a konkretnie w przypadku tej imprezy, jedno zdjęcie, jedno z moich ulubionych zresztą, z miasteczka Kargowa w Lubuskiem, prezentowane podczas Magazineson the Wall: 10 projects on Migration. Budynek w Kargowej został tak mocno przebudowany na początku lat 80., że stojąc frontalnie przed jego elewacją trudno jest rozpoznać dawną funkcję tego obiektu.
piątek, 20 lipca 2012
czwartek, 19 lipca 2012
„URWANY FILM” we Wrocławiu
I zdjęcie przedstawiające dawną synagogę w Działdowie*, które obok trzech innych prac z projektu „Niewinne oko nie istnieje”, bierze udział w tej wystawie. Wernisaż już jutro o godzinie 20:00. ZAPRASZAM!
27.09.2008
URWANY FILM
Momenty kinematograficzne w sztuce polskiej
od 20 lipca do 23 września 2012
od 20 lipca do 23 września 2012
galeria Awangarda
wystawa w ramach The Happy End. Sceny artystycznej 12. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty
kurator wystawy: Łukasz Gorczyca / galeria RASTER
wystawa w ramach The Happy End. Sceny artystycznej 12. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty
kurator wystawy: Łukasz Gorczyca / galeria RASTER
Udział biorą: Paweł Althamer, Azorro, Anna Baumgart, Agata Bogacka, Olaf Brzeski, Michał Budny, Oskar Dawicki, Aneta Grzeszykowska, Piotr Jaros, Łukasz Jastrubczak, Igor Krenz, Zbigniew Libera, Marcin Maciejowski, Przemysław Matecki, Bartek Materka, Zbigniew Rogalski, Szymon Rogiński, Wilhelm Sasnal, Jadwiga Sawicka, Wojciech Wilczyk oraz gościnnie Łukasz Ronduda
Wystawa zaczyna się tam gdzie filmy na ogół się kończą – od słów “The End” i napisów końcowych. Wszystko co dzieje się dalej to zainspirowana obrazami filmowymi projekcja pamięci i wyobraźni. Na wystawę “Urwany film” składają się prace współczesnych polskich artystów zainspirowane kinematografią, poetyką obrazu filmowego bądź konkretnymi dziełami i tematami filmowymi, ale operujące obrazem nieruchomym: fotografią, malarstwem, rzeźbą, albo słowem i dźwiękiem. Interesują nas więc nie tyle historie filmowe co zatrzymane w czasie momenty, to w jaki sposób doświadczenie kina przekłada się i inspiruje tradycyjne media artystyczne. “Urwany film” to film sprzed czasów wynalezienia taśmy filmowej, a zarazem próba wyobrażenia sobie kina po jego końcu, przywołania zapamiętanych (nie zawsze dokładnie) obrazów i przeżyć.
Tytuł wystawy w niedwuznaczny sposób sugeruje sytuację końca, chwilowej albo ostatecznej utraty świadomości. Do tego wątku nawiązuje kilka znaczących prac prezentowanych na wystawie, w tym nowe fotografie Zbigniewa Libery. To utrzymana, w apokaliptycznej, filmowej estetyce relacja z przyszłości, przepowiednia artysty będąca krytyczną analizą współczesności, ale też samej sztuki i nieustannie towarzyszącej jej tęsknoty za kreowaniem rzeczywistości.
“Urwany film” zmontowany z prac kilkunastu artystów składa się z kolejnych sekwencji poświęconych różnym aspektom doświadczenia kinematograficznego: kino, afisz, projekcja, slow motion, aktorzy i statyści, filmy mówione, czas apokalipsy.
-----
* Działdowo, synagoga, ul. Władysława Jagiełły 22
Wzniesiona w 1874 przez kupca Isidora Bütowa przy głównej ulicy prowadzącej z dworca kolejowego w kierunku rynku starego miasta. Orientowany budynek synagogi powstał na planie wydłużonego prostokąta. Zachowała się jego bryła, kształt dachu oraz detale architektoniczne. Wewnątrz na ścianach znajdowały się podobno polichromie autorstwa Jehudy Lejba. W czasie II wojny przebudowana na kino (po 1945 o nazwie „Apollo”), które mieściło się tutaj do 1993. Później opuszczona. Od 2002 dom handlowy.
środa, 18 lipca 2012
Łukasz Korolkiewicz „Ściana”
Jechałem
sobie wczoraj na spotkanie do MOCAK-u, patrzę przez okno (bo jechałem
samochodem, jak klasyczny polski burak, a miasto letnio wymiecione z
mieszkańców i można by śmignąć na rowerze...) i nagle widzę ten dom z obrazu Łukasza Korolkiewicza. Bo Korolkiewicz
we wczesnych latach 80. namalował ślepą ścianę domu, stojącego przy ulicy Przy Moście w Krakowie. Na tej ślepej ścianie przez lata widniała olbrzymia
reklama firmy PEPSI, namalowana chyba jeszcze w latach 70., a ponieważ jej nie
odnawiano i nie zamalowano, a ona sama kapitalnie spłowiała, więc w latach 80.,
a potem w 90. ten fragment miasta, widoczny doskonale z bulwarów wiślanych oraz
mostu Piłsudskiego, wyglądał zjawiskowo i cokolwiek nierealnie.
Obraz
Korolkiewicza zobaczyłem po raz pierwszy w galerii „Inny Świat”, założonej i
prowadzonej przez dwóch krakowskich krytyków: Tadeusza Nyczka oraz Macieja
Szybista, gdzie pokazywali oni zwykle wprostowców ze Zbylutem Grzywaczem na
czele, Henryka Wańka, Leszka Sobockiego i także Łukasza Korolkiewicza. Prawdę
mówiąc, lubiłem tam przychodzić w przerwach między zajęciami, ponieważ zawsze
można było posłuchać jakiejś fajnej opery w dobrym wykonaniu (właściciele byli
melomanami), a w latach 80. słuchanie fajnych oper w dobrym wykonaniu nie było
wcale takie proste i oczywiste jak teraz…
Wracając do obrazu z ulicy Przy Moście, to od razu mi się spodobał i od razu też pożałowałem, że sam wcześniej nie zrobiłem zdjęcia tego miejsca. Bo przechodziłam tam wielokrotnie i z każdym razem, myślałem sobie, że „warto by może to sfotografować” i tak samo myślałem też w latach 90, oglądając mocno spłowiałe litery koncernu, który swoim produktem pierwotnie celował w czarnoskórą klientelę („pepsi” to było w latach 30. określenie równie pogardliwe jak „negro”, Coca-Cola oczywiście była skierowana dla „whities”), aż wreszcie do ślepej ściany w okolicach millenium dostawiono budynek mieszkalno-biurowy.
Wracając do obrazu z ulicy Przy Moście, to od razu mi się spodobał i od razu też pożałowałem, że sam wcześniej nie zrobiłem zdjęcia tego miejsca. Bo przechodziłam tam wielokrotnie i z każdym razem, myślałem sobie, że „warto by może to sfotografować” i tak samo myślałem też w latach 90, oglądając mocno spłowiałe litery koncernu, który swoim produktem pierwotnie celował w czarnoskórą klientelę („pepsi” to było w latach 30. określenie równie pogardliwe jak „negro”, Coca-Cola oczywiście była skierowana dla „whities”), aż wreszcie do ślepej ściany w okolicach millenium dostawiono budynek mieszkalno-biurowy.
Szukałem
tego obrazu potem w internecie, ale Łukasz Korolkiewicz nie ma swojej strony i
w ogóle nie jest jakoś specjalnie reprezentowany w sieci (szkoda) i jakież było
moje zdumienie, gdy podczas prezentacji „Niewinnego oka” w Centrum Sztuki
Współczesnej w Radomiu w 2011 roku, zobaczyłem to poszukiwane płótno na wystawie towarzyszącej
mojej własnej ekspozycji… Obraz nie ma dużych rozmiarów, zapamiętałem go jednak
jako typową hiperrealistyczną wedutę, gdzie metr długości w pionie to ciągle
mało. Fajna rzecz, szkoda, że Korolkiewicz częściej nie brał się właśnie za takie tematy w PRL-u (mógł sobie natomiast spokojnie darować malowanie tych kwietnych krzyży ze stanu wojennego).
wtorek, 17 lipca 2012
poniedziałek, 16 lipca 2012
Mojżesz Worobiejczyk „Ein Ghetto im Osten – Wilna”
Opisywana post wcześniej „historia palca” sprawiła, że na kilka dni wypadłem z obiegu i teraz muszę nadrabiać zaległości (jest lepiej, natomiast co do podobieństwa głównego bohatera do charakteryzacji stosowanej w „Nocy żywych trupów” - bez zmian...). No więc siedzę i kończę tekst o Mojżeszu Worobiejczyku dla Herito. Ze sporą przyjemnością, bo i autor i jego zdjęcia oraz fotomontaże z dzielnicy żydowskiej w Wilnie (1929), to prawdziwa rewelacja! I ciekawe jest też to, że Worobiejczyk, występujący także pod artystycznym pseudonimem Moï Ver, nie jest jakoś specjalnie w naszym kraju znany... A trzeba np. wiedzieć (tzn. wypadałoby), że w roku 1931 szwajcarsko-niemieckie wydawnictwo Orell Füssli Verlag w swojej popularnej i wysokonakładowej serii schaubüchów wydało albumik pt. „Ein Ghetto in Osten – Wilna”, gdzie znalazło się 65 fotografii i fotomontaży Worobiejczyka, zaś wstęp do tej publikacji wyszedł spod pióra nie byle kogo, a Zalmana Shneoura, poety oraz prozaika piszącego po hebrajsku i w jidysz (a w tamtym czasie przeżywającego prawdziwy szczyt popularności za sprawą publikacji krótkich opowiadań na łamach, wydawanego w jidysz nowojorskiego dziennika Forverts). Poniżej okładka tego niezwykłego wydawnictwa:
niedziela, 15 lipca 2012
Ekspedycja
W czwartek rano wydrukowane w lablabie zdjęcia (jak zwyke perfekcyjnie) wsadziłem w ramy, a zaraz w południe zostały zabrane do Wrocławia. I podczas tych oprawczych działań, całkiem dosłownie potraktowałem wskazujący palec u prawej ręki... Dopychając metalowe sztyfty, unieruchamiające plecy w oprawach, użyłem właśnie wspomnianego palca, a w takiej konfiguracji żelastwo momentalnie (i całkiem logicznie) wlazło mi pod paznokieć i do końca. Ból początkowo nie był specjalnie silny, ale już w nocy dał o sobie znać z wszelkimi szykanami. A więc, gorączka i opuchlizna, paznokieć w kolorze filetowym (moje dziecko twierdziło, że w "szarym"). Więc dwa ostatnie dni wyłączone z aktywności, a sam palec (jest już znacznie lepiej) wygląda teraz jak po charakteryzacji do "Nocy żywych trupów" ;)
Ale zdjęcia wyglądają OK. I ciszę się, że takiej postaci będą pokazane na wystawie "Urwany film" w BWA we Wrocławiu (wernisaż w najbliższy piątek, ZAPRASZAM!).
czwartek, 12 lipca 2012
POLSKA (2)
[Jak to leciało? Chyba jakoś tak:
A ja odczekuję ironiczną, gorzką
chwilę, krzywię się
i triumfalnie zaprzeczam]
środa, 11 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
FACEBOOK (albo „klezmerzy na każdym kroku”)
Najpierw tekst, który znalazłem dzisiaj rano na Facebooku, udostępniony przez jedną z moich znajomych (Ania Makówka), autorstwa Jacka Ślusarczyka (który moim znajomym nie jest*):
Noc sobotnio-niedzielna, po koncercie na Szerokiej; nastrój nadprzyrodzonego święta, braterskiego spotkania. Dla tego magicznego doznania od piętnastu lat mieszkamy na Kazimierzu. Chcieliśmy mieszkać tutaj, w tym szczególnym i wyjątkowym miejscu w Polsce, gdzie Żydzi są - ufam - najzwyczajniej i najoczywiściej tymi którymi zawsze dla nas powinni być - naszymi bliźnimi, braćmi i siostrami. W miejscu, gdzie wysiłkiem wielu ludzi dobrej woli a przede wszystkim nieocenionego Janusza Makucha stworzono swoistą utopię: Polskę wolną od szaleństwa antysemityzmu. Wracamy w szampańskim nastroju z Placu Nowego do domu; na rogu Józefa i Bożego Ciała stoi grupa ludzi, rozpoznajemy wśród nich naszego przyjaciela- Uwe von Seltmana. Uwe jest czymś zdruzgotany i przygnębiony. Pytamy co się stało. Od Uwe i jego znajomych słyszymy rzeczy które sprowadzają nas do parteru. Znajomi Uwe są polskim Żydami, Polakami żydowskiego pochodzenia. Przyjechali do Krakowa na Festiwal Kultury Żydowskiej z różnych stron świata, także z Izraela, kilkanaście osób.
Po koncercie na Szerokiej poszli razem z Uwe do baru "Moment" na rogu Estery i Bożego Ciała, kwadrans po pierwszej. Kiedy usiedli razem przy stolikach jeden z kelnerów "Momentu" "poczęstował" ich na wpół głośnym powitaniem - "pierdoleni żydzi" po czym stwierdził, że jest późno i " nie będziemy już obsługiwać". W tym czasie " Moment" i pewnie wszystkie knajpy Kazimierza były tłumnie zatłoczone… Kiedy uraczeni przez kelnera "pierdolonym" powitaniem zaczęli głośno protestować zostali przez innych agresywnych kelnerów i kelnerki wyproszeni i na odchodne poczęstowani frazą "jebać żydów, żydzi do Izraela". Byli tak zszokowani działaniem kelnerów "Momentu", że woleli wyjść niż się kłócić. Zobaczyliśmy ludzi którzy byli w stanie traumy i histerii, na granicy płaczu. Jak ktoś kto będąc przed momentem w stanie euforii dostał pięścią w nos… Staliśmy bezradni pośród nich, nie bardzo wiedząc co i jak zaradzić. W końcu wraz z Uwe zaczęliśmy ich nakłaniać by poszli razem do komisariatu policji na Szeroką i powiadomili co się stało. Udało nam się ich przekonać. Wiem, że policja po jakimś czasie rzecz całą umorzy: "niska szkodliwość czynu" etc.. Ale my, mam nadzieję, mieszkańcy Krakowa i kazimierskiej utopii, nie umorzymy…
Nie będę się czepiać „magicznych doznań” i „kazimierskiej utopii”, natomiast opisany powyżej incydent to rzecz okropna, ale… czy tak naprawdę dla kogoś, kto mieszka w Polsce, w Krakowie i „od 15 lat na Kazimierzu” jest to jakimś zaskoczeniem? Napisy o treści „JEBAĆ ŻYDÓW” zwykle z rozwinięciem „SIEKIERAMI” albo coraz częściej „MACZETAMI” to krakowska norma. Wystarczy opuścić centrum miasta. I jakoś nie słyszałem, żeby policja czy prokuratura traktowała takie malowidła jako przestępstwo, żeby ścigano sprawców… A ponieważ przyglądam się zjawisku od trzech lat, mogę autorytatywnie stwierdzić, że tego rodzaju graffiti jest coraz więcej i przybierają coraz bardziej agresywną formę. Oczywiście całą sprawę można sprzątnąć pod dywan, jak robią to publicyści portali i gazet prawicowych, a także „mainstreamowa prasa” (to ich określenie gazet w rodzaju Wyborczej, Polityki, Wprost czy Newsweeka) i napisać, że to dzieło „hołoty”, „marginesu”, „kretynów”, „chuliganów”, czyli pewnej nielicznej grupy polskiego społeczeństwa. Ale tak wcale nie jest. Teraz powrócę do Facebooka, gdzie w popołudnie poprzedzające koncert na ulicy Szerokiej, znalazłem taką oto dyskusję (róż i cynober to moi znajomi)…
Facebook, Polska, 07.07.2012
-----
*W chwili pisania tego posta nie był.
sobota, 7 lipca 2012
Kino „Strumyk”
w Łaszczowie i w ramce ;)
09.01.2008
Podczas wczorajszego robienia skanów i obrabiania plików do druku na wystawę „Urwany film”, która 20 lipca otwiera się w BWA we Wrocławiu, pomyślałem sobie, czemu by nie zostawić na zdjęciu z Łaszczowa „magicznej” czarnej ramki... (od kolejnych „magicznych” działań, np. dodania winiety w Photoshopie czy rozbalansowania kolorów jednak się powstrzymałem).
Bardzo mnie cieszy udział we wrocławskiej wystawie, której kuratorem jej jest Łukasz Gorczyca. Przy jej okazji po raz kolejny zaprezentowane zostaną fotografie z projektu „Niewinne oko nie istnieje”, a w tym konkretnym przypadku, będą to cztery obiekty, jakich nie ma w zestawie zdjęć, wyprodukowanych przez Atlas Sztuki. Jak się nietrudno domyślić, są to budynki synagog, które po 1945 roku (i wcześniejszym zdewastowaniu przez Niemców), były przebudowane na kina. Widoczny na zdjęciu obiekt z Łaszczowa, nie był jednak synagogą (ta stoi po przeciwnej stronie ulicy Rycerskiej), a Bejt ha-midraszem, czyli domem nauki, gdzie obok pomieszczeń dydaktycznych mieściła się też sala modlitwy.
Oczywiście, tak jak w przypadku atlasowej wystawy, będą to wydruki archiwalne na papierze Hahnemuhle Photo Rag 308 i w rozmiarach 100x100cm (i oczywiście, i jak się tego należy domyślać, bez ramek...).
piątek, 6 lipca 2012
HERITO numer 7 (2012)
Już jest!!!
A wewnątrz m.in. mój tekst o albumach: Stefana Kiełszni „Ulica Nowa 3” i Maxa Kirnbergera „Fotografie getta: Lublin 1940”.
(…)
Publikacja obu albumów nie była specjalnie komentowana w mediach. Owszem, Fotografie getta otrzymały nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, lokalna lubelska prasa informowała o spotkaniach promocyjnych, ale próżno by szukać jakichś analiz materiału zawartego w obu wydawnictwach. Jest to dziwne, bo w przypadku prac Kirnbergera mamy jednak do czynienia z okiem zwycięzcy w wojnie i okupanta, więc zanim nazwie się jego fotografie „autentycznym fotoreportażem” (jak uczynił to prof. Tadeusz Radzik, nieżyjący już kierownik zakładu historii najnowszej UMCS), warto by się najpierw zastanowić, jakie były uwarunkowania wyboru motywów i sposobu ich prezentacji. Archiwum Kirnbergera, pozostające obecnie w posiadaniu Deutsches Historisches Museum, udostępnione zostało szerszemu gronu odbiorców przez tę właśnie instytucję. Sam autor (zmarły w 1983 r.) zdjęć z gett w Lublinie, Izbicy, Rzeszowie i Zamościu, a także fotografii z przedwojennych nazistowskich parad i parteitagów, nigdy nie zdecydował się na prezentację swoich diapozytywów, a przecież miał chyba rozeznanie, po procesie norymberskim, po późniejszych o dekadę rozprawach załóg Treblinki i Einsatzgruppen, po uprowadzeniu Adolfa Eichmanna i jego procesie w Tel Awiwie, jak ważnym zapisem dysponuje.
W przypadku fotografii Stefana Kiełszni lista problemów jest dłuższa. Przede wszystkim pojawia się pytanie o polski dokument fotograficzny sprzed 1939 roku, a ściślej rzecz ujmując o jego… zagadkową nieobecność. Czy więc wykonane w 1934 roku na lubelskim podzamczu zdjęcia żydowskich sklepów i firm, dom po domu, ulica po ulicy, należy uznać za prekursorski zapis w historii fotografii polskiej? Na pewno tak! Pozostają jednak pytania, dlaczego autor fotografii tak długo zwlekał z ich prezentacją, a później lekką ręką udostępniał swoje negatywy komu popadnie, co doprowadziło do istotnego rozproszenia kolekcji? Czym tak naprawdę się kierował, przystępując do pracy w 1934 roku, to znaczy w momencie – zgodnie z danymi z jego biografii – jego początków w tej dziedzinie? Materiał ujawniony przez Kiełsznię w 1977 roku ma wszystkie cechy świadomego działania artystycznego, jednakże nie wpłynął on zasadniczo na jego późniejszą działalność fotograficzną i właściwie przez niego samego nigdy nie został wyczerpująco skomentowany.
(…)
środa, 4 lipca 2012
Nowe
20 lat temu wracając znad morza, zatrzymałem się na chwilę w miasteczku o nazwie Nowe (primo voto Neuenburg…)
Miałem ze sobą świeżo nabytego Nikon F-801s, więc po zaparkowaniu samochodu na tamtejszym rynku (w pobliżu zjawiskowo wyglądającego „Hotelu pod Orłem” – ciekawe, czy jeszcze istnieje?), zacząłem krążyć po ulicach.
Było już dosyć późno (wydaje mi się, że druga połowa sierpnia), pochmurnie ale ciepło. Ponieważ Nikona załadowałem Deltą 400, którą naświetlałem na 800 ASA, więc spokojnie mogłem robić zdjęcia z ręki (i tak właśnie postępowałem). Pisząc powyższe zdania, zdałem sobie nagle sprawę jak wiele w ciągu tych 20 lat się zmieniło. Nikon F-801s to mniej więcej odpowiednik modelu D700, ale jakości obrazu uzyskiwanego z ówczesnej Delty 400 (wkrótce potem pojawiła się modyfikacja tego filmu, a w okolicach 1998 trzecia wersja, produkowana do tej pory – rzeczywiście rewelacyjna), nie da się porównać do tego z cyfry… Mając wówczas D 700 w ręku, bez problemu (i bez szumów) mógłbym robić zdjęcia przy kilkukrotnie wyższym ISO… I z nieporównywalnie większą też łatwością…
Przy pomocy google maps zlokalizowałem ulice widoczne na zdjęciu. Arteria prostopadła do fotografującego, to ulica Grudziądzka. Uliczka z remontowaną Syreną Bosto nazywa się Mroczna (całkiem trafnie chyba…).
Architektura tych „kujawsko-pomorskich” miasteczek zawsze przyciągała moją uwagę, ale jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby je konsekwentnie fotografować… Niestety. I gdybym np. zrobił to dodatkowo w kolorze…
Pamiętam, że była to sobota i na którymś z programów leciała właśnie „Dynastia” (tzn. nie na „którymś”, tylko na TVP1, dopiero rok później powstał pierwszy prywatny kanał, czyli Polsat), a ponieważ okna były wszędzie pootwierane, mojemu spacerowi po Nowem, towarzyszyły kwestie wypowiadane przez Alexis, Blake’a i Krystle. Niezły dojazd.
poniedziałek, 2 lipca 2012
The 50 States Project & Andrew Borowiec
Na stronę tytułowego projektu trafiłem przypadkowo, szukając w sieci wywiadów z Andrew Borowcem lub jego autorskich wypowiedzi. Idea przedsięwzięcia była prosta. Każdy autor/fotograf reprezentował jeden z 50 stanów USA i raz na dwa miesiące musiał zrobić zdjęcie na zadany temat. Tych zadań było 6 i miały one następujące tytuły:
„People”
„Habitat”
„Landscape”
„Industry”
„Entertainment”
„The American Dream”
Andrew Borowiec, "untilted" (The 50 States Project - 'People')
Czyli… jak to zwykle bywa w przypadku „zbiorówek”, wszystko zależy/zależało od tego kto się do zadanych tematów ustosunkowuje. No i jak się popatrzy na stronę „The 50 States Project” to widać, że było z tym różnie, ale na pewno z pozytywnym wyłączeniem Andrew Borowca. I w sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo to fotograf przedni (w Polsce raczej mało znany), mający na koncie siedem interesujących serii i cztery albumy. Borowiec fotografuje miejski i industrialny krajobraz (w projekcie reprezentuje stan Ohio) od ćwierćwiecza i generalnie unika przy tym sztafażu (więc koniecznie powinien odwiedzić nasz kochany kraj, żeby ktoś z rodzimych komentatorów fotografii mógł mu zadać to arcyważne pytanie: „Dlaczego na zdjęciach nie ma ludzi?”). W przypadku pierwszego zadania pt. „People” widzimy fotografię cmentarza z budynkiem fabryki opon na drugim planie i można to oczywiście uznać za pełne humoru (czarnego raczej...) wybrnięcie z tematu, ale też, biorąc pod uwagę obecną kondycję Cleveland w Ohio, a szerzej też stan w jakim się obecnie znajdują przemysłowe tereny USA, określane jako „Rust Belt”, to kadr ten jest idealnie trafiony, a stuletnia na oko hala zakładu Goodyeara z tła, nie znalazła się w nim przypadkiem.
Dalej też jest ciekawie. „Habitat” to dla Borowca dzielnica opuszczonych domów (z autorskiego przypisu dowiadujemy się, że w Cleveland jest ich 15.000), „Landscape” – typowy pejzaż developerskiego osiedla z chłodnią kominową elektrowni w tle, „Industry” – huta stali, która ma zostać zamknięta (piękny kadr!), „Entertainment” – fasada pool baru, wreszcie „The American Dream”, to nieukończone osiedle mieszkaniowe – i znowu idealnie trafiony motyw. Ale czy jest w tym coś dziwnego? Bynajmniej, fotografując od lat tereny „Rust Belt”, Borowiec bardzo świadomie wybiera miejsca, motywy i krajobrazy. To co pokazuje, to nie tylko idealnie skonstruowane kadry, które mogą cieszyć oko widza swym kształtem, ale też pewien rodzaj... „topograficznej” interpretacji.

Andrew Borowiec, "Slavic Village, Cleveland" (The 50 States Project - 'Habitat')
Andrew Borowiec, "Locust Point, Ohio" (The 50 States Project - 'Landscape')
Andrew Borowiec, "Mingo Junction, Ohio" (The 50 States Project - 'Industry')
Andrew Borowiec, "Untilted" (The 50 States Project - 'Entertainment')
Andrew Borowiec, "West 6th Street, Cleveland, 2010" (The 50 States Project - 'The American Dream')
niedziela, 1 lipca 2012
Północ
1 lipca.
W lipcu zawsze myślę o podróży na północ.
Większość populacji ciągnie w tym czasie na południe, a ja wolę północ.
Zdecydowanie. Północ i chłód, chłodne światło, północne słońce.
W 2006 roku wybraliśmy się do Norwegii i przejechaliśmy ponad 8000 kilometrów.
Chciałbym tam wrócić, ponieważ najdalej (na północ) dotarliśmy wtedy do Andenes, czyli poniżej Tromsø, nie mówiąc już o Nordkap.
piątek, 29 czerwca 2012
HERITO numer 6 (2012)
A w środku mój tekst „Wschodnie pogranicze w sepii lub bez” o albumach Henryka Poddębskiego i Zofii Chomętowskiej. Numer ukazał się jakoś pod koniec kwietnia, ale redakcja nieco zwlekała z aktualizacją swojej strony internetowej, więc stąd też moja mała zwłoka.
Lada chwila światło dzienne ujrzy kolejny numer krakowskiego kwartalnika, gdzie w tekście „Dokumentaliści mimo woli” piszę o zdjęciach (i albumach, świetnych!) Stefana Kiełszni oraz Maxa Kirnbergera.
(…)
Już sam układ albumu, którego części odpowiadają podziałowi przedwojennych wschodnich województw, już sam tytuł wysuwający na plan pierwszy sfotografowane terytorium, a nie autora zdjęć, sprawiają, że szansa zaprezentowania Henryka Poddębskiego, jako wybitnego fotografa została niniejszym częściowo pogrzebana. Poddębski nie czuł się za dobrze w gęstej zabudowie miejskiej, więc jego zdjęcia z Wilna lub Lwowa niczym specjalnym nie zachwycają, ale w książce ułożonej „dzielnicowo” musiały się znaleźć… Wszystkie fotografie reprodukowane w albumie pojawiają się w różnych odcieniach sepii, co zapewne w intencji redaktorów ma im przydać „archiwalnego” charakteru, gdy tymczasem autentyczne przedwojenne odbitki nie starzeją się w aż tak drastyczny sposób, a gdy weźmiemy pod uwagę, że część zdjęć prawdopodobnie zeskanowano z negatywów i poddano zabiegowi wyostrzenia w programie graficznym, ich sepiowa lub czasem zielonkawa tonacja jest przysłowiowym kwiatkiem do kożucha. Henryk Poddębski zasługuje na książkę stricte fotograficzną, wydrukowaną w regularnym duotonie np. z pantonem warm gray, jak albumy wspomnianego wcześniej Augusta Sandera lub (dlaczego nie?) Walkera Evansa, z którymi śmiało można go porównywać w dziedzinie fotografii krajobrazowej (mam na myśli zdjęcia Evansa z Pensylwanii, Zachodniej Virginii, Georgii i Alabamy z lat 30.) czy używając bardziej współczesnej terminologii – „topograficznej”.
Sięgając po wydany w 2011 roku przez Fundację Archeologia Fotografii album Zofii Chomętowskiej pt. „Polesie” i mając w pamięci opisany powyżej katalog błędów, jakie popełnione zostały podczas składania publikacji Henryka Poddębskiego, pełen byłem niepokoju. Znając dotychczasowe publikacje „Archeologii”, właściwie mogłem sobie darować te obawy, jednakże czytając wydawnicze zapowiedzi dotyczące książki Chomętowskiej oraz recenzje wystawy, która poprzedziła jej publikacje, dręczyło mnie pytanie, jak redaktorzy albumu, zawierającego przecież fotografie ze wschodniego pogranicza II RP, unikną syndromu tak dobrze rozwijającej się w ostatnich latach w naszym kraju „nostalgii kresowej”. W uniknięciu wspomnianej przypadłości pomógł na pewno sposób podejścia do archiwalnego materiału, nie opracowanego zresztą wcześniej i tylko w niewielkich porcjach publikowanego w przedwojennych czasopismach. To właśnie „archeologiczna” metoda pracy, by nawiązać do nazwy Fundacji, mająca na celu systematyzację poleskiego archiwum Chomętowskiej oraz ułożenie go w wizualną narrację, pozbawioną przekłamań i atrakcyjną dla osób niekoniecznie zainteresowanych fotografią, sprawiły, że wspomniana książka może być uznawana za wzór tego rodzaju edytorskich działań.
(…)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














.jpg)










