na południe, a ja wolę północ.

Zdecydowanie. Północ i chłód, chłodne światło, północne słońce.

W 2006 roku wybraliśmy się do Norwegii i przejechaliśmy ponad 8000 kilometrów.

Chciałbym tam wrócić, ponieważ najdalej (na północ) dotarliśmy wtedy do Andenes, czyli poniżej Tromsø, nie mówiąc już o Nordkap.

piątek, 29 czerwca 2012

HERITO numer 6 (2012)


A w środku mój tekst „Wschodnie pogranicze w sepii lub bez” o albumach Henryka Poddębskiego i Zofii Chomętowskiej. Numer ukazał się jakoś pod koniec kwietnia, ale redakcja nieco zwlekała z aktualizacją swojej strony internetowej, więc stąd też moja mała zwłoka.
Lada chwila światło dzienne ujrzy kolejny numer krakowskiego kwartalnika, gdzie w tekście „Dokumentaliści mimo woli” piszę o zdjęciach (i albumach, świetnych!) Stefana Kiełszni oraz Maxa Kirnbergera.



(…)
Już sam układ albumu, którego części odpowiadają podziałowi przedwojennych wschodnich województw, już sam tytuł wysuwający na plan pierwszy sfotografowane terytorium, a nie autora zdjęć, sprawiają, że szansa zaprezentowania Henryka Poddębskiego, jako wybitnego fotografa została niniejszym częściowo pogrzebana. Poddębski nie czuł się za dobrze w gęstej zabudowie miejskiej, więc jego zdjęcia z Wilna lub Lwowa niczym specjalnym nie zachwycają, ale w książce ułożonej „dzielnicowo” musiały się znaleźć… Wszystkie fotografie reprodukowane w albumie pojawiają się w różnych odcieniach sepii, co zapewne w intencji redaktorów ma im przydać „archiwalnego” charakteru, gdy tymczasem autentyczne przedwojenne odbitki nie starzeją się w aż tak drastyczny sposób, a gdy weźmiemy pod uwagę, że część zdjęć prawdopodobnie zeskanowano z negatywów i poddano zabiegowi wyostrzenia w programie graficznym, ich sepiowa lub czasem zielonkawa tonacja jest przysłowiowym kwiatkiem do kożucha. Henryk Poddębski zasługuje na książkę stricte fotograficzną, wydrukowaną w regularnym duotonie np. z pantonem warm gray, jak albumy wspomnianego wcześniej Augusta Sandera lub (dlaczego nie?) Walkera Evansa, z którymi śmiało można go porównywać w dziedzinie fotografii krajobrazowej (mam na myśli zdjęcia Evansa z Pensylwanii, Zachodniej Virginii, Georgii i Alabamy z lat 30.) czy używając bardziej współczesnej terminologii – „topograficznej”.

Sięgając po wydany w 2011 roku przez Fundację Archeologia Fotografii album Zofii Chomętowskiej pt. „Polesie” i mając w pamięci opisany powyżej katalog błędów, jakie popełnione zostały podczas składania publikacji Henryka Poddębskiego, pełen byłem niepokoju. Znając dotychczasowe publikacje „Archeologii”, właściwie mogłem sobie darować te obawy, jednakże czytając wydawnicze zapowiedzi dotyczące książki Chomętowskiej oraz recenzje wystawy, która poprzedziła jej publikacje, dręczyło mnie pytanie, jak redaktorzy albumu, zawierającego przecież fotografie ze wschodniego pogranicza II RP, unikną syndromu tak dobrze rozwijającej się w ostatnich latach w naszym kraju „nostalgii kresowej”. W uniknięciu wspomnianej przypadłości pomógł na pewno sposób podejścia do archiwalnego materiału, nie opracowanego zresztą wcześniej i tylko w niewielkich porcjach publikowanego w przedwojennych czasopismach. To właśnie „archeologiczna” metoda pracy, by nawiązać do nazwy Fundacji, mająca na celu systematyzację poleskiego archiwum Chomętowskiej oraz ułożenie go w wizualną narrację, pozbawioną przekłamań i atrakcyjną dla osób niekoniecznie zainteresowanych fotografią, sprawiły, że wspomniana książka może być uznawana za wzór tego rodzaju edytorskich działań.
(…)

czwartek, 28 czerwca 2012

HOLENDERSKI PARADOKS, POLSKI...


W III tomie „Historii antysemityzmu” pod redakcją Leona Poliakova, w artykule pt. „Holenderski paradoks” autorstwa Philo Bregsteina, który poświęcony jest Holandii, znalazłem niniejszy - bardzo interesujący w polskim kontekście – fragment (str. 106-107):

W latach osiemdziesiątych odnotowano też, w zupełnie innym tym razem obszarze, wybryki chuligańskie o charakterze antysemickim. Podczas meczów Ajaxu Amsterdam z Feyenoordem Rotterdam wielokrotnie można było (i można nadal) usłyszeć hasła skandowane przez kibiców klubu z Rotterdamu, takie jak: „Ajax żydowski klub”, „Śmierć Żydom” albo „Ajax – do komory gazowej”. Ponadto kibice nosili antysemickie transparenty zarówno na stadionie, jak w mieście. Drużyna z Amsterdamu miała przed wojną rzeczywiście wielu graczy żydowskiego pochodzenia, co zmieniło się, rzecz jasna, całkowicie po 1945 r. Jednak taki wizerunek klubu wydaj się  niezniszczalny.
Podczas wojny w Libanie transparenty kibiców Feyenoordu przypominały transparenty manifestantów antyizraelskich. Nazwa Ajax była na nich zniekształcona w taki sposób, że litery „A” wyglądały jak gwiazda Dawida, a litera „X” przypominała swastykę. Po protestach ze strony STIBA, klub Feyenoord wyraźnie polecił swoim kibicom na łamach wydawanego dla nich pisma, żeby powstrzymali się od wszelkich przejawów antysemityzmu. Policja i wymiar sprawiedliwości, z pewnym wprawdzie ociąganiem, doprowadziły jednak w końcu do tego, że przez kilka lat panował względny spokój.

W 1987 r. antysemityzm jednak znowu pojawił się na stadionach. Kibice wprowadzili pewne innowacje, wydając małpie okrzyki pod adresem czarnych piłkarzy oraz imitując dźwięk ulatniającego się gazu na widok żydowskich przeciwników. prezes Feyenoordu starał się zminimalizować znaczenie haseł wykrzykiwanych przez kibiców, takich jak: „Polujemy na Żyda”, ponieważ według niego, „Ajax afiszuje się jako żydowski klub”. A to dlatego, że próbując przeciwstawić się „stadionowemu antysemityzmowi”, kibice  Ajaxu wymachiwali z kolei izraelskimi flagami. W marcu 1987 r. miały miejsce poważne incydenty, kiedy w pobliżu stadionu w Amsterdamie kibice klubu z Hagi wygrażali mieszkańcom i wyciągali ręce w hitlerowskim pozdrowieniu pod oknami, w których można było dostrzec menorę (chanukiję). Następne spotkanie między tymi dwoma klubami odwołano, a burmistrza Amsterdamu zakazał na jakiś czas wstępu do miasta klubowi z Hagi. W październiku 1989 r., w wyniku eksplozji bomby na trybunach stadionu, zostało rannych dziewiętnaście osób, a w 1999 r. w jedno ze spotkań zostało odwołane z obawy przed zamachem.

Pomimo coraz bardziej energicznych interwencji policji i wymiaru sprawiedliwości, nadal mają miejsce nieraz poważne incydenty. W kilku pojedynczych przypadkach odkryto powiązania pomiędzy kibicami z Holandii, Belgii i Wielkiej Brytanii, których łączą te same sympatie neonazistowskie. Wciąż nie widomo, czy związki te są dziełem przypadku, lecz zwykle odrzuca się hipotezę, zgodnie z którą większość kibiców miałaby być sympatykami skrajnej prawicy. „Stadionowy antysemityzm” wywołał liczne dyskusje w prasie, gdzie zjawisko to jest raczej postrzegane jako „prowokujące zachowania”, które należy wyraźnie odróżnić od „prawdziwego antysemityzmu”. Mówi się zatem raczej o „problemach społecznych” wyrażanych przez zbuntowaną młodzież, która „atakuje obowiązujące tabu”.

  2012-06-28  07:29 (Samsung S5610)
 2012-06-28  07:37 (Samsung S5610)

środa, 27 czerwca 2012

Inna po prostu tradycja, inna tolerancja.


Ze świetnego tomu próz/szkiców „Kopenhaga” Grzegorza Wróblewskiego:

*     *     *

   Wystawa duńskiej Fotografii prasowej. Lata 1900-1998. Wiele zaskakujących momentów. (Ołowiany tornister duńskiego narodu!) Lata upadków i wzlotów… Wzruszające zdjęcie wykonane na początku stulecia w kopenhaskim zoo. Tamilska rodzina (egzotyczne stroje i awangardowe fryzury) prezentuje się duńskiej publiczności. W pobliżu hipopotamów, jaszczurek, człekokształtnych małp. W tamtych czasach było to ponoć normalne. Indianie, Murzyni – etniczne spektakle w zoologicznych ogrodach!
    I z podobnego czasu; zdjęcie kopenhaskiej kurwy czatującej w oknie na upragnionego klienta. Wyjaśnienie pod fotografią: w przypadku pojawienia się zainteresowanego w oknie kurwy ukazywała się opuszczona do połowy duńska flaga („Zajęte!”). Bardzo praktyczny sygnał i nikt jakoś nie wpadł na pomysł, że to zniewaga państwa itd. Inna po prostu tradycja, inna tolerancja.

wtorek, 26 czerwca 2012

SUBURBIA MEXICANA




Alejandro Cartagena z cyklu Suburbia Mexicana - Fragmented Cities

Któryś z moich „znajomych” z Facebooka „polubił” stronę FotoAntykwariat.pl, więc zajrzałem pod ten adres, a tam wśród sporej liczby fotograficznych albumów zobaczyłem książkę Alejandro Cartageny pt. „Suburbia Mexicana”. Nie wiedziałem, że już wyszła, a „już” w tym przypadku oznacza... jesień 2011. Na fotografie Cartageny natrafiłem jakiś czas temu przez linka ze strony Jeffa Brouwsa. Tytułowe suburbia to przedmieścia Monterey. Pracując nad tym projektem, który miał pokazywać zjawisko suburbanizacji oraz wpływ neoliberalnej gospodarki na meksykański krajobraz, Cartagena skoncentrował się na pięciu zagadnieniach, opatrzonych następującymi tytułami:

- Fragmented Cities
- Lost Rivers
- The Other Distance
- Urban Holes
- People of Suburbia


Alejandro Cartagena, z cyklu Suburbia Mexicana - Lost Rivers
 
Mamy tu więc do czynienia z przemyślanym i kompleksowym działaniem, które zmierza do sporządzenia rodzaju wizualnej monografii problemu suburbiów. Z tego zestawu największe wrażenie zrobiły na mnie „rozdrobnione miasta” i „zaginione rzeki”, ale też dlatego, że same w sobie motywy te są niewątpliwie fotogeniczne. Nie do końca przekonuje mnie rozdział trzeci, no ale oglądane tutaj nowobogackie przestrzenie San Pedro Garza Garzia, nie wyglądają jakoś specjalnie pociągająco, jakkolwiek są ważnym kontrapunktem dla pozostałych części projektu.
Zjawisko suburbanizacji, obecne też w Polsce (wystarczy popatrzeć na rozrastające się przedmieścia Warszawy, Krakowa, Poznania czy Gdańska), poza „Nową Warszawą” Jędrzeja Sokołowskiego, nie ma właściwie u nas wizualnej reprezentacji. A ten proces, który jest nowotworem żerującym na tkance miast, ma się doskonale. Deweloperzy kupują podmiejskie grunty za bezcen, stawiają na nich tandetnie wykonane szeregowce, które następnie kupowane są przez ludzi, których nie stać na metry kwadratowe w mieście. Wszystko to jest oczywiście możliwe dzięki bankowym kredytom, a potem okazuje się, że z tych suburbiów trzeba jakoś dojechać do pracy czy szkoły, najlepiej samochodem, a szlaków komunikacyjnych, które sprostałyby wzmożonemu ruchowi nie wybudowano, bo wszystkie te osiedla powstają poza miejskimi planamim zagospodarowania...


Alejandro Cartagena z cyklu Suburbia Mexicana - Poeople of Suburbia

Dwa zdjęcia z ostatniej części projektu Cartageny, która ma tytuł People o Suburbia i gdzie faktycznie widać mieszkańców fotografowanych przedmieść (chociaż na wybranych przez mnie kadrach nie są oni na pierwszym planie), dość dobrze pokazują - jak myślę - celność i jakość działania meksykańskiego fotografa. Krajobraz widoczny na pierwszym ujęciu, to taki typowy współczesny i przedmiejski teren bez właściwości, za to z gąszczem reklam korporacyjnych instytucji handlowych, który - po zamienieniu tychże na rodzime - spokojnie moglibyśmy przypisać do podwarszawskiego Legionowa lub Białołęki. Zdjęcie drugie wykonane późno popołudniową porą i przy długim czasie ekspozycji, ma klimat typowy dla „wieczornych pejzaży” i powiedzmy, że nieco nostalgiczny, ale też widzimy tutaj sporo, np. przytłaczającą szeregową zabudowę, która ciągnie się aż po górzysty horyzont i dojmującą pustkę ziejącą z tej przestrzeni... Cartagena konstruuje swoje kadry w atrakcyjny wizualnie sposób, tak że, spokojnie mogą one zafunkcjonować np. w obiegu galeryjnym, ale też dba o to, co - w sensie znaczeniowym - na nich widać. Wybór fotografowanych motywów nie jest więc tutaj przypadkowy, ale też nie podyktowany względami wyłącznie - nazwijmy je tak - „estetycznymi”.




W opublikowanym albumie (Daylight Books & Photolucida) fotografii jest tylko 36, a ich układ nie odzwierciedla tego, co możemy zobaczyć na autorskiej stronie Alejandro Cartageny. Czyli ta pierwotna pięcioczęściowa narracja, gdzie mocna daje znać o sobie jego krytyczne i analityczne spojrzenie, została jednak złagodzona... Niestety.

niedziela, 24 czerwca 2012

POL-SKA BIAŁO-CZERWONI


Kraków, ul. Krowoderskich Zuchów, 25.05.2012

I tak się to wszystko ładnie w barwy narodowe układa...

Tymczasem w świeżo nabytym III tomie Historii antysemityzmu. 1945-1993 pod redakcją Léona Poliakova (Universitas wycenił to wydawnictwo na absurdalnym poziomie 70 PLN,  a po dwóch latach w taniej książce cena spadła do 20 zeta), w artykule autorstwa Paula Zawadzkiego, który jest poświęcony Polsce, czytam co następuje (str. 230-231):

Oskarżanie władzy (czy opozycji) lub po prostu przeciwnika o to, że jest Żydem, to motyw stale pojawiający się w polskim życiu politycznym od końca XIX w. Mit żydokomuny i jego różne wersje poprzedzają o pół wieku objęcie władzy w Polsce przez komunistów. Dla niektórych autorów z początku wieku Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy była jedynie nacjonalistyczną agendą żydowską kierowaną przez „socjalitwactwo”. Celowo mieszając to, co przynależy do sfery polityki z tym,  co przynależy do sfery kultury, styg matyzacja judeofobiczna, ma w polityce tę wygodną cechę, że zawsze można było znaleźć jakichś Żydów po obu stronach barykady. „już [...] w pierwszych latach komunizmu nie tyle Żyd był wrogiem, co wróg był Żydem” (K. Kersten). Gdy w czasie odwilży  w 1956 r. frakcja partyjna zwana „Natolinem”, która chciała być uważana za „czystą rasowo”, nazywała swoich liberalnych przeciwników Żydami, obarczając ich odpowiedzialnością za stalinizm, część społeczeństwa, nie wgłębiając się w te walki na szczycie, uznawała po prostu, że reżim stalinowski jest reżimem żydowskim. Podobnie w latach 1967-1968 czystka wewnętrzna  w partii dokonała się pod hasłem polowania na Żydów stalinowskich, a partyzanci, spadkobiercy natolińczyków z 1956 r., potępiali stalinizm drugiej części tego samego aparatu.  Gdy przedstawiciele opozycji w drugiej połowie lat 70., w szczególności Komitet Obrony Robotników (KOR), byli często piętnowani przez milicję jako Żydzi lub ofiary syjonistycznej manipulacji, w każdym razie osoby prowadzące działalność antypolską, w łonie Solidarności nie zabrakło prawdziwych Polaków, którzy wskazywali i potępiali Żydów w polskim rządzie lub uznawali, że znak pierwszego zjazdu związku przypominał gwiazdę Dawida. Po zamachy stanu z 13 grudnia 1981 r. przeprowadzonym pod hasłem mniejszego zła dla ojczyzny przez gen. Jaruzelskiego, ściany domów przy alei Nowy Świat pokryły graffiti „KOR = Żydzi”. Plakaty rozklejane przez służby bezpieczeństwa przedstawiały Geremka odbierającego przez telefon instrukcje od izraelskiego rabina, a w audycji w Polskim Radiu Warszawa z 15 grudnia poświęconej neoendeckiej publikacji Samoobrona Polska ujawniono „prawdziwe” nazwisko matki Geremka, określanego mianem szarej eminencji Solidarności. Nawet duchowni katoliccy zaangażowani w dialog z judaizmem, a zwłaszcza ci, którzy odpowiadali się za przeniesieniem karmelitanek, byli nieuchronnie judaizowani przez obrońców Polski katolickiej, tak jakby każdy konflikt społeczny musiał być starciem wyłącznie wspólnot etnicznych czy „tych z grupy” i „tych spoza grupy”.