Czyli katowicka (w salach tamtejszego BWA) odsłona wystawy Inaczej niż w raju. Tym razem sfotografowałem wyłącznie swój własny set oraz obrazy Grzegorza Wróblewskiego (i w takiej właśnie kolejności prace się pojawiają na zdjęciach). A na pierwszej fotografii kurator tego przedsięwzięcia - Roman Lewandowski i jeden z uczestników - Lesław Tetla. Wystawa potrwa do 15 października 2017.
niedziela, 17 września 2017
sobota, 16 września 2017
For peace on earth, for pity's sake, for peace, for peace
Jackie Kay
In My Country
In My Country
walking
by the waters,
down
where an honest river
shakes
hands with the sea,
a
woman passed round me
in
a slow, watchful circle,
as
if I were a superstition;
or
the worst dregs of her imagination,
so
when she finally spoke
her
words spliced into bars
of
an old wheel. A segment of air.
Where do you come
from?
'Here,'
I said, 'Here. These parts.'
George Square
My
seventy-seven-year-old father
put
his reading glasses on
to
help my mother do the buttons
on
the back of her dress.
'What
a pair the two of us are!'
my
mother said, 'Me with my sore wrist,
you
with your bad eyes, your soft thumbs!'
And
off they went, my two parents
to
march against the war in Iraq,
him
with his plastic hips. Her with her arthritis,
to
congregate at George Square, where the banners
waved
at each other like old friends, flapping,
where
they'd met for so many marches over their years,
for
peace on earth, for pity's sake, for peace, for peace
[pierwszy wiersz pochodzi z tomu Other Lovers (Bloodaxe Books, 1993), drugi z książki Life Mask (Bloodaxe books, 2005), a ja skopiowałem je ze stron www.poetryarchive.org i www.poemhunter.com (skądinąd mało zachęcająca nazwa portalu z poezją...), na pierwszym z portali można też posłuchać jak poetka czyta wiersz In My Country]
piątek, 15 września 2017
„Poezja przydrożna” Władysława Hasiora
Sala audiowizualna w MOCAK-u przedwczoraj, na
widowni ledwie kilkanaście osób, promocja nowego zeszytu NOT. FOT. (Notatnika Fotograficznego), w którym
można zobaczyć kolejną porcję zdjęć z archiwum Władysława Hasiora. Łukasz
Gorczyca (Galeria Raster), Joanna Trznadel (Muzeum Tatrzańskie) i Katarzyna Wincenciak
(prowadząca spotkanie) opowiadają o slajdach robionych przez Hasiora i o
sposobie pracy nad tym zbiorem (ok. 20.000 klatek w kolekcji MuzeumTatrzańskiego w Zakopanem). Bardzo to wszystko ciekawe, zwłaszcza, że w drugim NOT.
FOCIE. zalazły się zdjęcia przedstawiające propagandę wizualną z czasów PRL-u,
przez samego fotografującego nazwane Poezją
przydrożną. Zawsze mnie intrygowało, że te wszystkie hasła, transparenty,
banery i durnostojki, mało kto wtedy (w latach 70. czy 80.) rejestrował.
Owszem, trochę zdjęć z terenowym agitpropem znajdziemy w archiwum Jerzego
Lewczyńskiego (które w postaci broszury wydał ArtBazar, o czym wspominałem
kiedyś na hiperrealizmie), ale nie ma tego zbyt dużo, a i jakość zdjęć jest
dość… umowna. Propagandowe motywy zdejmowali czasem „fotoreporterzy narzekający”,
oni jednak zazwyczaj robili sobie z tego tematu rzewne jaja, fotografując (cytuję z pamięci) np.
slogan o budowie „drugiej Polski” umieszczony na ruderze i
co ciekawe omijając raczej te wszystkie deklaracje o sojuszu i wieczystej przyjaźni
z ZSRR... A wystarczyłaby tutaj prosta rejestracja, praca o charakterze
typologicznym, no ale taki sposób działania poprzedzony musiałby być jakimś
namysłem, dystansem do medium, co związane jest z kwestią (posiadania) świadomości
wizualnej, a z tym u fotopstryków bywa(ło) różnie... Takowych
problemów nie miał Władysław Hasior, kiedy zdecydował się na fotografowanie
peerelowskiego propagandowego outdooru, świadczy o tym zresztą wybrany przez
niego tytuł dla tych rejestracji. Zapis Hasiora ma charakter surowych notatek i
przypomina trochę współczesne fotografowanie z użyciem smartfonów, więc chyba nie
powinno być teraz specjalnych problemów z odbiorem jego zdjęć? Ciekawi mnie jednak niezmiernie, co
temat tych fotografii myśleli współcześni mu fotograficy ze ZPAF-u (o ile w
ogóle znali sprawę…)? Oprócz wybranych co smakowitszych przykładów Poezji
przydrożnej w powiększeniach, w drugim numerze FOT. NOT., czytelnik znajdzie
także eseje Łukasza Gorczycy i Katarzyny Wincenciak, stenogram wykładu Hasiora
z 1993 roku (dla grupy Akademickiego Centrum Rehabilitacji), zdjęcia Andrzeja Tobisa z serii AZ, wreszcie 330 miniatur
slajdów z tytułowego cyklu (czyli także wybór - Łukasz Gorczyca pisze w swoim
tekście, że pełna liczba to ok. 600 klatek). Mocno mnie zaskoczyło i zasmuciło zarazem, że
promocja tej arcyciekawej publikacji została olana przez publiczność, no ale
chyba musimy się powoli przyzwyczaić do takiego przefejsbuczonego odbioru wydarzeń
artystycznych... Z drugiej strony jednak - czy poezja (nie tylko w Polsce) jest czytana
przez dużą grupę osób?
Fotografie Władysława Hasiora z cyklu Poezja przydrożna można także oglądać na stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
czwartek, 14 września 2017
Oczkami okrągłymi jak ziarna soczewicy
Wioletta Grzegorzewska
Karmicielka szczurów na farmie w Wootton Bridge
Wyłaziły z nor, gdy stukała drewniakami
po betonowej wylewce. Niosła kosz
z odpadkami chleba, kaszy i buraków.
Za nią na podwórko wylewała się
ciemna masa, piszcząc przeraźliwie,
jakby nożem ktoś jeździł po niewidzialnej tafli.
Wciąż śni i mi się ten wypełzający za szczelin
demon głodu - samice z poszarzałymi dziąsłami,
które zagryzały się za ochłap marnego żarcia.
Gdy farmerka wracała do przybudówki,
przewodnik stada obserował ją bacznie
oczkami okrągłymi jak ziarna soczewicy.
[wiersz z tomu: Wioletta Grzegorzewska Czasy zespolone, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2017, str. 59]
Myślę, że tekst w sam raz na ten dzień... Ewidentnie wieje halny w Tatrach, które zapewne (jak zawsze w takich okolicznościach) doskonale widać dziś z Wawelu czy jakiegoś wyższego budynku. Więc na Podhalu i nie tylko tam, fruwają ciupagi, ludzie kopią pod sobą stołki lub próbują dewastacji układu krwionośnego na rękach. Wiatr typu fenowego skutkuje myślami samobójczymi lub co najmniej depresją. Zdaje się, że właśnie podczas wiania mistrala Vincent van Gogh postanowił podarować swoje ucho Racheli...
Czytam sobie ostatnio Grzegorzewską na przemian z poetkami angielskimi i widzę, że on też je czytała. I fajnie. Taki rodzaj dykcji, który w Polandzie nie jest specjalnie popularny w poezji, bardzo mi odpowiada.
Myślę, że tekst w sam raz na ten dzień... Ewidentnie wieje halny w Tatrach, które zapewne (jak zawsze w takich okolicznościach) doskonale widać dziś z Wawelu czy jakiegoś wyższego budynku. Więc na Podhalu i nie tylko tam, fruwają ciupagi, ludzie kopią pod sobą stołki lub próbują dewastacji układu krwionośnego na rękach. Wiatr typu fenowego skutkuje myślami samobójczymi lub co najmniej depresją. Zdaje się, że właśnie podczas wiania mistrala Vincent van Gogh postanowił podarować swoje ucho Racheli...
Czytam sobie ostatnio Grzegorzewską na przemian z poetkami angielskimi i widzę, że on też je czytała. I fajnie. Taki rodzaj dykcji, który w Polandzie nie jest specjalnie popularny w poezji, bardzo mi odpowiada.
środa, 13 września 2017
Differentia specifica
Przedczoraj dotarło zamówione w sklepie
multikulti.com oratorium Benedetto Marcello Il
pianto e il riso delle quattro stagioni dell'anno, Oratorio in due parti per la morte, esultazione e la coronazione di Maria sempre vergine Assunta in Cielo, napisane przez kompozytora w
1731 dla jezuickiej kongregacji św. Jana w Macerata (ale wykonywane także w Wenecji) i nie mogę się od
niego oderwać. Benedetto Marcello (miał starszego brata Allesandra, takźe
świetnego kompozytora – ktoś przypomina sobie Koncert
Włoski JSB, tak kapitalnie grany przez Glenna Goulda? - to
transkrypcja koncertu na obój i orkiestrę Alessandro Marcello) był weneckim szlachcicem, wziętym
prawnikiem pracującym dla republiki, poetą i kompozytorem. Ponieważ był
niezależny finansowo (+ szlachectwo), tworząc swoje oratoria, msze, kantaty czy
koncerty, mógł sobie pozwolić na większą swobodę, niż kompozytorzy pracujący na
zlecenie, czego zresztą można się dosłuchać w jego utworach. Wykonawców rzeczonego
oratorium nie kojarzę zupełnie (śpiewacy: Silvia Frigato, Elena Biscuola, Raffaele
Giordani, Mauro Borgioni, orikiestra i chór: Venice Monteverdi Academy & Ensemble Lorenzo da Ponte, dyrygent: Roberto
Zarpellon), ale grają i śpiewają fajnie, może tylko reżyser nagrania przesadził
ze wzmocnieniem basów, które miejscami brzmią tak jakby kontrabasiści mieli
podpięte pickupy do instrumentów... Od pewnego czasu staram się skompletować
płytotekę z utworami napisanymi przez kompozytorów późnego baroku, głównie
włoskich (lecz z honorowymi miejscami zarezerwowanymi dla: Handla, Hassego i Zelenki), co wcale nie jest takie proste,
bo jeżeli słuchanie muzyki barokowej ma charakter niszowy (bo to jest nasza Ojczyzna,
synku), to włoski barok (może poza Quattro
Stagioni) jest niszą niszy, a oratoria takie jak Il pianto e il riso delle quattro stagioni dell'anno to niszowa niszy w niszy... Co
bynajmniej nie zniechęca mnie do rozbudowywania kolekcji. Gdy w 2014 mieszkaliśmy
z moją żoną Martą przez dwa tygodnie w Wenecji (robiłem dokumentację
fotograficzną dla Instytutu Architektury, który prezentował wtedy w Polskim
Pawilonie wystawę Figury niemożliwe
na Biennale Architektury), a byłem tam po raz pierwszy, zaskoczyło mnie jak niezwykle
ścisła relacja wiąże to miejsce z kompozycjami Vivaldiego, Albinoniego, Galuppiego
czy obu Marcellów... W ogóle nie słuchałem wtedy ich muzyki, nie było takiej
potrzeby! Wystarczyło wyjść na umieszczony na dachu taras w naszej kwaterze
(mieszkaliśmy w Castello) i rozglądać się dookoła (mając nadzieję, że widoku nie
przysłoni nam jakiś transoceaniczny kolos wycieczkowy z tauzenami pierdolonych
turystów na piętrowych galeriach pokładu, przepływający właśnie kanałem między Giudeccą
a Dorsoduro...). Któregoś wieczoru po skończonej pracy poszliśmy z Martą na
spacer do San Marco, a potem przez Ponte dell'Accademia do Dorsopduro w stronę
cyplu, na którym stoi piękny kościół Santa Maria della Salute Baldassare
Longheny, tak często malowany przez tutejszych wedutystów, a na miejscu okazało
się, że świątynia jest otwarta i trwa właśnie nabożeństwo. I mimo, że była to msza
w rycie posoborowym, odprawiana i śpiewana po włosku, to brzmiało to wszystko kapitalnie
i adekwatnie do architektury miejsca (i nie przypominało nic a nic jękliwego
wycia z jakim zwykle można się spotkać w polskich kościołach – ot taka to i differentia
specifica…).
wtorek, 12 września 2017
Maska złego demona, pociągnięta złotym lakiem
Bertolt Brecht
WIOSNA 1938
Dziś, w niedzielę wielkanocną rano,
Nagła burza śnieżna przeszła przez wyspę.
Między zielonymi krzewami legł śnieg. Mój młodszy syn
Powiódł mnie do drzewka morelowego u muru domu
Oderwawszy mnie od wiersza, w którym wskazywałem palcem na tych,
Co szykują wojnę, która
Kontynent, tę wyspę, mój naród,
Moja rodzinę i mnie
Musi zniszczyć.
Milcząc położyliśmy worek
Na marznące drzewko.
MASKA ZŁA
Na mojej ścianie wisi japońska rzeźba,
Maska złego demona, pociągnięta złotym lakiem.
Współczując widzę
Napięte żyły u skroni, świadczące
Co to za wysiłek być złym.
[dwa wiersze Bertolta Brechta w przekładzie Stanisława Wygodzkiego przepisałem z książki: Bertolt Brecht, Wiersze wybrane, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954, str. 151, 152]
Polowałem na tę książkę od kilku miesięcy... I w końcu pojawiła się na allegro, i do tego w przyzwoitej cenie. Chciałem ją mieć ze względu na mocny zestaw wierszy rewolucyjnych, które teraz niezbyt chętnie są przekładane (...a tak zniesmaczyły znajomego z okolic bruLionu, co wyznał mi w rozmowie, kiedy popijaliśmy w Pięknym Psie po poetyckim wieczorku Kultury Niepodległej, jaki się odbył w Lokatorze). Mam zamiar powrzucać tu niebawem trochę takich komunizujących tekstów Brechta, które sìę nieźle bronią po tych siedemdziesięciu-osiemdziesięciu latach... Oczywiście nie wszystkie.
Czytelnicy hiperrealizmu z pewnością odnotowali, że fotografie pojawiają się teraz na blogu dość rzadko. Owszem, zamierzam wspomnieć o kilku fotograficznych albumach, które stały się ostatnio moją własnością, ale też - proszę wybaczyć - mam poczucie, że nie bardzo jest o czym pisać... Być może, gdy wrócę do realizacji (co stanie się jesienią) obszernego projektu, nad którym pracuję od kilku lat, jakieś foty z marszu się tutaj pojawią. Być może.
Stanisław Wygodzki, którego przekłady przepisałem powyżej, to bardzo ciekawa postać, niestety zupełnie (i niesłusznie) dziś zapomniana. Jego życiorys zamieszczony na wikipedii jest dość dobrze opracowany (co nie zawsze ma miejsce na tym portalu), więc warto się z nim zaznajomić, a potem przystąpić do lektury utworów Wygodzkiego, np. opowiadania Sprzymierzeńcy.
Polowałem na tę książkę od kilku miesięcy... I w końcu pojawiła się na allegro, i do tego w przyzwoitej cenie. Chciałem ją mieć ze względu na mocny zestaw wierszy rewolucyjnych, które teraz niezbyt chętnie są przekładane (...a tak zniesmaczyły znajomego z okolic bruLionu, co wyznał mi w rozmowie, kiedy popijaliśmy w Pięknym Psie po poetyckim wieczorku Kultury Niepodległej, jaki się odbył w Lokatorze). Mam zamiar powrzucać tu niebawem trochę takich komunizujących tekstów Brechta, które sìę nieźle bronią po tych siedemdziesięciu-osiemdziesięciu latach... Oczywiście nie wszystkie.
Czytelnicy hiperrealizmu z pewnością odnotowali, że fotografie pojawiają się teraz na blogu dość rzadko. Owszem, zamierzam wspomnieć o kilku fotograficznych albumach, które stały się ostatnio moją własnością, ale też - proszę wybaczyć - mam poczucie, że nie bardzo jest o czym pisać... Być może, gdy wrócę do realizacji (co stanie się jesienią) obszernego projektu, nad którym pracuję od kilku lat, jakieś foty z marszu się tutaj pojawią. Być może.
Stanisław Wygodzki, którego przekłady przepisałem powyżej, to bardzo ciekawa postać, niestety zupełnie (i niesłusznie) dziś zapomniana. Jego życiorys zamieszczony na wikipedii jest dość dobrze opracowany (co nie zawsze ma miejsce na tym portalu), więc warto się z nim zaznajomić, a potem przystąpić do lektury utworów Wygodzkiego, np. opowiadania Sprzymierzeńcy.
poniedziałek, 11 września 2017
niedziela, 10 września 2017
i mroczne kwiaty wiosny
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska
Telefon
farbuję swoje pierdolone siwe włosy
henną rubin spływa cała wanna farbą
ręczniki zajebane (dzięki Bogu spierają się)
jak fazy księżyca to menstruacyjne farbowanie
(pamiętam komunistyczną ligninę ocierała mi co miesiąc uda)
pod siedemdziesiątkę znowu się z tym wszystkim pierdolę
z farbą do włosów jak wtedy z krwią
jeszcze przypominam sobie:
radio marki Stolica Rozgłośnię Wolna Europa
stację Radia Luksemburg
kultową reklamę PRL-u prusakolep
pierwszy jabol tamto rzyganie
i mroczne kwiaty wiosny
Stalinogród (dokument na Planete+HD)
wracanie pamięci
najlepsi synowie tej ziemi budowali hotele robotnicze
azbest len kamieny brał nas w ramiona
w pokojach hotelowców palenie picie skat
śląski brydż do rana
straciłam błonę dziewiczą (w kolejowym hotelowcu)
sucha była komunistyczna prezerwatywa
krwawiłam lekko różą dziką
bardziej w drodze na PKP
szpilki otarły mi pięty
w pończochach skrzywił sie szew
tyle mam z komuny odebranie cnoty na żywca
pod koniec kwietnia
i pochód pierwszomajowy
[dla własnej i czytelników hiperrealizmu przyjemności pozwoliłem sobie przepisać dwa wiersze Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej z jej najnowszej książki: Genowefa Jakubowska-Fijałkowska Paraliż przysenny, Instytut Mikołowski, Mikołów 2016, str. 12, 25, 38.]
Bardzo lubię wiersze, w których pojawiają się konkretne miejsca, sytuacje, obiekty. I tego całkiem sporo można znaleźć w tekstach Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, jakkolwiek "kultowa reklama" wynalazku o nazwie Prusakolep, to już głęboki schyłek PRL-u. Spot reklamowy powstał i był emitowany w 1989 roku, czyli w momencie transformacji gospodarki centralnie sterowanej w stronę modelu neoliberalnego (czego teraz radośnie wszyscy doświadczamy...).
sobota, 9 września 2017
REALNI JAK HAK PIĘKNOŚCI
Petr Hruška
PRZY POCHYLENIU
przy pochyleniu
po resztkę mydła która spadła
nagle widać
jak to wszystko jest zrobione –
spuchnięte kolana rur
wyłażą ze ściany
zionięcia szpar
głowy wysilonych śrub
trzymają na dole
kawał łazienki
z przyklejonymi włosami
NOCLEG
tiry ryczały jak głodna
nocna zwierzyna
krzyczałaś do mnie cenę
za pokój dwuosobowy
facet od dystrybutora
skostniały od niewyspania
prowadził nas potem po stromych schodach
Berlin Kraków Triest wszystko
było za nami
nigdy nie widziałem
tak wąskiego pokoju
gdy chcieliśmy się odwrócić
musieliśmy się objąć
SZCZEKANIE
Matka patrzy,
jak syn naśladuje szczekanie retrievera.
On ma dwadzieścia siedem lat,
ona czterdzieści pięć,
oboje na świecie aż po uszy.
Doświadczyli wiele,
w większości przez ogłoszenia i przez doktorów.
Oboje chyba wierzący.
Oboje regularnie w tym non-stopie,
realni jak hak piękności
Syn wsparty o stół,
matka nieruchomo nasłuchująca,
gdzie aż tu może dobiec
szczekanie retrievera.
OSTATNI BAR W LUBLANIE
Moja żona
śpiewa po latach
z ogromnej odległości.
Nawet to,
jaki ze mnie skurwiel,
nie jest teraz ważne.
[wiersze w tłumaczeniu Franciszka Nastulczyka przepisane z książki: Petr Hruška Mieszkalne niepokoje, Instytut Mikołowski, Mikołów 2011, str. 78, 116, 135, 137]
Petr Hruška był gościem tegorocznej edycji Festiwalu Miłosza, ale niestety nie mogłem być na jego spotkaniu autorskim. Kupiłem za to dwie jego książki (obie z przekładami Franciszka Nastulczyka), które wydał Instytut Mikołowski. No i jak to zwykle w Polszcze, choć wiersze świetne, ich autor nie jest tutaj specjalnie znany, ani komentowany...
piątek, 8 września 2017
Fotografia, która nie zmieniła świata
Widoczny na zdjęciu Krzysztofa Millera mężczyzna z tatuażem przestawiającym Adolfa H. to Grzegorz H., bohater reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Skin społecznik”, który ukazał się w Dużym Formacie w czerwcu 2002 roku. Nie pamiętam już czy tekst był ilustrowany tym zdjęciem (co można sprawdzić udając się do biblioteki), w wersji elektronicznej, jaka jest dostępna w sieci fotografii brak. Przez ostatnich kilka dni media eksploatowały temat polskiego kibica, pobitego przez kopenhaską policję przed przegranym cztery do zera meczem z Danią. Ponieważ przy charakterystyce ofiary dziennikarze wspominali o skinowskiej przeszłości oraz skrupulatnie opisywali widoczne na ciele tatuaże – oprócz wspomnianego już Adolfa H., także swastykę, trystykę oraz wydziarane gotykiem hasło Waffen SS Meine Ehre heißt Treue (moim honorem jest wierność) – przypomniałem sobie oglądane całkiem niedawno zdjęcie z albumu „Fotografie, które nie zmieniły świata” oraz (mgliście) wspomniany reportaż Grzebałkowskiej. I co z tego wszystkiego wynika? Na filmiku, jaki jest szerowany w sieci można zobaczyć, że to raczej policjanci są stroną agresywną, istnieje jednak też nagranie – zamieściła je na swej stronie duńska policja oraz dziennik Ekstrabladet - gdzie sytuacja jest odwrotna. Z artykułu zamieszczonego w dzienniku Fakt dowiaduję się, że w 2001, czyli tuż przed powstaniem reportażu w Wielkim Formacie o założonej przez niego amatorskiej drużynie futbolowej w Sopocie, Grzegorz H. został skazany na 4,5 pozbawienia wolności za brutalne pobicie, jednak uchylał się od stawienia w więzieniu, a potem były kolejne przestępstwa i wyroki… No cóż, wszystko to dość smutne i niepokojące, „fotografie, które nie zmieniły świata”, reportaże, które nikogo i niczego nie zmieniają, światy równoległe (vide polecany wczoraj artykuł Jakuba Majmurka). Zaraz po opisywanym wydarzeniu polski MSZ ustami Witolda Waszczykowskiego zapowiadał interwencję w sprawie pobicia, o czym jednak najwyraźniej „zapomniał”…
czwartek, 7 września 2017
środa, 6 września 2017
I wypuściłam rybę
Stary numer Literatury na Świecie (3/1994), który czytałem/przeglądałem po informacji o śmierci Johna Ashberego... Rok później także w przekładzie Stanisława Barańczaka ukazał się w Wydawnictwie Znak tom: Elizabeth Bishop 33 wiersze. Uwielbiam tę narracyjną (nazwijmy ją tak roboczo) formę w anglosaskiej poezji...
wtorek, 5 września 2017
Cisza wokół albumu Konrada Pustoły
[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Transformacja (2014) str.
92-93]
Jeszcze przed wakacjami, a właściwie to przed rozpoczęciem
remontu mieszkania, dowiedziałem się, że zapowiadany album ze fotografiami
zmarłego dwa lata temu Konrada Pustoły jest już w dystrybucji. Szybko zajrzałem
więc na stronę księgarni MOCAK-u i upewniwszy się, że książka jest u nich
dostępna, pojechałem do muzeum. I tu spotkały mnie dwa zaskoczenia, po pierwsze
cena tej publikacji wynosząca 49 zł, a książka ta to solidny album, po drugie
(a właściwe to także po pierwsze) jej
zawartość - po dokonaniu zakupu, jeszcze w muzealnym holu niecierpliwie zdarłem
z okładki ochronną folię, żeby zobaczyć co jest w środku. W przygotowanym przez
Karolinę Ochab wydawnictwie, a opublikowanym przez Fundację Nowych Działań,
które zatytułowane jest po prostu Konrad Pustoła, możemy oglądać zdjęcia z dziewięciu projektów artysty i
mniej więcej połowa tego zestawu, to prace wcześniej nie pokazywane. Fotografie
ułożone są cyklami, ale bez uwzględnienia chronologii ich powstania, seria
przechodzi w serię bez oddzielania zdjęć od siebie, obrazy mają mówić same, nie
są podpisane czy też datowane, dopiero na końcu książki pojawiają się
miniatury, tytuły projektów i krótkie ich opisy. Taki sposób prezentacji
dorobku Konrada Pustoły nazwany został tutaj esejem wizualnym i faktycznie jest
to próba zmierzenia się z tym, co jest dostępne w archiwum autora. Oczywiście
tego typu działania to rodzaj interpretacji archiwalnej zawartości, więc w przypadku
omawianego albumu, bardziej zwracamy uwagę na pewną konsekwencję w wyborze
konwencji obrazowania - powiedzmy, że można nazwać ją werystyczną, zapominając
o performatywnym czy interwencyjnym aspekcie innych przedsięwzięć artysty,
które tutaj nie zostały uwzględnione.
Taka interpretacja, taki wybór i sposób prezentacji zdjęć
Pustoły zupełnie mi nie przeszkadza, ponieważ to co w książce zostało
udostępnione odbiorcy, to obrazy przyciągające uwagę swym kształtem (wyborem
motywów i sposobem ich prezentacji), wciągające treścią widoczną w ich
powierzchni, uwodzące widza jednym i drugim. Obszerna grupa zdjęć pochodzących
z serii Transformacja, ostatniego projektu realizowanego przez artystę w 2014
roku, na których oglądamy współczesne, działające pełną parą obiekty
industrialne, sfotografowane w minimalistyczny i zarazem atrakcyjny wizualnie
sposób, świetnie koresponduje z wcześniejszą o dekadę serią opuszczonych domów
oraz fabryk (Pustoła fotografował je podczas podróży po Polsce, kiedy był
przewodnikiem Marka Powera, pracującego nad materiałem, który znalazł się później w książce The Sound of Two Songs). Oba cykle prezentowane w albumie w bezpośrednim
sąsiedztwie i z zakłóconą chronologią (Transformacja przed Opuszczonymi domami...) to
nie tylko dokumentalna rejestracja realnego, a bardziej konkretnie - efektów
ekonomicznych trendów, ale też – jak myślę - mocno symboliczny i znaczący zapis
sytuacji rugowania pracowników z procesu wytwarzania dóbr. Oglądając wspomniane
industriale Pustoły przyszły mi do głowy zdjęcia Taryn Simon, gdzie spotkać się
możemy z podobnym sposobem obrazowania oraz wykorzystania obrazów i być może
jest to jakiś rodzaj odniesienia w sensie metody/metod używania fotografii?
Oczywiście nie sugeruję tutaj (co jest zwyczajem niektórych rodzimych krytyków
fotografii), że Pustoła amerykańską fotografkę bezwolnie kopiował, zwracam
tylko uwagę na powinowactwo istotnych aspektów ich działań.
Omawiany album wszedł do dystrybucji jakieś trzy-cztery
miesiące temu (choć w stopce tego wydawnictwa figuruje data 2016), można go bez
problemu kupić w sieci księgarni artystycznych i... od premiery książka nie
doczekała się żadnego omówienia! Owszem wspomniała o nim na swoim blogu AnetaSzyłak, a poza tym cisza. Cisza. Cisza. Cisza... To niezrozumiałe! I zarazem skandaliczne! Dostajemy do rąk
kawał świetnej fotografii i nikomu w tych wszystkich mniej lub bardziej
niszowych pismach kulturalnych nie chce się zamówić tekstu na temat tej
publikacji? Nikt nie odczuwa potrzeby skomentowania tej ważnej książki? Jest to
tym bardziej dziwne, że Pustoła nie miał wcześniej - tzn. kiedy żył - problemów z krytycznym odbiorem swoich
działań. Recenzja, komentarz, to formy dialogu, jaki musi być obecny w
kulturze, nawet jeżeli z punktu widzenia tej czy innej redakcji jest to
skrajnie niedochodowy proceder (bo żeby mieć dobre teksty, trzeba za nie
płacić...). Rugowanie tego rodzaju aktywności sprowadzi nas wszystkich do
komunikacji na poziomie tweetów lub memów (tudzież blurbowych lansów na
facbooku), czego sobie i Państwu szczerze nie życzę!
[z albumu Konrad Pustoła, z cyklu Niedokończone domy (2005)
str. 106-107]
Więcej zdjęć Konrada Pustoły można oglądać na witrynie konradpustola.org.
poniedziałek, 4 września 2017
PÓŹNE ECHO
Z osób widocznych na powyższym zdjęciu wśród żywych pozostaje jeszcze tylko Vincent Warren (autor fotografii opuścił ten świat w 1998). Wczoraj The Guardian podał wiadomość o śmierci Johna Ashberego. I co ciekawe, na facebooku informację tę szerowali wyłącznie poeci, prawdę mówiąc można ich było policzyć na palcach jednej ręki*... Nie mieliśmy więc do czynienia z wylewem powszechnego żalu, tudzież klespydro-laurek jak np. po zgonie Davida Bowiego. Co pokazuje też skalę odbioru awangardowej (kiedyś) poezji**, zresztą nie tylko takiej. Twórczość Johna Ashberego niewątpliwe spopularyzował w Polsce Piotr Sommer, choć nie tylko on przekładał wiersze amerykańskiego poety (także: Kacper Bartczak, Julia Fiedorczuk, Jacek Gutorow, Tadeusz Pióro, Agata Preis-Smith, Andrzej Sosnowski, Bohdan Zadura i Jan Zieliński).
Widoczne wyżej skany wykonane zostały z kultowego (kultowego kiedyś?) wydania Literatury na Świecie, nr 7 (180) z 1986 roku, poświęconej poetom "szkoły nowojorskiej".
W roli komentarza pozwolę sobie na koniec przytoczyć wiersz Grzegorza Wróblewskiego Nieporozumienie, który zeskanowałem z reedycji tomu Ciamkowatość życia, wydanego w 2003 roku przez wydawnictwo Lampa i Iskra Boża:
-----
* Aktualizacja 10:25. Niszowe pisma i oficyny zaczęły właśnie wspominać poetę... oczywiście na facebooku.
** Aktualizacja 14:45. Jak widzę i Gazeta Wyborcza podała tę wiadomość. Czas zamieszczenia artykułu 12:50. Imponujący timing ;)
* Aktualizacja 10:25. Niszowe pisma i oficyny zaczęły właśnie wspominać poetę... oczywiście na facebooku.
** Aktualizacja 14:45. Jak widzę i Gazeta Wyborcza podała tę wiadomość. Czas zamieszczenia artykułu 12:50. Imponujący timing ;)
niedziela, 3 września 2017
Gdybym był odrobinę wierzący
Adam Ważyk
RZEŹBA PREKOLUMBIJSKA
W Muzeum Człowieka
jest twarz okrutnego boga
ukryta za twarzą zdartą z ofiary,
twarz niewidzialna,
którą można poznać
po podwójnych ustach.
Tu powinienem był zrozumieć wszystko -
rytuał maskarady
i smutek przechodnia,
smutek przechodnia odartego z twarzy.
PROJEKT
Gdybym był odrobinę wierzący
może prosiłbym Boga aby mnie uchował
od pasożytów w pociągu o ciężkich urzędniczych spojrzeniach
wahających się między arogancją a lękiem
od poetów szeleszczących papierem
od estetów i ekspresjonistów
od rzeczownika delikatesy i przymiotnika urokliwy
od dzikiego przymiotnika kulturowy
i musiałbym umieścić w tej litanii
oglądane w telewizorze
biedne pieśniarki pompujące przy niewidzialnej studni
strzały piłkarskie o cztery metry nad bramką
nazywane pięknymi strzałami
filmy na niby
komedie z przymrużeniem oka
dyskusje
reklamy na niby
neony Metal-Export
życie na niby
ale niestety nie mogę ułożyć litanii
bo nie jestem wierzący
[wiersze Adama Ważyka przepisałem z książki: Antologia poezji świadectwa i sprzeciwu 1944-1984. POETA PAMIĘTA. Wybór: Stanisław Barańczak, Puls Publications, Londyn 1984, str. 79-80]
Rzeczoną antologię kupiłem jakiś czas temu allegro, a w środku znalazłem taką kartkę...
SPK to na pewno Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, a nie Stowarzyszenie Pomocy Królikom (jest taka organizacja...). Solura to miasto w w Szwajcarii, gdzie pod koniec życia mieszkał i tamże zmarł Tadeusz Kościuszko.
[wiersze Adama Ważyka przepisałem z książki: Antologia poezji świadectwa i sprzeciwu 1944-1984. POETA PAMIĘTA. Wybór: Stanisław Barańczak, Puls Publications, Londyn 1984, str. 79-80]
Rzeczoną antologię kupiłem jakiś czas temu allegro, a w środku znalazłem taką kartkę...
SPK to na pewno Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, a nie Stowarzyszenie Pomocy Królikom (jest taka organizacja...). Solura to miasto w w Szwajcarii, gdzie pod koniec życia mieszkał i tamże zmarł Tadeusz Kościuszko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































